Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

mabmalkin

Zamieszcza historie od: 4 stycznia 2017 - 1:24
Ostatnio: 27 czerwca 2017 - 21:14
  • Historii na głównej: 29 z 33
  • Punktów za historie: 6656
  • Komentarzy: 186
  • Punktów za komentarze: 679
 
poczekalnia

#78912

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Kolejny raz jestem za tym by przed zostaniem rodzicem przejść testy psychologiczne. Mimo że sama nie jestem "bezstresowo" wychowana. ;)
Pogoda ładna, wyciągnęłam dzisiaj motocykl coby odwiedzić rodziców. Z racji wszędzie rozkopanych ulic, stwierdziłam że pojadę przez rynek okrężną drogą. Do rynku schodzi się ze sporej góry spod ośrodka kultury. Pyrkam sobie niecałe 15/h i widzę. Po prawej stronie na chodniku (kilka metrów przede mną), pomiędzy ludźmi idącymi pod górę, pomyka (na takim autku od którego się odpycha nóżkami) mały chłopiec, góra 3 latka. Rodzica nie widzę, dziecko jedzie samo, kręcąc małą kierownicą na oślep. Biorę to pod uwagę, zwalniam do 5/h. No i stało się, młody zjechał z chodnika niemal prosto pod moje koła (chodniki były takie "spadziste"). Zatrzymałam się nawet nie gwałtownie, bo specjalnie zachowywałam odstęp. I w tym momencie zza pleców (po mojej lewej stronie) biegnie ojciec. Ojciec widocznie szedł chodnikiem po drugiej stronie. Usłyszałam tylko "jak kur@a jeździsz debilko! Moje dziecko tam jest! (dziecko jakaś obca kobieta wciągnęła na chodnik) zaraz ci ten motor rozpier@ole!"
No cóż, oceniam sytuację - koleś typowy "kark", właśnie dobiega do mnie, dookoła same starsze kobiety, więc zwiałam na dół. Kandydat na ojca roku.
Ja dzieciaka zauważyłam, ale ktoś kto jechałby jakimś większym autem czy busem mógłby go zwyczajnie potrącić.

Ojciec roku

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 93 (99)
poczekalnia

#78855

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Czytając historie związane ze służbą zdrowia... Długo zastanawiałam się, już wcześniej czy dodać tę historię; z góry przyznaję więc, że sama też jestem trochę sobie winna, nie będąc zbyt stanowcza i nie wykłócając się, ale i lekarze pokazali w której części ciała mają pacjentów.
Miałam wypadek motocyklowy początkiem lipca roku poprzedniego. Wyjechał mi pan autem z drogi podporządkowanej, ja pomykałam główną, niezbyt szybko bo chwilę wcześniej ruszałam spod świateł. Pan nie zauważył, ja nie mogłam nic zrobić i stało się. Z momentu wypadku pamiętam tyle, że chciałam "odbić" na lewy pas, jednak jechał tir więc stwierdziłam, że lepiej "wbić" się w auto. Przeleciałam przez maskę, motocykl "odleciał" gdzieś tam, ja upadłam na prawą część twarzy i sunęłam po asfalcie przez kilkanaście metrów, zatrzymując się tuż przy znaku drogowym na wysepce (gdybym sunęła szybciej, prawdopodobnie złamałabym sobie o niego kręgosłup). Boli głowa, kark, noga i prawa dłoń.
Przytomność straciłam na kilka sekund, nie mogłam wstać, po kilku chwilach przyjechała karetka. No i zaczynamy.
1.Nigdy wcześniej nie jechałam karetką w takich warunkach. Nie usztywniono mi karku (głośno mówiłam, że boli jak cholera), nasze drogi wyglądają jak ser szwajcarski, zatem leżąc na plecach, nieprzypięta pasami, co chwilę zsuwałam się na podłogę. Byłam totalnie oszołomiona i nawet nie wiedziałam gdzie jadę.

2.Szpital. Przeniesiono mnie na łóżko, wjechali ze mną do jakiejś sali i czekali. Czekali. I czekali. No ja rozumiem, obserwaja, ale kur... pierwszy szok mija, adrenalina schodzi, bóle nasilają się zatem coraz mocniej, więc po 4 godzinach chyba powinni zacząć działać. Palec serdeczny miałam powybijany w "harmonijkę", dosłownie, jednak nie złamany. Do tego mogłam obserwować różne sytuacje. Wwieziono pana z połamanymi żebrami, pan co chwilę tracił świadomość, miał jeszcze jakiś uraz głowy. Pani pielęgniarka najpierw zrobiła kawę sobie i koleżance (w ogóle na te kawki/herbatki/ciasteczka co chwilę robiły sobie przerwę), potem przeszła do "papierków", których było stron cztery, pytając się pana w jakim terminie ostatni raz przyjmował coś tam. Nie znam się na procedurach, wiem, że trzeba wypełnić te papiery i że to ważna informacja dla lekarzy, by mogli przeprowadzić dalsze działania. Ale serio, gościu który w tym momencie nawet nie pamiętał ile ma lat, omdlewający co 10 sekund miał jej powiedzieć takie rzeczy? Chyba raczej powinni na inny oddział go zawieźć.

3.Rentgen. Oho, w końcu mnie wzięto. Przypominam- wypadek motocyklowy, upadłam na twarz więc chyba powinni jako pierwszą ją prześwietlić? Nie. Prześwietlono mi tylko dłoń z tym nieszczęsnym wybitym palcem i kolano. Domagałam się prześwietlenia karku i głowy. Nie, bo był jakiś wypadek i osoby mają pierwszeństwo, poza tym skoro ruszam głową i mówię to nic mi nie jest (!!!). Na łóżku wystawiono mnie na korytarz, bo nie było już miejsc w sali w której byłam wcześniej. I czekałam sobie na tym korytarzu, kolejne dwie godziny (czyli będzie już prawie 7h, a dalej nie wiem czy coś mi jeszcze dolega). Suszy mnie, proszę panią pielęgniarkę o szklankę wody. Nie, ONA NIE JEST OD TEGO, poza tym nie ma czasu. Przyjechał mój mężczyzna, rodzice, dopiero oni podali mi wodę. Nikt się mną potem nie zajął, przyszły zdjęcia, palec nastawili, nogę zawinęli bandażem. Za kolejne 3 godziny miał ktoś przyjść żeby przewieźć mnie piętro wyżej ale na salach miejsca nie ma, więc będę na korytarzu.


I tu występuje moja wina; wypisałam się dobrowolnie. Po prostu miałam dość. Byłam spocona, zakrwawiona, zapłakana (logika "dawców nerków"- płakałam bo motocykl pewnie na szrot, a nie że coś mnie boli ;) ) i obolała. Wiem, że może powinnam zostać, ale wierzcie mi, że mając przed sobą perspektywę spędzenia nocy na korytarzu, nie mogąc nawet wyjść do toalety (nie mogłam wstawać, a wózków inwalidzkich BRAKOWAŁO), a personel zapewne będzie bardzo zajęty, wolałam iść do domu.
Później (kilka dni później w innym szpitalu) udało mi się zrobić prześwietlenie karku i głowy (wybite trzy kręgi) i dostać do neurologa. Mam 20 lat i do końca życia uszkodzona noga będzie dawała się we znaki, a kręgi będzie trudno "wstawić" na miejsce, gdy śpię to drętwieją mi wszystkie kończyny. Nie mogę dźwigać i obciążać zbytnio ciała. Na siłowni nie dam z siebie 100% a o kickboxingu mogę zapomnieć (chodziłam kilka lat). Gdyby od razu jakoś lepiej się mną zajęto, to może nie byłoby aż tak źle.
Co do szpitala to napisałam skargę, ale dostałam odpowiedź, że skoro wypisałam się dobrowolnie to moja wina (TA, moja wina, że ich personel wolał popijać kawkę niż zająć się pacjentami); a szpital podobno uchodzi za jeden z najlepszych w naszym rejonie.
Gdy już poczułam się dobrze, akurat aplikowałam na studia więc nawet nie sprawdzałam czy prawnie mogę podjąć jakieś kroki i czy w ogóle złamano jakieś prawo (moja wina) ale osobiście sądzę, że procedury na pewno złamano.

Ps. Jak już wspomniałam, nie znam się na zagadnieniach lekarskich więc z góry przepraszam za potoczny język.

wypadek służba zdrowia

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 34 (70)

#78729

(PW) ·
| Do ulubionych
Po mojej kilkumiesięcznej karierze jako studentka zdążyłam już zauważyć i przyzwyczaić się do tego, że niektórzy profesorowie za przeproszeniem wyżej s*ają niż du*ę mają. Ale to było zwykłe buractwo.

Miejsce akcji: stołówka uczelni.
Miałam pół godziny przerwy między zajęciami, więc stwierdziłyśmy z [k]oleżanką, że pójdziemy do drugiego budynku na jakiś obiad. Pół godziny to niby sporo czasu, ale nie tylko my wpadłyśmy na taki pomysł, więc kolejka była duża. Często się zdarzało, że gdy wchodził jakiś wykładowca, to studenci sami ustępowali miejsca w kolejce, czasem któryś uprzejmie zapytał czy mógłby mu ktoś ustąpić miejsca, a czasem grzecznie stawał i czekał na swoją kolej.

Ale nie [O]NA. Nie wiem kim była, zapewne z innego wydziału. Zamówiłyśmy z koleżanką zupę (dla mnie) i zestaw obiadowy dla niej, z tym że poprosiła zamiast ziemniaków ryż. Dobra, siedzimy, zostało nam kilkanaście minut do końca. Pani zza baru wywołuje mnie po zupę, a chwilę później koleżankę. I tu wkracza Ona.
O - Ooo a ja bym może jednak chciała z ryżem, to sobie wezmę ten zestaw!
K - Przepraszam panią, ale to moje zamówienie...
O - PANIĄ? PANIĄ DOKTOR. To po pierwsze! A po drugie zamówisz sobie następny, ja za ten zapłacę. (płatności dokonywane są z góry).
K - PANI DOKTOR, mam pięć minut przerwy, nie zdążą już przygotować mi posiłku...
O - Ja nie wiem kogo do tej uczelni przyjmują, dziewczyno, TY MASZ OBOWIĄZEK MI USTĄPIĆ!

Zawinęła zestaw koleżanki i poszła w kierunku osobnej sali dla personelu uczelni. Koleżanka poszła za nią, żądając zwrotu pieniędzy za obiad. Dowiedziała się, że Ona nie ma obowiązku oddawać żadnych pieniędzy. Do akcji dołączyłam ja, otworzyłam drzwi od osobnej sali. Siedział tam profesor z naszego wydziału, starszy, wielu wykładowców podchodzi do niego z dużym respektem. Przy nim powtórzyłam, że szanowna pani doktor właśnie dokonała kradzieży i że prosimy z koleżanką o oddanie pieniędzy.
Pani doktor zerknęła na mężczyznę, na nas, spaliła tak zwanego buraka i oddała koleżance 13.40. Ale gdyby wzrok mógł zabijać...

Wróciłyśmy na zajęcia, koleżanka z pustym żołądkiem.

Edit: Gwoli wyjaśnienia; co by nie było gó*noburz w komentarzach: Koleżanka NIE USTĄPIŁA. Kończyła nam się przerwa, więc nawet jeśli pani doktor oddałaby jej obiad, to nie zdążyłaby go zjeść. Więc odzyskanie chociaż samych pieniędzy było jak najbardziej odpowiednie.

uczelnia profesorowie

Skomentuj (47) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 190 (212)
poczekalnia

#78803

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jak nie problemy z siłownią to inna sytuacja, również z dnia dzisiejszego... Już tyle o podobnych sytuacjach jak poniżej opisana było mówione, ale osobiście któryś raz się z tym zetknęłam i nadal wku*wia mnie idiotyzm ludzi.
Szłam około 14.50 na małe zakupy. Miejsce akcji- okolice Placu Grunwaldzkiego.
Na ławce, niedaleko dwóch przejść dla pieszych leży sobie starszy pan. W sumie widok codzienny (menelnia), idę. Około 15.30 wracam z siatami, pan dalej leży. Zwróciłam uwagę na fakt, że był dość elegancko ubrany, obok ławki leży siatka z zakupami. Podeszłam bliżej, twarz starszego pana cała w kropelkach potu, strasznie blada, ręce skrzyżowane na piersiach i drgawki. Nie znam się na tym ale szybko pomyślałam, że to albo jakiś zawał albo zapaść (a jednak czegoś uczyli w tych gimnazjach). Na "proszę pana czy coś panu dolega?" nie reaguje. Potrząsam nim lekko. (W tle zatrzymują się ludzie). Po kilku minutach pan otwiera oczy i wypowiedział tylko coś w stylu "serce...tabletki...zapomniałem, źle". Nie wzięłam telefonu, na zakupy nigdy nie biorę. Pobiegam do jednej z kobiet która przyglądała się sytuacji, proszę o telefon na pogotowie. Reakcja? "Oszalała pani?! Mnie pieniądzów szkoda!" Ale to bezpłatne... "Ja nie znam tego dziada!" W międzyczasie przechodzi jakaś matka z dzieckiem, które pokazuje na pana, matka zbiera dziecko na ręce i mówiła coś o zarażeniu się i o pijakach, ale nie słyszałam bo w tamtej chwili nie zwracałam na to uwagi. Dobra, szkoda czasu na kłótnie, podchodzę do przypadkowej osoby, proszę o telefon, ok, pogotowie wezwane. W międzyczasie tłum zrobił się większy; gdy próbowałam nawiązać kontakt ze starszym panem w tle leciały komentarze typu "pani go zostawi, pewnie się nachlał!" itp.
Karetka przyjechała, starszy pan miał zapaść krążeniową.

Serio, nie każda osoba leżąca na ławce to pijak i menel. A piszę to, bo rok wcześniej spotkałam się w swoim rodzinnym mieście z niemal identyczną sytuacją, z tym że tamtej kobiety nie dało się odratować.

wrocław ludzie ignorancja

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (133)
poczekalnia

#78781

(PW) ·
| było | Do ulubionych
w lutym za namową koleżanki zapisałam się na siłownię. Koleżanka pracuje tam od kilku miesięcy. Fajna promocja- płacisz 170 zł i chodzisz przez 3 miesiące, no to biorę!
Poszłam na podpisanie umowy, wszystko dokładnie przeczytałam; "z dniem 01.05.17r. umowa kończy się". Pytam się pani managerki, z którą załatwiałam wszystkie te papierki, czy będę musiała składać jakieś podpisy/dodatkowe oświadczenia, jeśli umowa dobiegnie końca. Nie nie, nic nie muszę robić, mogę ewentualnie przedłużyć umowę, jednak już za normalną opłatą (150zł/miesiąc). Super.
I tak sobie chodziłam, do maja, wystarczyło. Później i tak nie miałabym na to czasu.
W piątek znajduję w skrzynce list od tejże siłowni. Mam zapłacić karę w wysokości 300zł, w innym wypadku wysyłają sprawę do firmy windykacyjnej. WTF?
Łapię za telefon, odbiera jakaś kobieta. Wyjaśniam sytuację, babeczka po drugiej stronie słuchawki cierpliwie słucha, po czym informuje mnie, że kara jest przez to, że nie zrezygnowałam z umowy. Dobra, przez telefon nie będziemy się kłócić, dziś odwiedziłam siłownię osobiście.
O co chodziło? Oni w systemie mają, że moja umowa jest do lipca. Ponadto nie zrezygnowałam z niej, stosując dodatkowe pismo. Proszę o pokazanie umowy. Pokazuję pani, jak byk jest napisane- z dniem 01.05.... .
Pani upierała się przy swoim, pytała skąd uzyskałam informację (?!) że do tego. Nosz kur... przecież jest napisane. I państwa pracowniczka poinformowała mnie, że nic więcej nie będę musiała robić, żadnych wniosków itp. Jaka pracowniczka? X Piekielna. A, to ona już u nas nie pracuje od miesiąca, a ona odpowiadała za system i wpisy. No cóż, nie zamierzam płacić za niekompetencję państwa pracowników, ja mam umowę na papierze do dnia tego i tego i za tyle zapłaciłam.
Na szczęście tym razem trafiłam na ogarniętą i wyrozumiałą osobę, bo bardzo przeprosili za zamieszanie i zaproponowali wejście gratis.
A podobno bardzo renomowana siłownia, z kompetentną obsługą.

siłownia długi

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (97)

#78646

(PW) ·
| Do ulubionych
Podobno to studenci są największą grupą "syfiarzy", wielokrotnie to słyszę. OTÓŻ NIE. Nie po tym co ostatnio zobaczyłam.

Generalnie nie obchodzi mnie kto w jakich warunkach żyje, jak ktoś lubi hodować grzyba na suficie, niech hoduje. Wierzcie mi- byłam w niejednym akademiku na niejednej imprezie, w wielu mieszkaniach studenckich, które bywały w stanie różnym. Ale wychodzę z założenia, że jeśli zapraszasz do siebie większą grupę w gości, to chociaż należy w jakiś sposób mieszkanie ogarnąć, chociażby ze względu na szacunek do gościa; nawet jeśli to tylko znajomy.

Sama jestem studentką, nie zawsze mam czas myć codziennie podłogi, zdarza się, że nie od razu wyniosę talerz po jedzeniu, dlatego nie mówię tu o sprzątaniu całego domu na błysk i odmalowaniu ścian, ale zwykłe zmycie naczyń czy starcie blatów. Wiecie o co mi chodzi.

Krótki zarys: Mam znajomą - Natalię (najmłodszą), lat 29, niedawno zaczęła pracę w jakimś korpo. Mieszka z koleżanką- Ireną i kolegą Tomkiem (synem właściciela). Dziewczyny mieszkają w pokoju razem, Tomek osobno. Nikt z nich nie jest studentem, co więcej, każdy pracuje na dość wysokich stanowiskach. A dlaczego mieszkają nadal razem, skoro mogliby wynająć coś osobno? Nie wiem.

Irena twierdzi, że im tak się dobrze mieszka. I chyba zaczęłam rozumieć dlaczego. Dla ścisłości- Natalię znam kilka lat, ale dopiero w ostatni piątek miałam okazję być pierwszy (i zapewne ostatni) raz u niej w mieszkaniu.

Szybki opis mieszkania: wejście, z prawej strony kuchnia (bez drzwi), po lewej stronie pokój kobiet, drugie drzwi od pokoju Tomka, na wprost łazienka.

Natalia zrobiła ostatnio imprezę- tak bez okazji. Zaprosiła podobno ok. 20 osób. Ja wraz z koleżanką przyszłyśmy jako pierwsze. Wchodzimy. I...

KUCHNIA - na wejściu każdy z nas siłą rzeczy nieco rozgląda się po nowym miejscu. Zdejmuję buty, zerkam w stronę kuchni. Sterta naczyń w zlewozmywaku, pod oknem stosy pudełek po pizzach, butelki po alkoholu, swąd papierochów w całym pomieszczeniu. Myślę sobie, może jakaś impreza była wczoraj, może nie zdążyli posprzątać, ale nie...

Tuż przy wejściu do kuchni (najbliżej mnie), na podłodze brudne talerze i patelnia, na której nowa cywilizacja była już chyba na etapie obalania komunizmu. Okno w kuchni zamknięte, mimo że na zewnątrz był ukrop. Wyobraźcie sobie ten smród, zmieszany z... antyperspirantem, bo tym właśnie "zwalczali" smród w kuchni. Natalia szybko zaprosiła mnie do pokoju jej i Ireny, w którym miała odbywać się "impreza".

POKÓJ - dosyć duży, dwa łóżka ustawione równolegle pod ścianami. Na nich nie pościel, a raczej jeden wielki barłóg. Poduszki, kołdra, wszystko zmięte i wciśnięte pod ścianę, tak by goście mogli usiąść na brudnym od nieznanych substancji prześcieradle, które kiedyś chyba było białe. Na środku mały stolik, zawalony jakimiś dokumentami, opakowaniami po zupkach chińskich i kosmetykami. Zresztą- kosmetyki walały się wszędzie.

Na podłodze (która ostatni raz widziała mopa chyba ładnych kilka miesięcy temu), pełno pędzelków do twarzy, patyczków do uszu i pokruszonych cieni do powiek... najbardziej jednak obrzydziło mnie to, co było pod kaloryferem (pod oknem). MAJTKI. Zużyte, białe z czymś, co przypominało zaschniętą krew menstruacyjną, majtki.

Obok jakieś pojedyncze skarpety. Spytałam Natalii wprost czy nie myślała żeby wynająć sprzątaczkę. Nie, nie ma takiej potrzeby, zresztą ona dopiero co skończyła OGARNIAĆ pokój. Yhm... usiadłam przy stole na jakimś taborecie, który wydawał się najmniej niebezpieczny. Dostałam szkło na piwo, ale grzecznie odparłam, że wolę z butelki. Po kilkunastu minutach poszłam do łazienki.

ŁAZIENKA - przysięgam, że nie zdołałam nawet załatwić potrzeby. Przy fugach od muszli klozetowej zrobiła się jakaś narośl, szczoteczki do zębów w kubkach przy zlewie były powkładane razem z maszynkami do golenia i niesamowicie śmierdziało jakąś zgnilizną. Papieru toaletowego brak, jakieś ubrania na podłodze. Muszli nie zdołałam otworzyć. Wróciłam do pokoju.

Nie będę się więcej rozdrabniać; koleżanka z którą przyszłam usiadła na łóżku, oparła się ręką o prześcieradło i natychmiast ją cofnęła, bo znalazła tam prezerwatywę. Zużytą.
Obie podziękowałyśmy Natalii za "gościnę", dokończyłyśmy piwo i opuściłyśmy imprezę zanim zaczęli schodzić się ludzie.

Oczywiście straciłam znajomą przez to, że śmiałam zwrócić jej jeszcze na odchodne uwagę, że powinna patrzeć gdzie zaprasza gości, a jeśli nie chce jej się sprzątać to może lepiej zaprosić do baru i tyle.

Niesmak pozostał do teraz. Serio, dorośli, pracujący ludzie, zawsze zewnętrznie zadbani, w najmodniejszych ubraniach, elokwentni... mieszkają w chlewie.

Znam Natalię 4 lata, zawsze spotykałyśmy się u mnie albo na mieście. Nie raz nie dwa pocieszałam ją po nieudanych związkach, nie wierzyłam wówczas w jej opowieści, że faceci po wizycie u niej na noc (gdy Irena akurat była na wyjazdach), nie oddzwaniali nie odpisywali.

Nie wiem co na to właściciel mieszkania, może dawno u nich nie był, może w ogóle nie był; jak wspomniałam- Tomek to syn. Dla niektórych może to nie być w ogóle piekielne, ale dla mnie zaproszenie do takiego miejsca było.

mieszkania brud imprezy dorośli ludzie

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 228 (252)

#78752

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie wiem nawet jak nazwać całą sytuację, bo wszelkie "szczyty" i granice zostały przekroczone.

Mam znajomego, spotykamy się głównie na zlotach motocyklowych i tym podobnych imprezach. Nazwijmy go Marcin. Jakiś czas temu dowiedzieliśmy się, że jego córka jest nieuleczalnie chora; wrzucił na twarzoksiążkę apel, że potrzebują z narzeczoną pieniędzy na rehabilitacje itp., bo sami nie dają rady. Nie miałam wcześniej pojęcia, że w ogóle ma córkę, ale co tam, zdecydowaliśmy z moim P. że będziemy oddawać 1%. Tak też zrobiliśmy, razem z nami inni znajomi i zapomnieliśmy o sprawie.

Wczoraj odbyło się przyjęcie weselne naszych znajomych, na które przyszedł Marcin i ON - główny bohater historii.
Słyszałam wszystko, bo stałam przy barze obok Marcina. On już od wejścia podszedł do Marcina, oświadczając, że "Oddaję co miesiąc 10zł na twoją córkę, to może jakieś piwko w zamian? Hehe!" Marcin momentalnie zrobił się czerwony, ale że ostoja spokoju, powiedział że nie musi tego robić. Kilka kieliszków później: ON, znowu zaczepia Marcina, przy stole, przy ludziach na głos oświadcza "Ty ale powiem ci, że ja cię podziwiam, ja bym nie mógł wychowywać nienormalnego dzieciaka, Hitler to takich do obozów wysyłał!" - i tu ostoja spokoju pękła, Marcin zerwał się na nogi i jednym zręcznym ruchem pięści złamał JEMU nos. Nie jestem zwolenniczką przemocy, ale uważam że reakcja była słuszna.

Nikt jakoś specjalnie nie przejął się jego załamanym nosem. ON odgrażał się, że zgłosi na policję że go pobito, bo on tylko zażartował i że "w takim wypadku nie dostaną już od niego ani złamanego grosza". Opuścił imprezę ku uciesze wszystkich.
Jakieś komentarze przychodzą Wam do głowy? Bo mi wszystko opadło.

Buraki chore dzieci darowizna

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 234 (248)

#78455

(PW) ·
| Do ulubionych
Studenckiego mieszkania ciąg dalszy.

Ogólnie nie narzekam aż tak bardzo, jak już wspomniałam - mieszkam z rodzinką. Jednak zdarzają się czasem zgrzyty, a w dzisiejszej sytuacji to ja wyszłam na piekielną w oczach mojej przyszłej szwagierki, powiedzmy W.

Jestem dumną posiadaczką naturalnych, gęstych loków. Czasem słyszę od przypadkowych przechodniów głosy zachwytu, to zawsze jest miłe ;). Zdarzały się też sceny zazdrości (głównie ze strony koleżanek), "oskarżanie" mnie o trwałą, używanie lokówki itp.

W. należy do tej drugiej grupy osób, jednak po kilku miesiącach mieszkania razem, miała nie raz, nie dwa okazję zobaczyć, że nie używam żadnych lokówek. Wiadomo - używam kosmetyków i szamponów do loków. Ostatnio dostałam w prezencie od mojej kochanej fryzjerki jakiś preparat, który miał zagwarantować większą puszystość, jeszcze nie miałam okazji z niego skorzystać (ze względu na twardość wody ostatnio muszę trochę odżywić włosy). Co ważne - przewidywane użycie TYLKO dla loków. Wszystkie szampony itp. są we wspólnej kabinie prysznicowej, na półkach przydzielonych do właścicieli.

W. miała dzisiaj rozmowę kwalifikacyjną. 7 rano, dobijanie do mojego pokoju. Wrzask, płacz, histeria. Otwieram drzwi, bo jeszcze chwile i głowa by mi eksplodowała, a tam... W. na głowie miała coś co przypominało bocianie gniazdo, do tego mnóstwo supłów i "kołtunów". Po wyrazie jej twarzy widziałam, że sprawa jest POWAŻNA, więc powstrzymałam wybuch śmiechu.
Otóż wspaniałomyślna W. (posiadaczka długich, prostych włosów) stwierdziła, że jeśli wieczorem podczas kąpieli użyje PO TROCHĘ WSZYSTKICH moich szamponów i odżywek, to rano obudzi się z cudownymi lokami, idealnymi na rozmowę kwalifikacyjną.
Aż powstrzymam się od prośby odkupienia mi dwóch odżywek (zużyła końcówki), bo uważam że dostała już niezłą nauczkę :D

Na rozmowę nie poszła, w domu cisza jak makiem zasiał, słyszałam tylko jak przez telefon żali się matce i mojemu kuzynowi, że PRZEZE MNIE straciła pracę. W kuchni "przypadkiem" rozbiła mój ulubiony kubek (prezent od narzeczonego, ręcznie zdobiony) i podobnie "przypadkowo" podczas otwierania lodówki, wypadło jej na podłogę moje zamarynowane na dzisiejszy obiad mięso. Nie pytając o pozwolenie, wzięłam z lodówki jej mięso. A i jeszcze wcześniej zarządziła, żebym moje szampony itp. chowała u siebie w pokoju, bo jeszcze jej się pomyli. Już biegnę :D

studenci włosy dom rodzina

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 208 (220)

#78299

(PW) ·
| Do ulubionych
W moim rodzinnym mieście jest jedna, jedyna linia autobusowa (nazwijmy ją M), którą można dostać się do Wrocławia. Poza tym całe mnóstwo innych, które jeżdżą po okolicznych miastach i wioskach.

Obecnie główna ulica, którą busy i autobusy jeździły na przystanek przy ul. X jest w trakcie wylewania nowego asfaltu, więc trzeba jechać objazdem, by dostać się na X. Poza tym są jeszcze dwa przystanki- ul. Y i Z, ta ostatnia na drugim końcu miasta, już przy "wylocie".

Tak się złożyło, że wczoraj musiałam wrócić do miasta rodzinnego i dziś o 5 rano pobudka, coby zdążyć na autobus do Wrocławia o 6.10. Nic z tego. Autobus M nie przyjechał, nigdzie żadnej informacji, próbuję dodzwonić się na infolinię (teoretycznie dostępna od 6.00)- jeden, drugi numer i nikt nie odpowiada. Na stronie internetowej też nic. No dobra, idę szybko na ulicę Y. Bingo! Jest informacja! Zachowuję oryginalną pisownię: "Drodzy pasażerowie! Uprzejmie informujemy, że w związku z remontami ul. X i Y, nasz autobus zatrzymuje się na ul. Z tylko w godzinach 8.00, 13.00, 18.00. Za utrudnienia przepraszamy!".


Gdzie piekielność? Nadal nie mam pewności, czy to informacja od linii M. Nie było nigdzie podpisu, a kartka wisiała obok rozkładu jazdy PKS, M i pięciu innych. Z ulicy Z również jedzie kilka innych linii.
Podejście do klienta "godne podziwu"; poza tym ta linia słynie z aroganckich, niemiłych pracowników, miesięcznie dostają mnóstwo skarg, przewożą duuuużo więcej osób niż powinni... Ale mają to w d, bo dobrze wiedzą, że są w tej miejscowości jedyną linią, którą można dostać się do Wrocka i ludzie i tak będą wracać.

komunikacja publiczna autobusy

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (124)

#78344

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja młodsza kuzynka jest obecnie w 1 klasie gimnazjum. Jest siostrą Szymona z mojej przeszłej historii.

Ostatnio była wywiadówka. Wychowawczyni kazała wujkowi zostać.
Powód?

Wychowawczyni:
- Zauważyłam NIEPOKOJĄCĄ RZECZ! Weronika na przerwach zamiast rozmawiać z rówieśnikami, czyta Orwella! I w ogóle cały czas czyta.
Wujek:
- No i? Moja córka uwielbia książki, to chyba dobrze?
Wychowawczyni:
- Ależ proszę pana! TO JEST PORZĄDNA SZKOŁA! Kto to widział, żeby młoda dziewczyna, dziecko, czytało taką literaturę?! Przecież i tak nic nie rozumie. Lepiej niech lektury czyta! (Kuzynka każdą lekturę sumiennie czytała, nawet czasem kilka razy, więc nie rozumiem po co ten komentarz).

Nie wiem co komu zrobiła pani wychowawczyni, kończąc studia i dostając uprawnienia do nauczania. Ja też czytałam w przeszłości książki, które nie do końca rozumiałam ale nie widzę w tym nic złego. Po paru latach do nich wracałam i niektóre rzeczy były jakby bardziej oczywiste.

Gimnazjum pod względem nauczania nie odróżnia się od innych niczym. Wujek wdał się w dyskusję, ale nie powiem jak przebiegła bo nie było mnie przy tym; powiedział tylko, że "pani magister", cytując, jest "nieźle po*ebana".

Nie pozwalajcie dzieciom czytać książek. Przecież to niepokojące.

szkoła

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 236 (254)