Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

mabmalkin

Zamieszcza historie od: 4 stycznia 2017 - 1:24
Ostatnio: 18 listopada 2017 - 3:32
  • Historii na głównej: 63 z 67
  • Punktów za historie: 11575
  • Komentarzy: 377
  • Punktów za komentarze: 1575
 
zarchiwizowany

#80718

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Tato miał poważny wypadek samochodowy na A4. W drodze powrotnej z pracy do domu; kierował mój chrzestny. Dla ciekawskich: http://m.bild.de/regional/dresden/massenkarambolage/sechs-schwerverletzte-bei-massencrash-in-hagelsturm-53701372.bildMobile.html

Wjechało w nich kilka aut, tato ma złamane cztery żebra, jedno miał wbite w płuco, odmę płucną, pękniętą śledzionę, wszystkie kości w prawej ręce połamały się (teraz ma tytanowe wstawki).

Przewieźli go do szpitala w Goerlitz. Rzekomo jeden z najlepszych.
Wyobraźcie sobie sytuację, że dowiadujecie się przez telefon, że wasz ojciec ma wypadek. I nic więcej (mama dzwoniła, rozhisteryzowana). Dzwonię do szpitala. NIKT nie mówi po angielsku, nie mogą mi udzielić żadnych informacji mimo, że podałam pesel swój i taty. "Mówię" po niemiecku, posługując się najprostszymi zwrotami z translatora. Pan po drugiej stronie słuchawki mówi, że tato jest w stanie ciężkim ale stabilnym. Rozłącza się.
Tej samej nocy jedziemy do szpitala (ok.270km w jedną stronę). Nie chcą udzielić informacji mojej mamie, bo nie jest jego żoną. (Są ponad 20 lat razem, ale nie mają ślubu). Oczekiwanie na lekarza, który był Polakiem- ponad 2 godziny. Nie wiem jak to wszystko działa pod względem prawnym (w tym czasie mój mózg i logiczne myślenie mnie opuściły, dodatkowo bałam się o mamę, która ma problemy z sercem). Ogólnie dopiero po dwóch dniach pozwolono nam się zobaczyć z tatą i dowiedzieć się co i jak. A ile nerwów zszargałam to moje.

szpital wypadki

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 0 (30)
zarchiwizowany

#79541

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Stereotypy nie biorą się z powietrza. Będzie o motocyklistach i idiotach, którzy posiadają motocykl i swoim zachowaniem przyklejają łatkę całej "społeczności" motocyklowej.
Nie będę się rozdrabniać- znajomy, z którym chodziłam do jednej klasy w gimnazjum. Ma narzeczoną, roczną córeczkę i nie ma mózgu. Na potwierdzenie moich słów- po prostu obejrzyjcie to co jest w linku.

http://nowaruda24.pl/1426590351/pedzil-jak-szalony-film


Policja z mojego miasta nie potrafiła go nigdy złapać, nie reagowała gdy jeździł bez kasku i przekraczał prędkość. Od trzech lat jeździł na różnych szlifierkach (które miały dużo mocy) bez prawka. Dopiero policja z innego miasta załatwiła sprawę.

Idioci

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 33 (65)
zarchiwizowany

#78855

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Czytając historie związane ze służbą zdrowia... Długo zastanawiałam się, już wcześniej czy dodać tę historię; z góry przyznaję więc, że sama też jestem trochę sobie winna, nie będąc zbyt stanowcza i nie wykłócając się, ale i lekarze pokazali w której części ciała mają pacjentów.
Miałam wypadek motocyklowy początkiem lipca roku poprzedniego. Wyjechał mi pan autem z drogi podporządkowanej, ja pomykałam główną, niezbyt szybko bo chwilę wcześniej ruszałam spod świateł. Pan nie zauważył, ja nie mogłam nic zrobić i stało się. Z momentu wypadku pamiętam tyle, że chciałam "odbić" na lewy pas, jednak jechał tir więc stwierdziłam, że lepiej "wbić" się w auto. Przeleciałam przez maskę, motocykl "odleciał" gdzieś tam, ja upadłam na prawą część twarzy i sunęłam po asfalcie przez kilkanaście metrów, zatrzymując się tuż przy znaku drogowym na wysepce (gdybym sunęła szybciej, prawdopodobnie złamałabym sobie o niego kręgosłup). Boli głowa, kark, noga i prawa dłoń.
Przytomność straciłam na kilka sekund, nie mogłam wstać, po kilku chwilach przyjechała karetka. No i zaczynamy.
1.Nigdy wcześniej nie jechałam karetką w takich warunkach. Nie usztywniono mi karku (głośno mówiłam, że boli jak cholera), nasze drogi wyglądają jak ser szwajcarski, zatem leżąc na plecach, nieprzypięta pasami, co chwilę zsuwałam się na podłogę. Byłam totalnie oszołomiona i nawet nie wiedziałam gdzie jadę.

2.Szpital. Przeniesiono mnie na łóżko, wjechali ze mną do jakiejś sali i czekali. Czekali. I czekali. No ja rozumiem, obserwaja, ale kur... pierwszy szok mija, adrenalina schodzi, bóle nasilają się zatem coraz mocniej, więc po 4 godzinach chyba powinni zacząć działać. Palec serdeczny miałam powybijany w "harmonijkę", dosłownie, jednak nie złamany. Do tego mogłam obserwować różne sytuacje. Wwieziono pana z połamanymi żebrami, pan co chwilę tracił świadomość, miał jeszcze jakiś uraz głowy. Pani pielęgniarka najpierw zrobiła kawę sobie i koleżance (w ogóle na te kawki/herbatki/ciasteczka co chwilę robiły sobie przerwę), potem przeszła do "papierków", których było stron cztery, pytając się pana w jakim terminie ostatni raz przyjmował coś tam. Nie znam się na procedurach, wiem, że trzeba wypełnić te papiery i że to ważna informacja dla lekarzy, by mogli przeprowadzić dalsze działania. Ale serio, gościu który w tym momencie nawet nie pamiętał ile ma lat, omdlewający co 10 sekund miał jej powiedzieć takie rzeczy? Chyba raczej powinni na inny oddział go zawieźć.

3.Rentgen. Oho, w końcu mnie wzięto. Przypominam- wypadek motocyklowy, upadłam na twarz więc chyba powinni jako pierwszą ją prześwietlić? Nie. Prześwietlono mi tylko dłoń z tym nieszczęsnym wybitym palcem i kolano. Domagałam się prześwietlenia karku i głowy. Nie, bo był jakiś wypadek i osoby mają pierwszeństwo, poza tym skoro ruszam głową i mówię to nic mi nie jest (!!!). Na łóżku wystawiono mnie na korytarz, bo nie było już miejsc w sali w której byłam wcześniej. I czekałam sobie na tym korytarzu, kolejne dwie godziny (czyli będzie już prawie 7h, a dalej nie wiem czy coś mi jeszcze dolega). Suszy mnie, proszę panią pielęgniarkę o szklankę wody. Nie, ONA NIE JEST OD TEGO, poza tym nie ma czasu. Przyjechał mój mężczyzna, rodzice, dopiero oni podali mi wodę. Nikt się mną potem nie zajął, przyszły zdjęcia, palec nastawili, nogę zawinęli bandażem. Za kolejne 3 godziny miał ktoś przyjść żeby przewieźć mnie piętro wyżej ale na salach miejsca nie ma, więc będę na korytarzu.


I tu występuje moja wina; wypisałam się dobrowolnie. Po prostu miałam dość. Byłam spocona, zakrwawiona, zapłakana (logika "dawców nerków"- płakałam bo motocykl pewnie na szrot, a nie że coś mnie boli ;) ) i obolała. Wiem, że może powinnam zostać, ale wierzcie mi, że mając przed sobą perspektywę spędzenia nocy na korytarzu, nie mogąc nawet wyjść do toalety (nie mogłam wstawać, a wózków inwalidzkich BRAKOWAŁO), a personel zapewne będzie bardzo zajęty, wolałam iść do domu.
Później (kilka dni później w innym szpitalu) udało mi się zrobić prześwietlenie karku i głowy (wybite trzy kręgi) i dostać do neurologa. Mam 20 lat i do końca życia uszkodzona noga będzie dawała się we znaki, a kręgi będzie trudno "wstawić" na miejsce, gdy śpię to drętwieją mi wszystkie kończyny. Nie mogę dźwigać i obciążać zbytnio ciała. Na siłowni nie dam z siebie 100% a o kickboxingu mogę zapomnieć (chodziłam kilka lat). Gdyby od razu jakoś lepiej się mną zajęto, to może nie byłoby aż tak źle.
Co do szpitala to napisałam skargę, ale dostałam odpowiedź, że skoro wypisałam się dobrowolnie to moja wina (TA, moja wina, że ich personel wolał popijać kawkę niż zająć się pacjentami); a szpital podobno uchodzi za jeden z najlepszych w naszym rejonie.
Gdy już poczułam się dobrze, akurat aplikowałam na studia więc nawet nie sprawdzałam czy prawnie mogę podjąć jakieś kroki i czy w ogóle złamano jakieś prawo (moja wina) ale osobiście sądzę, że procedury na pewno złamano.

Ps. Jak już wspomniałam, nie znam się na zagadnieniach lekarskich więc z góry przepraszam za potoczny język.

wypadek służba zdrowia

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 37 (73)
zarchiwizowany
Mamy sobie wiatrówkę. Od zawsze lubiłam strzelać, w LO jeździłam na zawody, bardzo dobrze mi idzie. Czasem lubimy z P. wyjść na ogródek i strzelać do tarczy. Wiadomo- na wiatrówkę pozwolenie nie jest potrzebne, jeśli energia kinetyczna wystrzelonego pocisku nie przekracza 17 J (powyżej niby też nie jest wymagane, ale wiatrówkę trzeba wtedy zarejestrować). Nasz stary Magnum zdecydowanie nie przekracza normy.
Mówiłam już, że nie mamy sąsiadów koło domu, jednak niedaleko jest pierwszy blok mieszkalny, ludzie czasem lubią przechadzać się skrajem lasu aż do końca, czyli do jeziorka i siłą rzeczy muszą minąć nasz dom i ogródek.
Robiliśmy sobie wczoraj około południa małe strzelanko na ogrodzie, mijała nas tylko jedna osoba, jakaś starsza babka, którą kojarzymy z widzenia. Idąc przystanęła i przyglądała się przez chwilę jak strzelamy, ale mówiąc kolokwialnie olaliśmy ją. Dlatego wnioskuję, że cała akcja jest spowodowana przez nią.
Otóż dzisiaj zapukali do nas panowie w niebieskich mundurkach, wylegitymowali się i stwierdzili, że dostali powiadomienie, że przetrzymujemy w domu SKŁADY BRONI I AMUNICJI :D
Nakazu i tak nie mieli, ale obyło się bez nieprzyjemności z tego względu, że obydwu Panów dobrze znam (czasem chodzę na komisariat do wujka); pośmialiśmy się, powiedziałam, że z chęcią możemy pokazać ten skład amunicji, a co, pochwalimy się :D.
Postrzelali pięć minut z nami i zadowoleni poszli. (Tak tak, wiem, że powinni wrócić do pracy, ale to nie moja sprawa. Podobno i tak po tej "interwencji" mieli mieć przerwę.)
Podobno starsi ludzie nie mają zajęć i szukają sensacji. W tym przypadku się zgadzam.

edit: Owa kobitka nie pierwszy raz nas widziała. Strzelamy tak od ponad roku.

sąsiedzi ogród policja

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 52 (98)

1