Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

mabmalkin

Zamieszcza historie od: 4 stycznia 2017 - 1:24
Ostatnio: 24 marca 2017 - 23:12
  • Historii na głównej: 10 z 13
  • Punktów za historie: 2836
  • Komentarzy: 59
  • Punktów za komentarze: 218
 
poczekalnia

#77631

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Z czasu, gdy mieszkałam jeszcze w rodzinnym domu, czyli październik, dwa lata wstecz. Jeśli będziecie chcieli, mogę podać w komentarzach link do lokalnej strony internetowej, w której sytuacja była pokrótce opisana. Ja jednak opiszę to ze swojej perspektywy, ponieważ wraz z mamą i sąsiadami jesteśmy stroną oskarżającą, a artykuł jest dość lakoniczny.
Mieszkałam w kamienicy. Generalnie mieścina mała, wszyscy wszystkich znają. Sąsiadów mieliśmy różnych, zdarzali się pijaczki, jak i normalni, przyjaźni ludzie. Jednak była pewna "parka", Żulietta i Żul. Jakoś po 30-tce. Mieszkali piętro wyżej. Znani byli z tego, że zapraszali do siebie wszelkich cesarzy i księżne melin, urządzali huczne imprezy, jednak po interwencjach sąsiadów i zagrożeniu eksmisją, zaczęli chodzić do innych melinek. Byłoby świetnie, ale... od marca mieli psa. Ogromnego psa, nie wiem dokładnie jaka to rasa bo się na tym nie znam, ale my potocznie mówiliśmy, że to "wilczur". Raczej młody, jakieś 2 lata, nie więcej. Po kilku tygodniach spędzonych u Ż i Ż, był coraz bardziej wychudzony. Kiedyś ktoś z sąsiadów zwrócił Żuletcie uwagę, że może zamiast na wódeczkę czy spirytusik to warto by było psa nakarmić. Zignorowała i poszła z nim na spacer. Każdy z mieszkańców bloku dobrowolnie "podrzucał" pod drzwi a to resztki obiadu, a to puszki z jedzeniem itp. (Tak, wiem, trzeba było to wcześniej zgłosić, ale później stan psa uległ znacznej poprawie; jakoś na przełomie maja i czerwca, Żul znalazł podobno pracę i ogólnie rzekomo się ogarnęli, toteż postanowiliśmy się już nie wtrącać). Było dobrze. Do października.
W październiku Żul widocznie porzucił "karierę" na rzecz kontynuowania pijackiego hobby.

01.10.15r.
Wychodzą z domu około południa.

02.10.15r.
Słychać szczekanie i skamlenie psa. Zostawili go samego. No cóż, czekamy, pytamy okolicznych pijaczków czy ich nie widzieli. Mojej mamie nawet udało się zdobyć numer do Żulietty. Nie odbiera. Wieczór, pies skamle.

03.10.15r.
Pies jeszcze szczeka, ale jakby słabiej.
I teraz wchodzi piekielność służb mundurowych.
Około południa dzwonimy po Straż Miejską, opisujemy sytuację. Odpowiedź? "Niech państwo poczekają jeszcze dzisiaj, jeśli nikt nie wróci, proszę zgłosić jutro." Ok... chociaż jak słyszało się tego psa, to serce bolało.

04.10.15r.
Nikt nie przyszedł. Jeden z sąsiadów próbuje dostać się do środka, jednak wyważenie drzwi nie wchodziło w grę. Poza tym...dzwonimy ponownie na Straż Miejską.
-Nie, nikt się nie pojawił.
-Jest pani pewna? To... PROSZĘ ZADZWONIĆ NA STRAŻ POŻARNĄ.
Nosz kur...
-Proszę pani my teraz interwencję mamy.
-To po interwencji się nie da? Albo straż z miasta obok?
-Nie wiemy ile to potrwa proszę pani, proszę dzwonić na policję!
Dzwonimy na policję.
"My się takimi rzeczami nie zajmujemy, niech pani dzwoni na stra...Ale zaraz, jak? Żul? A, no mamy go na izbie wytrzeźwień. Podwieziemy go jutro pod dom!"

05.10.15r.
Nie podwieźli. Pies już skamle od czasu do czasu. Dzwonimy ponownie na SM i mówimy, że jeśli się nie pojawią w przeciągu godziny, to będziemy sami wyważać drzwi. Obiecali, że o 17.00 ktoś przyjedzie.
Nie przyjechali, więc powiedziałyśmy z mamą dość. Kolesiostwo czasem pomaga, a mianowicie- piątego właśnie mój wujek, piastujący w policji dość wysokie stanowisko, wracał z urlopu (wcześniej dzwoniłyśmy, ale nie odbierał). Na szczęście odebrał. Gdy tylko dowiedział się o całej sytuacji, wściekły jak osa, jeszcze z lotniska zadzwonił do swojego przełożonego. Bingo.

06.10.15r.
Poranek. Godzina jakoś 8.00. Pod nasz blok podjeżdżają dwa wozy strażackie i jeden radiowóz. Strażacy próbują dostać się przez okno, a ja z mamą i dwoma policjantami idziemy na piętro, by otworzyć drzwi (strażacy otwierali je od wewnątrz). Ja z mamą byłyśmy pierwszymi osobami, które zobaczyły TO. A ten widok zapamiętam do końca życia, podobnie jak ten smród.
Wyobraźcie sobie: piec kaflowy w przedpokoju. Do pieca na krótkiej lince przywiązany pies. W takiej pozycji, że nie mógł ani się położyć, ani wstać, ani usiąść. Pies jeszcze żył, na nasz widok nawet usiłował poruszyć ogonem. "Półsiedział" we własnych fekaliach, których było dosłownie MORZE.
Dalej nie będę tego opisywać.

Sprawa została zgłoszona do sądu, Ż i Ż grozi do dwóch lat pozbawienia wolności.

I teraz piekielności (pomijając sam fakt doprowadzenia zwierzęcia do takiego stanu).

1.Straż Miejska, Policja, Straż Pożarna. Oczywiście nie mieli sobie nic do zarzucenia, ich zdaniem interwencja przebiegła nienagannie. I skargi nie pomogły. W artykule napisali, że "mieszkańcy zaalarmowali służby 6 października". Nic nie wspomnieli o wcześniejszych dniach.

2.Weterynarz. Psa przekazano do weterynarza, który wykrył u niego jakąś poważną chorobę podskórną i inne świństwa. Przez kilka dni odwiedzałyśmy go z mamą i na pytanie kiedy zostanie oddany do schroniska, wet odpowiedział... "Ale do jakiego schroniska? Wie pani ile to KOSZTUJE? Doprowadzimy go do porządku a jak właściciel przyjdzie i będzie chciał go z powrotem to mu go oddamy." No nie. Zgłosiliśmy sprawę do Burmistrza, który to dopiero orzekł o CZASOWYM zabraniu psa właścicielowi i umieszczeniu w schronisku.
Nie znam przepisów dotyczących takich sytuacji, musiałabym poszperać, ale zrozumiałam tyle, że jeśli właściciel zgłosi się po takie zwierzę (a wtedy był jeszcze przed rozprawą w sądzie), to weterynarz musi mu go oddać. Jeśli ktoś z Was wie coś więcej na ten temat to z chęcią posłucham, nie jestem przecież nieomylna.

dolny śląsk

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (Głosów: 140)
poczekalnia

#77593

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Bardziej uważam to za śmieszne niż piekielne.
Staram się oddawać krew kiedy tylko mogę i przedwczoraj właśnie tego dokonałam. Problem jest zawsze taki, że pani "piguła" praktycznie nigdy nie może wkłuć się w moją żyłę za pierwszym razem, przez co zazwyczaj dopiero po 4 próbie się udaje. Nie zawsze jest siniak, ale tym razem został. No trudno, jakoś mi to nie przeszkadza. Tylko wygląda paskudnie.
Byłam chwilę temu u koleżanki w domu po książkę. Koleżanka mieszka z mamą. Zostałam na kawie, chwilę porozmawiałyśmy i wróciłam do siebie.
Kilka minut temu dostałam SMS od koleżanki (oczywiście napisanego ironicznie): "Sorry mabmalkin ale nie możemy się już spotykać, mama widziała Twoją rękę i powiedziała że z ćpunami kategorycznie mam się nie zadawać bo jeszcze sama się wciągnę." ;)*
I nie pierwszy raz spotkałam się z taką reakcją; kiedyś latem w tramwaju jakaś matka z dzieckiem nie chciała usiąść naprzeciwko mnie po tym jak zobaczyła siniaka.
Nie jestem zwolenniczką długiego rękawa.

*Przypominam, że SMS był IRONICZNY. Nie zerwałyśmy kontaktu ani nic z tych rzeczy.

oddawanie krwi

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 48 (Głosów: 108)
poczekalnia
Uwaga, będzie prawie jak zawsze- dłużej.

Często słyszymy o słynnych "Januszach". Osobiście podchodziłam do tego z pewnym dystansem, choć oczywiście wierzę, że istnieją takie mentalnie i fizycznie "januszowe" osoby. Ale od poprzedniej środy już mam pewność, że na pewno istnieją.
Dosyć często chodzę na basen w ramach ćwiczeń poza siłownią. Jednak z góry uprzedzam- nie na tyle często, by kupić karnet na basen sportowy (inaczej nie byłoby tej historii); wolę kupić bilet na aquapark i sobie iść. Czasem oczywiście bywały jakieś nieprzyjemne/dziwne incydenty; a to jakiś dzieciak na kogoś skoczył, a to kogoś ochlapał celowo i takie tam... ale zazwyczaj upomnienie ratownika skutkowało. Zwykle w godzinach w których jestem, jest dość sporo seniorów. I prawie nigdy nie spotkałam się z piekielnościami z ich strony (celowo piszę o seniorach, bo dość często spotykam się z opowieściami, w których to właśnie ta grupa osób jest piekielna). Ale ubiegły środowy poranek zapamiętam na pewno na długo.

1.BOHATEROWIE: JANUSZ, GRAŻYNKA I TRÓJKA DZIECIAKÓW.
Szatnia jest wspólna dla wszystkich, przebieralnie to oddzielne kabiny. Jako, że miałam już strój ubrany, byłam w trakcie zdejmowania odzieży wierzchniej...
-OOO DLA TAKICH WIDOKÓW TO JA TU PRZYJECHAŁEM!
Jest. On. [J]anusz. KSIĄŻKOWY. Bujny wąs. Resztki włosów na głowie. Biała koszulka, którą ja żartobliwie nazywam koszulką do bicia żony. I nie koloryzuję- brzuch miał taki, jakby połknął małe słoniątko. Normalnie perfekcyjny Janusz. Za nim Grażynka z trójką dzieciaków. Takie komentarze ze strony facetów często się zdarzają w stronę wielu dziewczyn, dlatego tylko burknęłam coś w stylu żeby zajął się lepiej swoją żoną i poszłam na pływalnię.

2.BASEN PŁYWACKI.
W aquaparku jak wiadomo, każdy znajdzie coś dla siebie- dzieciaki zjeżdżalnie itp., dorośli jacuzzi, sauna, pływanie rekreacyjne. Na jednym torze zwykle jest kilka osób, jednak zawsze kulturalnie nikt sobie nie przeszkadza. Ale nie tym razem. Przychodzi Janusz z potomstwem. Co tu opisywać... wszedł do wody, ustawił dzieci obok siebie przy ściance i zaczął ich "zawody". No to wyobraźcie sobie; z jednej strony trójka dzieciaków, a na przeciwko jakieś dwie kobiety, które akurat przymierzały się do kolejnego basenu; jedna z nich była w połowie.* Na szczęście zareagował ratownik. Janusz coś tam pobrzęczał (nie wiem co dokładnie, bo byłam na innym torze), ale wyszli z dzieciakami w stronę dziecięcej zatoki.

3.ALE JA MAM KARNET NA CAŁY DZIEŃ!
W przerwie poszłam na jacuzzi, jak zawsze oblężone. Ale miejsce się znalazło. I tak się relaksuję, aż nagle ktoś mnie szturcha w ramię. No Janusz.
J-Ej gówniaro, wychodź.
j-Chyba coś się panu pomyliło. I grzeczniej proszę.
J-CH*J mnie to obchodzi wychodź bo ja mam karnet na cały dzień.
j-A ja mam bilet na trzy godziny i mam takie same prawa jak Pan. (Starsza Pani siedząca obok poparła moje słowa).
J-Taa? Ale ja więcej zapłaciłem. Wychodź albo idę do ratownika albo i do szefa na skargę.
j-Podobno pan tu dla takich widoków przyszedł. No, to niech pan idzie.

Przyszedł ratownik, jeden, drugi (którzy w tym czasie powinni pilnować porządku, chyba że wysłali kogoś na swoje miejsce; nie wiem). I tłumaczą Januszowi to samo co im powiedziałam. Ale nie, bo przecież ON MA KARNET NA CAŁY DZIEŃ! Coś tam powiedział, że i tak pójdzie na skargę i poszedł w siną dal.

4.WYJŚCIE Z AQUAPARKU.
Dwie sytuacje, które wydarzyły się jednocześnie, które przelały czarę cierpliwości ratowników. (I wielkie im dzięki, bo w przeszłości spotykałam się z na prawdę totalnym "olewczym" stosunkiem ratowników do wielu sytuacji).
Przy mojej kolejnej już, końcowej wizycie w jacuzzi, przychodzi Grażynka z chyba najmłodszą córką do jacuzzi obok.
-Mama, siusiu!
-Kochanie, jeszcze pięć minut.
-Mama teraz!
Co robi Grażynka?
Uwaga. Wynosi córeczkę na basen dziecięcy i jak gdyby nigdy nic zdejmuje jej dolną część stroju. W tym samym czasie synek przybiega gdzieś ze strony restauracji (wydzielona część, nie można wynosić oczywiście jedzenia, jednak odległość nie jest duża i dzieciak spokojnie mógł przebiec). Dodatkowo w tym samym czasie odpalają tak zwaną "falę". Młody nie spodziewał się tego i frytki, które dzierżył w dłoniach wpadły razem z nim do wody.
Nim cokolwiek innego zdążyło się zdarzyć, jeden z ratowników widocznie opierniczał Grażynkę, drugi wyciągał dzieciaka.
(Wszystko widziałam z dość dużej odległości). Wyszło na to, że Janusz z familią zostali wyproszeni, chociaż z gestykulacji wnioskuję, że próbował się odgrażać. A część basenu dziecięcego została zamknięta na czas oczyszczania.

No książkowi. Nie życzę nikomu takich sytuacji; człowiek idzie się odprężyć, a tu buractwo.

*Chodzi mi o to, że zazwyczaj jak na torze jest kilka osób, to pływają jedną stroną, a jeśli ktoś jest szybszy, to wyprzedza resztę i z powrotem płynie drugą stroną. Powiedzmy, że na zasadzie ruchu samochodowego. A dzieciaki zajmowały całą szerokość toru, nie dając innym możliwości wyminięcia się i w efekcie zaburzały cały system z góry narzucony.

aquapark

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (Głosów: 179)

#77504

(PW) ·
| Do ulubionych
Już gdzieś tu kiedyś widziałam podobną historię, ale wówczas trudno mi było sobie wyobrazić tę sytuację. A jednak.

Jakieś piętnaście minut temu jechałam dość dużo spóźniona na uczelnię. Nie zdążyłam zjeść w domu przygotowanego wcześniej śniadania w postaci kanapki. Stoję gdzieś na końcu autobusu pełnego studentów i starszych ludzi. Zabrałam się za jedzenie. Koło mnie siedzi matka z dzieckiem, na oko 3-4-letnim. Nie wyglądała na biedną, wręcz przeciwnie, markowe ubrania itp. W pewnym momencie chłopiec wyciąga rączkę w moim kierunku i wydaje sobie rozumiany odgłos. Uśmiechnęłam się do niego i konsumuję dalej. W pewnym momencie piekielna mamuśka zwraca się do mnie z pretensją w głosie: "No daj mu gryza! Nie widzisz, że dziecko głodne i chce?!".

Zamurowało mnie. Serio? Ja, obca osoba mam dać resztę swojej kanapki jakiemuś dzieciakowi? Odparłam, że skoro dziecko jest głodne, to mogła je nakarmić.
Jakby tego było mało, na mój komentarz, jedna z "moherek" (z ciastkami na kolanach) oburzyła się, że "tym młodym bezczelnym to już się w du*ach poprzewracało, skoro dziecku odmawiają". Nie wiem jak to skomentować. Wysiadłam na swoim przystanku, ciągnąc szczękę za sobą. :D

Komunikacja miejska piekielne matki

Skomentuj (44) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 346 (Głosów: 360)

#77484

(PW) ·
| Do ulubionych
Ja wiem, że są różne zdania na temat polskiej edukacji, na temat studiów itd. Osobiście znalazłam pracę dorywczą, a na studia poszłam, bo chciałam. Kierunek związany z polityką, historią, bezpieczeństwem państwa i ogólnie zajęcia są nie tylko w formie ćwiczeń/wykładów, ale też ćwiczeń praktycznych.

Już przy rekrutacji zrobiono "przesiew", później na pierwszym semestrze też. Ale jest kilka kwiatków spośród 22-osobowej grupy. I niby nie powinnam się wtrącać, ale jestem zwyczajnie zawiedziona i zdziwiona, że takie osoby się dostały na ten kierunek, wszystko uchodzi im płazem; nie wiem jakim cudem, a reszta osób dostała się ciężką pracą i wiedzą. Może to kolesiostwo i kumoterstwo, nie wiem. COŚ musi być na rzeczy, że przykładowo trudne kolokwium napisali na 4 czy 5, a podczas odpowiadania z dokładnie tego samego materiału nie potrafią NIC. Możliwości ściągania zwyczajnie nie ma. A wiem, bo w przeszłości sama czasami próbowałam coś zdziałać najróżniejszymi sposobami, tutaj by to nie przeszło. Zresztą inni studenci też to widzą ;)

Najbardziej boli to, że takie osoby prawdopodobnie będą później piastować dość wysokie stanowiska i niszczyć życie ludziom swoją niewiedzą. Poniższe sytuacje są najmniej rażące.
Najbardziej w oczy rzuciły mi się trzy osoby: [Z], [M] i [L]...

1. Przedmiot związany z historią współczesną. Początek I semestru, październik. Pierwsze zajęcia.
Doktor wyświetla nam osoby związane z polityką, nie tylko polskie. Wyświetla się zdjęcie naszej teraźniejszej premier. Pytanie do [L] "za co odpowiada i kim jest?". L nie wie. Nie zna. Nie słyszała.

2. Egzamin ustny. Wchodzimy po dwie osoby. [Z] dostał zagadnienie związane z UE, z wyszczególnieniem czegoś na mapie (nie pamiętam dokładnie), ale między innymi na początek miał pokazać mniej więcej granice UE. Wziął wskaźnik, dziarskim krokiem podchodzi do mapy i z uśmiechem pokazuje Australię.

3. Wspomniałam o ćwiczeniach praktycznych. Dwa razy w miesiącu idziemy na strzelnicę. Podczas jednego przedmiotu uczymy się budowy jakiejś broni, na zasadzie, że wykładowca przynosi replikę, rozbiera ją na części, omawia poszczególne części i później każda osoba ma powtórzyć wszystko. Wybierając ten kierunek, każdy wiedział z czym to się wiąże. Jednak kilka osób pod przewodnictwem M stara się zakłócać zajęcia swoimi pacyfistycznymi poglądami i protestami, że oni broni do ręki nie wezmą.

4. Dzielenie się notatkami. Ze względu na to, że dość sporo osób pracuje w tygodniu, a nikt nie chciał studiować zaocznie, razem z "ogarniętą" częścią ludzi ustaliliśmy, że oni idą na wykłady np. w poniedziałek i środę i dają nam notatki, a druga grupa w inne dwa dni i wysyła tamtym. No fajnie, zawsze się do tego stosowaliśmy. Na początku wrzucaliśmy to na naszą "grupową" tablicę na fb (a co tam, niech inni mają), po incydencie opisanym niżej, utworzyliśmy konwersację złożoną tylko z osób "wkręconych" w umowę. Raz wyszło tak, że osoby z "pierwszej grupy" (w sumie 8), nie mogły iść na wykłady. Wszyscy jednocześnie, po prostu, ktoś miał lekarza, ktoś inny kaca, ale w każdym razie nikt na wykład nie poszedł, no trudno. Ale M zrobił wielką awanturę. On nie był na ŻADNYM wykładzie. Widocznie korzystał z notatek, które publikowaliśmy. Tak się złożyło, że profesor zrobił kartkóweczkę z ostatniego wykładu. Nie było źle, bo zagadnienia powiązane z poprzednimi, tak że większość na to 3,5 napisała. Poza M. M. po zajęciach rozpętał awanturę, że jak to, że on dostał 2 punkty i że to wina tych, co notatek nie przesłali. Na pytanie czemu nie chodzi na wykłady odpowiedział, że on "pie*doli" te wykłady i studia, bo tu same niedorozwoje widocznie są, skoro nie chcą mu pomóc.
Dodam jeszcze, że mieszkał z jednym z naszych kumpli i znali się wcześniej; jego matka zadzwoniła do naszego kolegi z pretensjami, że nie pomaga mu w nauce... .

Niby nic, ale wkurza, wkurza podejście ludzi i podejście uczelni, które przyjmą każdego, byle tylko móc pochwalić się dużą liczbą studentów :)

studia

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (Głosów: 208)

#77354

(PW) ·
| Do ulubionych
Motocykle w mojej rodzinie są pasją od kilku pokoleń. Sama jako dzieciak "załapałam bakcyla" i obecnie, mając lat dwadzieścia, mogę pochwalić się pięknymi kilometrami. Zaczynałam od dziadkowych komarków, a obecnie, po zdaniu prawka na tzw. A2 dwa lata temu kupiłam pierwszą 500.

W lipcu ubiegłego roku miałam wypadek, który cudem przeżyłam; a mianowicie:

Jadę ulicą główną w z miejscowości X do Y. Centrum niewielkiego miasta, z mojej prawej strony pas, który skręca w prawo do supermarketów oraz wyjazd spod supermarketów. Śmigam sobie spokojnie, przepisowo, nagle widzę auto wyjeżdżające z podporządkowanej po mojej prawej; nie zdążyłam zrobić nic więcej niż hamowanie. W lewo nie mogłam odbić, bo skończyłoby się to zmasakrowaniem przez tira, który jechał z naprzeciwka. Pan ze srebrnej toyoty nawet nie spojrzał w moją stronę, wyjeżdżając spod marketu, w stronę miejscowości Y. Strzelił mnie w bok, przeleciałam trochę przez maskę auta, motocykl odleciał gdzieś na bok, ja w stronę znaku drogowego na wysepce i więcej nie pamiętam, bo też "odleciałam". W każdym razie definitywna wina kierowcy toyoty.

Motocykl na szrot (nie było żadnej możliwości naprawy go, by później móc jeździć bezpiecznie), ja na SOR (to co działo się w szpitalu jest świetne na oddzielną historię).


1. W lokalnym "szmatławcu" (serio, z prasą nie ma to nic wspólnego) w rubryce "wypadki" zostałam uśmiercona. Pokazała mi to sąsiadka. Chyba nie muszę mówić, że moja mama w dzień ukazania się wydania, odebrała X telefonów z kondolencjami? Obie się zagotowałyśmy, wzięłam kule i wte pędy do redakcji. Wpadłam, prosząc od razu o rozmowę z redaktorem naczelnym. Poinformowałam, że nie tylko żyję, ale nawet czuję się świetnie i proszę o odszkodowanie i sprostowanie w następnym wydaniu.
Sprostowali oczywiście małym druczkiem na ostatniej stronie. Ale co będę walczyć z wiatrakami.

2. Stoję sobie w kolejce sklepowej. W drugiej dwie moherki, słyszę dialog:
- Halynka! A słyszałaś, że jakaś młoda się rozbiła na motorze w X?!
- Ano słyszałam, zero wyobraźni teraz ci młodzi majo...
- Grażynka tam była wtedy pod intermarszem, mówi że ona pędziła jak jaki szatan! Szkoda tego z auta, cały przód mu rozwaliła!
- Pewnie jeszcze bez prawa jazdy! X lat temu to szwagier ciotki mojej ciotecznej siostry, to się na śmierć zabił na motorze!

Nawet mi się nie chce komentować :D

3. Nie zamierzam rezygnować z pasji tylko z powodu wypadku. Dla mnie jest to po prostu kolejne doświadczenie, dzięki któremu będę jeździć ostrożniej. Nie wszyscy to rozumieją.

Niecały miesiąc po wypadku, kupiłam kolejny motocykl. Taki sam jak poprzedni, z mniejszym przebiegiem. Stało się to powodem wielkiej obrazy dziadków oraz niektórych bliskich na mnie i moich rodziców.
Do dzisiaj wśród niektórych "znajomych" i moherów z rodziny, moi rodzice są bandytami i postradali rozum, bo pozwalają jedynej córce dalej jeździć. Co z tego, że jestem dorosła i była to tylko i wyłącznie moja decyzja, i moje pieniądze. Rodzice po prostu nie mają nic przeciwko (oboje też jeżdżą).

4. Ubezpieczalnie i walkę o odszkodowanie, które w śmiesznej sumie dostałam dopiero w STYCZNIU tego roku, również byłyby świetną osobną historią. W skrócie - nie dostałam nawet 2/3 tego co powinnam, mimo wynajęcia firmy itd.

5. W dzień wypadku, "zwłoki" rozbitego motocykla za sprawą pomocnych kolegów-motorzystów, wylądowały w moim garażu. W ten sam dzień dostaję telefon od jednego z "życzliwych" dalszych znajomych, od razu na wstępie z pytaniem czy będą mi potrzebne części takie, takie i takie, bo jak nie to on chętnie odkupi, ale po taniości, bo teraz nie jest przy kasie. Sprzedałam mu... wiązankę. Tutaj nie będę powtarzać. Nie wiem jak można być tak bezczelnym.

6. "Za młoda jest na takie rzeczy, ja to bym swojej Kasi nawet prawa jazdy nie pozwoliła zrobić w tym wieku! Poza tym motory dla dziewczyny... niee." - żona kolegi ojca, która ma bodajże 25-letnią córkę, której jedyną pasją jest siedzenie na tyłku przed tv i oglądanie durnych seriali.*

To tylko niektóre z piekielnych sytuacji, jakie mnie spotkały i którymi się nie przejmuję, bo nikt za mnie życia nie przeżyje. Chodzi mi tylko o fakt, jak szybko ludzie, kierując się stereotypami potrafią rozprzestrzeniać plotki wyssane z palca albo pouczać innych, zamiast zająć się sobą. ;)


*Coby nie było więcej niedomówień i oskarżeń mojej osoby, że motocykle to jedyna słuszna pasja (co oczywiście jest bzdurą), znam zarówno Kasię jak i jej mamę i wiem co mówię. Widocznie pasją Kasi są Trudne Sprawy. Zdaniem jej mamy, to jest odpowiednie hobby dla kobiet.

moto wypadki ludzie plotki

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (Głosów: 197)

#77396

(PW) ·
| Do ulubionych
O 18.00 wsiadłam do ostatniego busa z X do Y, trasa ok. 100km. Bus mały, zmieści maksymalnie jakieś 20 osób. Jest to ostatni przejazd z X do Y, dlatego zawsze idę już na pierwszy przystanek, bo ludzi jest mnóstwo, głównie studentów.
Załadowałam bagaż do bagażnika i jedziemy. Bus pełny, w tym miejsca stojące.

Na jednym z przystanków było jakieś zamieszanie, z początku nie wiedziałam o co chodzi. Otóż przedstawiciel rodu Sebixów stwierdził, że jego torba MUSI być w bagażniku, więc... wyrzucił bagaże kilku innych osób na ulicę, by upchnąć swój. Kierowca tego nie zauważył i zaczął już ruszać. "Wybawcą" okazał się przypadkowy przechodzeń, który zatrzymał busa i poinformował kierowcę o sytuacji.
Torba Sebixa nie pojechała, on też nie.

Ale żeby aż takim burakiem być?

transport publiczny

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 390 (Głosów: 398)

#77229

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak to mam w zwyczaju, będzie długo, bo nie lubię się rozdrabniać ;).
Tak się fajnie złożyło, że dzięki szybko zdanym egzaminom, udało mi się mieć nieco ponad dwa tygodnie wolnego. Pomyślałam, że dobrze byłoby przez ten czas zarobić trochę grosza.
Ale nie. Zadzwoniła ciocia, czy nie chciałabym "przygarnąć" do siebie jej ukochanego synka Michasia na ferie. W sumie młodszy ode mnie niedużo (ma 18 lat), dodatkowo podobno chciał lepiej poznać Wrocław bo zamierza tu studiować. Mieszkam z dwoma kuzynami (21,22 lata) i narzeczoną jednego z nich, więc fajnie bo sama rodzinka.
Z Michasiem jedyny kontakt jaki mamy (ze względu na odległość), to portale społecznościowe i ewentualnie telefon. Ale to nic, niech chłopak przyjedzie.

I tak oto w niecałe dwa tygodnie, poznałam największego maminsynka i jedną z piekielniejszych matek w swoim życiu. Ostatni raz w cztery oczy widzieliśmy się z Michasiem jak miałam jakieś 10 lat i miło to wspominam, ale teraz było dokładnie odwrotnie. No i już nie jestem cudowną siostrzenicą ani kuzynką.

1.DWORZEC
Już na PKP były problemy, choć może to jeszcze nie było takie piekielne; po prostu w dzień przyjazdu Michała miałam ostatni egzamin, a wydział mam na drugim końcu miasta. (Inni domownicy byli również na uczelni/w pracy). Powiedziałam o tym ciotce i ustaliliśmy, że zamówię Michałowi taksówkę prosto pod nasz dom. Adres wysłałam SMSem i do niego i do niej. Taksę zamówiłam i wio na egzamin.
2 godziny później byłam już na PKP, bo on ZGUBIŁ SMS z adresem, a nie widział nigdzie taksówki z napisem XYZ i numerem przewozu, który również mu wysłałam. No trudno, jedziemy do domu tramwajem. Może faktycznie trochę moja wina, bo mogłam podać przewoźnikowi jego numer, ale nie sądziłam, że tak prostą sytuację jak przejazd z punktu A do B można spi*przyć. Nawet jeśli to obce miasto.

2.GOTÓWKA
Dla mnie osobiście Wrocław nie należy do nazbyt tanich miast, ale nigdy niczego mi nie brakowało; korzystam ze wszelkich zniżek dla studentów, nie wydaję pieniędzy na "pierdoły", a jeśli wiem, że szykuje się na przykład jakaś większa impreza, to po prostu oszczędzam. Michałek nigdy w życiu nie pracował. Bo po co, skoro mama mu daje? Jego budżet na 11 dni wynosił... 120 złotych. Z tego jeszcze miał kupić bilet powrotny. Oczywiście mogliśmy "postawić" kilka atrakcji za swoje, ale jako studenci fortuny nie mamy, a dodatkowo trzeba jeszcze opłacić sporą kwotę za mieszkanie no i coś jeść. Michał koniecznie musiał jadać w drogich lokalach, a kawa tylko ze Starbucksa czy innego tym podobnego. Kiedy zrobiłam schabowe na obiad, nie tknął, bo to "tandeta dla Polaczków, a poza tym kaloryczna" :D To sobie nie jedz, nikt cię nie zmusza.
Nie chciałam dzwonić od razu w pierwszy dzień do ciotki, żeby nie wyszło żem sknera. Zrobiłam to dzień później, bo ciśnienie mi skoczyło na widok...

...3.LISTA ATRAKCJI
Michaś przyniósł wydrukowaną kartkę A4 z notkami, gdzie chce iść. Było tam kilka podstawowych muzeów, Sky Tower,teatr,aquapark itp. Ale...duża część z nich w okresie ferii, miała już zarezerwowane miejsca tudzież wyprzedane bilety. A jeśli chodzi o bilety- 120 zł zwyczajnie nie wystarczyłoby na to wszystko. Dzwonię do cioci i delikatnie sugeruję, że może przelałaby Michałowi na konto jeszcze XXXzł, bo tyle może mu nie wystarczyć, a poza tym chcielibyśmy wyskoczyć na kilka imprez na miasto z okazji moich urodzin.
(Kwestia imprez została przemilczana, ale do tego wrócę :D). Otóż dowiedziałam się, że ona myślała, że skoro my ZAPRASZAMY do siebie jej syna, to jesteśmy finansowo w stanie zapewnić mu bilety i karnety na wszystko. No nie, ciociu, musimy opłacić mieszkanie, a nie zarabiamy milionów. Z wielkim fochem dosłała dwa dni później 80zł... .

4.SPOWIEDŹ
Telefon do/od mamusi. 10 razy dziennie. Poza tym 5 telefonów od ciotki do mnie. Co je? A dobrze mu tam? Ale nie sprowadzacie żadnych dziewuch? (wtf?!) a kurtkę i czapkę nosi?
Wytrzymałam aż trzy dni, potem wyłączyłam telefon i powiedziałam, że musiałam oddać do naprawy. Zamiast tego narzeczony pożyczył mi swój stary telefon, żebym mogła kontaktować się z innymi ludźmi ;)
Ponadto rozmowa Michasia z mamą wyglądała mniej więcej tak: "No mamuś wstałem o 9, potem POSZŁEM do łazienki, zjadłem dwa tosty i jajko...". Jeszcze brakowało opisu czy dwójkę robi na miękko czy twardo.

4.CWANIACTWO
Ja wiem, że faceci później dorastają, ale... Michał okazał się (jak zgodnie między sobą stwierdziliśmy) mentalnym 13-latkiem w ciele 18-letniego chłopa. Na dodatek takim spuszczonym ze smyczy. Cwaniakował, "chwalił się"(?) paleniem papierosów (u nas w domu czasami jeden z kuzynów popala, wychodzi wówczas na balkon i nie zdarza to się często). Michaś natomiast przyjechał zaopatrzony w cztery "wagony", a palił zawsze tylko jak gdzieś wychodziliśmy (wcześniej próbował w toalecie, ale jeden z kuzynów dał mu do zrozumienia żeby lepiej tego nie powtarzał). Robił to z wielkim namaszczeniem, tak by wszyscy widzieli i czuli smród cienkiego mentola.
Spytałam co ciocia na to, że tak dużo pali. Coś tam wymamrotał, że nic i żeby mamie nie mówić bo mu łeb urwie :D Całkowite obnoszenie skończyło się, gdy dostał mandat za palenie na przystanku. Przyznam, że widziałam jak niebiescy idą w naszą stronę, było ciemno, on był odwrócony przodem do mnie a tyłem do nich. Ale nie zareagowałam. Mandat- 50zł, mina przerażonego Michała- bezcenna. Próbował z początku namówić mnie, bym wzięła jego winę na siebie. Już pędzę.

5.SNOWBOARD
Jako, że moje rodzinne miasto położone jest w górzystym terenie, a ja dość długo w przeszłości dorabiałam sobie jako instruktorka snowboardu, postanowiliśmy na dwa dni wrócić (ja z Michasiem) do mojego narzeczonego i wybrać się na narty/deskę. Michał wielce podekscytowany, bo on na youtubie oglądał "jak oni zaje*iście skaczą!" i też tak będzie. Miałam co do tego wątpliwości, bo pierwsze dni nauki są trudne i dość dużo osób się zniechęca, ale nic nie mówiłam. Oczywiście po wskazówkach życiowych od cioci, że Michaś ma mieć kask, rękawiczki i wszystko i najlepiej ochraniacze (najlepiej NOWE ZE SKLEPU!!), żeby nic mu się nie stało, pojechaliśmy. Dałam mu jedną ze swoich desek, z resztą też nie było problemu. Jakby rzuciła dwa tysiaki, to kupilibyśmy mu w miarę dobry sprzęt, ale nie rzuciła, więc biedaczek musiał mieć po kimś.
Odziany od stóp do głów, uczy się wjeżdżać orczykiem. Po setnym razie, z moją pomocą, udało się wjechać. Po kilku upadkach na tyłek, odpiął deskę z nóg, rzucił ją w zaspę (prawie w drzewo) i powiedział, że "on to pie*doli". Resztę dnia spędził w barze na stoku, potem jeszcze wyszedł, żeby strzelić sobie kilka fotek z dechą i wrzucić na fejsa czy inne badziewie, chwaląc się jak to cudownie się śmiga na stoku.

6.IMPREZKI
Mieliśmy w planach przeznaczyć dwa wieczory na kluby.
Wieczór pierwszy- razem z jednym z kuzynów [D], umówiliśmy się z naszymi wspólnymi znajomymi najpierw do jakiejś klimatycznej knajpki na piwo, a potem kluby.
Oczywiście telefon do mamusi. Akurat stałam obok, gdy tylko z ust Michała padły słowa "impreza", z głośnika usłyszałam okropny wrzask. Chłopak się prawie rozpłakał, więc poprosiłam ciotkę do telefonu. Po ciężkich negocjacjach, udało mi się zapewnić, że jej synkowi nic się nie stanie i nikt go nie będzie do niczego zmuszał. Cóż, Michał jest przecież za młody na jakikolwiek alkohol, ma pić tylko soki, a jeśli widziałabym przy nim jakieś OBCE WYTAPETOWANE PINDY, mam natychmiast je odgonić :D. Oczywiście nie zamierzałam się obchodzić z nim jak z jajkiem. Ma 18 lat, wie co robi. Przynajmniej powinien.
W pierwszym barze- jedno małe piwo. Potem drugie małe piwo. Do klubu wszedł wstawiony. Starałam się jednocześnie bawić i mieć go na oku. Oczywiście się nie udało.
Około godziny 2, gdy impreza się rozkręcała, zalanego w trupa Michasia wyniosła ochrona. Nie wiem czym i kiedy się tak załatwił. Cóż, z ciężkim sercem zamawiam taksę i jedziem do domu.
Wieczór drugi, czyli moje urodziny. Michaś nadal na kacu, ale on koniecznie chce iść z nami, bo jak nie to ZADZWONI DO MAMY I SIĘ POSKARŻY. A dzwoń, powiem jej jak wczoraj jej synek się zachowywał. Może i byłam piekielna, zostawiając go z przyszłą szwagierką, która jutro miała iść do pracy, ale nie chciałam zniszczyć sobie imprezy. I chyba na dobre mi to wyszło.

7.DZIEWCZĘTA
Nie mam pojęcia, dlaczego ciotka miała takie podejście do dziewczyn. Michaś raz powiedział, że miał dwie dziewczyny, ale przez to, że musiał trzymać w tajemnicy przed mamą, to nic z tego nie wyszło. "Bo mama powiedziała, że ona mi sama poradzi i teraz nie mam się czym przejmować bo za młody jestem". No cóż... ich sprawa. Telefon do Michała- ciotka chce ze mną natychmiast rozmawiać. Wściekła jakbym nie wiem co zrobiła jej dziecku. Mam NATYCHMIAST USUNĄĆ TO ZDJĘCIE, bo ona sobie NIE ŻYCZY żeby jej syn pokazywał się z takiej strony i to z TAKIMI dziewczynami. Ja z miną wtf, pytam się ciotki o co chodzi. Na prawdę nie miałam pojęcia o czym ona mówi. Potem się okazało- jak byliśmy dzień wcześniej w barze, Michał zrobił nam wszystkim zdjęcie (nie zwróciłam nawet uwagi na to) i wrzucił to na SWOJEGO facebooka. Cóż, nasze koleżanki może nie są przeciętnymi dziewczynami (włącznie ze mną- trzy czerwono/rudo włose, jedna z tatuażem na dekolcie, a trzecia w dredach), ale nie widzę powodu siania paniki. Powiedziałam mu, żeby wyjaśnił wszystko matce, a czy to zrobił to nie wiem.

8.PRZEDWCZESNY WYJAZD
Nie daliśmy rady. Kroplą przelewającą czarę było to, że Michał na owej imprezie przepuścił całe pieniądze (jak się okazało, miał jeszcze ok.400zł na karcie, o czym łaskawie nas poinformował podczas imprezy, gdy zwróciłam mu uwagę, że drink za 32zł to niedobry pomysł). Zadzwoniłam do ciotki, że plany mi się zmieniły i że semestr zaczynam wcześniej. Na szczęście uwierzyła.

Zapłaciłam mu za ten bilet, ale nigdy więcej nie dopuszczę do takiej sytuacji. Może i powinnam powiedzieć ciotce o zachowaniu Michała (który NIE JEST JEDYNAKIEM wbrew pozorom [często spotykam się nie wiem dlaczego z opinią jedynak=rozpuszczone dziecię]; ja jestem i nigdy w życiu tak się nie zachowywałam), ale jak sobie wychowała, tak teraz ma.
I będzie mieć, synka, który w przyszłości będzie miał dwie lewe ręce do wszystkiego poza przepuszczaniem ciężko zarobionych pieniędzy rodziców w myśl, że mu się NALEŻY. A na starość nie będzie kto miał podać jej szklanki wody. Jakoś nie szkoda mi takich ludzi. Rodziny się nie wybiera, ale wstyd mi za takie osoby.

rodzina ferie rozpuszczone dzieciaki Wrocław

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 291 (Głosów: 327)

#76988

(PW) ·
| Do ulubionych
Zbiór historyjek, poczynając od roku ubiegłego, do obecnego roku. Zatem będzie długo.
Mój narzeczony jest profesjonalnym, dyplomowanym fotografem.
Uważa to za swoją pasję; pracuje na co dzień w zupełnie innym zawodzie, jednak od czasu do czasu czerpie korzyści ze swojego hobby (zwykle zdjęcia na śluby, komunie, czy po prostu sesje prywatne).
Oto jak łatwo pogorszyć kontakty z rodziną czy znajomymi (i nie tylko) :

1. Moja kuzynka mieszka na drugim końcu Polski od nas, czyli w Warszawie. Odwiedziliśmy ją podczas ubiegłych wakacji i miło nas zaskoczyła, że w styczniu bierze ślub i że oczywiście- już teraz jesteśmy zaproszeni. Wpadliśmy na pomysł, że zamiast jakiegoś bezużytecznego prezentu ślubnego, mój P. zrobi im piękną, wyjątkową sesję. (O czym oczywiście poinformowaliśmy wcześniej, żeby nie musiała szukać kogoś innego za kosmiczną cenę).

Super. Cud miód. Tylko mamy czekać na zaproszenia.
Miesiąc, dwa, trzy, nic. Zapomnieliśmy o sytuacji i zajęliśmy się swoimi sprawami.
Ślub odbył się 28.01.2017 roku. Cztery dni wcześniej zadzwoniła kuzynka z propozycją NIE DO ODRZUCENIA. Uwaga...
Mój narzeczony ma pojechać na ich ślub, zrobić sesję i po weselu wrócić. Oczywiście beze mnie, bo im się plany co do gości pozmieniały. (Pominę fakt, że mojego P. widziała RAZ w życiu).
Szczerze- przyjęlibyśmy propozycję, gdyby powiedziała to np. dwa miesiące wcześniej, a nie cztery dni przed ceremonią.
W ten sam dzień zadzwoniła ciotka, że jak to, że my najpierw obiecujemy a potem się wykręcamy i że na naszym ślubie to jej noga na pewno nie postanie. Przykro nam :D


2. Wiadomość mailowa. Skopiowałam.
"Witam jestem dziewczyna o nietypowej urodzie, śmiala i nie bojącoą się wyzwan jeszcze napewno nie miałeś takiej modelki jak ja. Nie jestem pierwsza lepsza zajmuje sie modelingiem od dziecka i bardzo bym chciała z tobom sesje. jeśli sie zgodzisz nie pozałujesz i może jeszcze coś więcej po co ty na to hm ? :* :*".
Ykhm. Pozostawię bez komentarza.


3. Nasi znajomi stają na ślubnym kobiercu pod koniec sierpnia.
Mój P. niestety pracuje w dużej firmie, o dużych wymaganiach i z tego powodu już TERAZ musiał określić dokładne dni, w których chce wziąć urlop. Ustaliliśmy, że podobnie jak rok temu- będzie to koniec sierpnia i pierwszy tydzień września. Poszło, nie da się już przełożyć. Niestety, znajomi zadzwonili dopiero wczoraj, z prośbą o to, by P. został fotografem na ich ślubie. P. wytłumaczył całą sytuację związaną z urlopem, że już się nie da przełożyć i że może polecić kilku swoich znajomych, którzy też zajmują się fotografią. Jednak i tak zostaliśmy burakami, chcącymi zniszczyć ich najpiękniejszy dzień w życiu.
No cóż.


4. Naprawdę nie mam nic do aktów. Spora ilość kobiet pisze z prośbą o wykonanie takiej śmiałej sesji. Nigdy nie byłam zazdrosna, przy każdej sesji mogę być obecna, wspólnie wybieramy modelki. Dodam, że taka sytuacja jak opisana poniżej zdarzyła się pierwszy raz i od tej pory bardziej wnikliwie dowiadujemy się informacji o osobach, które P. ma fotografować w taki sposób.

Napisała młoda kobieta z chęcią pozowania do aktów. Pisała sensownie, konkretnie, twierdziła, że zdjęcia te mogą przeważyć na jej przyszłej karierze, bo ma dopiero 25 lat. Podesłała kilka fotek- piękna, o kształtnej figurze, cudownie długie, czarne loki. Umówili się na sesję.

Przyszła, mój Kochany zaproponował najpierw sesję próbną w pracowni. W jej zachowaniu było coś dziwnego, jakby trochę niepoważnego, ale oboje to zbyliśmy, ludzie są różni. Zostawiłam ich samych i zeszłam na dół. Dosłownie 10 minut później pod dom podjechały trzy auta, z każdego wyskoczyło po czterech "Sebixów" + jeden "kark" w garniturze.

W skrócie opowiem co się stało- KOBIETA okazała się mieć niecałe 15 lat. Ja wiem, że dzisiejsze gimnazjalistki wyglądają na starsze. Ale nigdy w życiu nie pomyślałabym, że dziewczyna ma około 15 lat. Wyglądała na tyle ile twierdziła, że ma, albo jeszcze więcej. Czyli jeszcze starsza ode mnie. Nie miała w sobie (poza podejrzanym zachowaniem) nic z nastolatki.
Jegomość w garniaku okazał się tatusiem i o dziwo- dało się z nim w miarę normalnie porozmawiać, gdy nerwy już troszkę puściły.

Dowiedzieliśmy się więc, że zanim dziewczyna przyjechała do nas (na stopa, ok 120km), zostawiła ojcu kartkę z NASZYM adresem i dopiskiem, że nie zniszczy jej marzeń i idzie na swoją pierwszą rozebraną sesję. Dosłownie.
Mój P. wyszedł więc na pedofila, wyrywającego młode dziewczęta na sesje. Pokazaliśmy ojcu dziewczyny wszystkie wiadomości, które wysłała do mojego P. Zmusił ją też do otworzenia jej skrzynki mailowej.
Wszystko skończyło się (przynajmniej dla nas) dobrze, w ramach przeprosin P. dostał dzień później dobre whisky. A co do dziewczyny; nie interesują nas jej relacje z ojcem, sama była sobie winna i osobiście nie zamierzam w żaden sposób jej bronić.
Teraz przed każdym aktem P. żąda jakiegoś potwierdzenia wieku modelki/modela, podpisuje umowy teraz już w związku z każdą sesją.


5. Porady w sprawie sprzętu, techniki itp. ja nie znam się na tym wybitnie, ale zdaję sobie sprawę, że poza kreatywnością, sprzęt odgrywa główną rolę.
"X- A jak ty robisz, że ci takie tło wychodzi, co to za FILTER? jaki program?
P.- To nie program, to kwestia obiektywu.
<długie tłumaczenie, rodzaje, co, z czym i jak>
X- To podaj mi na allegro link na ...(dowolna część aparatu/aparat) ...i ja sobie zamówie bo zaoszczędziłem/am 6 stówek.
Ni ch... nie wytłumaczy się takiej osobie, że 6 stówek to ykhm... za mało. Dużo za mało. Potem następuje klasyczny tekst, że tylko debil kupiłby obiektyw za czterocyfrową sumkę.


6. Oboje mamy konta na Digarcie. Pewnie ktoś z Was miał okazję zahaczyć o tę stronę. Jakoś początkiem jesieni, w naszej gminie ogłoszony został konkurs fotograficzny, tematyczny, o naszych górach, krajobrazie itp. Konkurs organizowało kilka grup z naszego Ośrodka Kultury, zarówno mój mężczyzna jak i ja należymy do sekcji; on do fotograficznej, ja do plastycznej.

Oczywiście nikt z członków sekcji organizujących nie mógł brać udziału w konkursie. Jakież było zdziwienie, gdy w drugim tygodniu napłynęły fotografie mojego Lubego, "autorstwa" Pani Iksińskiej. Jak się później okazało- znalazła je na Digarcie, skopiowała i wysłała. Tak po prostu. Oczywiście mój P. podjął kroki prawne w tej sytuacji i bezapelacyjnie wygrał, wnosząc oskarżenie o plagiat. Pani początkowo próbowała się bronić i uwaga, pamiętajcie- jeśli jakieś zdjęcie jest w internecie (nawet sygnowane imieniem i nazwiskiem autora), to przecież macie prawo do wykorzystania go, bo jeśli POBIERACIE JE na swojego pendrive to już jest wasze. Serio :P.


Na szczęście to tylko kilka nielicznych sytuacji, poza tym ludzie są bardzo w porządku. I wiedzą czego chcą :)

hobby

Skomentuj (58) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 279 (Głosów: 313)

#76890

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia opowiedziana przez kuzynkę [W] (lat 14). Na początku zaznaczam, że nie mam nic do kształtu ciała danej osoby, ale nie rozumiem niektórych rzeczy.

Są osoby skrajnie chude i skrajnie grube. W klasie kuzynki jest dziewczynka, powiedzmy - Ola. Należy do drugiej grupy. Ola ma lat 14 i waży DUŻO za dużo. Nie jest to wywołane żadnymi lekami/chorobą itp.
Dziewczyna po prostu lubi jeść (chociaż może jest to rodzaj choroby) i widocznie jej najbliższe otocznie nie zauważa tego. Czasem podjeżdżałam po W. pod szkołę i przy okazji zabierałam Olę i jeszcze jedną koleżankę, więc nie przesadzam; wydawała się szersza niż wyższa. W zasadzie moja kuzynka była najbliższą osobą dla Oli, bo reszta odsuwała się, docinała, wyzywała od "świń" itd. A wszystko, co niżej opiszę, wiem od W, która uważała ją za dziewczynę miłą, z pasją do malowania i ogólnie miały dużo wspólnych tematów.

Wychowawczyni klasy wykonała telefon do rodziców Oli, z pytaniami o jej stan zdrowia (mimo, że szkoła miała informację o jej stanie zdrowia i "lekkiej otyłości"), z informacją, że tusza Oli może zagrażać jej życiu i z pytaniem o kroki jakie w tejże sprawie podejmują. (Ola rzekomo podsłuchała rozmowę mamy z wychowawczynią, o czym powiedziała W.).

Dzień później, w trakcie lekcji, do klasy wpada ojciec dziewczynki z awanturą, dlaczego nauczycielka DYSKRYMINUJE jego córkę, dlaczego sugeruje jakąś pomoc JAK DLA JAKICHŚ ANOREKTYCZEK, że jego córka będzie jadła to na co będzie miała ochotę i że w sumie on się nie dziwi, że dziewczyna ma problemy, skoro WSZYSCY TUTAJ wyglądają jak chucherka.
Olę zabrał ze szkoły. Podobno przepisują ją do innego miasta.

Dziewczyna przechodzi zapewne przez piekło. Może nie przez swoje "widzimisię", lecz przez najbliższą rodzinę, która widocznie nie zauważa problemu i która odpowiednio jej nie dopilnowała, dlatego dziewczyna nie uważa, że robi coś złego dla samej siebie.

gimnazjum

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 185 (Głosów: 229)