Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

mabmalkin

Zamieszcza historie od: 4 stycznia 2017 - 1:24
Ostatnio: 16 sierpnia 2017 - 14:05
  • Historii na głównej: 40 z 45
  • Punktów za historie: 8697
  • Komentarzy: 268
  • Punktów za komentarze: 1006
 
poczekalnia

#79630

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Około 18.00 wróciłam z inscenizacji pewnej bitwy z II Wojny Światowej, która odbyła się na Twierdzy w Srebrnej Górze, a że do Srebrnej blisko, to głupio nie jechać. I przyznam, że jestem...zażenowana. Nie tyle organizacją, bo inscenizacja nawet nawet, co ludźmi, którzy tam przyszli.

1.Droga na twierdzę z parkingu.

Już tam podniosło mi się ciśnienie. Drogę tą, zdrowy i sprawny człowiek bez trudności pokona w 5 min (pod górę, asfalt, ostre zakręty). Jednak co druga mijana grupka osób głośno pomstowała na męża/żonę/wstaw dowolne, że "jeeeezuuu po co ty mnie tu brałaś/eś" "matko makijaż mi się roztapia!" "więcej z tobą nigdzie nie idę!" itd. Szedł Pan o kulach z żoną. Wszystkich narzekających wyminął bez większych problemów, nie był nawet jakoś bardzo spocony. ;)

2.A jakże- rodzice z dziećmi.

-NIGDY nie zrozumiem, po co na takie wydarzenia ludzie zabierają niemowlęta. No ok, może nie mają z kim zostawić, ale w takim wypadku chyba powinno się zabrać dziecku jakieś stopery do uszu, zabrać je jak najdalej od wszelkich huków czy coś? Tymczasem nie widziałam żadnego rodzica, który próbowałby uspokoić panikujące dziecię podczas strzałów. Oczywiście stali z wózkami jak najbliżej "pola bitwy". Za to wielokrotnie usłyszałam "idź, weź się przesuń do tyłu, nie widzisz że dziecko chce dobrze widzieć?!". No, ja też chcę, zapłaciłam za bilet i stałam tu dużo wcześniej, a do najwyższych nie należę.

-Po co brać kilkuletnie dzieci, które w ogóle nie chcą tam iść? *
W drodze na górę też kilka razy spotkaliśmy się z głośnym krzykiem na dziecko "jak nie pójdziesz to zapomnij o laptopie, tablecie i telefonie!!". No tak, taki sposób na pewno sprawi, że zaszczepimy w dziecku ciekawość do historii itp. Ale sama nie jestem jeszcze matką więc co ja tam wiem...
Później te dzieci bez przerwy ryczały.

-Inscenizacja się rozpoczyna, dla widzów był wydzielony niewielki teren, odgrodzony liną, poza tym można było obserwować z murów twierdzy. Organizator sugeruje, by rodzice z małymi dziećmi przeszli nieco dalej, najlepiej na mury, bo będzie bardzo głośno. Czy któraś z matek z dziećmi się ruszyła? Nie. Czy któreś z tych dzieci miało zatkane uszy? Nie. Przynajmniej te, które widziałam. Po pierwszym wystrzale rozległo się kilka płaczów. Rodzice nie reagowali. Tylko jeden mężczyzna obok mnie, wziął syna na ręce, kazał zasłonić mu uszy i oddalił się jak najbardziej w głąb.

-Nagłośnienie pozostawiało sporo do życzenia. Staliśmy z P. Praktycznie na początku- on za liną (wybrani fotografowie mogli), ja tuż przy. Głośniki były dokładnie na drugim końcu. Ryk płaczącego dziecka skutecznie zagłuszał opowiadaną historię. Wszelkie próby zwrócenia uwagi powodowały przemieszczenie się rodzica z dzieckiem w inną cześć tłumu/zbywanie/fochy.

-Koniec widowiska, organizator prosi by jeszcze chwilę pozostać na miejscach, by specjaliści zbadali teren czy nie ma tam jakichś niewybuchów itp.
Reakcja? "Brajanek! Leć tam łusek poszukać!"

-Notoryczne wychodzenie dzieci i dorosłych poza wyznaczony do obserwacji teren. "A bo ona taka mała, nic nie widzi a ludzie się pchają!" a jakby takiej małej przez zupełny przypadek coś poważnego się stało to ciekawe czy mamusia nadal była przy swoim zdaniu.
"A bo skoro ten pan może (wskazuje na fotografa) to ja też! Ja zapłaciłem i mi się należy!"

3.Zwierzęta.
Po mojej lewej- starsze małżeństwo z yorkiem. Przed rozpoczęciem jeden z aktorów podszedł i spytał czy piesek nie będzie się bał. Nie, nie, on dzielny. Podczas inscenizacji, pies skamle, szczeka, wyrywa się z rąk. Co robi właściciel? Przywiązuje go smyczą do pachołka w głębi tłumu i wraca na miejsce.

Pominę już podejście ludzi jakby przyszli od niechcenia, narzekanie ze wszystkich stron, że tak daleko trzeba wychodzić, rzucanie papierków po hot-dogach, przekąskach i innego jedzenia gdzie popadnie (bo 2 metry do śmietnika to za dużo).
Wróciłam poirytowana. Tyle. Jednocześnie uważam, że poza organizatorami przydałaby się dodatkowa ochrona.

*Sama jako dziecko nie lubiłam jeździć z rodzicami po zamkach, ruinach, inscenizacjach, rekonstrukcjach itp. Obecnie uwielbiam takie klimaty, dzięki nim. Wtedy nie mieliśmy tableta, komputera ani komórki. Bardziej chodzi mi o podejście: nie pójdziesz=nie masz tego i tamtego, uważam że w ten sposób dzieciak po prostu z góry będzie zniechęcony, ponieważ jest zmuszony i wątpię czy "dzięki" temu wzbudzi się w nim ciekawość. Tym bardziej w atmosferze jaka tam była. Da się to zrobić inaczej. Przykładowo -Mój tato zamiast bajek itp. czytał mi na przykład ciekawe legendy związane z danym miejscem (takie, które dzieci zrozumieją) i coraz bardziej mi się podobało, że np. Pojadę w ruiny zamku, z którym jest związana legenda z jakąś królewną. I nikomu nie przeszkadzał ryk dziecka.
Tymczasem podejście jak wyżej opisałam raczej jest głupie, mimo że nie jestem zwolenniczką "bezstresowego" wychowania.

Inscemizacje ludzie dzieci rodzice

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 87 (105)
poczekalnia

#79545

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Urlopu ciąg dalszy. Miejsce akcji: Bieszczady. Zawsze mnie przyciągały i zawsze będę tam wracać. Obecny miesiąc nie jest najlepszy ze względu na ilość turystów, ale inaczej niestety nie mogliśmy zrobić.
Pora obiadowa, idziemy do lokalu w którym już wcześniej byłam i zawsze byłam zadowolona.

1. "Madki z dziećmi".

No wiem, dzieci są wszędzie i w sumie nie powinnam narzekać, ale kur...
Serio, 3/4-letnie ma wiedzieć co to jest pieczeń wołowa, ravioli albo polędwica? Dorwaliśmy jedyny wolny stolik dla dwóch osób, obok nas siedzi parka i mamuśka czyta dwójce dzieci całe menu (siłą rzeczy wszystko słyszę). Jedno dziecko w wieku jak wyżej wspomniałam, drugie ok.9 lat. 9-latka mówi, że chce nuggetsy. Młodsze upiera się przy... golonce. Tak, golonce. Gdy ich posiłki zostały wydane, młodsze dziecko wpadło w płacz, bo chce nuggetsy. Potem matka zrobiła karczemną awanturę, że obsługa nie potrafi zadbać o potrzeby jej dziecka :D
I weź tu spróbuj człowieku odpocząć.

2. Ta sama restauracja, ten sam czas. Zamawiamy z P. Łososia i sandacza. Na zamówienie czekaliśmy, a raczej ja czekałam ok.40 min. W porządku, ruch duży ale wiem, że jedzenie jest rewelacyjne. Szkoda że gdy mój łosoś został mi wydany po prawie godzinie, pani kelnerka poinformowała nas, że sandacz się skończył i mój kochany może zamówić coś innego (kolejna godzina oczekiwania). Cóż, nie będę zostawiać go w głodzie, łososia zostawiliśmy, nie zapłaciliśmy (za takie podejście do klienta) i poszliśmy do innego przybytku...

3. Przybytek nr.2

Znowu sandacz. Pytanie od kelnerki czy chcę standardowy zestaw surówek (marchewka, kapusta czerwona i kapusta biała), nie, nie znoszę w.w więc proszę buraczki. Dobrze. Zestaw kosztuje 10zł, jedna surówka 2zł. Pani przyniosła mi sandacza z zestawem surówek. Zgłosiłam, że prosiłam inaczej. Pani kelnerka doniosła mi te buraczki. P. Nie dostał pieczonych ziemniaków, które zamawiał, zamiast tego dostał... Chleb. Zanim ziemniaki zostały podane, zjedliśmy obiad.

Płacimy rachunek - powinniśmy zapłacić za dwie ryby, buraczki i pieczone ziemniaki. Pani nam liczy dwie ryby, buraczki, pieczone ziemniaki, zestaw surówek, chleb i piwo, którego nie zamawialiśmy. Oczywiście wyjaśniliśmy sytuację, okazało się, że młoda kelnerka źle zapisała, ale wcześniej kazano nam płacić za całość i ogólnie straciliśmy godzinę, którą moglibyśmy poświęcić na przyjemniejsze rzeczy.
Może to nie jakoś wybitnie piekielne, ale wkurzyłam się po prostu.

Urlop dzieci obsługa

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 94 (122)
zarchiwizowany

#79541

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Stereotypy nie biorą się z powietrza. Będzie o motocyklistach i idiotach, którzy posiadają motocykl i swoim zachowaniem przyklejają łatkę całej "społeczności" motocyklowej.
Nie będę się rozdrabniać- znajomy, z którym chodziłam do jednej klasy w gimnazjum. Ma narzeczoną, roczną córeczkę i nie ma mózgu. Na potwierdzenie moich słów- po prostu obejrzyjcie to co jest w linku.

http://nowaruda24.pl/1426590351/pedzil-jak-szalony-film


Policja z mojego miasta nie potrafiła go nigdy złapać, nie reagowała gdy jeździł bez kasku i przekraczał prędkość. Od trzech lat jeździł na różnych szlifierkach (które miały dużo mocy) bez prawka. Dopiero policja z innego miasta załatwiła sprawę.

Idioci

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 32 (64)

#79410

(PW) ·
| Do ulubionych
Matka z serii "mam chorom curke, daj mi za darmo bo mi sie nalerzy".

Liceum już dawno skończyłam, ostatnio po wizycie w rodzinnym domu w szafce przyuważyłam kilka podręczników, repetytoriów, kserówek, notatek itp. z tegoż okresu. W większości historia, WOS i rozszerzony angielski.

Zerkam na stronę LO, wykaz książek ten sam, no to wrzucam ogłoszenie na fejsbuczka, że mam do sprzedania to i tamto. Cenę dałam dokładnie o połowę niższą, niż są obecne (o podręczniki zawsze dbałam, więc nie były zniszczone ani porysowane długopisami). Mi się już nie przydadzą, a jakiś dzieciak z tej wiedzy skorzysta, więc co mi tam. Najdroższy był podręcznik do j. angielskiego - kupiłam za 160 zł, wystawiłam za 80.

Dopisałam, że do miejscowości X (gdzie jest liceum) mogę nawet podjechać autem i przekazać te skarbnice wiedzy za dodatkowe 20 zł (koszty dojazdu, bez względu na to, czy ktoś weźmie książki, czy się rozmyśli, a od siebie do X mam spory kawałek).

Zgłasza się jakaś dziewczyna. Pyta o cenę, mówię, że bez zmian. Dobra, ona spyta mamy.

Telefon wieczorem.

- Dzień dobry, córka mówiła, że ma pani podręczniki do sprzedania... A nie dałoby się coś zejść z ceny?
- Proszę pani, zeszłam z połowy ceny. Więcej mi się po prostu nie opłaca (no bo jak, podręcznik załóżmy za 20 zł, więc mam zejść do ilu, do pięciu?).
- Ale 80 zł za angielski to już przesada!
- Przesada, proszę pani, to było to, że mi nauczycielka kazała go kupić za 160 zł.
- No dobrze... Ale wie pani, moja córka jest chora, mnie nie stać. No ale dobrze, najwyżej chleba nie kupimy. Niech pani jutro przyjedzie do X.
- W porządku, do zobaczenia.

Jadę do X. Umówiłyśmy się pod budynkiem LO. Wysiada mamuśka. Z zaje*istego merca, szpileczki, długie tipsy, droga marynara itp. Pokazuję jej książki.

- A czemu tu takie zagięte?!
- Nie zagięty, tylko rozwarstwiony dolny róg, to normalne przy książkach, gdy nosi się je kilkadziesiąt razy w plecaku.
- No dobra, masz pieniądze.


Wciska mi plik banknotów (plik = 10,10,10,10,10,20,50…), bierze reklamówkę i idzie w stronę auta. Przeliczam szybko. Powinno być za wszystko 360, jest 220. Biegnę za panią.
- Zaraz, nie dała mi pani jeszcze 140 zł!

Tu następuje zwrot akcji, mamuśka rzuca w moją stronę na asfalt reklamówkę z książkami.

- KU*WA, co za czasy! Wszyscy to złodzieje! Ty gówniaro, nie rozumiesz, że mam chorą córkę?! ONA MA GRYPĘ!
- Współczuję pani bardzo (o ironio, przecież to GRYPA! A ja durna myślałam podczas rozmowy telefonicznej, że jakiś rak czy coś). Proszę, 200 zł, 20 za moją fatygę tutaj.

I spłynęłam w swoją stronę. Jeszcze się za mną darła, wyzywając od złodziejek itp.

Książki wylądowały u koleżanki.

madki

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (201)

#79476

(PW) ·
| Do ulubionych
Jesteśmy sobie na urlopie, pod wieczór wyszliśmy z P. na ławeczkę obok "willi", dokładnie blisko wejścia dla personelu.

Obok wejścia stała suszarka z praniem, jakieś białe ręczniki, poszewki itp. Wiatr silny, suszarka kilka razy upadła, nikt nie przychodził, więc pomyślałam, że nic się nie stanie, jak podniosę tę suszarkę raz, a potem drugi; gości dużo, obsługa zapracowana, sama pracowałam w hotelu, więc wiem, jak to wygląda.

Za trzecim razem zapukałam do drzwi dla personelu i poinformowałam panią, która akurat tam była, żeby może jakoś przestawili suszarkę, bo cały czas spada za każdym silniejszym podmuchem wiatru. Ok.

Przesiadamy się na inną ławkę do cienia, rozmawiamy, podziwiamy widoki, pijemy piwko... I nagle przychodzi (p)ani z którą wcześniej rozmawiałam.

P: Suszarka się przewróciła?
(patrzę, faktycznie znowu leży)
Ja: No tak, któryś raz z kolei, informowałam panią.
P: No to czemu pani nie podniosła, jak pani widziała?!

Kur... Serio? :D Przybytek opuściliśmy jeszcze tego samego wieczoru, bo to nie była jedyna piekielność ze strony obsługi.

Namiot też jest fajny. :)

Wakacje urlop obsługa

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (133)

#79426

(PW) ·
| Do ulubionych
Długo siedzę za kółkiem czy za kierownicą moto, ale pierwszy raz dzisiaj zdarzył mi się tak niebezpieczny przypadek z udziałem rowerzysty, ogólnie to nigdy wcześniej nie miałam z wyżej wymienionymi żadnych piekielnych sytuacji, mimo że jak na swój wiek mogę pochwalić się większymi ilościami kilometrów niż niejeden starszy kierowca.

Nic się na szczęście nie stało - ale mogło. I nie w wyniku mojej głupoty lecz pana na rowerze.

Jadę sobie motocyklem w stronę granicy czeskiej, dłuuuga prosta, na końcu zakręt. Teren niezabudowany, więc 50 nie obowiązuje i skorzystałam z tego faktu. W oddali widzę pana na rowerze, jedzie normalnie, prosto, mimo to trochę zwalniam. I całe szczęście.

Tuż przed zakrętem, jakieś 10 (albo i mniej) metrów przed rowerzystą, daję maksymalnie po hamulcach, bo pan nagle stwierdził, że zajedzie mi drogę i skręci w lewo żeby zawrócić.

Żadnego sygnału, wystawionej ręki, NIC. Nawet nie oglądał się na boki, czy nic nie jedzie. Jeszcze chwilę odczekałam na poboczu, bo moje nogi były jak z waty. A pan radośnie oddalił się.

Oczywiście zawróciłam chwilę później, dogoniłam go i z naszej jakże "kulturalnej" rozmowy wynikało, że to JA powinnam uważać na to, co on robi, bo on może zmieniać zdanie co do jazdy, a ja mam się dostosować.

No cóż, kamerkę mamy jedną, dzisiaj zabrał ją mój P. więc tylko powiedziałam panu, co o nim myślę i zawróciłam do wcześniejszego kierunku jazdy.

I z czystym sumieniem uważam, że takim osobom przydałby się jakiś kubeł zimnej wody w postaci porządnej przewrotki. Co najmniej.

motocykliści rowerzyści idioci

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (154)

#79242

(PW) ·
| Do ulubionych
Wracam sobie dzisiaj z festiwalu (dla zainteresowanych- Castle Party w Bolkowie). Osobom niewiedzącym co i jak, radzę wpisać w Google i zapoznać się z tematem.
Nie byłam jakoś wybitnie wystylizowana, nie miałam ostrego makijażu, ale jednak wyróżniałam się samym strojem.

W drodze powrotnej postanowiliśmy z P. zahaczyć o nasz ulubiony lokal z pysznym jedzeniem. Miła pani kelnerka zaproponowała miejsce przy 4-osobowym stoliku (ludzi mało), ale postanowiliśmy zająć jeden ze stolików dla dwóch osób gdzieś w kącie. Zamawiamy, czekamy.
Wchodzi rodzinka, na moje oko babcia, matka i dwójka dzieci. Zajmują stolik (dla 10 osób) tuż przy nas. Babcia mierzy mnie wzrokiem, potem druga kobieta; nie zwracam na nie uwagi.

Pyszna karkówka wlatuje na nasz stolik. Babcia chrząka i chrząka. Kelnerka pyta o co chodzi.
"Co wy za po*ebów tu przyjmujecie?! Moje wnuki będą miały traumę! Naoglądają się jakichś idiotów i będą homoseksualistami! (wtf?) Żądam ZNIŻKI i rozmowy z szefem!".
Poza nami wcześniej były dwie osoby, więc rodzinka miała praktycznie cały lokal włącznie z tarasem do dyspozycji.
Miła kelnerka grzecznie informuje, że jedyne zakazy to zakaz obsługi nietrzeźwych, niepełnoletnich i zakaz palenia. A szef jest na górze. Babcia jednak nie chce z nim rozmawiać.
Po tym jak przyszło pierwsze zamówienie na ich stolik, babcia zabrała talerz z pierogami, rodzinkę i wychodząc wrzuciła talerz tuż za bar.
Pomogliśmy miłej pani kelnerce posprzątać.
Serio, "trauma na całe życie...".

Ps. Szanuję starszych ludzi. Równie dobrze mogła by to powiedzieć ta druga kobieta. I równie dobrze można było to załatwić jakoś bardziej "po ludzku" niż rzucać jedzeniem nad którym ktoś się napracował.

Ludzie

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (167)

#79364

(PW) ·
| Do ulubionych
Byłam rano w jedynym w tej wiosce sklepie spożywczym - dosyć dużym, celem zakupu jakiegoś świeżego pieczywa i kilku innych rzeczy.

Budowa sklepu jest następująca - wejście, po dwóch stronach półki z napojami, na wprost kasa. Na prawo od kasy taki jakby "zawinięty" przedsionek z wędliną, na lewo z pieczywem i warzywami. Co ważne - zza kasy nie widać kto co bierze; kamery są ale ogólnie rzadko kiedy zdarzają się jakieś kradzieże.

Podchodzę do bułek, biorę kilka do reklamówki. Obok mnie pani (powiedzmy X) z dzieckiem. Pani przebiera w warzywach, w czasie gdy brzdąc (na oko z 5 lat)- wybiera bułki, NADGRYZA JE i wrzuca tam gdzie były.
Ja- Proszę pani, czy pani widzi co robi pani syn?
X- Jaki syn?! To mój wnuk!
Ja- Pani wnuk nadgryza świeże bułki.
X- No i? Niech sobie dziecko popróbuje...
Ja- Pani chyba żartuje. Powinna pani teraz zapłacić za te bułki.
X- Co ty mnie będziesz pouczać gówniaro?! PRZECIEŻ TO TYLKO DZIECKO.

Zgłosiłam do kasjerek, pani najpierw wypierała się, twierdziła że nie wie kto to zrobił; jednak po oświadczeniu, że może obejrzymy zapis z kamer, za wszystkie nadgryzione bułki musiała zapłacić, oczywiście z wielką awanturą i oświadczeniem, że jej noga już tu więcej nie postanie.

PRZECIEŻ TO TYLKO DZIECKO ;)

dzieci sklep dorośli

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 268 (272)

#79154

(PW) ·
| Do ulubionych
2 tygodnie urlopu planowane już od tamtego roku.

Zrobiłam rezerwację w Zakopanem, o który postanowiliśmy "zahaczyć" po drodze jednośladami. Miejsce na uboczu, w domku, w którym już wcześniej byłam. Jedna z "willi" w okolicach Oberconiówki.

Właścicielka była bardzo miła, widoczek ładny, ludzi mało; zatem wiedziona wspomnieniami już w kwietniu dokonałam rezerwacji oraz zapłaciłam zadatek w wysokości 20 zł bo wiem, że Zakopiec ogólnie jest zawsze oblegany. Wyjazd mamy 31 lipca i tegoż dnia planowaliśmy się tam zatrzymać.

Teraz "na gwałt" szukamy czegokolwiek. Powód?

Oddzwoniła PRZEMIŁA WŁAŚCICIELKA, że odesłała zadatek na moje konto, bo jej kuzynka z dziećmi przyjeżdża i ona jej wynajmie nasz dwuosobowy pokój, bo resztę ma już od dawna zajętą.

No myślałam, że szlag mnie na miejscu trafi. Nie będę tu przytaczać jakimi słowami jej odpowiedziałam.
I na pewno nie zamierzam tego tak zostawić.

Nawet jeśli udałoby mi się "odzyskać" rezerwacje, to i tak nie skorzystam, niech się pie...lą.

noclegi

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 175 (193)

#79117

(PW) ·
| Do ulubionych
Magiczne słowo: TEŚCIOWA.
Jeszcze nie "oficjalna", ale przyszła w niedługim czasie. Zawsze świetnie się dogadywałyśmy, nigdy nie miała o nic pretensji. Do dnia dzisiejszego. W jednej z historii wspominałam, że dom w którym mieszkamy z narzeczonym i przyszłą teściową, jest podzielony na pół- On ma prawo do połowy, jego siostra (nie mieszkająca z nami) do drugiej połowy, a teściowa może mieszkać dożywotnie w domu na swojej części (czyli na tej należącej do siostry mojego P.).
Nie rozpisując się- była dziewczyna mojego P. była aspołeczna, nie miała żadnych znajomych a z teściową była skłócona "dla zasady", nawet ze sobą nie rozmawiały.
Ja natomiast jestem tak zwaną duszą towarzystwa, mamy mnóstwo wspólnych znajomych w różnym przekroju wiekowym, od 16 do 80 lat. (Przypominam, że sama mam 20).
Niedawno byliśmy na przyjęciu weselnym naszych przyjaciół, P. zrobił im profesjonalne zdjęcia ślubne, które przegraliśmy na płytę. Wczoraj zaprosiliśmy Młodych do siebie po odbiór płyty i na jakieś piweczko. Przyszli, pogadaliśmy, pooglądaliśmy zdjęcia i około godziny 20 poszli. Dzień wcześniej odwiedził mnie mój młodszy kuzyn, który raz na rok przyjeżdża od rodziny zastępczej.
Dzisiaj teściowa w dość dosadnych słowach powiedziała, że ona "nie życzy sobie IMPREZ i OBCYCH LUDZI w SWOIM DOMU, którzy nic nie robią tylko ćpają (?!) i piją". A wszystkich przecież JA sprowadzam.
Gwoli wyjaśnienia: gdy ktoś przychodzi, siedzimy albo w naszym pokoju albo na tarasie na "naszej części", oddzielonej od jej płotkiem. Nie włączamy muzyki, nie pijemy na umór, nie jesteśmy głośno, nie naruszamy ciszy nocnej (zwykle towarzystwo zawija się około 20). Po prostu sam fakt BYCIA naszych bliskich znajomych jest równoznaczny z brakiem szacunku do niej i naruszaniem jej PRYWATNOŚCI.
Ja nie jestem konfliktową osobą, rozumiem, że teściowa jest starsza, ale osobiście nie mam nic sobie do zarzucenia; pomagam jej w domu jak tylko się da (mimo, że nie muszę; wystarczy że dbałabym tylko o naszą część), przekopuję ogródek, wożę ją do lekarzy/sklepów itd.
I weź tu spróbuj człowieku być miły.

teściowa dom rodzina

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (172)