Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

mabmalkin

Zamieszcza historie od: 4 stycznia 2017 - 1:24
Ostatnio: 23 czerwca 2018 - 23:26
  • Historii na głównej: 77 z 85
  • Punktów za historie: 13599
  • Komentarzy: 449
  • Punktów za komentarze: 1851
 

#82404

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie tyle piekielne, co raczej śmieszne. ;)
Jak wspomniałam, wynajmuję mieszkanie we Wrocławiu razem z piątką lokatorów. Mam mały, podręczny zestaw do pielęgnacji paznokci, coś w tym stylu: https://www.komputronik.pl/product/249916/beurer-mp-41.html?gclid=CjwKCAjwgYPZBRBoEiwA2XeupSjvobtCyu5umUk-NyPilL76P46hvX2wvclLtfazFKEXA921NpDk8RoC2Q8QAvD_BwE

Wczoraj dość późną porą postanowiłam skorzystać z zestawu.
Dziś rano wstaję, idę do kuchni. Siedzi kuzyn z dziewczyną i jej koleżanką, patrzą się na mnie jakoś dziwnie. Ani porannego "cześć", ani nic. Szybki rachunek sumienia - nie przypominam sobie, bym zrobiła cokolwiek, co mogłoby ich urazić. Pytam więc o co chodzi.

Dziewczyna kuzyna znacząco chrząka i oświadcza dramatycznym szeptem:
"Wiesz, mabmalkin... my rozumiemy, że twój mężczyzna tu nie mieszka. Ale wiesz... trochę nam niezręcznie, jak słyszymy gdy TO uruchamiasz...".

Potrzebowałam kilkunastu sekund, by zrozumieć. No tak, maszynka do paznokci wydaje specyficzny odgłos ;).
Aczkolwiek, oświadczanie czegoś takiego przy jej koleżance (obcej mi osobie) sprawiło, że poczułam się niezręcznie. A i sama nigdy nie zwróciłam im uwagi, gdy słyszałam CO robią ;).

mieszkanie studenckie

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (192)
zarchiwizowany

#82458

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ja rozumiem, że Mundial, że sportowe emocje itp...
Wracałam chwilę temu do domu (we Wrocławiu) od znajomych. Weszłam na chwilę do sklepu, kupiłam co miałam kupić i kieruję się powoli w stronę klatki schodowej.
Miałam szczęście, że szłam powoli z uwagi na dość ciężkie zakupy. Tuż przed moimi nogami coś się "rozlało". Tak, ktoś zwymiotował z okna w bloku prosto na chodnik.
Niestety nie wiem z którego dokładnie okna "przyleciała" ta wątpliwie przyjemna niespodzianka, bo w bloku otwartych było kilka okien w różnych mieszkaniach, z których dobiegały przeważnie głośne śpiewy i komentarze odnośnie dzisiejszego meczu.
Uważajcie O_o

sportowe emocje

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -4 (24)

#82282

(PW) ·
| Do ulubionych
Może pamiętacie, jak w jednej z poprzednich historii wspomniałam, że niedawno dowiedzieliśmy się, że moja "teściowa" ma raka. Cóż, choroba postępuje, niestety są przerzuty na trzustkę, wątrobę, węzły chłonne...

Parę dni temu stwierdziliśmy, że potrzebujemy wózka inwalidzkiego (teściowa nie daje już rady poruszać się o własnych siłach, a wózek byłby ogromnym ułatwieniem). Wiem, że można złożyć odpowiedni wniosek do NFZ, jednak, znając realia czasowe, stwierdziliśmy, że kupimy/pożyczymy wózek na własną rękę.

Przejrzeliśmy kilka ofert internetowych, ja napisałam też post na swoim Facebooku. Następnego dnia przypomnieliśmy sobie, że wujek mojego P. kiedyś poruszał się na wózku (po jakiejś operacji). Dzwonimy do niego. Wujek powiedział, że owszem, wózek schował do piwnicy, i że może sprzedać za symboliczne piwo. Z tym, że nie ma go teraz w okolicy (urlop) i żeby podjechać do jego domu, tam jest syn (powiedzmy K).

I w tym momencie kolejny raz przypominam sobie powiedzenie, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu.

Podjeżdżamy pod dom wujka. Wychodzi K. Nakreślamy mu całą sytuację i przypominamy słowa wujka. K. tylko pogardliwie prychnął i stwierdził, że jego ojciec jest naiwny, i że może nam ewentualnie sprzedać ten wózek. Dobra, nie będziemy się sprzeczać. Nadszedł moment oględzin wózka.

Rączki zdezelowane, siedzenie zapadnięte, w fazie nadgnicia (pewnie przez piwnicę) i przedziurawione. Uchwyty przy kołach zardzewiałe. Opony bez powietrza. Ogólnie cud, że to jeszcze jakoś się trzymało.

Ile K. chciał za ten złom?

550 zł. I ani złotówki mniej.

Wyśmialiśmy go, pojechaliśmy do pobliskiej miejscowości, gdzie ojciec mojej koleżanki sprzedał nam praktycznie nowy, bez śladów użycia wózek za 100 zł.

Rodzina

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (170)

#82189

(PW) ·
| Do ulubionych
Nigdy - aż do dnia dzisiejszego - nie zdarzyło mi się, by ktoś obraził mnie w... aptece. Nawet gdy kupowałam tabletki antykoncepcyjne.

Poszłam dziś do apteki, celem zakupienia konkretnych tabletek na dość niekomfortową przypadłość, jaką jest zapalenie pęcherza. Zdarza się.
Byłam druga w kolejce, za mną stały jeszcze dwie panie; jedna w średnim wieku, druga nieco starsza [SP].

Ja: - Dzień dobry, poproszę UroFuraginum.
Dostałam, przeszłam do zapłacenia i zza pleców słyszę donośny głos.
[SP]: - Ja nie wiem co teraz z tą MŁODZIEŻĄ się dzieje. Puszczają się po barach, a później się muszą leczyć na choroby WENERYCZNE!

Przyznam, że w pierwszym momencie mnie zatkało. Zapłaciłam za tabletki i skierowałam się do wyjścia, tekst starszej pani zignorowałam.
Wychodząc, słyszałam tylko jak druga pani w dość dobitny sposób wyjaśniła SP, że tabletki na moją przypadłość to żadna zbrodnia, czy coś w tym stylu.

Czyli jak kupię strzykawkę to jestem ćpunką? :D

apteka starsi ludzie

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 123 (143)

#82150

(PW) ·
| Do ulubionych
Czekam sobie dzisiaj na zielone światło przy Moście Grunwaldzkim (Wrocław). Pewnie ktoś z Was kojarzy to przejście - światła, pasy - światła, pasy, szyny - światła, pasy.

Po prawie dwóch latach mieszkania w okolicy, uczęszczając codziennie przez te wszystkie pasy, zdążyłam się spóźnić na milion tramwajów ;)

Naprzeciwko mnie, po drugiej stronie ulicy (czyli trzy przejścia przez zebrę) jakaś wycieczka, na moje oko szkoła podstawowa. Z nauczycielkami. Na "ich" stronie zapaliło się światło zielone, jednak "środkowe" i "moje" nadal były czerwone. Podjeżdża tramwaj. Co robią nauczycielki?
Przebiegają razem z chmarą dzieciaków przez pozostałe, czerwone, na drugą stronę. Kierowca tramwaju musiał czekać, auta na kolejnej jezdni zatrzymały się z piskiem opon; swoją drogą cud, że nie doszło do żadnej kolizji.

We mnie się zagotowało, ale zauważyłam, że dwie osoby (mężczyzna i kobieta) zatrzymały "wspaniałomyślne" nauczycielki.
Nie wiem jak to się skończyło.

przejścia dla pieszych nauczyciele dzieci przechodnie

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 90 (122)

#82018

(PW) ·
| Do ulubionych
Byliśmy z soboty na niedzielę na ślubie i weselu mojej najlepszej przyjaciółki. Na wesele ani gości narzekań nie będzie.

Przy takich uroczystościach ja i P. Wyciszamy telefony, albo zostawiamy je w pokoju. Bawimy się wyśmienicie, ale zaszła potrzeba zmiany butów na "bardziej komfortowe" (panie, które nie mają wprawy do tańca w szpilach/obcasach pewnie wiedzą o czym mowa :D). Wracamy do pokoju.

Korzystając z faktu, że P. skorzystał z toalety w pokoju, zerknęłam na telefon. I co? 17 nieodebranych, 10 wiadomości. Oddzwoniłam tylko do Matuli, żeby opisać w skrócie przebieg wszystkiego i myk na parkiet.

Dzisiaj jeszcze w trakcie poprawin, wróciliśmy (niestety, są pewne obowiązki) około 15 do domu, więc odczytałam wszystkie wiadomości. Okazało się, że większość jest od kuzyna i ludzi, których zazwyczaj podwożę autem do Wrocka (zwyczajny post na twarzoksiążce, że w tym dniu i o tej godzinie jadę, więc mogę kogoś "przygarnąć"). Oddzwoniłam i odpisałam po kolei, że byłam na weselu, dzisiaj na poprawinach i nie dałam przecież nigdzie znaku, że jadę do Wrocławia.

"Ale jak tak możesz robić? Zawsze jeździłaś!"
"Więcej z tobą nie pojadę!!"
"Słuchaj, a skoro nie możesz jechać dzisiaj to może byś tylko podwiozła mnie do Wrocławia i sobie wróciła?" (wtf?!)

A najlepszy sobotni SMS od kuzyna: "Hej mabmalkin, wiem, że dzisiaj jesteś na weselu, ale mogłabyś chwilowo wyjść i mnie podwieźć na meczyk, a potem bym zadzwonił i byś mnie do Wrocławia odwiozła?".

Z kuzynem mam wielki konflikt, bo ostatecznie nikt go nie chciał zabrać do Wrocławia (co z tego, że od nas z miasta miał busa co godzinę i dobrze o tym wiedział?) i z naszej rozmowy przez telefon wyszło, że jestem egoistką.

A, z miejscowości w której byłam na weselu, żeby zgarnąć kuzyna i jechać do Wrocławia to odległość około 170-190km w jedną stronę. Podobnie z innymi ludźmi.
Chyba kurde spłonę...

Ludzie transport prywatność

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 197 (221)

#81875

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie chcę się rozpisywać.

Wspominałam już, że mieszkam z narzeczonym i jego mamą w domu jednorodzinnym, w oddzielnych częściach.
Tuż przed świętami moja nieoficjalna teściowa została przewieziona do szpitala przez mojego mężczyznę, bo bardzo źle się czuła, nie mogła nic przełykać. Po późniejszych badaniach okazało się, że ma raka. (Tak, chodziła wcześniej do lekarza, ogólnie mogę to opisać w innej historii, bo tutaj nie chcę się rozpisywać). Rak został zdiagnozowany dopiero po kilku dniach.

Została w szpitalu, stadium poważne, grunt żeby nie było przerzutów. Będzie operowana "na dniach". Rokowania są złe.
Jako, że okres świąteczny, przyjechała szwagierka (zajrzyjcie na jej temat w moje poprzednie historie) z mężem i córką. Oczywiście telefonicznie wcześniej została poinformowana o tym, co z mamą się dzieje. Mój narzeczony po postawieniu diagnozy jego matce raczej nie miał nastroju do spotkań świątecznych, do rozmów, w ogóle do niczego. Mimo to, ja zrobiłam coś do jedzenia dla gości. Zupę, przekąski i drugie danie- spokojnie starczyło na dwa dni dla wszystkich.

Komentarz szwagierki? "Gdzie są pisanki, gdzie jajka w majonezie i sałatka? A czemu nie ma stroika?" (u nas "święta" wyglądają nieco inaczej, bo katolikami są tylko oni, zatem ja z P. Traktujemy to jako zwyczajne spotkania rodzinne i szwagierka dobrze o tym wie).

Czy odwiedziła matkę? Nie. Komentarz odnośnie jej choroby: "Mam nadzieję, że przepisała dla nas (jej, męża i córki) COŚ WIĘCEJ NIŻ OJCIEC". Szybko się zwinęli.

A, teściowa nie ma żadnych praw do przepisywania czegokolwiek w domu, bo jej śp. mąż już podzielił dom na mojego faceta, na moją szwagierkę, a teściowa może jedynie dożywotnio przebywać w nim.
Twoja bliska osoba jest na łożu śmierci? Nie odwiedzaj jej, kłóć się o testament!!

Rodzina Święta Spadek

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (173)

#81574

(PW) ·
| Do ulubionych
Rozchorowałam się, bardzo. Pierwszy raz aż tak od jakichś 10 lat.
Poszłam (a raczej doczołgałam się) do swojego lekarza pierwszego kontaktu, powiedzmy pana X. Akurat tak się złożyło, że do początku marca go nie będzie,więc przyjął mnie jego zastępca, pan Y (dowiedziałam się na miejscu). Kojarzę gościa. Przebadał, postawił diagnozę, przepisał antybiotyk.

No właśnie. Mam bardzo silne uczulenie na penicylinę. Dawka, która człowieka nieuczulonego pomogłaby leczyć, mnie po drugim razie zażycia mogłaby nawet zabić. To jedyne uczulenie, jakie mam. Wspomniałam o tym doktorowi Y kilkukrotnie. Dodatkowo na mojej "kopercie" jest napisane "silne uczulenie na penicylinę!" (sama poprosiłam o ten napis, bo w przeszłości miałam pewną nieprzyjemną sytuację). Dobrze, on rozumie. Nie znam się na lekach, poszłam do apteki, wykupiłam antybiotyk. Zawsze czytam ulotki. Oczywiście antybiotyk zawierał w sobie penicylinę. i to dość dużo.

Ja już nie miałam siły, ale mój narzeczony oddał w aptece antybiotyk, wyjaśnił sprawę i odzyskał pieniądze (wtf?), a ja oczekuję jutrzejszej (w sumie już dzisiejszej, ze względu na godzinę) wizyty i wyjaśnienia sprawy, bo nie zamierzam tego tak zostawić... No i spać nie mogę.
Ale czytajcie ulotki i uczcie tego swoje dzieci ;)

Lekarze

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 169 (181)

#81495

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak zostać "piekielną" matką.
Wychowałam się w małym mieście, mieszkaliśmy w kamienicy (mama nadal tam przebywa). U góry mieszka sąsiadka, pani Basia. Dobra koleżanka mamy. Ma kilku synów, najmłodszy, Tomek (lat 20) nadal tam mieszka. Pani Basia urodziła go w wieku 43 lat. Z Tomkiem znam się "od piaskownicy". Jakoś na etapie gimnazjum już mniej się kontaktowaliśmy- on poszedł do gimnazjum w tym mieście, ja w innym. Ale zawsze jakiś spacer razem czy wyjście na pizzę było.

Tomek nieco się zmienił - trawka, alkohol czy coś mocniejszego stało się dla niego normą. Pani Basia początkowo nic nie zauważała, bo nie zdarzało się, by Tomek wrócił do domu za późno/pod wpływem itp. z czasem, mniej więcej w wieku 18 lat już nie krył się przed matką ze swoim trybem życia.

Pani Basia stale robiła mu awantury, groziła wyrzuceniem z domu, przestała dawać mu kieszonkowe, nie płaciła mu abonamentu za telefon itp. Z czasem, niby poskutkowało. Jednak Tomek znalazł pracę, dokładał się do rachunków, przestał sprawiać problemy matce, normalnie "anioł". Przez kilka lat był spokój. Aż do teraz. Tomek trafił do aresztu. Postawiono mu zarzut handlem narkotykami i kradzież dużej sumy pieniędzy z kasyna. Oczywiście w takim małym mieście, gdzie otwierasz lodówkę w domu a z drugiego osiedla krzyczą "smacznego"-nic przed ludźmi się nie ukryje. Zdawałoby się, że pani Basia dostanie "łatkę" tej, co to ma syna kryminalistę. Nic z tych rzeczy. Ludzie wytykają jej, że w żaden sposób nie broni syna.

Przebita opona w aucie, napis na drzwiach "suka nie matka". A bo Tomeczek jeszcze taki młody (inne sąsiadki), a bo całe życie ma przed sobą...Dziecinne... Kamer przed kamienicą ani w środku nie ma, więc nie wiadomo kto jest autorem napisu. Pani Basia wychodzi z założenia, że skoro syn nawarzył sobie piwa, to sam powinien je wypić.
A pewnie gdyby go broniła, to też byłoby źle. I jak się nie obrócić, du*a z tyłu.

Osobiście popieram panią Basię, szkoda mi tylko, że kobieta w podeszłym wieku zostaje upokarzana w taki sposób. Możecie zarzucić, że to jej wina, że tak wychowała syna- ale próbowała walczyć z jego zachowaniem. Jej inne dzieci, obecnie już mające własne dzieci, nigdy nie sprawiały problemów wychowawczych. Jeśli ja (już niedługo ;)) będę mieć dziecko, to też będę chciała, by ponosiło konsekwencje za swoje czyny.

Rodzice dzieci sąsiedzi miasto

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (187)

#81412

(PW) ·
| Do ulubionych
Pamiętacie moją (niestety) przyszłą szwagierkę z jednej z historii? Zapraszam do zapoznania Anny: http://piekielni.pl/78111

Dziś bardzo "umiliła" mi urodzinowy wieczór. Ale od początku.

Pisałam z jej córką Karoliną (z którą mam dobry kontakt i od długiego czasu mam wrażenie, że jestem jej jedyną osobą na tyle bliską, z którą może porozmawiać na każdy temat, bo przecież z zaborczymi rodzicami nie porozmawia). Dowiedziałam się, że Karolina wybiera się do nas jutro i zostanie do przyszłej soboty. Napisała mi to, bo była pewna, że wiem. No nie wiem.

Pytam się mojego P., czy wie coś na ten temat. Nie.

Zdziwił mnie nieco fakt, że przyjeżdża, bo ferie w naszym województwie już się skończyły, a Karolina nadal się uczy. Odpisałam jej zgodnie z prawdą, że jej babcia (mama P., która mieszka w drugiej części domu) na pewno się ucieszy, ale nas niestety nie będzie, bo wyjeżdżamy na kilka dni w Karkonosze. Wszystko już zarezerwowane i opłacone.

Dosłownie dwie minuty po tej wiadomości, do P. dzwoni telefon. Anna.

Z ich rozmowy wynikało, że MAMY JUŻ TERAZ ZARAZ ODWOŁAĆ WYJAZD, bo ktoś się musi Karoliną zająć. Bo ferie minęły, ale ona musi zmienić otoczenie i odpocząć. Po jakimś czasie wyszło na to, że ona z Danielem (mężem) jadą do jakiegoś SPA i zwyczajnie nie mają gdzie zostawić nieletniej córki.

Ogólnie już dawno zauważyłam, że Anna nasz dom (i niestety połowicznie jej) traktuje jak "przechowalnię na dziecko". Młodą zostawiają na ferie, nie ma sprawy, my ją bardzo lubimy, ale już nie raz rozmawialiśmy z Anką na ten temat. Ona nie widzi w tym nic złego, "bo przecież rodzina musi się wydawać". Ale nie sądzę, by nastolatka cieszyła się z dwóch tygodni spędzonych na za*upiu, w większości w towarzystwie 70-letniej babci. Dla mnie to ciężka sytuacja, bo jak by nie było - nadal jestem obcą osobą, przynajmniej dla Anny i Daniela, i nie zamierzam młodej nastawiać przeciwko rodzicom. W naszych rozmowach poruszamy różne kwestie i staram się jedynie dawać jej pewne wskazówki (nie mogę też napisać nic wprost, bo Anna sprawdza młodej telefon i laptopa; a młoda nie protestuje...). Może to co robię jakoś pomoże.

P. jako brat Anny wiele razy starał się jej tłumaczyć, że Karolina raz na jakiś czas powinna odejść od nauki i iść do kina ze znajomymi, przecież nie ma dziesięciu lat. Jedyny argument Anki to to, że z P. nie mamy jeszcze dzieci, więc nie powinniśmy się wtrącać.

A co do jutrzejszego przyjazdu Karoliny, Anna zaproponowała, że może by Karolcia z nami pojechała w te góry? Ona zapłaci. Na słowa Anny P. najpierw zabił ją śmiechem przez telefon, a potem powiedział, co myśli o tym, jak traktuje własne dziecko i nas. Jestem pewna, że przywiozą Karolinę i to jej najbardziej współczuję, a my z wyjazdu nie zamierzamy rezygnować.

Edit:
Wyjechaliśmy, Karoliny w sobotę nie przywieźli. Dostaliśmy za to dziś rano telefon od Anny, że oni PRZYPADKIEM PRZEJEŻDŻAJĄ przez Jelenią Górę (jadąc z Wrocławia do nas, co jest baaardzo nie po drodze) i spytała, czy może byśmy mogli się spotkać na jakąś pizzę, skoro już też tu jesteśmy. Chyba tylko głupi przystałby na jej propozycję, zapewne skończyłoby się na próbie "wciśnięcia" nam Karoliny. P. odpowiedział, że plany nam się zmieniły i jednak nie jesteśmy w tej okolicy. Potem zasypywała nas SMS-ami. Potem zgodnie stwierdziliśmy, że przed wyjściem na szlak telefony wyłączamy. Swój teraz włączyłam, tylko 6 wiadomości i 4 nieodebrane. P. nie chce włączać.

Rodzina

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (176)