Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

litlle_trouble1

Zamieszcza historie od: 23 grudnia 2014 - 7:40
Ostatnio: 18 czerwca 2017 - 19:21
  • Historii na głównej: 10 z 10
  • Punktów za historie: 2182
  • Komentarzy: 15
  • Punktów za komentarze: 63
 

#78720

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótka historia o wypłacie widmo, opisana w długiej historii.

Pisałam już o tym, że pracowałam na degustacjach. Piekielni klienci to rzadkość, za to szefostwo... Oj, są materiałem na osobne historie. Może opiszę w przypływie natchnienia.
Dzisiaj mam do opisania epilog tejże pracy.

Szybkie wyjaśnienie, firma (litościwie nazwy nie podam) ma siedzibę w Rudzie Śląskiej, moje miejsce zamieszkania znajduje się natomiast w zupełnie innym województwie, więc byłam zatrudniana przez pośrednika (też piekielny) na umowę zlecenie. System płac wyglądał tak, że do 10-ego składało się sprawozdania z godzin wypracowanych poprzedniego miesiąca, a pieniądze wypłacano 25-ego. W teorii dość proste. W praktyce... O Jeżu kolczasty...

Nie zliczę sytuacji, kiedy musiałam dzwonić i tłumaczyć, że pieniądze nie przyszły, albo przyszło ich za mało, albo za dużo (chciałam być uczciwa, a co?). W większości sytuacji skutkowało i na następny dzień miałam pieniądze, a czasami nie i trzeba było czekać na poprawnie rozliczone pieniądze kolejny miesiąc. Normalnie wypłatę dostałam 3 razy na 2 lata okresu pracy.
Wkurzało mnie to, nie ukrywam, ale było do wytrzymania i jako studentka bez większego doświadczenia nie protestowałam za mocno.

Do czasu. Aż rozwiązałam umowę.
Zrobiłam ostatnie rozliczenie i naiwnie posłałam z myślą, że nie będzie jakiś większych problemów. Ta...
Posłałam je 4-ego maja, poleconym (Zawsze tak robię, aby nikt mi nie wmawiał, że nie ma), doszło przed 10-tym. Wszystko wypełnione, a tu niespodzianka. Formularz wraca do mnie 22-ego maja z prośbą o podpisanie wszystkich stron. Zdziwiłam się, bo wcześniej tego nie musiałam robić, ale cóż. Podpisy złożyłam i odesłałam tego samego dnia (znowu poleconym), żeby doszło jeszcze przed 25-tym.

Ale pieniędzy brak.
Dzwonię.
Pani w słuchawce zaskakuje mnie wiadomością, że nie otrzymała rozliczenia. Robię screena ze strony trackingu Poczty Polskiej, ślę e-mailem razem z wyjaśnieniami. Cisza, jest 16-a, więc panie się już rozeszły do domów. Och, well.

Dzwonię znowu na następny dzień. A tak, tak. Pani to otrzymała, postara mi się dzisiaj wysłać. Nie wysłała. Doskonale wiem, że w weekend się nie dodzwonię, więc czekam do poniedziałku i znów dopraszam się o swoje pieniądze, już mniej grzecznie. Jestem raczona informacją, że teraz zajmują się rozliczeniami w głównym oddziale, a że moje rozliczenie przyszło późno (Hmm, serio? Przyszło w terminie, leżało u was ponad dwa tygodnie, wróciło do mnie, ale odesłałam i otrzymaliście je jeszcze przed zamknięciem rozliczeń. Naciągany argument, zwłaszcza, że już się to wcześniej zdarzało i jakoś kasa przychodziła w terminie). Będzie w przyszłym tygodniu. Nie podoba mi się ta informacja, ale, że nie chodziło o jakąś wielką kwotę, stwierdziłam, że może być.

Nadchodzi upragniony przyszły tydzień, a raczej jego środek i pensji dalej brak, więc łapię za telefon i dopraszam się dalej. Będzie w tym tygodniu. Pani poczeka. Nie doczekałam się. Stan konta sprawdzałam o 16-tej w piątek. Przelewu brak.

Szlag mnie trafił.
Natchniona piekielnymi, wysmarowałam skargę do PIP-u opisując całą sytuację i posiłkując się screenami z PP oraz moją umową, w której stoi jak byk, że wypłata ma być 25-ego i kropka.

W poniedziałek (12.06) zadzwoniłam do ukochanej firmy jeszcze raz. Kobieta kłamie mi w słuchawkę, że pieniądze na pewno mam, a ja patrzę na swoje konto na ekranie laptopa i czuję się jakbym rozmawiała z wariatką.

Jednak, na hasło "skarga do PIP" dzieje się magia!
Nagle się okazuje, że dzwonię do zupełnie złego działu i Pani nie będzie brała odpowiedzialności za błędy koleżanek. Dostaję inny numer. Po dodzwonieniu się i wyłuszczeniu sprawy słyszę nieśmiertelne "ale ja tego nie mam". Informuję kobietę, że to niemożliwe i najgrzeczniej jak umiem, podaję jej argumenty. Nie mam serca zanudzać was przepychanką słowną, w każdym razie druga Pani też zaskoczyła dopiero na hasło. Nagle się okazuje, że wszystko jest, a pieniądze wypłacą mi na następny tydzień...
O NIE!

Informuję kobietę po drugiej stronie linii, że naczekałam się dostatecznie długo i pieniądze mam natychmiast dostać, albo oprócz skargi wniosę jeszcze wniosek o odsetki. I znowu magia. Przelew jest.

Może i byłam piekielna, ale do cholery jasnej, żeby 3 tygodnie dopraszać się o własne pieniądze?! A wniosek o odszkodowanie i tak złożyłam, a co?

gastronomia

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (151)

#78724

(PW) ·
| Do ulubionych
O taksówkarzach ostatnio głośno, jak przede mną pisało już masę Piekielnych, jednak to historia Satsu (#78574) w jakiś pokrętny sposób przypomniała mi pewną sytuację. Piekielny był zdecydowanie taksówkarz, a ja jestem osobą poboczną tego dramatu, będzie więc zwięźle.

Raz wracałam sobie do domu po zakupach okrężną drogą: w praktyce oznacza to nadłożenie godziny, ale było pięknie. Drzewka, działki, pora kwitnących bzów, małe sady - wszystko pachnie i, co ważne, prawie żadnych aut, bo droga bardzo rzadko uczęszczana.

A po środku tej Arkadii zepsuta taksówka, a przed nią dwóch kłócących się facetów.
Nie przysłuchiwałam się, nie moja sprawa, ale w momencie, kiedy mijałam panów jeden z nich energicznym ruchem zakończył rozmowę i zaczął się oddalać w stronę "mojego" chodnika przy głośnych bluzgach tego drugiego.
Pan zbliżył się do mnie i uprzejmie, po angielsku z wyraźnym brytyjskim akcentem zapytał, czy wiem, jak daleko do centrum...
Trochę się zawiesiłam, bo:
1) do centrum godzina drogi pieszo...
2)...i to w zupełnie drugą stronę

Po krótkiej rozmowie wyszło, skąd to nieporozumienie: Pan Harry (zmyślone imię) wezwał taksówkę, aby móc dostać się z bliskich okolic centrum na dworzec. Moje miasto może nie jest strasznie duże, ale nie znając go, ciężko się połapać. Z racji, że wtedy była prowadzona modernizacja dróg, taksiarz wmówił biedakowi (który, naiwny, od razu się przyznał, że przyjechał na dwa dni w sprawach służbowych i kompletnie nie znał miasta), że główne drogi są w renowacji i nie da się tamtędy przejechać. Wywiózł go na to urokliwe, ale zadupie i wtedy coś walnęło w autku (Nie wiem co, a poszkodowany nie był w stanie mi tego wytłumaczyć). Harry, który już od dobrej chwili podejrzewał, że coś jest nie tak, wszczął awanturę i po kilku koronnych argumentach oddalił się, po deklaracji nie płacenia za źle wykonaną usługę.

Zlitowałam się i przeprowadziwszy go na skos przez ogródki (ścieżkami znanymi wyłącznie miejscowym) do najbliższego przystanku autobusowego. Narysowałam instrukcję jak (i czym) dostać się na dworzec a w nagrodę zostałam obdarowana przyjaznym, brytyjskim przytulasem i kasą na bilet w moją stronę (swoje wydałam na ciuchy, jednak totalna baba ze mnie :D)

Harry dojechał, ale przygodę miał niezłą i w sumie niekiedy rozmyślam, co by było, gdyby nie natrafił na mnie, albo gdyby taksówkarz zrealizował swój podstęp - a na liczniku ponoć już wybiło 50 PLN, kiedy za taki kurs płaci się 20.

Nie mam pomysłu na puentę... Nie ogarniam, jak można tak oszukiwać.

taxi

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 147 (161)

#78706

(PW) ·
| Do ulubionych
Historii o dzieciach tutaj dużo, a więc dorzucę swoją.
Już tutaj podobne widziałam, ale co tam - to chyba świadczy o autentyczności...
Nie odbiegajmy jednak od meritium.

Jeden z moich wielu kuzynów ma synka. Nic nadzwycajnego samo w sobie, ale bardziej niecodzienne jest to, że dziecko - jeśli nie ma ojca w pobliżu - wszystko może.
A raczej mogło, ale dlaczego nastąpiły zmiany, opowiem za chwilę.

W czasach liceum plastycznego spędzałam niemalże całe dnie poza domem. Lekcje potrafiły trwać do 18tej (od 8mej), a potem jeszcze zajęcia dodatkowe na skończenie prac (Prac robionych w szkole nie wolno nam było z jakiegoś powodu brać do domu). Znalezienie się w mieszkaniu o godzinie 16tej było błogosławieństwem.
Podczas jednego takiego wczesnego powrotu zastałam cioteczkę zaśmiewającą się przy kawce z moją babcią. Poiformowały mnie, że syn kuzyna bawi się w moim pokoju.
Mój mózg po całym tygodniu (był piątek) i minionych dziewięciu godzinach w szkole się wyłączył, więc niczego złego nie podejrzewając, poszłam się rozpakować.

Otworzyłam drzwi do pokoju i stanęłam z rozdziawionymi ustami.
Kiedy rano wychodziłam zostawiłam w miarę ogarnięte miejsce.. Zastałam scenę z Apokalipsy.
Dzieciaczek niepilnowany przez nikogo dosłownie zniszczył mój pokój. Zwięzła lista jego dokonań w trakcie 2ch godzin(!):

- połamane wszelkie rodzaje kredek i ołówków. Nie. Nie upuszczone i połamane w środku - połamane na kawałki, które walały się po dywanie
- no właśnie, dywan... Dziecior wylał na niego wszystkie odczynniki plastyczne, jakie miałam: olej lniany, terpertyna, werniks, odczynniki do wywołynia zdjęć ... Na łóżko też (Wszystko zamknięte w oznaczonych butelkach z wielkim czerwonym napisem "Toksyczne", coby nie było wątpliwości co to jest, w szafce wysoko ponad zasięgiem wtedy mojego trzyletniego brata - mądrala podstawiła sobie stołek - mój brat i tak by nie dostał. Wszystko potraktowane tymi wspaniałościami było wynoszone i wykonywane na balkonie lub w piwnicy)
- rozkruszone pastele wsmarowane w łóżeczko braciszka
- plótna pocięte nożykiem do papieru
- potargane lub poplamione rysunki
- zawartość farb wyciśnięta do puszki z zaprawą malarską (Nie, tego już się nie dało używać)
- komoda pomazana farbami olejnymi
- pomazana pisakami ściana
- plama z farby akrylowej na suficie!! (Nie musicie w to wierzyć, ja nawet zdrapując tą farbę nie wymyśliłam jak to zrobił)
- woda do czyszczenia pędzli do spółki z colą wylana na laptop i ksiązki (Trzymałam na wierzchu, choć wysoko, żeby były pod ręką, w końcu były bezpieczne... Ta, chyba przed moim bratem, który wolał swoje zabawki i rozumiał, że mojego komputera się nie rusza choć był 2 lata młodszy...)
- powyrywane włosie z pędzli
- powyrywane kartki z książek

Zanotowałam to dosłownie w ciągu sekundy, by w ciągu następnej dostrzec tego małego gnojka, jak siedzi na środku tego Armagedonu i szpilką maltretuje chomika...
Miałam ochotę go zabić (gówniarza, nie chomika), jak Boga i szatana kocham.
Po prostu złapać za gardło i wyrzucić z piątego piętra przez zamknięte okno.
Zamiast tego walnęłam plecak prosto w kałużę terpentyny, odebrałam mu chomika, którego odłożyłam do klatki upewniwszy się, że nie stała mu się krzywda. A na histeryczne pretensje smarkacza zrobiłam to, co mój tata miewał robić, gdy byłam niegrzeczna jako dzieciaczek - tylko tak z 50 razy agresywniej. Lanie.

Złapałam jedną z niewielu rzeczy, które ocalały z tej anihilacji - metrową metalową linijkę do rysunków technicznych - chwyciłam dzieciaka za kark i przełożywszy sobie przez kolano, sprałam solidnie, aby popamiętał na całe życie.
Babcia z Ciotką nade mną krzyczały, szarpały, żebym gówniarza puściła, ale ostatecznie wkurzyły mnie jeszcze bardziej i jak na co dzień mam sporo cierpliwości, tak wtedy okrzyczałam (i zwyzywałam, czego jednak się wstydzę) również je.

Wzajemne przekrzykiwanie się nasiliło, kiedy wrócił mój tata z bratem z przedszkola. Zobaczywszy tę katastrofę ryknął na ciotkę, babci kazał się nie wpier...ć, bo to po części jej wina, a potem zadzwonił po kuzyna (swojego brata). Ten, jak zobaczył co się stało, najpierw wlał synowi, przy akompaniamencie krzyków ciotki, którą później sam owrzeszczał z góry na dół. W tym czasie do domu przyszła jeszcze moja mama i aż przysiadła, kiedy stanęła oko w oko ze zniszczeniami. Mój brat w płacz, ja też - kilka lat pracy zamieniło się w strzępy. No cyrk, a nie dom.

Ostatecznie, kiedy wszyscy dorośli wzięli po kielichu na uspokojenie, zasiedliśmy do komputera taty (bo mój zniszczony), co by wycenić szkody. O tym, że ciotka burczała, że po luj mi takie drogie pisaki i kilka rodzajów kredek, albo , że na takim śmierdzącym terpentyną i odczynnikami do wywoływania zdjęć łóżku można spać etc. etc. nie będę się rozpisywać.
Wyszło kilka tysięcy złotych, co wujek skończył oddawać ledwo pół roku temu. Choć naprawdę muszę mu oddać, że świetny z niego facet, pokrył wszystkie koszty włącznie z remontem i ratami za laptop. Złoty chłop.

A podsumowanie jest takie, że chomik przez długi czas bał się ludzi, a pokój wymagał remontu i nowych łóżek. Laptop poszedł do kolegi, który na szczęście był w stanie uratować trochę zawartości dysku. W szkole musiałam gęsto się tłumaczyć z braku prac, a skompletowanie ponownie całego arsenału narzędzi trwa do dziś.


Z trochę lepszych wiadomości można napisać, że wujek zainteresował się bardziej synem (rychło w czas...) i po kilku poważnych i ponoć głośnych rozmowach z ciotką, ona też zaczęła zwracać uwagę na jego zachowanie. Mały mnie bardzo nie lubi i odtąd nie pojawiają się u nas w domu. Nie żal mi. I odczuwam wręcz sadystyczną satysfakcję z tego, że wbiłam mu do tej pustej głowy, że czyny mają swoje konsekwencje.

A puenta?
Nie bójcie się wymierzać swoim dzieciom kar, kiedy robią źle. To im nie zaszkodzi.

Chaotycznie to wyszło, ale do dziś mnie nosi na samo wspomnienie.

rodzinka

Skomentuj (77) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 382 (432)

#78519

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia Piqaczu o jej dwóch psach zmusiła mój mózg do przypomnienia sobie mojej własnej, choć trochę innego kalibru. Było to już ładne trzy lata temu, kiedy w pobliżu nie było jeszcze żadnego wybiegu dla psów.

Przydługi wstęp:
Mam psa, czteroletnia sunia - Moria. Czarna, puszyste futro, o niebieskich oczach. Wzbudza spore zainteresowanie, głownie wśród dzieci, zwłaszcza kiedy zauważą, że lubi się bawić piłką...

Ale ja nie pozwalam na zabawy z moim psem.
Nie i koniec.
Owszem, jest łagodna i bardzo lubi głaskanie, ale jest również wielka i ciężka jak przystało na mieszankę mastiffa z owczarkiem australijskim. Gdyby skoczyła na jakiegoś dzieciaka... Ba, nawet na dorosłego mogłaby zrobić krzywdę.
Niektórzy to rozumieją, niektórzy nie. Często spotykam się z pretensjami, głównie oburzonych rodziców.
"No przecież się Aniołek tylko z pieskiem pobawi chwilkę. Taki uroczy, pewnie nie zrobi krzywdy, zresztą pani ją trzyma." Ta, trzymam. Jak osiemdziesiąt parę kilo wyrwie do przodu za piłką, to przy okazji zabierze ze sobą moje ramię i kawałek obojczyka, a jeszcze będą nade mną wrzeszczeć, że nie upilnowałam zamiast wzywać karetkę...

Jednak w tych masach zwyczajowych piekielnych zdarzyła się sytuacja, której nigdy nie zapomnę... moje ramię zresztą też.

Jesienny wieczór, siedzimy z Morią w parku, ludzi wyjątkowo mało, psina radośnie aportuje piłkę-jeżyka, kiedy słyszę "Pieeeesioooo, jaki łaaadny pieeeesioooo". W naszą stronę biegnie chłopczyk na oko 6 lat, a za nim raźnym krokiem idą rodzice.
Nauczona doświadczeniem przywołuję psa i zakładam smycz. Dziecko dopada Morię i zaczyna z zapamiętaniem ją głaskać (Nie powinien o to najpierw zapytać, wcale nie trzeba, piesek nie ma ząbków, pieski w ogóle nie bywają agresywne... Wcale a wcale, ja się po prostu czepiam...) Matka dobiega i z przepraszającym wyrazem twarzy wypowiada moje wątpliwości:

- Kajtusiu (dajmy na to), powinieneś Panią chociaż zapytać...
- A po co? Przecież widać, że przyjazny - Ojciec wtrąca swoje trzy grosze i już widzę, że z nim się nie dogadam, ale milczę, bo po co psuć sobie humor. Może za chwilę sobie pójdą... Taaa...

Kajtuś nadal głaska i cmoka do mojego psa, a ja zezując na to jednym okiem, tak jak matka, rozmawiam z rodzicami o rasie, pielęgnacji i życiu codziennym z tym kłębem mięśni, futra i miłości. W pewnym momencie doszliśmy do tematu piłki. Kajtuś w mgnieniu oka złapał wspomniany przedmiot i hajda do zabawy, macha nią Morii przed nosem. Postanowiłam interweniować:

- Przepraszam, ale nie pozwalam bawić się z moim psem. Może zrobić krzywdę...
- Co też Pani gada, przecież kochana sunia, Kajtuś jej trochę piłkę porzuca i wszyscy będą zadowoleni - żelazna argumentacja ojca nie zrobiła na mnie wrażenia, zwłaszcza, że widzę, że żona mnie popiera.
- Proszę Pana, Moria może być łagodna, ale jest potwornie silna i ciężka. Może skoczyć na syna i zrobić mu krzywdę nieumyślnie...
- Chwilę tylko, nie bądź samolubna małolato (O ty wioskowy kmiotku jeden... poczekaj ty).
- Pozwoli PAN, że coś mu powiem. Dopóki to mój pies, ja będę decydować, z kim i kiedy ma się bawić, a Kajtuś według MNIE nie jest dobrym partnerem do zabawy dla wielkiego psa, którego pierwszy raz widzi na oczy. A teraz proszę oddać mi piłkę. - Ojciec się nastroszył, żona ukryła wyraz twarzy pod dłonią i wyciągnęła rękę do syna po "jeżyka".
Jednak Kajtuś poczuł się chyba jeszcze bardziej obrażony niż ojciec, bo cofnął się o krok i... kopnął piłkę prosto w moją twarz!

Matka skamieniała, ja też, ojciec się zaśmiał (widać po kim synek nasiąknął takim chamstwem), a synek przez sekundę wyglądał na bardzo z siebie zadowolonego.
Przez sekundę, bo tyle zajęło Morii poderwanie się i obszczekanie gówniarza z obnażonymi kłami przy okazji naciągając mi bark od skoku.
No i sytuacja obraca się o 180'

- To bydle jest agresywne! Jak k@#$a mogłaś pozwolić w ogóle zbliżyć mu się do mojego dziecka! - tatuś wyczerpał w tym momencie moją cierpliwość
- Słuchaj no pan, albo zabiera pan w tej chwili swojego bachora, albo sama kopnę mu piłkę w twarz. - ojczulek zaczyna krzyczeć o wariatkach i niebezpiecznych psach, żona złapała się za głowę i zaczęła mnie gorąco przepraszać, a synek w tym czasie obchodząc psa szerokim łukie, podnosi piłkę i chowa się za ojcem pokazując mi język. I kiedy już myślałam, że zaraz zgarną mnie za bicie małych dzieci, nastąpił kolejny, nieoczekiwany, ale jakże satysfakcjonujący dla mnie zwrot akcji.

Mama Kajtusia, która dotąd stała z boku złapała synka za ucho i sprzedała mu solidnego klapsa, aż echo poszło. Piękny dźwięk :) Bachor w płacz, dostałam piłkę z powrotem, a ojciec zdążył wrzasnąć tylko "Co ty, kobieto, ro...?!"
- Zamknij się! Idziemy do domu, a w nim tobie też przywalę! Przepraszam Panią jeszcze raz. I syn też Panią przeprasza- po czym na oczach zszokowanego męża skręciła ucho dzieciaka jeszcze mocniej, na co on pisnął "Przepraszam Panią, PRZEPRASZAM".
- I pieska też przeproś! - zażądała mama.
- Kobieto, co w ciebie wstąpiło...?
- Powiedziałam, żebyś się zamknął! Kajtek!
- Przepraszam, piesku - postanowiłam w tym momencie być wredna.
- Ona nazywa się Moria i takie przeprosiny to za mało - uśmiecham się wrednie.
- O no bez jaj... - ojciec podejmuje słabe próby protestu.
- Ma Pani rację - mama skręca ucho dalej, jednocześnie odpychając męża - Przeproś Morię porządnie!
- To tylko głupi pies! - drze się dzieciak przez łzy. Szast! Kolejny klaps. Niezła scena się zrobiła, Bogu dzięki przechodniów brak. Tylko gapiów by brakowało, jeszcze by się jakiś obrońca biednych dzieci znalazł... (Wybaczcie, ale moje współczucie ulotniło się wtedy zupełnie).

- Przepraszam cię bardzo, Moria. - chlipie dzieciak
- No weź go puść, kobieto. Uspokój się, przecież się nic nie stało - tatuśkowi udało się w końcu wyrwać dzieciaka z każącej ręki.
- Nic się nie stało?! Nic się nie stało?! Ty idioto! Ty chamie! Ostatni raz wyszłam z tobą na ulicę! Rozwód z tobą to jednak była najlepsza decyzja mojego życia! (Ou, no, hm... Nie musiałam wiedzieć) - po czym mama złapała syna za ramię i obrzucając oboje wyzwiskami zaczęła się oddalać w stronę wyjścia z parku, a (były) mąż podążył za nią coś pokrzykując.
Gapiłam się na nich, dopóki nie zniknęli za bramką. Moria też. Na ten dzień straciłam ochotę do zabawy.

Kto w tej historii był najbardziej piekielny, sama nie wiem. Jedyne stworzenie, do którego chyba nie można mieć pretensji, to pies.
Ale szczerze powiedziawszy, ja nie mam szczęścia do dzieci, a Moria do ludzi, więc historii z nią mam więcej. Zwłaszcza, kiedy razem z nią zaczęłam zabierać na spacer królika ;P (No co? Oboje to lubią).
Jeśli historia się wam podoba, to mogę wstawić więcej (choć pewnie w komentarzach przeczytam, że to jakiś fejk ;))

park

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 291 (339)
Ludzie potrafią podnieść ciśnienie - na masę sposobów.
Mają też tupet.
Dzisiaj przeżyłam kolejny przykład.

Wykonuję hobbystycznie małe, proste, drewniane skrzyneczki. Można do nich włożyć jakieś drobiazgi, ale poza tym niewiele pomieszczą. Nie wyglądają też specjalnie fantazyjnie czy okazale, ale lubię to i od czasu do czasu za pośrednictwem OLX coś sprzedam.
Ostatnio odezwała się do mnie pewna Pani - chce skrzynkę z ażurową górą. No spoko - zrobi się, choć przyznaję, że dla mnie to trudne.

Minął tydzień, zrobiłam - wysyłam zdjęcia coby się upewnić, że Pani pasuje. Bez ochów i achów, ale mówi, że jest ok i prosi wysłać. Informuję ją o koszcie przesyłki i zaczyna się kręcenie nosem - a że powinno być w cenie, że drogo, a może by tak cenę za pudełko obniżyć.
Cha cha... Nie. Ustaliłyśmy to wcześniej i obiekcji nie było.. Zresztą one nie są wcale straszliwie drogie.
Pomarudziła, ale ostatecznie paczka posłana i powinnam mieć kolejnego zadowolonego klienta. No, ale nie pisałabym tu wtedy. :)

Po paru dniach dostaję wiadomość, że skrzynka jednak nie pasuje i Pani chce zwrotu kasy. Na moje pytanie, co jest nie tak stwierdziła, że przestał jej się wzór podobać.

No dobra, to proszę mi towar odesłać i zwrócę kasę. Znowu marudzi, ale skrzynka wraca po godzinnej przepychance na OLX... sama się dziwię, że mi się chciało.

Paczka przyszła, otworzyłam i niemalże przeżyłam atak serca. Ażurowa płytka, którą wstawiłam wypadła, skrzynka obita na rogach. Po krótkich oględzinach i szaleńczej myśli, że może źle przykleiłam, a farba się złuszczyła, oczyściłam się z zarzutów.

Na płytce, wewnątrz pudełka i klapie ślady kleju - nie byle magica, tylko kropelki czy czegoś w tym rodzaju - farba się nie złuszczyła, tylko odprysnęła. Albo pudełeczko upadło z dużej wysokości, albo ktoś tym rzucił o podłogę. Robię zdjęcia, wysyłam kobiecie i stwierdzam, że nie oddam jej za to pieniędzy. Dostaję na to inteligentną odpowiedź, że już takie przyszło i pewnie źle zapakowałam. Jej pech, że nie jest pierwszą osobą, która odsyła mi zdewastowany towar. Zawsze robię zdjęcia towaru, gdy go pakuję. Zawsze.

Wysyłam fotkę owiniętego folią bąbelkową puzderka, które zaraz trafi do większego, kartonowego pudła. Kobieta na to, że pewnie w transporcie rozwalili i ona chce... nie, ŻĄDA naprawy w cenie. Ooooo, to jej się jednak podoba. Gdyby uczciwie napisała, że się zniszczyło mogłabym naprawić, ale za to też są koszta, czego nie omieszkałam jej wytknąć, plus wysłać zdjęć śladów po kleju, który ktoś starał się zdrapać. Co jak co, ale tego na poczcie z pewnością nikt nie zrobił.
Piekielna postanowiła zakończyć konwersację wiadomością, którą tutaj skopiuję:

"Ty chciwa krowo i tak nie chciałam tego gówna na nic by sie nie przydao i jest tandetne Udław sie tymi pieniedzmi nic juz u cieie nie kupie i zrobie ci odpowiednia reklame Juz nic nie sprzedasz"

Łał, ale się boję...

olx

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 219 (227)
Wściekłam się.
Bardzo się wściekłam na ludzką znieczulicę i będę się jeszcze długo wściekać.

Godzina niemalże wpół do pierwszej w nocy, dzwoni przyjaciółka, dajmy na to Ala, czy nie odbiorę jej z przystanku, bo po tramwaju kręci się jakiś dziwny koleś. Zaczepia ją i ona się boi. Ochroniarz ze mnie żaden, ale w potrzebie się nie zostawia przyjaciół. Wszyscy domownicy śpią już jak zabici,a poza tym dziadkowie, moja mama i dziewięcioletni brat nie nadają się na obrońców w takim samym stopniu co ja. Tata, który jako jedyny mógłby pomóc jest w pracy, więc biorę moją Morię i pod pretekstem nocnego spaceru idę. Ustaliśmy z Alą na szybko przez sms-y, że powinna dojechać za 10 minut.
Czekam 10 minut. 15. 20.

Zaczynam dzwonić coraz bardziej nerwowo i kiedy na nic nie ma odpowiedzi podejmuję decyzję i ruszam przed siebie. Trasa idealna do zilustrowania "Fear of the dark", stare ogródki działkowe, lamp brak, naokoło w kółko coś chrobocze. Świecę latarką w telefonie i co chwila wołam Alę. Uszłam tak dwa przystanki i tu następuje zwrot akcji i wyjaśnienie czemu jestem taka cholernie wściekła.

Z drugiego tramwaju na pełnym biegu wysiada, a raczej wyskakuje Ala i biegnie w stronę ulicy. Krzyczę i Ala zawraca w moją stronę, a przy tym zaczyna zbliżać się do niej wysoka męska sylwetka. Znowu szybka decyzja, podbiegam do niej - wsiadamy. Delikwent w ostatniej chwili wepchnął stopę w drzwi i zbliża się do nas.

Ciarki mnie przeszły, jak go zobaczyłam. Wieki, gruby facet. Do tego jego wyraz twarzy, spojrzenie. Jeśli kiedykolwiek poczuliście się brudni, kiedy ktoś na was patrzył w obleśny sposób to pewnie rozumiecie o czym mówię.
Tramwaj pusty, tylko on, ja, Ala... i Moria, która jak się może domyślaliście jest psem. Mieszanka mastiffa z owczarkiem australijskim. Imię zawdzięcza czarnemu umaszczeniu i niebieskim oczom. Jest pięknym, puchatym, ale także wielkim i silnym zwierzakiem, który w tym momencie chyba wyczuł moje przerażenie i wyrwała do przodu.

Zaskoczyła mnie, puściłam smycz. Niedoszły gwałciciel zaczął się cofać. Podeszłam do mojej czarnej bestyjki, złapałam za obrożę i kazałam Panu Oblechowi wysiadać jak najprędzej. Ujadająca Moria i to, że sytuacją zainteresował się motorniczy, podziałały gdyż wysiadł na kolejnym przystanku.

Odetchnęłyśmy z ulgą i zaczęłam wypytywać Alę, co się działo. Z każdym słowem szlag trafiał mnie coraz bardziej. Pan Oblech dosiadł się do niej, i złapał za kolano. W pierwszej chwili Ala myślała, że może zrobił to niechcący, ale potem złapał ją znowu i zaczął sunąć ręką wyżej. Wydarła się na niego. Zero reakcji. Walnęła go telefonem w rękę, efekt podobny. Wstała i przesiadła się bliżej grupki ludzi. Od nowa. Błagalne spojrzenia w stronę innych pasażerów nie pomagały. Wszyscy tylko z niesmakiem się na nią patrzyli. Wtedy zadzwoniła do mnie. W końcu wstała i pisząc sms-a podeszła do drzwi. Poszedł za nią i złapał od tyłu. Zarobił soczystego liścia z odlewem.

Tramwaj się zatrzymał i Ala w panice wysiadła. Widziała przez szybę, że ludzie pokazują ją palcami. Uciekła w stronę ulicy, szedł za nią, nie śpieszył się. NA nieszczęście dla Ali o tej porze na przedmieściach ludzi praktycznie nie ma. Zatoczyła koło i miała szczęście trafić na spóźnione tramwaje, które zablokowało źle zaparkowane auto na jakiejś wąskiej ulicy (wręcz jestem temu burakowi wdzięczna). Wsiadła, on za nią. Praktycznie nie było tam ludzi, więc Ala postanowiła zdezerterować na kolejnym przystanku i wiać do domu na piechotę - może po drodze trafiłaby się pomoc. Resztę historii znacie.

Nie mam słów na tych ludzi. Nikt nie mógł podejść i kazać mu się odp..lić? A gdybym nie zdążyła? Gdyby Morii nie było? Nie chcę o tym myśleć. Tyle się gada o wypadkach, o pomocy i wrażliwości na cudzą krzywdę. Powtarza się w kółko, że gwałt jest zawsze gwałtem, że nie należy robić winnego z ofiary... A jak przyjdzie co do czego, to taki ch*j. Nikt się nie będzie angażował, a potem wszyscy płaczą, bo stała się tragedia.

P.S. Uprzedzając pytania, Ala wracała z pracy, była ubrana w dżinsy i koszulę. Zdecydowanie nie wyglądała na typowy obiekt seksualnych marzeń. Co do Morii, nie jest agresywna, ani nigdy nie była szkolona na psa obronnego. To domowy pieszczoch, którego nie potrafiliśmy oddać, pomimo, że mamy małe mieszkanie. Stanęła po prostu w mojej obronie, z czego jestem bardzo dumna. Okazała się mieć więcej ludzkich odruchów niż co poniektórzy.
Wciąż jestem wściekła... Ech...

ludzie

Skomentuj (55) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 197 (255)
W kilku historiach przewinęła mi się już kląwa Piekielnych, tj jak w końcu dodasz historię to zaczną ci się one przytrafiać coraz częściej.

Będzie krótko, bo w sumie nie ma się co ropisywać.

Pod jedną z moich poprzednich historii napisałam, że swoich obrazów nie wystawiam na korytarz do obeschnięcia, bo zdarzało się, że były kradzione.
W sobotę z uwagi na intensywne porządki mój tata wystawił sztalugi z gotowym już, wyschniętym obrazem na korytarz dosłownie na 15 minut.
Wracamy - nie ma.
Dostał nóżek i zwiał ze sztalugi. W biały dzień.
Kradzież zgłoszona, obchód po sąsiadach odbyty. No wyparował jak nic. Piotruś Pan pewnie zabrał do Narnii.

A tu dzisiejszego ranka cud.
Obraz wrócił.
Wysmarowany co prawda substancją czekoladopodobną i śmierdzący piwem, ale jest. Szkoda, że pójdzie do śmieci.

Monitoringu na klatce brak, za rękę nie złapałam. W bloku towarzystwo mieszane pod względem wieku - nie mam typów na złodzieja. Jakieś pomysły, co zrobić?
I czy naprawdę tak trudno zapukać i zapytać ile kosztuje ten obrazek?

sąsiedzi

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (178)
Historie o sąsiadach, lokatorach itd. popełniane są na Piekielnych często ale uważam, że moja sprzed kilku lat i tak jest unikalna. :) Może nie do końca piekielna, ale na pewno długa i dziwna.
Nie przedłużając...

Tło:
Przyjaciółka (P) dostała w spadku mieszkanie po babci, duże, przestronne, w atrakcyjnej lokalizacji - blisko centrum, ale pośród drzewek. Bajecznie. Po wprowadzeniu się, potrzebnych było kilka zmian i mały remont. Jako malarz zostałam zaprzęgnięta do odświeżenia mieszkania i dopieszczenia "designu ukochanego gniazdka", jak to określiła P. Cztery miesiące i tysiąc filiżanek kawy później domknęłyśmy roboty. Byłyśmy (i nadal jesteśmy) z finalnego efektu bardzo dumne i niejedna kawa czy butelczyna została w "naszym" gniazdku wypita, więc byłam kojarzona przez sąsiadów.
P pomimo, że wniosła do swojego gniazdka dość sporo rzeczy i tak miała dalej wolny pokój, który na początku chciała podnajmować, ale ostatecznie przeważyła jej niechęć do obcych. Taka już nieufna jest :)

Historia właściwa:

Zdarzyło się tak, że potrzebowałam zorganizować sobie przestrzeń do wykonania dużej makiety budynku. W moim mieszkanku o wymiarach 50mkw na sześć osób byłoby to niewykonalne, więc zrobiłam duże maślane oczy do P, czy nie mogę zagospodarować mniejszego pokoiku na tydzień.

- No problemo, sister - powiedziała na to P, ale w środku tygodnia musiałaby opuścić gniazdko na dwa dni, bo musi jechać do siostry więc zostałabym sama.
- No problemo, zajmę się gniazdkiem - uśmiechnęłam się i transakcja została przypieczętowana kawą. Wniosłam swoje klamoty i robiłam a w dzień wyjazdu odprowadziłam P na dworzec, pomachałam i jeszcze byłam nieświadoma, że zacznie się jazda...

3 godziny później siedzę w gniazdku i robię typowe kobiece nic, tj. piekę kurczaka na obiad, przeglądam facebook'a, słucham muzyki na słuchawkach kręcąc piruety w kapciach i zerkam kątem oka czy klej na makiecie schnie jak należy.
W pewnym momencie wydaje mi się, że słyszę pukanie do drzwi. Otwieram i widzę sąsiadkę (S) z piętra niżej. Ogółem słabo ją znamy z P, typ osiedlowego monitoringu, który odpowiada na dzień dobry jak ma ochotę. Nie pamiętam dokładnie całości rozmowy, więc tu wersja skrócona do oddających jej sens najważniejszych kwestii:

S - Mogę widzieć się z właścicielką mieszkania?
J - Dzień dobry, przykro mi, ale jej nie ma.
S - Jak to? To co tu robisz? (Ekhem, ja rozumiem, że jestem pół wieku młodsza co najmniej, ale się nie znamy).
J - Mieszkam. Przekazać coś?
S - O, wprowadziłaś się. To pewnie wiesz, że musisz być cicho, bo tu dużo starszych ludzi mieszka (No wieeeem, i co? Tutaj S rozpoczęła dość długi monolog o poszanowaniu starszych) Dlaczego jej nie ma? (O rany barany... Chyba starszej pani brakuje rozrywki na co dzień).
J - Pojechała do rodziny. Proszę przyjść, kiedy wróci pojutrze. - staram się wymigać od wiszącego w powietrzu kolejnego gradu pytań, bo rozumiałabym gdyby babunia chciała po prostu pogawędzić, ale nie lubię wścibstwa. Może moim błędem było to, że starałam się być miła... Nie wiem
S - Stało się coś w jej rodzinie? - przepytuje dalej S, robiąc krok w stronę wejścia.
J - Nie wiem, proszę Pani. Przepraszam bardzo, ale jestem zajęta pracą. - zamykam drzwi, ale S chwyta się futryny.
S - Jaką pracą? (Noż kur... Testuję tostery w wannie. Co cię to obchodzi, kobieto?!) I w ogóle jestem zarządcą budynku, muszę wejść sprawdzić, czy tu wszystko w porządku. (WHAT?)
J (tracę cierpliwość) - Szanowna Pani, nie ma właścicielki, więc Pani nie wpuszczę, chyba, że ma Pani nakaz! - Babina dębieje.
S - Nakaz?
J - Owszem, w innym wypadku jest to najście. Proszę przyjść z nakazem z pieczątką policji i osobnym pismem ze spółdzielni mieszkaniowej, to Panią wpuszczę. Do widzenia.

Zanim S zdążyła się otrząsnąć z szoku zatrzasnęłam drzwi (jej szczęście, że palce zabrała) i zignorowałam natarczywe pukanie, a potem walenia w drzwi. Poszła. Piekielna spotkała piekielną, powiecie - może i racja :)

Koniec?
A gdzie tam. S się dopiero rozkręcała :D

Pod wieczór znowu walenie do drzwi. Krzywię się, myśląc, że S robi drugie podejście z wszystkimi "potrzebnymi" jej papierami, a tu niespodzianka. Policja. Zgłoszenie o głośnej imprezie - niszczenie mienia, muzyka, że się ściany trzęsą... No cóż, słuchałam głośno muzyki, ale na słuchawkach, a głucha nie jestem... Jeszcze. Stwierdzam, że to raczej nie u mnie, ale profilaktycznie Panów wpuszczam. Pochodzili, pocmokali nad makietą, skomentowali muzykę dobywającą się z moich słuchawek i po grzecznym odmówieniu napicia się kawy opuścili gniazdko.

Spokój?
Chciałabym.
Tym razem walenie do drzwi, kiedy biorę prysznic. Ignoruję. Walenie nasila się, zaraz ktoś wyrwie drzwi z zawiasów. Klnąc pod nosem owijam się ręcznikiem i dobiegam do drzwi. Znowu policja...
Otwieram. Panowie delikatnie mówiąc dębieją, a ja pytam się co ich sprowadza o tej porze. Mieli wezwanie, że ktoś właśnie okrada mieszkanie pod nieobecność właścicieli... Jasna cholera, no nie wyglądam raczej na złodzieja, chyba, że dostałam się do środka przez odpływ w wannie. Zarzuciłam na siebie szlafrok, panowie obeszli mieszkanie tak jak poprzedni, a po stwierdzeniu, że nikt się tu nie włamał, zostałam dżentelmeńsko przeproszona i panowie sobie poszli czerwieniąc się z lekka. Kładłam się spać z myślą, że powinnam była zabrać dłuższy ręcznik...

Już starczy tego wariactwa, co nie?
No nie.
Poranek. Ptaszki śpiewają, a w akompaniamencie ktoś znowu tłucze się do drzwi. Mamrocząc pod nosem, że to jakieś piekielne żarty wlokę się zobaczyć, kto znowu znęca się nad tym nieszczęsnym kawałkiem drewna.

W połowie drogi drzwi nagle stają otworem i ukazuje się w nich sylwetka zwalistego chłopa. Obudziłam się natychmiast i wydałam z siebie najbardziej babski pisk na jaki stać moje gardło. Sylwetka zrobiła dwa szybkie kroki w moją stronę, po czym nagle się zatrzymała i zdziwionym głosem nazwała mnie po imieniu. Po dłuższej chwili wypełnionej konsternacją poznałam tatę P. Po wypiciu nieśmiertelnej kawy dowiedziałam się od niego, że jego stara znajoma zadzwoniła rano z krzykiem, że w mieszkaniu jego córki są jacyś obcy ludzie i wynoszą ich rzeczy. Po delikatnym podpytaniu, okazało się, że to S. Swoją drogą, nie dziwię się, że chłop przyleciał w takim wzburzeniu. Ojciec P wiedział, że jego córki nie ma, oraz, że pilnuję mieszkania. Postury jestem mikrej, a gniazdko miało rozgrabiać dwóch postawnych facetów. O wnioski nietrudno. Po chwili zjawiła się też policja, jeden z Panów był u mnie wczoraj wieczorem i rzut oka w moją stronę pozwolił mu stwierdzić, że przyjechał się kawy napić. W końcu towarzystwo się rozeszło.

Prawie koniec, znaczy epilog.
Siedzę przy swojej makiecie i dłubię, kiedy nagle słyszę klucz przekręcany w drzwiach i do gniazdka wchodzi P, a na jej twarzy błąka się dziwny uśmiech. Przy kawie opowiedział mi, jak to rano jej mama zadzwoniła z informacją, że ktoś włamał się do jej mieszkania. Sytuację wytłumaczył ojciec, również przez telefon w momencie, kiedy P wybierała odpowiedni łom do rozwalenia delikwentom głowy. Usłyszała moją część historii, pośmiałyśmy się i miałyśmy już odłożyć sprawę ad acta, kiedy rozlega się walenie do drzwi. Czwarty raz w ciągu doby... Na sam dźwięk się od razu wkurzyłam, więc P poszła otworzyć. Zgadnijcie, kto to był?

P - Dzień do...
S (tak, brawo) - WIEDZIAŁAM! Wiedziałam od początku!
P - Słucham?
S - Masz tu nielegalnych imigrantów! (O kur...a, no tego się nie spodziewałam. Ja wiem, że mam ciemną cerę, ale bez przesady :D) Normalni ludzie, kiedy mogą wynająć to wynajmują porządnym ludziom, a nie jakiejś wariatce, która wymyśla bzdury i lata naga po klatce! (Cwaniara podpytała policję przez telefon i podglądała zza winkla za każdym razem, kiedy coś się działo) - Wszystko widziałam. Wywalą was stąd! Tu nie będzie przemytu, ani żadnych szemranych interesów!

Bla, bla, bla. S ciągnie monolog i ignoruje coraz weselszą minę P, która radośnie wkracza do kuchni. S za nią i wrzeszczy dalej. Sytuacja kuriozalna, albo dla miłośników Monthy Python'a. Ogółem zrobiło się małe zamieszanie, sąsiedzi zwabieni krzykami wychodzą zobaczyć, co się dzieje. Kilku nawet zagląda i macha mi na powitanie, bądź co bądź nie pierwszy raz mnie widzą. S to wcale nie zniechęca tylko coraz bardziej się nakręca, że wszyscy jesteśmy w spisku i ona pójdzie z tym do gazet (w sumie ta historia nadaje się nawet do dlaczego ja :D, życie pisze wyjątkowe ciekawe scenariusze) i ona nie pozwoli szerzyć się przestępstwu... A P grzebie w szafce wyraźnie czegoś szukając. Na moje pytanie, czy wezwać policję stwierdziła, że jak usłyszą adres to się rozłączą :D

Zbiegowisko powiększa się o syna S, który najpierw próbował ją uspokoić, a potem z zażenowaną miną tylko stał obok i patrzył na mnie przepraszającym wzrokiem. Tymczasem P wyciągnęła w końcu z szafy jakiś papierek i odczekawszy, aż S weźmie oddech, machnęła jej tymże przed nosem.

P - Tu ma Pani umowę najmu, którą zawarłam pięć dni temu z moją NAJLEPSZĄ PRZYJACIÓŁKĄ - i wtedy mnie olśniło. Przy pieczętującej naszą umowę kawie znalazło się trochę rumu. Po kieliszku zażartowałam, że może spiszemy umowę, bo jeszcze policję naślą (Wykrakałam wtedy - jestem tego pewna), a P z wrodzonym sobie poczuciem humoru wyjęła kartkę i długopis, i umowę sporządziła. Stało w niej czarno na białym, że na siedem dni jest mi udostępniany pokój wraz z noclegiem, a w zamian mam pomagać w obowiązkach domowych, dokładnie po sobie posprzątać, parzyć kawę, a zużyte media mam opłacić w postaci pół litra, malibu i własnoręcznie upieczonej szarlotki :) Podpisane i nawet miało pieczątkę P.

S przeczytała całość i popatrzyła na mnie, na P, na "umowę", znów na mnie, na P, obejrzała się na syna, znowu na nas, na umowę i w końcu obdarzyła P długim, ciekawskim spojrzeniem.

S - Zatrudniłaś sobie służącą? - zapytała i wskazała na mnie. Nie zdzierżyłyśmy. P zgięła się w pół i ryknęła śmiechem,ba ja oplułam resztką kawy zlew i podłogę. Nie mogłyśmy się powstrzymać po prostu - dawka absurdu nas przerosła. S na szczęście, dla niej samej, bo byłyśmy gotowe zabić ją śmiechem, odłożyła umowę na stół i mamrocząc coś o wariatach i ladacznicach niskiej półki sobie poszła. Więcej nie wróciła. Jej syn jeszcze chwilę został tłumacząc, że mama nie jest do końca normalna i zdarzają jej się takie dziwne zachowania. Przeprosił bardzo i sam się ulotnił. Też nie wrócił.

I podsumowując, czy Wam, drodzy Piekielni to się wydaje realne, bo ja po przeczytaniu tego sama do końca nie wierzę. I zastanawiam się, czy to my byłyśmy piekielne bardziej, niż starsza Pani, której coś się poprzestawiało? (Z czasem dowiedziałyśmy się, że jakiś numer prędzej czy później odwalała każdemu na klatce, a syn nie do końca ją ogarniał).

sąsiedzi

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 259 (305)
Chyba wyleję tu dzisiaj masę żalu nad swoją zniszczoną pracą, ale w sumie gdzieś muszę... Będzie chaotycznie, ale nie mogę się opanować.

Po kolei.
Jestem sobie absolwentem szkoły plastycznej. Mieszkam w bloku z piątką innych domowników. Prace plastyczne robię najczęściej na zlecenie, tam portret, siam mural, gdzie indziej pejzaż. Zdarza mi się robić również kopie innych artystów*.

Jakiś czas temu koleżanka zleciła mi wykonanie kopii obrazu Leonida Afremova. Dla ciekawych obraz tutaj: https://img.grouponcdn.com/stores/dvgTZF9V9XRmfCecTwWipB/storespi16405-1040x640/v1/t440x300.jpg
Format spory, koleżanka koniecznie chciała pracę w technice olejnej, co ważne dla historii. Umówiłyśmy się na termin odbioru i zabrałam się do pracy. Po ukończeniu została ułożona na sztalugach do wyschnięcia w moim pokoju**.

Obraz zrobił wrażenie w domu. Głównie z powodu, że był bardzo barwny. Moja babcia szybko wyraziła chęć, że chciałaby go mieć na ścianie. Już. Zaraz. Teraz. Natychmiast. Bo on taki ładny i rozświetli wnętrze. Odpowiedziałam, że zrobię jej drugą kopię, bo ta jest dla kogo innego i niedługo muszę ją oddać. Pofuczała trochę, ale chyba dotarło... no, nie.

Wracam ja wczoraj rano do domu po wizycie u lekarza i co widzę?
Babcia z dziadkiem w tajemnicy przed wszystkimi zamówili ramę do obrazu na oko*** i próbowali obraz zamontować na ścianie.
Nie wyszło z dwóch powodów:
- rama okazała się nieco za mała
- farba olejna schnie bardzo długo, a że została nałożona grubo, to upaćkała wszystko - babcię, dziadka, ramę, dywan i ścianę.
Zamurowało mnie. Na serio. Obraz wyglądał jak jeden wielki bazgroł, albo sztuka Jacksona Pollocka. Ktoś go najprawdopodobniej złapał za lico i rozsmarował farbę, a potem całość spadła brudząc wszystko naokoło.
A babcia jak mnie tylko zauważyła, to zaczęła na mnie krzyczeć , że co to za farba, no co ja zrobiłam (Słucham?!), mam to zaraz posprzątać, a obraz poprawić...

Nic nie powiedziałam. I tak bym nie przegadała. Zabrałam im ten obraz i ramę do pracowni, tam się zamknęłam i popłakałam. 3 tygodnie pracy zmarnowane. Koleżanka na szczęście wykazała zrozumienie. Szacuję, że poprawka zajmie kolejne 3 tygodnie, po tym, jak obraz całkowicie wyschnie. Ramę odczyściłam, ale nie da się już jej zwrócić, obtłukła się mocno, poza tym śmierdzi odczynnikami do rozpuszczania farby.
A babcia? Babcia nadal jest obrażona, tak jak ściana brudna. Na szczęście rodzice stwierdzili, że to babci wina i niech sama sobie posprząta. Ja nie zamierzam.

*W takich wypadkach z tyłu obok mojego podpisu jest adnotacja, że jest to kopia dajmy na to artysty X, zrobiona tego i tego dnia.
**Dawniej ustawiałam je na klatce, ale zdarzyło się parę razy, że ktoś obraz ukradł (Dzięki wam, sąsiedzi!)
*** Zrobił im to jakiś kolega, przeważnie w pracowni oprawczej trzeba pojawić się z pracą, aby wszystko dokładnie spasować

rodzina

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 237 (247)
Kilka lat uważnego czytania piekielnych i w końcu historia :)
Na dodatek taka z cyklu "myślałam, że mnie już nic nie zdziwi, ale..."
Nie musicie w nią wierzyć - ja wciąż nie dowierzam.

Pracowałam jeszcze do niedawna jako hostessa na degustacjach u pewnej firmy wędliniarskiej. (Dlaczego już tego nie robię to też niezła historia). Ot, był sobie stand, a na nim czasami grill, a oprócz tego w zestawie ja z tacą jedzonka.

Do wielu zachowań przedstawicieli mojego gatunku zdążyłam się przez 2 lata pracy przyzwyczaić;

- Paniszcza traktujący mnie jak człowieka niższej kategorii. Nie odpowiadanie na moje dzień dobry, ignorowanie, ostentacyjne krzywienie się, kiedy podchodzę.

- Głodni delikwenci wyjadający z apetytem wszystko z tacki, bo ZA DARMO, a potem nie kupią nic. Rekordzista zmieścił trzy tacki, pomimo wyraźnego tłumaczenia, że już dość. A one mają ok 40cm długości...

- Dociekliwi konsumenci wypytujący mnie o dokładny skład, ile co ma konserwantów, atesty używanych maszyn i rodowód świnki, z której zrobiono ten kawałeczek kiełbasy. Order cebuli uroczyście w myślach nadałam panu, który po skosztowaniu jakiejś próbki darł się na cały sklep, że to za słone i nikt tego nie kupi.

Jednak Pana z ostatniego piątku zapamiętam na długo, bo czegoś takiego jeszcze nie widziałam.
Mały sklep, duży ruch.
Dreptam tam i z powrotem wśród mas ludzi i częstuję. Zwijam się jak w ukropie, ale jestem tylko człowiekiem - po pięciu godzinach musiałam usiąść i napić się herbaty.
Odłożyłam tacę na stolik, kiwnęłam paniom na stoisku i uszłam może sześć kroków, kiedy rozegrała się akcja rodem z filmu.

Jakiś Janusz przyuważywszy naszykowaną tacę jedzenia bez opieki, rzucił swój koszyk w kąt, złapał tackę i sprintem pognał do wyjścia, gubiąc nieco próbek po drodze. Z szoku zapomniałam, że mnie nogi bolą :D

I ja się tylko pytam, po co?
Nic nie jadł przez cały tydzień? Bał się mnie, czy co? A może miał w domu przyjęcie i przyuważył darmowe przekąski...
A najfajniejsze jest to, że tacka została wystawiona po to, żeby się poczęstować i bez mojej pomocy.
Masakra...

sklepy degustacje

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 195 (265)

1