Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Logowanie
X  
Login:
Hasło:
 
  Nie masz konta? Zarejestruj się
Zapomniałeś hasła? Odzyskaj hasło
Nie dostałeś linku aktywacyjnego? Wyślij go ponownie
 
Profil użytkownika

luksik85

Zamieszcza historie od: 13 listopada 2010 - 10:50
Ostatnio: 17 maja 2012 - 23:24
O sobie:

Pracuję w ochronie. Ponad 4 lata przepracowałem na różnego rodzaju obiektach handlowych dlatego mam o czym pisać:)

  • Historii na głównej: 87 z 101
  • Punktów za historie: 49607
  • Komentarzy: 349
  • Punktów za komentarze: 1335
 
zarchiwizowany
27 kwietnia 2012, 21:16 przez luksik85 (PW) | było | Do ulubionych
Historie opowiedział mi kolega powiedzmy że nazywał suię Marcin, który
zapowiadał się na niezłego piłkarza a skończył w ochronie. Ale
po
kolei:

W mieście X był znany klub nazwijmy go KS Czerwoni, który oprócz
sukcesów seniorskiej drużyny miał doskonale szkolenie młodzieży. W jednej z takich juniorskich drużyn kariere rozpoczął właśnie Marcin. Jak sam mówi pilka była całym jego życiem a kolejni trenerzy twierdzili
że ma ogromny talent i jeśli poprze go ciężką pracą może osiągnąć bardzo wiele i nawet zagrać w reprezentacji. Toteż chłopak się zawziąl i ostro trenowal, z roku na rok piął się coraz wyżej. Gdy mial kilkanaście lat jego drużyna była jedną z najlepszych w kraju i w związku z tym była zapraszana na turnieje w całej Europie. Tutaj rownież KS Czerwoni byli jednymi z najlepszych, ogrywali czolowe druzyny świata w swojej kategorii wiekowej a ich nazwiska były niemal w kazdym notesie łowcy talentów i menedżerów piłkarskich. Trenerzy nadal zapewniali ich że jeśli tylko nie spoczną na laurach czeka ich świetlana przyszłość. I tak to wszystko biegło sobie ustalonym rytmem gdy nagle coś zaczęło się psuć. Do głosy zaczęli dochodzić bogaci tatusiowie, których marzeniem było aby ich średnio zdolni synowie zrobili piłkarską karierę. A więc za sponsorowanie drużyny, kupno nowych strojów czy odmalowanie szatni trenerzy wystawiali w pierwszym składzie synów zamożnych rodzicieli a utalentowani chłopcy przesiadywali na ławce rezerwowych bądź też w ogóle nie byli wystawiani. Widząc to wielu z czasem rezygnowało ale nie Marcin. Chłopak trenował coraz mocniej, nie interesowały g o rozrywki takie jak m.in. komputer bo wierzył że mimo wszystko talent i cięzka praca pozwolą mu coś osiągnąć. Niestety przyszedł okres że musiał dokonać wyboru gimnazjum, Niestety w mieście panowała rejonizacja a chłopak mieszkał w innej dzielnicy niż klub toteż nie miał dużego wyboru a niestety lekcje zaczęły kolidować z treningami. Chlopak prosił nauczycieli, trenerów aby mu pomogli, nie miał wsparcia w rodzicach, pracujących jako ksiegowi, którzy piłkę nożna uwazali jako dziecinne hobby i pragnęli aby poszedł w ich ślady. Nikt nie traktował go poważnie a sam 14-15 latek niewiele mógł zdziałać. W końcu udało mu się uprosić trenera a ten zalatwił mu wypożyczenie do klubu z tego samego miasta o nazwie KS Biali. Był to największy rywal Czerwonych, kibice obu druzyn szczerze sie nienawidzili jednak Marcin wierzył że dzięki wypożyczeniu jego kariera dalej będzie mogła się rozwinąć. Przeliczył się. Mlodzi zawodnicy gdy zorientowali się że chłopak jest wychowankiem wrogiego klubu zaczęli mu niemiłosiernie dokuczać: ktoś pociął mu koszulkę, wlał smar do szafki, ukradł buty czy wypisywał obraźliwe napisy. Marcin oczywiście poskarżył się trenerowi, który uznał że to tylko dziecięce wybryki. Sam również nie pałał do niego sympatią i nie wystawial go do gry. Chłopak znów chodził prosił kogo się tylko dało jednak nikt nie traktował nastolatka poważnie. Po pól roku wykończony i zniechęcony zrezygnował. Trenował jeszcze w lokalnym osiedlowym klubiku ale była to raczej rekreacja niz poważna gra. Skonczył gimnazjum, szkołę średnią poszedł do wojska.

Obecnie pracuje w ochronie i gra amatorsko w wiejskim klubiku w lidze okręgowej.

Nie mam pewności czy to historia autentyczna, ale skoro tak traktuje się w Polsce piłkarskie talenty to nie dziwie się że reprezentacja Polski dostaje lanie od innych drużyn...

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 74 (Głosów: 194)
zarchiwizowany
23 kwietnia 2012, 16:51 przez luksik85 (PW) | było | Do ulubionych
Pracuję w ochronie.
Pełniłem służbę na jednym z urzędów, gdy zauważyłem jak jeden z petentów opiera rower tuż przy drzwiach
wejściowych uniemożliwiając tym samym ich otwarcie na oścież co w związku z jakąś niespodziewaną sytuacją mogłoby utrudnić działania służb ratowniczych. Widząc to podszedłem i jak najuprzejmiej poprosiłem o przestawienie roweru.
- A co ty mi tu cieciu będziesz rozkazywał? Ten rower jest więcej warty niż ty zarobisz w ciągu pół roku!- warknął na mnie i popatrzył się tak jakby miał przed sobą człowieka gorszej kategorii.
- Zdziwił by się pan!- odparowałem i odszedłem gdyż nie chciałem robić taniej sensacji, ale wiedziałem że tego tak nie zostawię. Gdy mężczyzna się oddalił zauważyłem że ów rower to zwykła poobijana kolarzówka niewiele warta i bez żadnego zabezpieczenia więc beż żadnych oporów zabrałem go i schowałem pod schody wejściowe po czym spokojnie wróciłem na monitoring. Po upływie dłuższej chwili usłyszałem wrzask mężczyzny, który krzyczał na portiera żądając odszkodowania za to iż celowo schowaliśmy mu rower. Gdy mnie zobaczył wrzasnął na cały głos:
- To ty mi schowałeś rower ja to wiem mam świadków, zobaczysz odpowiesz za to! Ja dzwonie na policję, on jest uszkodzony nie wypłacisz się cieciu!
- Słuchaj Pan!- krzyknąłem - Jeśli w tej chwili się Pan nie uspokoi to ja wezwę policję o to iż blokuje Pan rowerem wejście co może utrudnić ewakuacje, poza tym grozi mi Pan i obraza mnie co również podlega pod paragraf. I zabierz Pan stąd ten swój niewiele warty złom!
Mężczyzna zapowietrzył się i złorzecząc opuścił urząd, obawiam się jednak ze ta sytuacja niewiele go nauczyła i nadal będzie się zwracał z pogarda do innych.

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 67 (Głosów: 155)
28 marca 2012, 13:50 przez luksik85 (PW) | Do ulubionych
Pracuję w ochronie.
10 marca bieżącego roku we wszystkich urzędach skarbowych w Polsce odbył się tzw. "dzień otwarty", tzn. w
tym dniu od godz 9 do 13 urząd był czynny i każdy mógł przyjść uzyskać pomoc przy rozwiązaniu zeznania podatkowego. Oczywiście w taki dzień to ja musiałem dostać służbę na jednym z takich obiektów.

A więc jak już pisałem, urząd był czynny od godz 9 i mimo wyraźnego plakatu z informacją już od 8 przed drzwiami zgromadził się zastęp emerytów z laskami, antenkami na beretach itp. "Glonojad", popularna ryba akwariowa - mówi wam to coś? Jeśli tak, to już wiecie jak ci ludzie wyglądali stojąc przy szklanych drzwiach. Z każdą chwilą przybywało ich coraz więcej no i niestety musiałem wpuścić pracownika, który z trudem przedarł się przez zasieki złożone z rozhisteryzowanych babć, wyzywających nas od najgorszych. Otwieram drzwi i ... łup dostałem laską w ramię. Napastnikiem okazał się jeden z siwych trzepiących się emerytów.

- Cóż pan robisz?! - Krzyknąłem.
- Wy zbóje jedne, to ja emerytowany schorowany prawie 90-letni kombatant wojenny i mam tutaj stać? Krzesło mi macie przynieść, bo ja was do sądu podam, że chcecie mnie wykończyć! - Dziadek ryknął z całym impetem, aż dziw bierze że stary schorowany człowiek potrafi wydobyć z siebie takie dźwięki.
Ale mało tego dziadek chwycił klamkę i zaczął szarpać się ze mną i ani myślał odpuścić. Wierzcie mi ale ten niby schorowany kombatant miał siły i energii więcej niż niejeden młody człowiek. Wszystko to odbywało się oczywiście w głośnym akompaniamencie innych biednych schorowanych emerytów.
W końcu udało mi się zamknąć drzwi i odpowiedzieć jedynie, że najlepiej to jakbym przyniósł kanapę dla jaśnie państwa. Odpowiedziały mi przekleństwa i wyzwiska. W pewnym momencie przestraszyłem się, że wybiją szybę w drzwiach.

Wybiła w końcu godz. 9. Podszedłem, przekręciłem klucz w drzwiach i nim zdążyłem uchylić drzwi... ja ponad 100 kilowy chłop, z całym impetem zostałem zepchnięty na ścianę przez tłum emerytów. To co się działo przy wejściu chyba nigdy nie zapomnę: Te biedne starsze babcie, dziadkowie nagle chwycili laski, torby z zakupami i inne klamory w ręce i niczym stado sprinterów albo zawodników w rugby wparowało do środka, stosując najrozmaitsze sztuczki - przepychanie się łokciami, rozmaite wejścia barkiem, ciągnięcie za części garderoby, byle tylko być pierwszym....

Na koniec dodam jeszcze jedno: Często narzekacie na urzędników i pewnie macie rację, ale podziwiam ich anielską cierpliwość, bo gdy 5 raz tłumaczy się to samo, a dziadki albo i tak wiedzą swoje albo nadal w ogóle nie rozumieją co się do nich mówi, to można wyjść z siebie...

urząd skarbowy

Skomentuj (51) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 733 (Głosów: 789)
13 marca 2012, 17:12 przez luksik85 (PW) | Do ulubionych
Pracuję w ochronie.
Swego czasu ochraniałem pewien państwowy urząd, a jak to zwykle bywa, ochroniarz pełni rolę ciecia i
otwiera bramy, szlabany, itp. Do moich obowiązków należała m.in. weryfikacja uprawnień do parkowania na terenie budynku. Posiadali je, oprócz pracowników, osób z wizytą służbową, czy służb ratowniczych, osoby niepełnosprawne. Każdy wjeżdżający musiał nacisnąć przycisk na domofonie umiejscowionym przy szlabanie i poinformować w jakim celu wjeżdża.

I tak sobie siedzę w wartowni, gdy błogą ciszę przerywa dźwięk domofonu:
- Jestem osobą niepełnosprawną! - Usłyszałem w słuchawce miły kobiecy głos.
- Czy ma pani legitymację osoby niepełnosprawnej? - Zapytałem.
- Mam oczywiście! - Padła odpowiedź więc otworzyłem szlaban.
Na parking z impetem wjechało nowiutkie srebrne audi, a z jego wnętrza wysunęła się długonoga tleniona blondynka w mini i szpilkach, po czym wrzuciwszy jakiś świstek za szybę, niespiesznie oddaliła się w kierunku pobliskiego sklepu. No cóż na niepełnosprawną nie wyglądała, zresztą nie mi to oceniać, ale wiele osób robi różne przekręty, byle tylko mieć darmowe miejsce do parkowania. W związku z czym postanowiłem podejść i sprawdzić, czy za szybą samochodu rzeczywiście znajduje się legitymacja osoby niepełnosprawnej.

Podszedłem, przyjrzałem się dokładnie i uśmiechnąłem się sam do siebie. Otóż znajdowała się tam legitymacja... Polskiego Związku Osób Niewidomych.
No cóż, zastanawiałem się czy nie powiadomić mediów. W końcu to chyba ewenement na skale światową, że osoba niewidoma potrafi tak sprawnie prowadzić samochód...

ochrona

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 654 (Głosów: 684)
11 stycznia 2012, 12:44 przez luksik85 (PW) | Do ulubionych
Pracuję w ochronie.
Pewnego dnia mieliśmy na sklepie agresywnego idiotę, który wyjął z kieszeni nóż i wymachując nim, groził innym
klientom. Wezwaliśmy policję, która przyjechała zadziwiająco szybko, zrobiła co trzeba i wyprowadziła gościa zakutego w kajdanki. Gdy wychodzili z nim z hali sprzedaży, podeszła do mnie monstrualnie wielka kobieta, w ogromnym białym futrze, które sądząc po rozmiarach zostało zrobione chyba z niedźwiedzia polarnego.

- Panie ochroniarzu, żeby człowiek zakupów nie mógł spokojnie zrobić, cóż to się tutaj dzieje? - Zapytała, ciężko dysząc.
- Spokojnie, to tylko kręcą serial W11. - Odparłem, używając małego kłamstewka po to aby nie wzbudzać jeszcze większej paniki wśród i tak już przestraszonych i zdziwionych klientów.
Kobiecina słysząc to zapowietrzyła się i z trudem łapiąc powietrze dosłownie wybiegła ze sklepu.

Po kilkudziesięciu minutach kiedy już sytuacja była opanowana, usłyszałem zza pleców znajomy głos:
- Prze pana, prze pana! - Wspomniana wcześniej klientka krzyczała w moją stronę, ale tym razem nie była sama. Prowadziła ze sobą jeszcze grubszą od siebie młodą dziewczynę, która miała dosłownie z 40 kg nadwagi.
- Prze pana! Ja chciałam się widzieć z kimś z W11! - Krzyknęła jeszcze głośniej i dopiero wtedy przypomniałem sobie o moim kłamstwie, zastanawiając się jak z tego wybrnąć.
- Przykro mi, ale już pojechali! - Odpowiedziałem niepewnie, mając nadzieję, że kobieta da mi spokój.
- Jak to możliwe, bo widzi pan, ja tu córcię przyprowadziłam! - To mówiąc, wskazała na dziewczynę. - Kasieńka chciałaby spróbować swych sił w telewizji, a skoro dziewczyna chce, to ja jako matka muszę jej pomóc i jak mi pan powiedział, że telewizja tu kręci serial, to nie mogłam przepuścić takiej okazji! - Tu wydobyła z siebie przeraźliwy piskliwy śmiech i kontynuowała dalej:
- No ale to w takim razie musi mi pan dać do nich jakiś namiar, no przecież na darmo tutaj nie przyjechałam i obiecałam córci, że jej załatwię! - Tu ponownie wskazała na córkę a kraśne dziewczę o twarzy przypominającej pełnie księżyca uśmiechnęło się od ucha do ucha ukazując swoje pożółkłe, niekompletne uzębienie.

Po dłuższej chwili udało mi się ją spławić, ale na końcu wręczyła mi jeszcze kartkę z numerem telefonu aby koniecznie dać jej znać, gdy znowu będą coś nagrywać. Stałem tak jeszcze dłuższą chwilę zastanawiając się czy aby na pewno telewizja nie kręci na markecie jakiegoś programu, ale w tym wypadku to chyba tylko z serii "w ukrytej kamerze".

sklepy

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 501 (Głosów: 577)
2 stycznia 2012, 10:33 przez luksik85 (PW) | Do ulubionych
Pracuję w ochronie.
Historia zdarzyła się parę ładnych lat temu na początku mojej "kariery" w ochronie.

Otóż market, który ochraniałem,
regularnie nawiedzała pewna starsza kobieta, która była kleptomanką. Kradła dosłownie wszystko co wpadło jej w ręce i specjalnie się z tym nie kryła, a zdarzało się nawet, że przy próbie wyjścia skradziony towar sam wypadał jej z kieszeni.

Pewnego dnia, po takiej właśnie kradzieży i wezwaniu policji, podszedł do nas mężczyzna, przedstawił się jako jej mąż, pokazał zaświadczenie od lekarza o chorobie żony i wyjaśnił, że wraz z rodziną opiekują się chorą kobietą. Niestety nie zawsze są w stanie jej upilnować, w związku z czym gorąco prosi, aby nie wpuszczać jej na sklep tylko zadzwonić do niego, a on szybko przyjedzie i zabierze żonę. Prośbę swą motywował tym, iż ma już przez nią naprawdę dużo problemów z różnymi instytucjami i mimo, że żona podjęła leczenie na razie efektów nie widać. Kierownik marketu, który odpowiadał również za ochronę sumiennie zapewnił, że oczywiście nikt nie będzie robił problemów i że będziemy informować mężczyznę jeśli tylko w markecie pojawi się kobieta, a także nie będziemy wpuszczać jej na sklep.

Gdy mężczyzna odszedł kierownik zwrócił się do nas:
- Ależ oczywiście wpuszczajcie ją, niech chodzi i kradnie jak najwięcej, bo dzięki niej możemy sobie poprawić statystyki wykrywania kradzieży, a przecież oto nam wszystkim chodzi!

Byliśmy zszokowani, jednak nic nie mogliśmy zrobić.
Siedzę już ładnych parę lat w tej branży i rozumiem ze liczy się liczba wykrytych kradzieży i zadowolenie zwierzchników ale czy należy to robić za wszelka cenę? Zwłaszcza że prawdziwych złodziei, kradnących z premedytacją łapaliśmy naprawdę sporo, więc mieliśmy i tak dobre wyniki.

sklepy

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 524 (Głosów: 554)
30 grudnia 2011, 15:32 przez luksik85 (PW) | Do ulubionych
Pracuję w ochronie.
Tym razem historia opowiedziana mi przez znajomego ochroniarza.

Otóż przyłapał na kradzieży siwą babuleńkę w moherowym berecie, która
przywłaszczyła sobie dwie bułki i jakieś serki. Wartość tych towarów wynosiła dosłownie parę złotych, w związku z czym kolega nawet nie chciał aby babcia płaciła, po prostu chciał poprosić o zwrot towaru i miał zamiar puścić kobietę bez żadnych konsekwencji.

Pierw jednak nakazał bardzo grzecznym tonem, aby udała się wraz z nim do pokoju ochrony, celem spisania protokołu, a babcia jak to starsza osoba, chwilę protestowała, wzywała Ojca dyrektora, papieża i wszystkich świętych, ale w końcu się zgodziła.
Gdy szli, nagle babinka odwróciła się i psiknęła czymś koledze w twarz, który przez moment stracił wzrok i zaczął ostro kaszleć. Po chwili gdy doszedł do siebie, kobiety oczywiście już nie było.

Nie, nie zgadliście, to nie był gaz. To był zwykły dezodorant w sprayu. Sprawę zgłoszono na policję jako rozbój, gdyż w takim przypadku nie ma znaczenia kwota i jest to przestępstwo. Niestety babci nie udało się odnaleźć.

Także uważajcie, nie tylko laska może być potężnym orężem w rękach wojowniczych babć moherowych.

sklepy

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 557 (Głosów: 611)
28 grudnia 2011, 21:28 przez luksik85 (PW) | Do ulubionych
Pracuję w ochronie

Historia w dwóch aktach prozą pisana:

AKT I

Stałem na linii kas w supermarkecie, gdy na halę sprzedaży wszedł
dobrze nam znany nastoletni złodziejaszek. Od razu skierował się w stronę papierosów, które nie znajdowały się w podajnikach nad głowami kasjerek, tylko leżały luzem przy kasach. Zabrał ponad 20 paczek i udał się w głąb sklepu. Po dłuższej chwili dostaliśmy wiadomość drogą radiową, iż ów młodzieniec pakuje papierosy do plecaka i abyśmy byli w pełnej gotowości.

Gdy złodziej wychodził ze sklepu, zastąpiliśmy mu wraz z drugim ochroniarzem drogę i wtedy stało się coś czego się nie spodziewaliśmy, a trwało to dosłownie kilka sekund: chłopak wyciągnął z kieszeni gaz, przyłożył mi do twarzy i psiknął mi prosto w oczy. Chwyciło mi oddech i przez moment straciłem wzrok. To samo zrobił koledze i momentalnie ulotnił się ze sklepu. Przetarłem oczy, złapałem kolegę za ramię i wyprowadziłem na zewnątrz, gdzie obaj ciężko dysząc i przecierając piekące oczy, staraliśmy się dojść do siebie. Zajęło nam to ponad dwie godziny, na szczęście nic poważniejszego nam nie było i mogliśmy złożyć zeznania policjantom, którzy przybyli na miejsce. I tu objawiła się piekielność jednego z policjantów.

- Czy pan wie, co to był za gaz? - Zapytał uśmiechnięty i wyraźnie rozbawiony.
- Nie mam pojęcia. - Odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
- W takim razie my mamy w radiowozie gaz, psikniemy w pana i pan stwierdzi czy poprzednio czuł to samo!
Popatrzyłem się na niego krzywym wzrokiem i odpowiedziałem:
- A gdyby mnie tak postrzelono to pan strzeliłby do mnie drugi raz by sprawdzić co to była za broń?
Policjant nic nie odpowiedział, tylko ciągle się śmiał, sądzę że chyba żartował jednak mi po takich przeżyciach wcale nie było do śmiechu...

AKT

Z ustaleniem personaliów złodzieja nie było najmniejszego problemu, w związku z czym po niedługim czasie odbyła się rozprawa sądowa, a chłopaczka oskarżono o rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia. Jako pokrzywdzony mogłem uczestniczyć w całej rozprawie. I tu przytoczę treść zeznań chłopaczka, oczywiście nie będzie to dokładnie słowo w słowo ale sens zostanie zachowany, a więc tak:

"Wysoki sądzie wszedłem na sklep z zamiarem kupna papierosów, było ich dużo, więc postanowiłem schować do plecaka by nie dźwigać ciężkiego koszyka. Niestety miałem już przykre doświadczenia z ochroniarzami z tego sklepu, przez których wcześniej już wielokrotnie zostałem pobity, w związku z czym gdy zaczęli mnie obserwować, przestraszyłem się i wyszedłem ze sklepu, a gdy podeszli do mnie, to w samoobronie ze strachu użyłem gazu i wybiegłem. Wtedy przypomniałem sobie, że mam przy sobie papierosy, które miałem zamiar wcześniej kupić i gdyby nie to, że bałem się, to odniósłbym je do sklepu."

Oczywiście nigdy nikogo nie biliśmy, a sąd na szczęście nie dał wiary tym wyjaśnieniom i tylko ze względu na to, iż chłopaczek nie był karany, dostał wyrok w zawiasach. Może sprawa nie była bardzo poważna, jednak mogliśmy ponieść uszczerbek na zdrowiu.

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 459 (Głosów: 517)
2 stycznia 2012, 15:03 przez luksik85 (PW) | Do ulubionych
Pracuję w ochronie.
Historia o tym jak odebraliśmy pewien poród a mianowicie:

Dostaliśmy zgłoszenie iż jedna z klientek chowa pod bluzę
towar, mamy ją ująć ale musimy to zrobić ostrożnie gdyż złodziejka prawdopodobnie jest w ciąży. Oczywiscie gdy do niej podeszlismy zaczęła lamentować, słabnąć i krzyczeć że ochrona napastuje ciężarne kobiety. Ostatecznie dała się namówić na wizytę w pokoju zwierzeń a po wielu namowach odsłoniła bluzę i ..."urodziła" dwa śliczne małe odtwarzacze dvd, które były rzekomą ciążą.
- Patrz jaki ładny poród!- odezwałem się ze śmiechem, a kolega wypalił:
- No i w dodatku bliźniaki!

Kobietę zabrala oczywiście policja.

sklepy

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 611 (Głosów: 639)
29 grudnia 2011, 12:25 przez luksik85 (PW) | Do ulubionych
Pracuję w ochronie.
Pewnego wieczoru, gdy pełniłem służbę na supermarkecie jako kierownik zmiany, dostałem informację przez radio, że ktoś obcy
przeskoczył ogrodzenie i dostał się na plac dostawczy, na którym również znajdowały się palety z towarem.

Pobiegłem tam szybko i rzeczywiście jakaś ciemna postać majstrowała coś przy jednej palecie. Nakazałem pracownikowi monitoringu wezwanie grupy interwencyjnej i poinformowanie kierownika sklepu o zaistniałej sytuacji, a sam zaś zaczaiłem się i zaszedłem złodzieja od tyłu, korzystając z elementu zaskoczenia.
- Pracownik ochrony, gleba!!!- krzyknąłem i powaliłem na ziemie włamywacza, którym okazał się młody mężczyzna, a następnie założyłem mu prostą dźwignię. Wtedy zauważyłem drugiego złodzieja, który kręcił się po placu i chyba zauważył co się dzieje. Ujętego przekazałem kierownikowi sklepu, który przybiegł mi na pomoc, a sam pobiegłem do drugiego złodzieja. Niestety ten już był chyba przygotowany na bójkę, w związku z czym zaczęliśmy się szamotać. Chłopak cały czas mi groził, że mnie zabije, że połamie mi nogi, na szczęście słyszał to kierownik i później zgodził się występować jako świadek.

Tymczasem na ogrodzeniu pojawiło się dwóch mężczyzn i również mi złorzecząc, zaczęli rzucać kamieniami w moją stronę. Wtedy odruchowo zasłoniłem rękami głowę, a złodziejaszek korzystając z okazji, wyrwał mi się i kocim ruchem wyskoczył na ogrodzenie, dzięki czemu udało mu się uciec. Miałem cały brudny garnitur, ale mimo wszystko bylem zadowolony bo złapaliśmy jednego z nich.

Przyjechała policja, zabrała delikwenta, a ja zaraz po służbie zaopatrzony w dane świadków oraz zgrany materiał z monitoringu poszedłem zgłosić groźby karalne, tym razem mając nadzieję, że w końcu ktoś odpowie za zastraszanie mnie.

Po jakimś czasie dostaliśmy dwa pisma: w pierwszym dotyczącym gróźb pod moim adresem, oczywiście informacja o umorzeniu z powodu niewykrycia sprawcy, lecz to co przeczytaliśmy w drugim, odnośnie złapanego mężczyzny, po prostu zwaliło nas z nóg. Pismo było mniej więcej takie:
"Zatrzymany zeznał, iż idąc przez miasto odczuł nagłą chęć załatwienia potrzeby fizjologicznej, niestety wszędzie było ciemno, a on nie mógł załatwiać się po ciemku, gdyż jak stwierdził powoduje to u niego stres, co zagraża jego słabemu zdrowiu. W związku z czym, gdy zobaczył oświetlony plac supermarketu, przeskoczył przez płot w celu załatwienia w/w potrzeby, lecz nie miał zamiaru nic kraść. Postanowiono dać wiarę jego zeznaniom i umorzyć śledztwo, ze względu na niedopatrzenie się czynu karalnego".

W tamtym momencie zwątpiłem w sens wykonywania tej pracy.

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 802 (Głosów: 824)