Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

mabmalkin

Zamieszcza historie od: 4 stycznia 2017 - 1:24
Ostatnio: 19 kwietnia 2018 - 15:36
  • Historii na głównej: 72 z 79
  • Punktów za historie: 12782
  • Komentarzy: 430
  • Punktów za komentarze: 1771
 

#81875

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie chcę się rozpisywać.

Wspominałam już, że mieszkam z narzeczonym i jego mamą w domu jednorodzinnym, w oddzielnych częściach.
Tuż przed świętami moja nieoficjalna teściowa została przewieziona do szpitala przez mojego mężczyznę, bo bardzo źle się czuła, nie mogła nic przełykać. Po późniejszych badaniach okazało się, że ma raka. (Tak, chodziła wcześniej do lekarza, ogólnie mogę to opisać w innej historii, bo tutaj nie chcę się rozpisywać). Rak został zdiagnozowany dopiero po kilku dniach.

Została w szpitalu, stadium poważne, grunt żeby nie było przerzutów. Będzie operowana "na dniach". Rokowania są złe.
Jako, że okres świąteczny, przyjechała szwagierka (zajrzyjcie na jej temat w moje poprzednie historie) z mężem i córką. Oczywiście telefonicznie wcześniej została poinformowana o tym, co z mamą się dzieje. Mój narzeczony po postawieniu diagnozy jego matce raczej nie miał nastroju do spotkań świątecznych, do rozmów, w ogóle do niczego. Mimo to, ja zrobiłam coś do jedzenia dla gości. Zupę, przekąski i drugie danie- spokojnie starczyło na dwa dni dla wszystkich.

Komentarz szwagierki? "Gdzie są pisanki, gdzie jajka w majonezie i sałatka? A czemu nie ma stroika?" (u nas "święta" wyglądają nieco inaczej, bo katolikami są tylko oni, zatem ja z P. Traktujemy to jako zwyczajne spotkania rodzinne i szwagierka dobrze o tym wie).

Czy odwiedziła matkę? Nie. Komentarz odnośnie jej choroby: "Mam nadzieję, że przepisała dla nas (jej, męża i córki) COŚ WIĘCEJ NIŻ OJCIEC". Szybko się zwinęli.

A, teściowa nie ma żadnych praw do przepisywania czegokolwiek w domu, bo jej śp. mąż już podzielił dom na mojego faceta, na moją szwagierkę, a teściowa może jedynie dożywotnio przebywać w nim.
Twoja bliska osoba jest na łożu śmierci? Nie odwiedzaj jej, kłóć się o testament!!

Rodzina Święta Spadek

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (168)

#81574

(PW) ·
| Do ulubionych
Rozchorowałam się, bardzo. Pierwszy raz aż tak od jakichś 10 lat.
Poszłam (a raczej doczołgałam się) do swojego lekarza pierwszego kontaktu, powiedzmy pana X. Akurat tak się złożyło, że do początku marca go nie będzie,więc przyjął mnie jego zastępca, pan Y (dowiedziałam się na miejscu). Kojarzę gościa. Przebadał, postawił diagnozę, przepisał antybiotyk.

No właśnie. Mam bardzo silne uczulenie na penicylinę. Dawka, która człowieka nieuczulonego pomogłaby leczyć, mnie po drugim razie zażycia mogłaby nawet zabić. To jedyne uczulenie, jakie mam. Wspomniałam o tym doktorowi Y kilkukrotnie. Dodatkowo na mojej "kopercie" jest napisane "silne uczulenie na penicylinę!" (sama poprosiłam o ten napis, bo w przeszłości miałam pewną nieprzyjemną sytuację). Dobrze, on rozumie. Nie znam się na lekach, poszłam do apteki, wykupiłam antybiotyk. Zawsze czytam ulotki. Oczywiście antybiotyk zawierał w sobie penicylinę. i to dość dużo.

Ja już nie miałam siły, ale mój narzeczony oddał w aptece antybiotyk, wyjaśnił sprawę i odzyskał pieniądze (wtf?), a ja oczekuję jutrzejszej (w sumie już dzisiejszej, ze względu na godzinę) wizyty i wyjaśnienia sprawy, bo nie zamierzam tego tak zostawić... No i spać nie mogę.
Ale czytajcie ulotki i uczcie tego swoje dzieci ;)

Lekarze

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 166 (178)

#81495

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak zostać "piekielną" matką.
Wychowałam się w małym mieście, mieszkaliśmy w kamienicy (mama nadal tam przebywa). U góry mieszka sąsiadka, pani Basia. Dobra koleżanka mamy. Ma kilku synów, najmłodszy, Tomek (lat 20) nadal tam mieszka. Pani Basia urodziła go w wieku 43 lat. Z Tomkiem znam się "od piaskownicy". Jakoś na etapie gimnazjum już mniej się kontaktowaliśmy- on poszedł do gimnazjum w tym mieście, ja w innym. Ale zawsze jakiś spacer razem czy wyjście na pizzę było.

Tomek nieco się zmienił - trawka, alkohol czy coś mocniejszego stało się dla niego normą. Pani Basia początkowo nic nie zauważała, bo nie zdarzało się, by Tomek wrócił do domu za późno/pod wpływem itp. z czasem, mniej więcej w wieku 18 lat już nie krył się przed matką ze swoim trybem życia.

Pani Basia stale robiła mu awantury, groziła wyrzuceniem z domu, przestała dawać mu kieszonkowe, nie płaciła mu abonamentu za telefon itp. Z czasem, niby poskutkowało. Jednak Tomek znalazł pracę, dokładał się do rachunków, przestał sprawiać problemy matce, normalnie "anioł". Przez kilka lat był spokój. Aż do teraz. Tomek trafił do aresztu. Postawiono mu zarzut handlem narkotykami i kradzież dużej sumy pieniędzy z kasyna. Oczywiście w takim małym mieście, gdzie otwierasz lodówkę w domu a z drugiego osiedla krzyczą "smacznego"-nic przed ludźmi się nie ukryje. Zdawałoby się, że pani Basia dostanie "łatkę" tej, co to ma syna kryminalistę. Nic z tych rzeczy. Ludzie wytykają jej, że w żaden sposób nie broni syna.

Przebita opona w aucie, napis na drzwiach "suka nie matka". A bo Tomeczek jeszcze taki młody (inne sąsiadki), a bo całe życie ma przed sobą...Dziecinne... Kamer przed kamienicą ani w środku nie ma, więc nie wiadomo kto jest autorem napisu. Pani Basia wychodzi z założenia, że skoro syn nawarzył sobie piwa, to sam powinien je wypić.
A pewnie gdyby go broniła, to też byłoby źle. I jak się nie obrócić, du*a z tyłu.

Osobiście popieram panią Basię, szkoda mi tylko, że kobieta w podeszłym wieku zostaje upokarzana w taki sposób. Możecie zarzucić, że to jej wina, że tak wychowała syna- ale próbowała walczyć z jego zachowaniem. Jej inne dzieci, obecnie już mające własne dzieci, nigdy nie sprawiały problemów wychowawczych. Jeśli ja (już niedługo ;)) będę mieć dziecko, to też będę chciała, by ponosiło konsekwencje za swoje czyny.

Rodzice dzieci sąsiedzi miasto

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (184)

#81412

(PW) ·
| Do ulubionych
Pamiętacie moją (niestety) przyszłą szwagierkę z jednej z historii? Zapraszam do zapoznania Anny: http://piekielni.pl/78111

Dziś bardzo "umiliła" mi urodzinowy wieczór. Ale od początku.

Pisałam z jej córką Karoliną (z którą mam dobry kontakt i od długiego czasu mam wrażenie, że jestem jej jedyną osobą na tyle bliską, z którą może porozmawiać na każdy temat, bo przecież z zaborczymi rodzicami nie porozmawia). Dowiedziałam się, że Karolina wybiera się do nas jutro i zostanie do przyszłej soboty. Napisała mi to, bo była pewna, że wiem. No nie wiem.

Pytam się mojego P., czy wie coś na ten temat. Nie.

Zdziwił mnie nieco fakt, że przyjeżdża, bo ferie w naszym województwie już się skończyły, a Karolina nadal się uczy. Odpisałam jej zgodnie z prawdą, że jej babcia (mama P., która mieszka w drugiej części domu) na pewno się ucieszy, ale nas niestety nie będzie, bo wyjeżdżamy na kilka dni w Karkonosze. Wszystko już zarezerwowane i opłacone.

Dosłownie dwie minuty po tej wiadomości, do P. dzwoni telefon. Anna.

Z ich rozmowy wynikało, że MAMY JUŻ TERAZ ZARAZ ODWOŁAĆ WYJAZD, bo ktoś się musi Karoliną zająć. Bo ferie minęły, ale ona musi zmienić otoczenie i odpocząć. Po jakimś czasie wyszło na to, że ona z Danielem (mężem) jadą do jakiegoś SPA i zwyczajnie nie mają gdzie zostawić nieletniej córki.

Ogólnie już dawno zauważyłam, że Anna nasz dom (i niestety połowicznie jej) traktuje jak "przechowalnię na dziecko". Młodą zostawiają na ferie, nie ma sprawy, my ją bardzo lubimy, ale już nie raz rozmawialiśmy z Anką na ten temat. Ona nie widzi w tym nic złego, "bo przecież rodzina musi się wydawać". Ale nie sądzę, by nastolatka cieszyła się z dwóch tygodni spędzonych na za*upiu, w większości w towarzystwie 70-letniej babci. Dla mnie to ciężka sytuacja, bo jak by nie było - nadal jestem obcą osobą, przynajmniej dla Anny i Daniela, i nie zamierzam młodej nastawiać przeciwko rodzicom. W naszych rozmowach poruszamy różne kwestie i staram się jedynie dawać jej pewne wskazówki (nie mogę też napisać nic wprost, bo Anna sprawdza młodej telefon i laptopa; a młoda nie protestuje...). Może to co robię jakoś pomoże.

P. jako brat Anny wiele razy starał się jej tłumaczyć, że Karolina raz na jakiś czas powinna odejść od nauki i iść do kina ze znajomymi, przecież nie ma dziesięciu lat. Jedyny argument Anki to to, że z P. nie mamy jeszcze dzieci, więc nie powinniśmy się wtrącać.

A co do jutrzejszego przyjazdu Karoliny, Anna zaproponowała, że może by Karolcia z nami pojechała w te góry? Ona zapłaci. Na słowa Anny P. najpierw zabił ją śmiechem przez telefon, a potem powiedział, co myśli o tym, jak traktuje własne dziecko i nas. Jestem pewna, że przywiozą Karolinę i to jej najbardziej współczuję, a my z wyjazdu nie zamierzamy rezygnować.

Edit:
Wyjechaliśmy, Karoliny w sobotę nie przywieźli. Dostaliśmy za to dziś rano telefon od Anny, że oni PRZYPADKIEM PRZEJEŻDŻAJĄ przez Jelenią Górę (jadąc z Wrocławia do nas, co jest baaardzo nie po drodze) i spytała, czy może byśmy mogli się spotkać na jakąś pizzę, skoro już też tu jesteśmy. Chyba tylko głupi przystałby na jej propozycję, zapewne skończyłoby się na próbie "wciśnięcia" nam Karoliny. P. odpowiedział, że plany nam się zmieniły i jednak nie jesteśmy w tej okolicy. Potem zasypywała nas SMS-ami. Potem zgodnie stwierdziliśmy, że przed wyjściem na szlak telefony wyłączamy. Swój teraz włączyłam, tylko 6 wiadomości i 4 nieodebrane. P. nie chce włączać.

Rodzina

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (171)

#81365

(PW) ·
| Do ulubionych
W mediach tak dużo mówi się o pijanych kierowcach, policjanci narzekają, że ludzie nie chcą korzystać z alkomatów...

Poniższa historia oczywiście nie usprawiedliwia nikogo, kto wsiadł za kółko pod wpływem czegokolwiek. Osobiście jestem tego wielką przeciwniczką i bywało, że przez to miałam z niektórymi "odpowiedzialnymi" znajomymi na pieńku. Zazwyczaj po wytrzeźwieniu mi dziękowali.
W sobotę odwiedzili mnie i Mojego P. znajomi zza granicy. Mamy ze sobą stały kontakt przez media społecznościowe, ale ogólnie widujemy się góra dwa razy w roku. Wpadli w sumie bez zapowiedzenia, ale miła niespodzianka. Było piwo i whisky. Ja starałam się oszczędzać, bo w dniu dzisiejszym koniecznie musiałam być we Wrocławiu. Autem zawsze wygodniej, wiadomo, ale zakładałam też z góry, że jak nie autem to pojadę sobie busem.

Wstałam dziś rano, głowa nie boli, ogólnie czuję się bardzo dobrze. Ale znam swój organizm; to że czuję się dobrze nie oznacza, że nie ma w wydychanym procentów. U mnie w mieście jest tylko KP, zasadniczo blisko, więc po obiedzie około 14 zebrałam cztery litery, żeby mieć pewność.

Na komendzie przy wejściu za szybą siedział (z tego co zauważyłam po oznakowaniu na ramionach) Pan Młodszy Aspirant [MA] i zajadał kanapkę. Przywitałam się, powiedziałam, że chciałabym się upewnić czy na pewno mogę wsiąść za kółko.
MA- Dowód osobisty poproszę.
Podałam. Popatrzył. Oddał.
MA- Taka młoda, a już alkomat... pani poczeka tam na krześle, ja nie mogę teraz tego zrobić, POCZEKA aż kolega wróci.

No cóż, z początku pomyślałam, że może ma przerwę czy coś, więc siadłam na tym krześle. I siedzę. I siedzę. I siedzę. Po pół godziny zwracam się do MA:
-Przepraszam, ale chciałabym zbadać swój stan trzeźwości jak najszybciej, jeśli wynik byłby negatywny, to za kilkanaście minut mam busa.
MA- POCZEKA NA KOLEGĘ. Ja nie mogę.

Szczerze mówiąc to miałam już dość, patrzyłam na zegarek aż minie 5 minut i zamierzałam iść na busa. Ale do środka wszedł inny [p]olicjant, spojrzał na mnie, na MA i znowu na mnie.
p-Przepraszam, pani na coś czeka, mogę jakoś pomóc?
-Chciałam skorzystać z alkomatu, ale pan młodszy aspirant kazał mi czekać.
p- (zwracając się do MA) Krzysiek! Przerwa dopiero za godzinę, w mózgu ci się przewróciło?! Idź z panią na alkomat.

I poszedł. Pominę fakt, że w trakcie wchodzenia na pierwsze piętro Pan MA Krzysiek mruczał pod nosem, że przecież jestem trzeźwa, bo on widzi i że niepotrzebnie MARNUJĘ jego czas.
0,0- świetnie.
MA-No mówiłem że pani trzeźwa! Ja mam dzisiaj dużo pracy, do widzenia!


Żeby nie było, historia nie ma na celu obrażenia/poniżenia funkcjonariuszy policji.
Jeszcze w drodze do domu zadzwoniłam do wujka (piastuje tam dość wysokie stanowisko) z prośbą, by zwrócił uwagę na zachowanie policjantów w takich przypadkach jak mój. I dodam, że taka sytuacja zdarzyła mi się również kilka razy we Wrocławiu. A myślałam, że policjanci powinni być raczej zadowoleni z tego, że kierowca czując się dobrze, chce się po prostu UPEWNIĆ...

Ja poczekałam tą prawie godzinę. Ale ktoś inny mógłby przyjść, zniecierpliwić się, mieć promile (nie wiedząc o tym) i wsiąść do auta.

policja

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (157)

#81317

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja świeża, jakoś koło 15.40.
Wyszłam do sklepu pod domem. Wracam. Przeciwległym chodnikiem idzie matka z dzieckiem na oko 4-5 lat. Dziecko wyrzuciło z kieszeni kurtki jakiś papierek. Matka zauważyła, podniesionym głosem powiedziała synowi, by natychmiast ten papierek podniósł, bo nie wolno śmiecić.

Dwie panie w starszym wieku, siedzące na ławce w pobliżu jak na "hejnał" zerwały się na nogi i zaczęły wrzeszczeć na kobietę, że jak może tak się odzywać, że to tylko dziecko, że taki papierek to zaraz się "rozłoży" i tym podobne. Nie wiem co kobieta im odpowiedziała, bo byłam w momencie wchodzenia do klatki, ale w jednej chwili umilkły.
Nie znam bardziej durnego tekstu niż "to tylko dziecko"...

Dzieci rodzice

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 147 (169)
zarchiwizowany
Drugi rok studiów, więc powinnam się przyzwyczaić do braku poszanowania dla studentów i ich czasu ze strony NIEKTÓRYCH wykładowców (celowo piszę wielkimi literami, żeby nie było, że całe studia tak wyglądają) ;). Ale pewien [P]rofesor z tego semestru przeszedł wszystkich innych piekielnych, których do tej pory miałam (nie)przyjemność poznać. Jak sobie pomyślę, że w przyszłości może być ktoś gorszy to jestem z lekka przerażona.
Ale po kolei.
Nieważne jakiego przedmiotu uczy Profesor; byliśmy podzieleni na dwie grupy. Grupa pierwsza miała z nim zajęcia inne, zaś ja, czyli grupa druga, miałam inne zajęcia z innym wykładowcą (przedmioty wybieralne).

Tak się złożyło, że niedługo po nowym roku, mój wykładowca zmarł. Długo zwlekano "co z nami zrobić", a koniec semestru tuż tuż. Ja miałam skończoną prezentację (56 slajdów) do poprzedniego wykładowcy- dał nam temat i można było zrobić prezentację bądź wypracowanie.

Na nasze nieszczęście trafiliśmy do piekielnego Profesora z grupy pierwszej. Starosta naszej grupy napisał do niego maila, w którym opisał materiał, który przerobiliśmy oraz to, że mieliśmy pracę do oddania (chociaż swoją drogą to chyba w momencie, gdy ktoś bierze na zastępstwo inną grupę, to powinien sam się zapoznać z tym co już przerobiła). Dwa dni, trzy, cztery...cisza. Przypominam- 1,5 tygodnia do końca semestru.
W końcu nasz starosta postanowił iść do jego gabinetu w godzinach, w których rzekomo miał mieć "konsultacje"; wcześniej tego nie zrobił, bo P. nie było na uczelni w ogóle. P. odprawił go z gabinetu DELIKATNIE MÓWIĄC słowami, żeby nie zawracał mu głowy i żebyśmy oddali prace do "przyszłego poniedziałku" (był piątek). Podał też temat. Inny niż poprzedni wykładowca. Oczywiście kolega poinformował Profesora, że wszyscy już prace mają napisane albo zrobione prezentacje, a temat był inny. I tak w dwa dni musieliśmy się uwinąć, by napisać prace na nowo. Zastanawiam się też, czy Profesor mógł nam zadać pracę inną, z innego przedmiotu, którego sam nie nauczał? Nie wiem dokładnie jakie ma kwalifikacje.
I na koniec najlepsze: Prace oddane w poniedziałek o 9.45 i bynajmniej nie było to kilka kartek. W sumie prac było około 32. O godzinie 10.00 wszyscy mieli już w systemie wpisane oceny. Zupełnie losowo. Nikt nie dostał 5, ale nikt też nie oblał; jedyny plus.


Do grupy pierwszej (tej, nad którą P. sprawuje pieczę) chodzi mój dobry kolega. Ogólnie bardzo inteligentny chłopak, udziela się w kołach naukowych, jego najniższa ocena to 4,5. Wiedziałam, że bardzo mu zależy na tym by dostać stypendium naukowe.
Pierwsza grupa również miała do oddania pracę pisemną, ale na inny temat. Kolega napisał, dodał przypisy; sama czytałam tą pracę i może nie była na 5, ale na mocne 4-4,5 z pewnością. (ja ze swojej pracy miałam 4,5). Kolega dostał 2. Powód oficjalny? "Praca była napisana ZBYT ogólnie". "Ale jak to możliwe, przecież ma tutaj pan wszystkie szczegóły, odniesienia, cytaty...". "Na moich zajęciach jak ktoś W TAKI SPOSÓB POLITYKUJE, to nie może dostać więcej niż 2".
Cóż, kolega jest bardzo ogarnięty w polityce. Profesor jest zwolennikiem partii X, co na ich zajęciach często podkreślał. Ale w programie była debata na jednych z zajęć. Mój kolega bardzo "wkręcił się" w swoją rolę (przeciwnik partii X zarówno na debacie jak i w poglądach prywatnych). I stąd się wzięło 2 w indeksie kolegi.
Z obnoszeniem się ze strony wykładowcy swoich poglądów politycznych, czy ogólnie światopoglądu spotkałam się trzeci raz na tej uczelni, na wydziale, który traktuje głównie o polityce, na którym powinny nauczać osoby totalnie neutralne politycznie (oczywiście tylko na zajęciach!). Ja rozumiem, że jakiś wykładowca może podzielić się z grupą swoimi przemyśleniami, wymienić opinie i uwagi, ale żeby tak wchodzić z buciorami w czyjeś poglądy i niemalże (w przypadku tego Profesora) otwarcie mówić, że student dostał 2, bo nie lubi partii X... .


I ostatnia rzecz- konsultacje. Tym razem historia koleżanki z pierwszej grupy; zresztą widziałam często na FB na grupie naszego roku, jak ludzie pomstują na Profesora z tego powodu.

Wiadomo, każdemu studentowi może się zdarzyć jakaś nadprogramowa nieobecność. Ktoś ma kaca, ktoś zaspał, inny ma lekarza; wiecie jak to jest. Mamy wówczas prawo- dwa tygodnie od danej nieobecności- by nauczyć się materiału z danych zajęć, iść na konsultacje do wykładowcy i zaliczyć tę nieobecność. Koleżanka, dajmy na to Ewa, miała jedną nieobecność do zaliczenia. Profesor na swojej stronie miał napisane, że konsultacje odbywają się:

-poniedziałek, 9.45-11.30 ; 17.00-18.10
-czwartek, 9.30-11.30 ; 16.30-17.45
-soboty, 16.40-18.00 (TYLKO DLA STUDENTÓW NIESTACJONARNYCH)

Jako, że w poniedziałek i Ewy i moja grupa miałyśmy trzy kolokwia, nie było szans, by poszła na konsultacje. Ostatnie kolokwium udało jej się jednak skończyć przed 18.00, więc w te pędy do gabinetu Profesora. Były już u niego dwie osoby. Profesorki z drugiego wydziału, na kawusi i pogaduchach. Profesor powiedział Ewie że dziś nie ma czasu i ma przyjść w czwartek na 9.10. No cóż, bywa. (To akurat widziałam na własne oczy, bo byłam z Ewą jako "otucha" i później podwiozłam ją do domu).

Czwartek. Ewa pocałowała klamkę. Potem poszłyśmy razem na tą 16.30- też nikogo nie było. Żadnej informacji na drzwiach, na portierni nie było w księdze jego wpisu, w sekretariacie nikt nic nie wie; weszłyśmy też na stronę wydziału, na informacje, potem na jego profil z godzinami konsultacji- bez zmian. Ewa wściekła. Jeszcze w moim aucie napisała do Profesora maila. Cud! Odpisał już drugiego dnia!
Co się okazało? On przecież BYŁ w czwartek. Od 7.15 do OKOŁO 8.00. Jak to nie było informacji? A zresztą, "to Ewy obowiązkiem jest wiedzieć kiedy on przenosi konsultacje". Zaproponował jej też, że może przyjść na konsultacje w sobotę, ale on ma wtedy zaocznych i nie wiadomo czy zdąży Ewę przyjąć. No po prostu cudownie. Dodatkowo trafił idealnie w termin ślubu jej brata ;).

Ostatecznie udało jej się zaliczyć nieobecność w tym tygodniu w poniedziałek.


Ja wiem, że studia, że "wiedzieliśmy na co się piszemy". Osobiście mogę mieć zajęcia od 8.00 do 19.00, kolokwia codziennie i niemiłych wykładowców. To wszystko jest do zniesienia. Ale kurczę, student, jaki by nie był, nie jest robotem ani Duchem Świętym, by wiedzieć, że ktoś przełożył zajęcia/konsultacje/kolokwium, bez JAKIEJKOLWIEK informacji.
A skargi na Profesora leciały z tego co wiem od dobrych kilku lat, mój kumpel, obecnie 28 lat, również zapamiętał go (i to niekoniecznie pozytywnie). Skoro jednak nadal tu pracuje, to... . Sami sobie dopowiedzcie. W każdym razie ja się cieszę, że nie musiałam mieć z nim większej styczności w tym semestrze.

PS.W tamtym roku miałam panią Doktor-feministkę. To tak odnośnie wpie*rzania się wykładowców ze swoimi poglądami w życie studentów (gdyby tego nie robiła na zajęciach, to miałabym gdzieś jej przekonania). Z chęcią opiszę jakbyście chcieli.

uniwersytet

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 0 (26)

#81271

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam w Górach Sowich, praktycznie w samym ich sercu. Może nie są to jakieś Tatry, aczkolwiek zarówno w sezonie zimowym jak i letnim jest wielu turystów - jeżeli wśród Was są osoby lubiące wędrować, to szczerze polecam (mimo piekielności, które opiszę):).

Ferie zimowe w naszym regionie, a zatem więcej dzieci niż zwykle. I więcej rodziców/turystów. No i więcej piekielności. Niby już powinnam się "przyzwyczaić" do zachowania ludzi na szlaku, ale... niektóre rzeczy nadal nie mieszczą mi się w głowie.

Jednym z popularnych tutaj szczytów, idealnych na krótką wędrówkę dla ludzi w każdym wieku, jest Wielka Sowa. Razem z P. w ciągu roku chodzimy tam baaaardzo często, bo niedaleko od domu, bo przyjemnie. Gorzej w sezonie zimowym. Aby od naszej strony wejść na Wielką Sowę, trzeba pojechać do miejscowości Rzeczka/Sokolec - jest tam kilka wyciągów oraz stoki narciarskie. Byliśmy wczoraj. Zazwyczaj wstajemy o godzinie 6, a o 7 wychodzimy. Wczoraj chciałam się "zresetować" po ciężkim tygodniu i pozwoliłam sobie wstać o 10. O 11 byliśmy na miejscu. I zalała nas fala bezmózgowia, głównie ze strony rodziców i niektórych turystów.

Sytuacja pierwsza:

Aby wejść na Sowę, należy minąć dwa schroniska. Jakim debilem trzeba być, by z TEJ DRÓŻKI:
http://2.bp.blogspot.com/-_8XcBlvxeo0/Tasu4s9nr7I/AAAAAAAAAok/rFkC1OVLhss/s1600/sowa1.jpg
(wiem, że wygląda niegroźnie, ale wierzcie mi, że w zimie jest tam tylko i wyłącznie lód) puszczać samemu dzieci na sankach? I to nie dzieci starsze, ale takie na oko 3-4 lata. Może Wam się wydawać, że wcale nie tak stromo. Ale ta droga kończy się wyjazdem wprost na GŁÓWNĄ ulicę, po której w sezonie jeździ wiele aut. Dodam, że tuż OBOK (na zdjęciu po lewej oraz prawej stronie), zimą są dwa, stoki, osobno wydzielone dla rodziców z dziećmi. Ale nie, lepiej puścić latorośl wprost pod nogi idących pod górę ludzi. Dziecko wjechało sankami w kogoś? Opie*dol obcą osobę, że nie zwraca uwagi na dziecko i nie próbuje go zmusić do hamowania. Gorzej jak taki dzieciak wyjedzie na główną wprost pod auto.

Sytuacja druga:

Minęliśmy już najbardziej zatłoczone miejsca, idziemy pod górę wąską dróżką. Za nami słychać głosy - on, ona i dziecko (a jakże, na sankach). Co jest kompletną głupotą, bo kawałek wyżej zaczynają się skałki, no ale jak ktoś lubi, to się nie wtrącam. Chyba, że rodzice popychają dziecko z każdej górki. Co skutkuje tym, że dzieciak jedzie całą szerokością, od lewej do prawej, przy okazji wpadając na przypadkowych ludzi (wracających lub dopiero idących na szczyt). Zwrócenie uwagi rodzicom, by pilnowali dziecka, aby jechało tylko jedną stroną skutkowało oburzeniem, "bo dziecko jest w górach, więc może jeździć na sankach gdzie chce". Jeden ze starszych panów, w którego dzieciak wjechał, w prostych słowach wytłumaczył ojcu co zrobi i gdzie wy... rzuci sanki, jeśli nie uspokoją swojego potomka. Na chwilę poskutkowało. Stwierdziliśmy, że puścimy ich przodem. I tu zaznaczę, że w trakcie kiedy nas mijali (i tak szliśmy wolno, bo P. robił po drodze dużo zdjęć), pani matka miała chipsy w ręku.

Prawie do samego szczytu mieliśmy ich na widoku. Paczka po chipsach wylądowała na ziemi. Potem puszka po fancie. Potem kilka chusteczek higienicznych, jakichś sreberek po kanapkach itp. Wszystko to wyrzucała pani matka.
Może i mój P. był piekielny, ale uważam, że dobrze zrobił - gdy dotarliśmy na szczyt, podeszliśmy prosto do jaśniepaństwa. Siedzieli pod jednym z daszków, wśród innych turystów. P. wysypał z reklamówki ich śmieci, tuż przed Jaśniepaństwem - na stolik; przy wszystkich bardzo donośnie mówiąc "przepraszam, chyba państwo czegoś zapomnieli". Burak spalony raz, burak spalony dwa. Dziecko nie spaliło, bo jeszcze raczej nie rozumiało.

Nie wspomnę o ilości "kiepów" zostawionych po drodze przez innych ludzi, jednorazówek, puszek, butelek... Są osoby odpowiedzialne za sprzątanie szlaku, ale same twierdzą, że "w sezonie nie dają rady". Jak człowiek potrafi wnieść plecak pełen prowiantu, to samych opakowań i odpadków nie da rady w tym plecaku znieść?

Sytuacja trzecia: Dotycząca ludzi w każdym wieku.

Rozpychanie się łokciami. Dróżka na szczyt jest bardzo wąska. Serio, nie można powiedzieć zwykłego "przepraszam"? Trzeba od razu dać człowiekowi "z bara"/łokcia?

Sytuacja czwarta: Zwierzęta.

A konkretnie psy. Kiedyś wspomniałam, że jestem posiadaczką suczki, a mimo to nie przepadam za obcymi psami. Bez względu na wielkość. Zwłaszcza bez kagańca i smyczy. Przed wejściem do Parku Krajobrazowego Gór Sowich jest tabliczka z ogłoszeniem, by właściciele psów trzymali je na smyczy. Kto tego przestrzega? Może jedna na trzysta osób. I nikt nie wyciąga z tego konsekwencji, nawet mimo zgłoszeń. Nie jestem osobą, która wierzy w to, że "on nie gryzie, on tylko chce się pobawić" itp. A jak taki pies ugryzie któregoś z turystów, to dopiero potem będzie afera.

Sytuacja piąta: Parkingi.

Jak to bywa na stokach - ścisk, tłok, płatności (i to dosyć duże). Zaparkowaliśmy - jak zawsze - wzdłuż drogi. Nie ma nigdzie zakazu; pozostali uczestniczy ruchu z łatwością mogli przejeżdżać, bez potrzeby zwalniania i omijania zaparkowanych aut. I tak podchodzi jeden z parkingowych ze swoją klasyczną formułką, że tu nie wolno, że zaraz wezwie policję, że zaraz laweta przyjedzie. Oczywiście większość "nieobeznanych" z tematem (i przy okazji z ruchem drogowym oraz oznaczeniami) wybierają płatny parking. Parkujemy tam od kilku lat i jeszcze laweta nas nie zabrała.

To tylko jedne z niewielu sytuacji. Znam gorsze, z chęcią opiszę. Dodam jeszcze, że nie zawsze taka mała wyprawa jest naszpikowana piekielnościami, ale w poszczególnych porach roku niestety tak.

góry sowie turyści dzieci rodzice

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 75 (95)

#81134

(PW) ·
| Do ulubionych
Normalnie Janusz byznesu.

Wspominałam kiedyś, że mój narzeczony jest fotografem i ogólnie pasjonuje się tym. Poza robieniem zdjęć zbiera przeróżne stare aparaty, części do nich itp.

Wczoraj pisze do mnie (z)najomy na fb:
- Cześć mabmalkin, bo twój facet to zbiera te stare aparaty, prawda?
- Cześć. No tak, a co?
- A bo mam kilka na zbyciu - tu zaczął wymieniać nazwy i konkretne modele.

Wyszło na to, że ze wszystkich wymienionych P. nie ma tylko jednego, konkretnie to lubitela 166b. Jego cena na różnych aukcjach waha się od ponad 100 do 220 zł, z tego co zobaczyliśmy.

Napisałam, że możemy go kupić za 150 zł, co byłoby uczciwą ceną, zważając na widoczne, lekkie uszkodzenia (widoczne już na zdjęciu).

Tutaj kolega zaczął kręcić nosem, że on to za niego chciał 700, ale jak weźmiemy wszystkie aparaty, to jemu 5 tysięcy wystarczy. :D

(Wartość wszystkich nie przekraczałaby 1000).

Ale po co mamy brać aparaty, które już mamy, w dodatku widocznie uszkodzone?

No cóż, znajomy stwierdził, że albo bierzemy wszystkie, albo wcale, bo jak nie, to on je wyrzuci na śmietnik, bo nie chce żeby mu w domu zalegały.

Na moją propozycję, że może wystawiłby na aukcję internetową typu targ starości przyznał, że po prostu na szybko potrzebuje gotówki.

Aparatu nie kupiliśmy.

Janusze biznesu fotografia

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 87 (109)
zarchiwizowany
"Znajoma"z gimnazjum urodziła chłopca.
Pierwsze zdjęcie na fb: ona z wódą, w tle dzieciaczek w objęciach jej faceta.
Podpis: "No w końcu kur*a można popic".

Pato

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -4 (24)