Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

lemongirl

Zamieszcza historie od: 30 kwietnia 2012 - 16:40
Ostatnio: 28 lutego 2017 - 21:37
  • Historii na głównej: 16 z 26
  • Punktów za historie: 5089
  • Komentarzy: 82
  • Punktów za komentarze: 282
 

#76955

(PW) ·
| Do ulubionych
Turnus rehabilitacyjny w raczej znanym ośrodku, jednak o dość słabych opiniach (mój błąd, którego więcej nie popełnię). Turnus stacjonarny (czyli z nocowaniem na miejscu), trzytygodniowy. Biorą w nim udział dzieci niepełnosprawne ruchowo bądź intelektualnie. W tym samym czasie na miejscu przebywa około 30 dzieci i co najmniej drugie tyle rodziców/opiekunów. I ja ze swoim synkiem. Tyle tytułem wstępu.

Jak się trafi jakaś infekcja to zaraz połowa dzieci ją łapie. Mogłoby się wydawać, że lekarze/pielęgniarki jakoś będą weryfikować czy przyjmowane dzieci są zdrowe. No właśnie: mogłoby się wydawać, ale w rzeczywistości tak nie jest. Z nami w pokoju był chłopiec z zapaleniem oskrzeli, jego mama wcale tego nie ukrywała. Za to nie pozwalała wietrzyć pokoju (nawet jak wychodziła na zajęcia).

Codziennie przychodziła pielęgniarka, która niby sprawdzała dzieciom temperaturę, ale miała tak dobry "sprzęt", że pokazywał u jednego dziecka od 36,2 do 37,8 w 2-3 kolejnych pomiarach.

Ale wszystko przebiła terapeutka, która w czasie zajęć, siedząc na przeciwko mojego synka, przyznała, że od kilku dni zmaga się z jakąś infekcją i codziennie wieczorem ma 38-38,5 stopnia. No ale przecież rano już się dobrze czuje, więc wszystko w porządku.

Musieliśmy zakończyć turnus po półtora tygodniu, bo synek się rozchorował. A ja zaraz po nim...

turnus NFZ choroby

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (Głosów: 171)

#76827

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja sprzed kilku lat, kiedy to jeszcze zajmowałam się szkoleniem nowych pracowników.

Branża: najogólniej mówiąc callcenter.
Wymagania: biegła znajomość rzadkiego języka i podstawowa obsługa komputera.
Pani przyjęta po rozmowie kwalifikacyjnej na stanowisko (lat około 35) ma w CV wpisaną pracę biurową przez ostatnie 4 lata i dobrą znajomość pakietu Office.

Szkolenie:
Ja: Otwórz przeglądarkę.
Ona: .....
Ja: Otwórz Internet Explorer.
Ona: .....
Ja: Wejdź w internet.
Ona: .....
Ja: Takie niebieskie "e" na pasku startowym.
Ona: .....
Ja: Na samym dole monitora.
Ona: .....
Ja: O tutaj (pokazuję palcem).

Nie mogłam jej zwolnić, bo znała rzadki i trudny do znalezienia język, na szczęście sama zrezygnowała.
Wiem, że nie każdy musi się znać, ale jak się nie zna to niech nie kłamie w CV...

Uprzedzając komentarze: wiem, że Explorer to nie Office, ale nie przyszło mi do głowy, że ktoś potrafiący obsługiwać Worda i Excela nie będzie umiał korzystać z internetu. Po przygodzie z niebieskim "e" nie sprawdzałam pozostałych umiejętności "komputerowych".

call_center komputer

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (Głosów: 182)

#76714

(PW) ·
| Do ulubionych
Zdaję sobie sprawę z tego, że nigdzie w regulaminie basenowym nie ma informacji o górnej granicy wieku, w jakim chłopcy mogą chodzić do przebieralni z mamusiami, ale czy 12 lat to nie jest jednak lekka przesada...?

Basen

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 260 (Głosów: 286)

#76692

(PW) ·
| Do ulubionych
Mój synek ma 2,5 roku. Nie chodzi, jeździ w spacerówce. Waży 17 kilo, nie mam siły go ciągle nosić na rękach, a lekarze notorycznie zabraniają mi wjeżdżać do gabinetów z wózkiem. To co - mam go kłaść na podłodze i wciągać za nogi?!

Oczywiście teraz koloryzuję. Na razie. Bo przyjdzie taki moment, że po prostu kręgosłup nie pozwoli mi go wnieść do gabinetu, a wózka zostawić na zewnątrz. Co wtedy? Badanie na korytarzu? Czy może koła wózka inwalidzkiego są w jakiś magiczny sposób brudoodporne?

Dzisiaj próbowałam wytłumaczyć sprawę lekarzowi, ale mówił, że zima, że koła brudne, a dzieci w gabinecie boso chodzą. Czyli co, jak synek podrośnie to będzie mógł chodzić do lekarzy tylko latem? I też tylko przy ładnej pogodzie? Skończyło się na tym, że synek został w wózku na korytarzu, drzwi do gabinetu otwarte, a ja przy biurku załatwiałam sprawę, w której przyszłam...

Dodam, że przed wizytą od kilku godzin byliśmy w szpitalu, więc koła wózka były całkiem suche i na pewno nie bardziej brudne niż buty, które ja miałam na nogach, a z którymi lekarz nie miał problemu.

I jeszcze, o dziwo (albo w sumie i nie) takie sytuacje spotykają nas tylko w placówkach NFZ, w prywatnych gabinetach nie stanowi to problemu.

lekarze wózek nfz

Skomentuj (56) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 163 (Głosów: 257)

#76629

(PW) ·
| Do ulubionych
Zamieściłam ogłoszenie na olx:

"Sprzedam wózek spacerowy (marka i model).
Wózek w stanie dobrym, widać normalne ślady zużycia.
W zestawie osłonka na nóżki, folia przeciwdeszczowa.
Nie wysyłam za pobraniem."

Najczęściej pojawiające się pytania:
1. Czy w zestawie jest osłonka na nóżki (dosłownie w każdej odpowiedzi).
2.Wyśle mi pani za pobraniem (co druga odpowiedź).
3. W jakim stanie jest wózek?/Czy wózek jest w pełni sprawny?

No i jeszcze pełno:
- wuzek
- nuszki (z kontekstu wynikało, że chodzi o nóżki)
- muj synek
- blod (błąd)
- do wiedzieć, do szło
- jusz (już)
I wiele, wiele innych...

Ja wiem, że nie każdy ma opanowane czytanie ze zrozumieniem, że dysleksja, że nie każdy musi umieć pisać poprawnie, ale czasami musiałam czytać wiadomości po kilka razy, żeby zrozumieć o co chodzi...

Olx

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 307 (Głosów: 319)

#76582

(PW) ·
| Do ulubionych
Trwał remont dosyć mocno uczęszczanej drogi, jeden pas zamknięty, a na drugim jest zmienna organizacja ruchu, czyli rano można nim jechać w jedną, a po południu - w drugą stronę.

Jak coś jest zmienne, to pomimo barierek i oznakowania, zawsze trafi się ktoś, kto się pomyli. Ot, życie.
Jedziemy z mężem samochodem, ruch na pasie "zmiennym" odbywa się w stronę przeciwną do naszego kierunki jazdy. W pewnym momencie jakiś kozak wymija barierki i popyla pod prąd, zatrzymuje się na światłach. Zaraz za nim to samo robi straż miejska. Myślimy sobie: "Oho, zaraz ktoś kozakowi zwróci uwagę". Nic bardziej mylnego, światła się zmieniają i straż jedzie dalej, nie zwracając w ogóle uwagi na piekielnego kierowcę.

Nie zauważyli? Nie chce mi się wierzyć, bo barierki duże, przez całą szerokość pasa, oznakowanie czytelne i dobrze widoczne...

Kierowcy straz_miejska

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (Głosów: 164)

#76594

(PW) ·
| Do ulubionych
Od poniedziałku mój synek zaczął turnus rehabilitacyjny w jednym z większych ośrodków w kraju. Na NFZ. Ogólnie zajęcia są dobrze prowadzone, nie ma się do czego przyczepić. W planie mamy też basen.

Jak się dowiedziałam od naszego lekarza prowadzącego, po basenie mogę odpocząć z synkiem w specjalnym pokoju ufundowanym przez Fundację Ronalda McDonalda, gdzie znajduje się kuchnia, gdzie mogę podgrzać małemu jedzenie i go nakarmić, telewizor, na którym puszczane są bajki, a nawet osobne pomieszczenie, gdzie mogę się z synkiem położyć i on może się przespać. Jak tam pójdę, to będzie pani, która się nami zajmie. No cud, miód i orzeszki.

Zachęcona tymi słowami idę, w środku faktycznie jest jakaś pani, która nawet nie odpowiada na moje "dzień dobry", bo jest pochłonięta oglądaniem "Ukrytej prawdy" czy innej "Trudnej sprawy". No ale dobrze, nie dla niej tu przyszłam. Mikrofalówka faktycznie jest, obok stolik, gdzie się sadowimy, podgrzewam jedzenie i karmię synka. Chwilę później wychodzimy na kolejne zajęcia.

Następnego dnia też prosto po basenie lecimy do pokoju. Tym razem na telewizorze faktycznie są bajki, bo jak się później zorientowałam, oglądał je wnuk jednej z pielęgniarek.

Jednak dostęp do mikrofalówki był mocno utrudniony, bo przy trzyosobowym stoliku siedziało sześć pielęgniarek, kolejne dwie stały przy ekspresie do kawy i jeszcze jedna przy zlewie. Ale jakoś się przecisnęłam, jedzenie podgrzałam, znalazłam nawet jedno wolne krzesło i udało mi się synka nakarmić.

Ciekawe tylko, czy Fundacja wie, że zasponsorowała wypasiony pokój socjalny dla pielęgniarek...

NFZ

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 237 (Głosów: 279)

#76481

(PW) ·
| Do ulubionych
Zamówiłam online strzykawki do podawania leków dzieciom. Sztuk 200. Nie jest tak, że sobie nie poradzę bez nich, bo w razie czego mogę kupić kilka sztuk w aptece, ale tam jednak jest co najmniej trzy razy drożej niż w moim sklepie www. Dostawa: InPost.

Po dwóch dniach dostaję maila, że moja paczka jest w drodze do wybranego przeze mnie paczkomatu. Następnego dnia - że ze względu na duże obłożenie przedświąteczne, czas realizacji może się wydłużyć, jeżeli mi to nie odpowiada, to mogę zmienić paczkomat (i zaproponowali trzy na totalnych zadupiach). Ponieważ te kilka dni mogłam poczekać, a paczkomat mam praktycznie pod blokiem, zostawiłam jak było.

Po kolejnych kilku dniach dostaję wiadomość, że moja paczka została przeniesiona do jednego z tych trzech paczkomatów na totalnym odludziu. Nie dość, że nie mam jak tam dojechać, to jeszcze przesyłki można odbierać tylko w określonych godzinach, co mi nie pasowało.

Telefon na infolinię, do świąt jeszcze dwa tygodnie, więc po około 20 minutach udało mi się z kimś połączyć.
- Dlaczego moja paczka została przeniesiona bez mojej zgody?
- Nie wiem.
- Co mogę zrobić, żeby przesyłka wróciła do paczkomatu wybranego przeze mnie pierwotnie?
- Nie wiem.
- Paczkomat jest czynny w określonych godzinach, które mi nie odpowiadają, jak proponuje pani rozwiązać tą sytuację?
- Mogę przyjąć reklamację.
- OK, jaki czas rozpatrzenia?
- Nie wiem.
...

Po kilku dniach bez odzewu dzwonię jeszcze raz, tym razem czekałam ponad pół godziny. Mogłabym zrobić kopiuj-wklej powyższej rozmowy, ale kto to będzie czytał. Dodam tylko, że po poprzedniej reklamacji w systemie nie ma śladu.

Minęły ponad dwa tygodnie od drugiej reklamacji, kontaktu brak, możliwości dodzwonienia się na infolinię - również brak.

Nigdy więcej nie zamówię nic do paczkomatu.

InPost paczkomat kurierzy

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (Głosów: 204)

#76542

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejna historia o służbie zdrowia:

Kilka lat temu po raz pierwszy w życiu miałam grypę. Wcześniej oczywiście jakieś przeziębienia z temperaturą dochodzącą do 38 stopni, ale nic poza tym. Tym razem było inaczej: temperatura powyżej 40 stopni, dreszcze, jakieś dziwne rzeczy widziałam, a obecny mąż mi potem opowiadał, że mówiłam dziwne rzeczy.

Poszłam do lekarza, z taką temperaturą przyjęli mnie bez problemów, ale przyjmował tylko jakiś nowy lekarz. OK, było mi wszystko jedno, byleby coś mi dał, a i zwolnienie do pracy potrzebowałam (40 stopni, praktycznie brak głosu, a wtedy jeszcze pracowałam „na słuchawkach” – nie wyobrażałam sobie inaczej).

Pan doktor (taki trochę do „Znachora” podobny) powiedział, że to żadna grypa, że grypa to była ostatnia jakieś 60 lat temu, od tamtej pory grypy nie ma. Dał mi jakieś tabletki emskie, powiedział, że zwolnienia nie, bo nic mi nie jest.

Poszłam do rejestracji, mówię, że byłam u nowego doktora, nie dał mi zwolnienia, ale może panie pielęgniarki by mi chociaż wypisały zaświadczenie, że byłam u lekarza, żebym w pracy problemów nie miała?
Jak mnie zobaczyły to tylko: „no nie, znowu ten nowy doktor” i dawaj mnie do kierowniczki przychodni. Ta, jak mnie zobaczyła, zbadała, to od razu antybiotyk, zwolnienie na tydzień i nie wychodzić z domu bo zarażam.

Piekielną pacjentką raczej nie byłam, ledwo na nogach stałam. Ale nowego pana doktora już więcej nie widziałam.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 226 (Głosów: 240)

#74869

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie wiem czy to będzie piekielna historia. Nie jestem nawet pewna czy to w ogóle historia. Raczej przestroga...

Dwa lata temu urodziłam dwóch cudownych chłopców. Obaj na 10 punktów, badania nie wykazały niczego, do czego można by było się przyczepić. Okazy zdrowia. Szczęściu (i zmęczeniu) nie było końca.

Jak chłopcy mieli około 5 miesięcy, to w zachowaniu jednego coś mnie zaczęło niepokoić. Nie, żeby jakoś znacząco, bardziej to było przeczucie matki. Ale lekarze (podkreślam liczbę mnogą) uspokajają, że wszystko jest ok, ale na wszelki wypadek kierują do neurologa. Neurolog na dodatkowe badania, po badaniach do neurochirurga. Neurochirurg znajduje jakieś drobne nieprawidłowości, ale przekonuje, że to nie powinno mieć wpływu na rozwój synka. No to nam ulżyło. Kontrola za rok.

W międzyczasie oczywiście mały jest rehabilitowany, co miesiąc ma kontrolne USG, jesteśmy pod stałą opieką neurologa. Po roku kontrola pokazuje, że jednak nie jest ok i konieczna jest operacja. I nie wiadomo na ile pomoże... Żadna osoba, która nie dostała takiej wiadomości, nie jest w stanie sobie wyobrazić co w takim momencie czuje rodzic...

Operacja zrobiona, w jednym z najlepszych ośrodków w Polsce. I mamy obserwować, czekać...

Przypadkowo trafiliśmy do pani, która zajmuje się rehabilitacją małych dzieci, nawet nie na same zajęcia, tylko na ocenę stanu synka. Była bardzo zaskoczona, że pewne podstawowe badania nie zostały wykonane zaraz po operacji. Że w ogóle lekarze wcześniej nie zalecili szeregu kontroli, które dawno powinny być wykonane. Dopiero ona nas pokierowała do kilkunastu różnych specjalistów, na dodatkowe zajęcia, powiedziała o co powinniśmy się ubiegać, bo nam się należy.

Teraz synek codziennie ma jakieś zajęcia, rehabilitację, psychologa, neurologopedę, basen, badania, lekarzy. A i tak jeszcze nie wiadomo co mu jest i jak będzie wyglądał jego dalszy rozwój.

Drodzy Rodzice, jeżeli jest coś, co Was niepokoi, nawet jeżeli to jest błahostka, to nie dajcie się uśpić standardowym "każde dziecko rozwija się we własnym tempie", tylko reagujcie! Lepiej jest chodzić po lekarzach i się dowiadywać, że to faktycznie norma, niż do końca życia się zastanawiać czy gdybyście rok wcześniej się uparli, to czy Wasze dziecko miałoby szansę na normalny rozwój...

dziecko lekarze słuzba_zdrowia

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (Głosów: 216)