Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

mabmalkin

Zamieszcza historie od: 4 stycznia 2017 - 1:24
Ostatnio: 12 grudnia 2017 - 0:11
  • Historii na głównej: 64 z 70
  • Punktów za historie: 11679
  • Komentarzy: 388
  • Punktów za komentarze: 1584
 
zarchiwizowany
"Znajoma"z gimnazjum urodziła chłopca.
Pierwsze zdjęcie na fb: ona z wódą, w tle dzieciaczek w objęciach jej faceta.
Podpis: "No w końcu kur*a można popic".

Pato

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -3 (23)

#80770

(PW) ·
| Do ulubionych
Pamiętacie Wiktorię - piekielną współlokatorkę, z którejś z poprzednich historii?
Mój kuzyn wrócił nagle zza granicy, ponieważ dość ciężko zachorował. Coś z woreczkiem żółciowym, jelitem grubym i inne świństwa. Wcześniej leżał w szpitalu. Wiktoria i tak szukała nowego lokum, znalazła i wyprowadziła się jeszcze przed jego przyjazdem. (Całe szczęście). Z rozwiązaniem umowy nie było problemu, zapłaciła część pieniędzy i poszła.

Wróciła jednak po resztę rzeczy - jakieś pojedyncze ubrania, ręczniki, lusterko itp. W swoim pokoju był mój kuzyn, który był poinformowany o tym, że Wiktoria wróci po rzeczy i ma zostawić mu klucze.
Wzięła, klucze zostawiła i spokój... No nie.

Dziś drugi kuzyn (ten który wrócił zza granicy) zjadł kolację, źle się poczuł, zaczął wymiotować. Z początku myśleliśmy, że to przez silne antybiotyki, które musi brać. Ale nie, jego narzeczona też.

Przeglądamy lodówkę - wiadomo, czasem zdarzy się, że coś jest po terminie, a "pochopnie" zjemy.
Okazało się, że wszystkie rzeczy otwarte - tylko na półce kuzyna i jego narzeczonej zawierały środek przeczyszczający. A wiemy to stąd, że jakże "mądra" Wiktoria, zostawiła w szafce PRZY śmietniku opakowanie po tym środku. Nikt z nas takiego nie posiadał; zresztą wszelkie lekarstwa tego typu - środki przeczyszczające, tabletki na ból głowy, plastry, bandaże, magnez itp. mamy w apteczce wspólnej. Tabletek o tej nazwie nigdy nie kupowaliśmy. Nasze leżały nadal w nienaruszonej apteczce. Wiktoria zmieliła swój środek przeczyszczający w drobny proszek i "wtarła"/dosypała w ich jedzenie. Akurat ten środek, w połączeniu z lekami kuzyna, mógł mu jeszcze bardziej zaszkodzić. Miał tyle szczęścia, że jeszcze nie zdążył ich zażyć.
No to teraz zrobimy piekło :)

Ps. Narzeczona kuzyna napisała do Wiktorii na fb, z pytaniem czy ma świadomość tego co zrobiła. Mądra Wiktoria sama się przyznała, bo dla niej to było wyjątkowo śmieszne i w wiadomościach stwierdziła, że przecież nic takiego się nie stało, a im się "należało".
Dopisuję, bo w czasie gdy dodałam powyższą historię, konwersacji nie było.

współlokatorzy studia

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 90 (134)
zarchiwizowany

#80742

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Odkąd mieszkam we Wrocku, czyli dwa lata- zwyczajnie "uodporniłam" się na teksty typu "kierowniczko, poratuj, mi tylko 2 złote brakuje do piwka, a poza tym w domu cinżko".
Od razu wyjaśniam, że jeśli podchodzi faktycznie trzeźwy człowiek i nie prosi o pieniądze, a o coś do jedzenia- od razu (oczywiście jeśli mam pieniądze) idę do sklepu, kupuję i mam pewność, że ta osoba nie wyrzuci jedzenia- ja kupuję, osoba po wyjściu ze sklepu konsumuje i dziękuje, czasem proponuje podniesienie moich zakupów/torby pod dom.
Wracam dziś autkiem, coś się "stanęło" z linką od gazu, dzwonię do P. a że ma do mnie ok.48km... czekam sobie w aucie. Obok miejsca w którym zdążyłam stanąć (zdążyłam, bo bez możliwości użycia gazu raczej zbyt daleko się nie poruszę) był przystanek autobusowy. Na początku sama zaglądam pod maskę, bo coś tam jednak ogarniam. Podchodzi do mnie pan Żul. Oczywiście z klasycznym pytaniem czy nie mam dwójki do winka. Byłam bardzo zdenerwowana faktem, że coś mi się w aucie spie**oliło, dodatkowo robi się ciemno, co dla mnie jest dużym problemem, wracałam po porannych zajęciach, byłam bardzo zmęczona i wszystko się "nawarstwiło".
Odpowiedziałam, żeby poszukał jakiejś pracy.

Oburzenie ludzi na przystanku > ja.

żule

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 2 (88)
zarchiwizowany

#80718

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Tato miał poważny wypadek samochodowy na A4. W drodze powrotnej z pracy do domu; kierował mój chrzestny. Dla ciekawskich: http://m.bild.de/regional/dresden/massenkarambolage/sechs-schwerverletzte-bei-massencrash-in-hagelsturm-53701372.bildMobile.html

Wjechało w nich kilka aut, tato ma złamane cztery żebra, jedno miał wbite w płuco, odmę płucną, pękniętą śledzionę, wszystkie kości w prawej ręce połamały się (teraz ma tytanowe wstawki).

Przewieźli go do szpitala w Goerlitz. Rzekomo jeden z najlepszych.
Wyobraźcie sobie sytuację, że dowiadujecie się przez telefon, że wasz ojciec ma wypadek. I nic więcej (mama dzwoniła, rozhisteryzowana). Dzwonię do szpitala. NIKT nie mówi po angielsku, nie mogą mi udzielić żadnych informacji mimo, że podałam pesel swój i taty. "Mówię" po niemiecku, posługując się najprostszymi zwrotami z translatora. Pan po drugiej stronie słuchawki mówi, że tato jest w stanie ciężkim ale stabilnym. Rozłącza się.
Tej samej nocy jedziemy do szpitala (ok.270km w jedną stronę). Nie chcą udzielić informacji mojej mamie, bo nie jest jego żoną. (Są ponad 20 lat razem, ale nie mają ślubu). Oczekiwanie na lekarza, który był Polakiem- ponad 2 godziny. Nie wiem jak to wszystko działa pod względem prawnym (w tym czasie mój mózg i logiczne myślenie mnie opuściły, dodatkowo bałam się o mamę, która ma problemy z sercem). Ogólnie dopiero po dwóch dniach pozwolono nam się zobaczyć z tatą i dowiedzieć się co i jak. A ile nerwów zszargałam to moje.

szpital wypadki

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -1 (35)

#80683

(PW) ·
| Do ulubionych
Właśnie wróciłam do Wrocka i od progu domu zastałam awanturę.
Nadal mieszkam z dwoma kuzynami (teraz już z jednym, bo drugi, K. wyjechał do pracy za granicę) i narzeczoną K., powiedzmy Monika.

Odkąd K. wyjechał, Monika stwierdziła, że fajnie byłoby gdyby jej koleżanka, która dopiero co zaczyna studia zamieszkała z nią w pokoju, bo płacić za mieszkanie trzeba tak czy owak, a i tak z K. mają dużo wydatków. My się zgodziliśmy, właściciel również i w połowie października wprowadziła się Wiktoria. Od początku jej nie polubiłam, bo zgrywa "paniusię", ale wyjaśniliśmy jakie zasady panują w naszym domu i wszystko było względnie ok.

Generalnie mamy układ, że jak ktoś robi jedzenie, to można się poczęstować, chyba, że dana osoba powie NIE. Z lodówki też sobie "podbieramy" bez problemu (chyba, że widzimy, że ktoś ma resztkę jakiegoś produktu), w końcu "sami swoi". Wiktoria źle to zrozumiała. (Poza tym ogólnie się "panoszy"; solniczka stoi nie tu gdzie powinna, papier toaletowy ma brzydkie wzorki, palenie tylko na balkonie-pali tylko ona i ma problem z tym, że za każdym razem musi wychodzić na balkon a tak zimno itp.)

O co poszło dzisiaj?
Wiktoria pokłóciła się z moim kuzynem.
Co niedzielę przyjeżdża do niego dziewczyna, on zawsze robi dla niej i siebie coś na obiadokolację. Jeśli coś zostało-pozwalał się częstować. Dziś zrobił rosół. Ale nie było dane mu go zjeść. Dlaczego? Wiktoria wylała go do toalety. Bo był NIEKLAROWNY. Nie było jej wstyd, nie czuła się winna, próbowała kuzyna przekonać, że to dla jego dobra, żeby nie ośmieszył się takim rosołem przed dziewczyną :D.

Koniec końców kuzyn zmusił Wiktorię do oddania pieniędzy za składniki oraz za zamówioną na szybko kolację z dowozem do domu.
Ja również ochrzaniłam Wiktorię, gdyż zauważyłam, że z lodówki zniknął mój łosoś w plastrach. I nie plaster czy dwa, a całe opakowanie. "A bo ciebie nie było to nie chciałam żeby się zepsuł". Termin był do przyszłego czwartku.
Razem z kuzynem i Moniką stwierdziliśmy, że jeszcze jedna podobna akcja, to wyrzucamy Wiktorię z domu.

studenci mieszkanie współlokatorzy

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 90 (116)

#80680

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia Spaniel25 przypomniała mi pewną sytuację z poprzedniego miesiąca.

Moja mama zaczęła szukać pracy. Z racji tej przeglądała różne oferty, zaczęła od naszego miasta i okolic. Ogłoszenie jednej z "knajp" (bo nie była to restauracja lecz zwykła knajpa, gdzie szło się napić piwa, wódki i ewentualnie zamówić do tego zakąski. Nawet pizzy nie było.)


Szukają pomocy kuchennej, w wieku do 50 lat. Jednym z wymogów było ukończenie szkoły wyższej, a najlepiej posiadanie licencjatu.
Pomoc kuchenna, przypominam. W knajpie-mordowni w małej wsi. I niestety nie jest to żart.

Ogłoszenia o pracę

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (167)

#80613

(PW) ·
| Do ulubionych
Również temat budzący kontrowersje.

Wychowałam się na wsi. Jako dziecko pomagałam babci oprawiać króliki itp. Nie czuję z tego powodu jakiegoś uszczerbku na psychice.

Wujek dostał na poniedziałek wezwanie do "zerówki", do której uczęszcza jego jedyna córka. Mieszkają w tym samym domu, w którym kiedyś mieszkałam z rodzicami.
Powód?

Otóż podczas opowiadania, "co lubisz jeść najbardziej i czy pomagasz rodzicom/babci/dziadkowi/wstaw dowolne w przygotowaniu?", młoda odpowiedziała, że najbardziej lubi rosół i pomaga babci przy wyrwaniu piór z kury (oczywiście wcześniej zabitej). Młoda jest zupełnie normalną dziewczynką, nigdy nie zachowywała się lękliwie/agresywnie. W domu sama się z chęcią angażuje w karmienie krów/drobiu. Już teraz mówi, że będzie panią weterynarz. To, że widzi skąd bierze się mięso, nie jest chyba czymś nieodpowiednim, tym bardziej, że nikt jej nie zmusza na patrzenie jak babcia ucina kurze głowę.

Według jej wychowawczyni, jest to "patologiczne i nienormalne, źle wpływające na inne dzieci". Dlatego wujek ma się stawić w poniedziałek.

Dzieci rodzice szkoła

Skomentuj (61) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 170 (190)

#80554

(PW) ·
| Do ulubionych
Mamy z moim P. znajomego - uwielbiał zawsze gotować, uczy w jednej z lepszych szkół gastronomicznych. Wychowywaliśmy się razem (niewielka różnica wieku; on starszy), kontakt korespondencyjny zachowany, więc jako że oboje jesteśmy w rodzinnym mieście - spotkanie musi być.

Znajomy brał udział w jednym z popularnych programów kulinarnych (tytułu nie podam). Odpadł w PÓŁFINALE.

Obroty restauracji, w której pracuje - ot, zwykła restauracja dla zwykłych ludzi (kolega na co dzień zajmuje się czymś innym) - SPADŁY.

Dlaczego?

No bo tu pan odpadł, ja widziałem! W półfinale odpadł! To ja takiego gówna nie będę jadł!

Wiem, że zgłosił się na własne życzenie, dla sprawdzenia się i w ogóle. Ale ja tam bym chciała dostać jedzonko od kogoś, kto doszedł tak daleko (a nie oszukujmy się, w niektórych programach, mimo grania pod publiczkę, znajdują się naprawdę doświadczeni ludzie, którzy oceniają potencjał kucharzy).

Szef nie zwolni kolegi z pracy, wręcz przeciwnie, zachęcił go, by rozwinąć zwykły lokal na nieco wyższy poziom (mimo że obroty spadły).

Ale przeciętny "polski-nosacz" i tak powie, że go okradli, bo ugotował mu pan, który odpadł, bo on w telewizji widział.

gastronomia ludzie konkursy

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (141)

#80530

(PW) ·
| Do ulubionych
Zdaję sobie sprawę, że temat kontrowersyjny, ale możecie pomyśleć co Wy zrobilibyście w mojej sytuacji.

Wróciłam dzisiaj ze studiów do swojego narzeczonego. Kiedyś w historiach wspominałam, że mieszkamy praktycznie w lesie.

Koło naszego domu przechodzi dróżka, prowadząca w stronę kamieniołomu i jeziora (dookoła las). Jakieś 700 m wcześniej jest jedyny blok, w którym mieszka kilkoro ludzi. To tak gwoli wyjaśnienia, żebyście mogli sobie mniej więcej wyobrazić miejsce, w którym zaszła cała sytuacja. Jeśli chodzi o osoby przechodzące koło naszego domu, to na tydzień ze 4 będą.

Lubię zwierzęta. Przygarnęliśmy z P. 6 kotów i psa ze schroniska. Mimo to - nie toleruję, gdy pies jest puszczony "samopas", dodatkowo bez kagańca. Nasza stara suczka biega po lesie pod naszym nadzorem, wiemy, że jest niegroźna, a mimo to ma kaganiec.

Sytuacja z dziś.

Miałam odebrać kuzynkę z podstawówki (miasto 5 km od nas), ale że wujek nie zostawił klucza, to uznaliśmy, że młoda zostanie u nas przez kilka godzin. Zabrałam ją na spacer, właśnie w stronę kamieniołomu i jeziora. P. nie było z nami; kończył pracę ok. 16.00.

Idziemy sobie w dół, młoda coś tam nawija, zaczęła nagrywać filmik, żeby potem pokazać tacie. Z prawej strony dróżki przebiegł wielki, czarny (z domieszką białego) pies. W sumie gabarytami jak cielak. Nie znam się na rasach, ale może to jakiś owczarek, futro średniej długości.

Młoda się przestraszyła (kilka lat temu pogryzł ją pies, blizny na policzku zostaną jej do końca życia). Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że pies zaczął biec w naszym kierunku.
I teraz moja piekielność. Chociaż osobiście nie mam nic sobie do zarzucenia.

Z początku wzięłam pierwszy lepszy kij, przerzuciłam młodą przez ramię i starałam się odgonić psa tym kijem. Krzyczałam przy tym o pomoc/czy ktoś tu jest (z nadzieją, że może właścicielka/właściciel jest gdzieś w pobliżu, w końcu to był rasowy, zadbany pies). Potem starałam się kopniakami odgonić psa. I to nie była próba "zabawy z człowiekiem". Zwyczajna agresja.

Ostatecznie wbiłam mu w okolice podgardla scyzoryk (prawie zawsze noszę przy sobie, a na pewno zawsze, jeśli jestem tam, gdzie byłam). Pobiegł dość spory kawałek, ale padł.

Wróciłam ze szpitala około 1,5h temu, mam 14 szwów na przedramieniu, 3 na dłoni, nogę w bandażu po ugryzieniach. Mam się zgłosić po resztę wyników pojutrze - nie wiadomo, czy pies był szczepiony itp. Młodej nic się nie stało, ale powiedziała, że już nie chce do nas przyjeżdżać.

I teraz czekam na właścicielkę/właściciela tego psa, aż będzie szukać winnego. Mimo wszystko jestem prawie pewna, że to ktoś z naszej wsi. W razie czego mam nagranie z telefonu młodej. Nie widać na nim nic szczególnego od momentu, gdy pies zaczął się rzucać, ale młoda nie wypuszczała go z rąk i widać urywki jak pies skacze w naszą stronę.

No, chyba że ktoś wyrzucił go z auta. Nie wiem. "Uroki" za*upia.

właściciele zwierzęta dzieci obrona

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (172)

#80467

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak się złożyło, że moja kuzynka przeniosła się do swojego (i mojego) rodzinnego miasta do 3. klasy LO. Nauka nigdy nie sprawiała jej problemów.

Końcem sierpnia odbyła się rekrutacja odnośnie języków (angielski i niemiecki) - był test, na podstawie którego przydzielono uczniów do dwóch grup - zaawansowanej i "początkującej".

Kuzynka z angielskim problemów nie ma; potrafi się dogadać, jednak musi i chce rozwijać język. Trafiła do zaawansowanej grupy, na drugim miejscu wśród wszystkich.

Nie będę się rozpisywać.

Dostali nauczycielkę, którą muszą… Poprawiać.

Przykładowo:

- Proszę pani, a czy pytanie X będzie poprawnie sformułowane do tej sytuacji? Bo zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby je zadać w inny sposób.

Nauczycielka: Klaso, czy ktoś wie, jak to zrobić?

Jeśli nikt nie wie, nauczycielka spędza kilka minut, szperając w laptopie. Podobnie odnośnie pojedynczych, bardziej wyrafinowanych słówek.

Kilka osób zgłosiło się do dyrekcji i swoich rodziców, czy nie mogliby pomóc zmienić im nauczyciela. Komitet rodzicielski nawet rozesłał między innych rodziców maile.

Wujek przeczytał mi odpowiedzi większości. Wynikało z nich jedno:

"No to chyba lepiej, że ta pani nie jest wymagająca? Dlaczego moje dziecko miałoby ślęczeć nad angielskim i marnować czas? Co z tego, że dobrze napisał/a test na początku, im mniej nauki, tym lepiej. I tak już sporo mają na głowie. A do matury przecież daleko."

Cóż, pewnie rodzice dzieci, którym stuprocentowo zależy, zapiszą je na korepetycje czy coś.

Mojego wujka - samotnego (ciocia zmarła kilka lat temu), z szóstką dzieci, z czego dwójka wymaga opieki lekarskiej, zwyczajnie na to nie stać. Ja sama staram się internetowo podrzucać młodej swoje notatki i testy z LO (wyjaśniając najlepiej, jak potrafię, CO i DLACZEGO TAK), jednak wiem, że to nie to samo co normalna, porządna lekcja w szkole.

szkoła rodzice

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 69 (95)