Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

mabmalkin

Zamieszcza historie od: 4 stycznia 2017 - 1:24
Ostatnio: 22 listopada 2017 - 3:28
  • Historii na głównej: 63 z 69
  • Punktów za historie: 11644
  • Komentarzy: 388
  • Punktów za komentarze: 1584
 

#78026

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja rodzinna miejscowość jest niewielka. A miejscowość, w której mieszkam od jakiegoś czasu razem z moim narzeczonym (P.) to po prostu wioska. Tam już wybitnie wszyscy wszystkich znają. (My mamy to szczęście, że w tej wiosce mieszkamy na największym odludziu, bez sąsiadów i cywilizacji, zatem "niestety" nie mamy większej okazji słuchać wiejskich ploteczek :D)

P. ma znajomych - M i A., mąż i żona, bardzo mili ludzie, jakoś po trzydziestce. W sumie poznałam ich jako pierwszych odkąd się do niego wprowadziłam. Czasem spotkamy się na jakiegoś grilla czy pójdziemy razem na spacer.

Jakoś w marcu tamtego roku owi znajomi stracili swojego jedynego synka, który dzielnie walczył z chorobą, ale przegrał w wieku lat 3. Nie jestem matką, więc nie wiem jak to jest stracić dziecko, ale zapewne każdy z nas się domyśla. Byli załamani, oboje korzystali z pomocy psychologa itp. Z czasem nauczyli się żyć na nowo, A. jest obecnie w drugim miesiącu ciąży.

I teraz historia właściwa: Stoję z P. w kolejce w jedynym "spożywczaku" w okolicy. Do naszych uszu dobiega dialog dwóch przedstawicielek słynnych moherków.

- Halina, a ty widziałaś ostatnio na cmentarzu tych XYZ? Byli synkowi zapalić świeczkę, a ona to już chyba w ciąży! Bo X mi mówił, że jej matka mówiła...
- No co ty mówisz! Ledwo po pogrzebie, a już o dziecku zapomnieli?!
- Toż to wstyd! A ona jeszcze w takiej koszulce w kwiatki...

I BLA BLA BLA... dołączyła do nich jeszcze jedna, potem następna... .

Nie, nie wtrącaliśmy się, za dobrze znamy mentalność takich "Halinek" ze wsi, z kółkiem różańcowym i tak nie wygramy, a szkoda nerwów psuć.

Zastanawia mnie tylko jedno... Domyślam się, że stracić dziecko czy kogokolwiek bliskiego to wielka tragedia. Ale jeśli ktoś po ciężkich próbach wychodzi na prostą, uczy się znowu cieszyć życiem i stara się układać na nowo, to nadal ma chodzić ubrany na czarno i wszem i wobec pokazywać w jakiej to on nie jest żałobie?
I szczerze to nie pierwszy raz spotkałam się z taką sytuacją, niekoniecznie ze strony "moherek".
Ot, "uroki" wsi.

wiocha mohery rodzice żałoba

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 248 (276)

#78048

(PW) ·
| Do ulubionych
Uroki życia studenckiego.

Mam to szczęście, że mieszkam razem z rodziną - dwoma kuzynami i narzeczoną jednego z nich. Jednak ostatnio przestało być kolorowo, a to ze względu na pokój.
Udało nam się "wyrwać" fajne mieszkanie, w cudownej lokalizacji, dosyć nowoczesne i duże. Oczywiście płacimy miesięcznie niezłą, czterocyfrową sumkę. Ja płacę najwięcej, ponieważ mam największy pokój. A wygląda to tak:

Przyszliśmy obejrzeć mieszkanie - dwa pokoje plus jeden przejściowy (czyli mój), standardowo kuchnia i łazienka. Jako, że i tak byliśmy postawieni pod ścianą (trzy dni do początku semestru), podliczanie kosztów, naszych finansów, dobra, bierzemy to.
(Swoją drogą to, w jakim stanie mieszkanie było gdy się wprowadziliśmy nadaje się na osobną historię; było to spowodowane buractwem byłych lokatorów).

Para zajmuje jeden pokój, drugi kuzyn jednoosobowy, mi zostaje przejściowe. Spoko, i tak mój mężczyzna jest u siebie, a ja raczej nikogo nie sprowadzam. Umówiliśmy się z właścicielem, że jeśli pomieszkamy kilka miesięcy, będę mogła (na własny koszt) postawić sobie ściankę regipsową żeby się oddzielić (co było słuszną decyzją, bo moi współlokatorzy nieco nadużywali pokoju przejściowego, przesiadując non stop przed tv).

No i nadeszła wiekopomna chwila - od tamtego tygodnia mam własny pokój. Drzwi zamykane na klucz. W końcu trochę prywatności. Nie spodobało się to kuzynowi i jego narzeczonej. Zaraz dzień po odgrodzeniu się, dostałam propozycję nie do odrzucenia:
"To robimy tak, ty i tak sama jesteś, to po co ci taki wielki pokój... może pójdziesz do naszego, a my weźmiemy twój?"
Szczerze mówiąc, poszłabym na to. Nie potrzebuję dużego pokoju ani tv, bo nie oglądam (a nie da się go ulokować nigdzie indziej w domu). Ich pokój w zupełności by mi wystarczył. ALE...

"Tylko że my będziemy dalej płacić tyle co płacimy, a ty byś płaciła tyle co za ten, dobra? Wiesz, że ciężko u nas."

No super. Moja wypłata nie jest nawet połową ich wypłaty.
Co więcej, narzeczona kuzyna - swoją drogą najstarsza z nas, ma 23 lata, zadzwoniła do naszej babci i do mojej mamy, że jestem samolubną egoistką i nie widzę tego że oni są w potrzebie :D
Co więcej, jeszcze gdy byliśmy obejrzeć mieszkanie, sto razy pytałam czy na pewno nie chcą tego przejściowego, a mój tato zaoferował się, że może postawić im tą ścianę za grosze. Ale nie.
No cóż... to jestem samolubem i tyle ;)

Uprzedzając kolejne pytania czy mieszkam tu czy z narzeczonym - na mieszkaniu w mieście, w którym się uczę, jestem tylko przez te dni kiedy mam zajęcia (a tak się złożyło, że jest ich niewiele), potem od razu wracam do P. Zatem nie czuję się na studiach jak we własnym domu, bardziej traktuję to jak chwilowy nocleg.

studenci

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 204 (218)

#77970

(PW) ·
| Do ulubionych
Świnta, świnta i po...

Generalnie razem z P. nie obchodzimy świąt, jedynie korzystamy z tego, że w tym czasie jest wolne, bo na ogół nie mamy zbyt wiele czasu dla siebie. No ale przyjechała szwagierka z mężem i córką (o tym napiszę oddzielną historię). Klasycznie - "obskoczyliśmy" też wizyty u moich dziadków, do których przyjechała jakaś dalsza rodzina; więc posiadówka przy jednym stole, rozmowy, może jakaś naleweczka, wiadomo jak to jest.

No i się zaczęło; siłą rzeczy padło pytanie "a kiedy wy się w końcu pobierzecie? Taka ładna para, a bez ślubu!"
Owszem, mamy w planach zaślubiny - w tym albo przyszłym roku. Ślubu kościelnego nie będzie (oboje jesteśmy wypisani z Kościoła Katolickiego). To był już jeden z powodów wielkiej obrazy ze strony tej "dalszej" rodziny, bo moi dziadkowie i najbliżsi P. również mają swoje zdanie na temat religii, niektórzy są innowiercami, więc nie przeszkadza im ten fakt.

Nie jesteśmy jakoś wybitnie bogaci, niczego nam nie brakuje, ale na każdą "większą" rzecz typu nowy samochód czy jakiś wyjazd musimy odkładać pieniądze, staramy się też nie wydawać na rzeczy zbędne. Dlatego z góry oświadczyliśmy, że nie będzie wielkiej imprezy i weselicha na 200 osób. Już teraz wiemy, że zaprosimy jedynie najbliższą rodzinę i kilka zaprzyjaźnionych osób. Będzie zwykłe, małe przyjęcie na naszym ogródku. Zamiast ładować pieniądze w wesele na kilkaset osób, wolimy sobie pojechać na dwa tygodnie w jakieś fajne góry.

1)"Ale jak to PRZYJĘCIE?! Przecież WESELE to tradycja! Ślub bez wesela nie jest ważny!"
2)"No jak to nie zaprosicie cioci Zosi?! Przecież ona ci takie ładne zabawki kupowała jak byłaś mała!" (Nie pamiętam cioci Zosi, nie mamy kontaktu, nawet nie wiem gdzie mieszka).
3)"Przecież X lat temu mąż siostry twojego wujka cię zaprosił!" (Ta, nie MNIE tylko rodziców. A wtedy na chleb mówiłam pep).
4)"Nie bądźcie sknerami, co wasi sąsiedzi powiedzą jak w dniu ślubu będzie jakiś grill na ogródku?!" (Ta, sąsiedzi. Mieszkamy na skraju lasu. Sami. A nawet jakbyśmy mieli sąsiadów, to bardzo nam wszystko jedno na to co by powiedzieli).
5)"JA TO NAWET SIĘ TAM NIE POJAWIĘ". (Jakaś moja rzekoma ciotka, której i tak byśmy nie zaprosili).


I teraz - po świntach - jesteśmy nieuprzejmymi sknerami w oczach "rodziny" :D

święta rodzina wesele

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 163 (205)

#77953

(PW) ·
| Do ulubionych
Nałóg ciężko rzucić, jakikolwiek by nie był. I to nie zawsze z własnej winy, ale również przez ludzi, którymi się (chcąc lub nie chcąc) otaczamy.
Otóż jakoś teraz w kwietniu mija rok jak nie palę. Paliłam trzy i pół roku, rzuciłam z dnia na dzień, bez żadnych tabletek/plastrów i innych wymysłów. Piekielnymi poniżej będą po prostu znajome twarze, z którymi czasem zamieni się parę słów. I niestety kilka osób z bliższych wówczas znajomych.

1. Sępy. Chyba każdy z palaczy ma lub miał takiego "znajomego", który nigdy nie ma na fajki, ale zawsze wyżebrze. Jak miałam, to częstowałam. Do czasu. Potem tylko bliższych znajomych.
- Mabmalkin masz fajkę?
- Nie, rzuciłam.
- No nie pie*dol! Cooo ty!
- No poważnie. Może X ma.
- Jasne, zawsze tak mówicie.
Dopiero po kilku tygodniach jakoś to do niektórych dotarło. A jak już dotarło...

2. Impreza. Idę się przewietrzyć. Wiadomo, że po kilku piwkach przychodzi ogromna ochota na papierosa (przynajmniej ja tak miałam) i często człowiek się przełamuje, ale jakoś dawałam radę, wmawiając sobie, że wszystko co dotychczas osiągnęłam pójdzie na marne. Mimo to, zawsze znalazł się jakiś kretyn, który machając mi paczką papierosów przed oczami próbował namawiać "no daaawaj, widzę przecież, że byś zapaliła". Jeden natręt (właśnie ZNAJOMY) śmiertelnie się obraził, gdy w końcu w złości wyrwałam mu fajki i wrzuciłam do kontenera.
Jego koleżanka, którą poznałam chwilę wcześniej uznała, że będzie śmiesznie, jeśli zacznie dmuchać mi w twarz dymem. Nie powiem jak ich skomentowałam, bo to bardzo brzydkie słowa ;). W każdym razie już się nie odzywamy.

3. A jak ty to zrobiłaś? No jak to z dnia na dzień? A tam, gadasz, wstyd ci się przyznać, a przecież wszyscy teraz biorą jakieś Desmoxany. No ale jak koleżance nie chcesz pomóc, to nie mamy o czym rozmawiać.

To tylko kilka z wielu sytuacji, dla wielu z Was być może mało piekielne, jednak wierzcie mi, że z perspektywy osoby walczącej z nałogiem, były to na początku chwile parszywych prób. Na szczęście większość moich znajomych wspierało mnie w rzucaniu nałogu. Tylko nie rozumiem po co ludzie robią takie rzeczy, zamiast zająć się sobą.

nałogi

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 193 (241)

#77861

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie zamierzam ujawniać swoich poglądów politycznych, ogólnego światopoglądu itp. i Was, drodzy Czytelnicy proszę o to samo.

Mam ja kuzyna, powiedzmy - Szymona. Obecnie uczęszcza do 3 klasy podstawówki we wsi, niedaleko naszego miasteczka.
I mnie, i moich kuzynów/kuzynki, zawsze od małego uczono szacunku do starszych, do ojczyzny, do flagi i ogólnie symboli narodowych. Nie jesteśmy jakimiś skrajnymi patriotami, ja uważam, że to po prostu dobre, normalne wychowanie.
Wszyscy wiemy czego rocznica była w ubiegły poniedziałek 10 kwietnia, niektórzy z Was czynnie uczestniczyli w apelach, innym było to obojętne, jeszcze inni mieli to w d..., wiadomo.
Z tejże "okazji" w podstawówce Szymona (jak co roku od 2010) zwoływany był apel, wnoszono sztandar szkoły oraz flagę Polski. Chyba każdy wie jak wygląda taki szkolny apel; pamiętam, że jak ja byłam w podstawówce, sztandar wnosił przewodniczący szkoły, flagę skarbnik i towarzyszyła im jeszcze jedna osoba. Potem byli zobowiązani zdjąć flagi i odnieść wszystko na miejsce.

W poniedziałek wujek dostał wezwanie do szkoły w trybie natychmiastowym. Bardzo się zdziwił, bo Szymon raczej nigdy nie sprawiał problemów, może i nie był szóstkowym uczniem, ale zawsze radził sobie dobrze, brał udział w konkursach, nigdy wcześniej nie było na niego skarg.
Czego dowiedział się wujek?

Otóż chłopiec (2 lata starszy od Szymona), który na apelu wnosił flagę, zaraz po nim zdjął ją, zmiął jak szmatę i rzucił w kąt. Akurat nie było wówczas nauczycielki w klasie. Szymon podszedł do chłopaka i spytał, czy ma świadomość tego co robi. Chłopak w ramach odpowiedzi, uderzył Szymona w twarz z tak zwanego "liścia". Szymon, niczym nie zrażony, pchnął go na stolik (ze skutkiem zapewne marnym, bo mistrzem sportu i okazem siły to nie jest). Nie uderzył, nie kopnął, nie wyzwał, tylko pchnął. Akurat w tym momencie weszła nauczycielka i tylko od momentu pchnięcia wujek usłyszał jej historię, reszty dowiedział się od samego Szymona i jego dwóch kolegów; nie ma najmniejszych wątpliwości, czy wierzyć własnemu synowi ;).

I tym oto sposobem mój 10-letni kuzyn został oskarżony o sprowokowanie bójki i rozprzestrzenianiu agresji. Na nic były tłumaczenia innych uczniów, którzy stanęli w jego obronie. Dostał do dziennika uwagę, a ten drugi chłopiec coś w stylu "upomnienia", nie wiem jak to nazwać. A flaga? "No proszę pana, ja wszystko rozumiem, ale to woźny jest od sprzątania tego, chłopcy mieli ją tylko odstawić do klasy i zdjąć!".

Nie usprawiedliwiam Szymona, ale nie rozumiem też nauczycielki... Takie osoby mają być autorytetami dla dzieciaków (pomijając rodziców), które właśnie teraz są na etapie kształtowania swojej osobowości, poglądów itd.?
I nie wiem co na ten temat powiedziała reszta grona pedagogicznego.

Może i mam tylko 20 lat, ale "ZA MOICH CZASÓW" potraktowanie tak któregokolwiek z ważnych symboli skutkowałoby czymś więcej niż "upomnienie". I przede wszystkim takie osoby nie pracowałyby w tej podstawówce, do której też chodziłam i którą bardzo miło wspominam.

szkoła podstawowa

Skomentuj (53) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 180 (258)

#77825

(PW) ·
| Do ulubionych
Ach ci zapaleni kupcy...

Mój mężczyzna sprzedaje swoje dwa motocykle. Ot, zamarzyło mu się kupić nowy sprzęcior, za niemałe jak na nasze możliwości pieniądze, dlatego Honda i ukochana Yamaha wystawione na jednym z portali ogłoszeniowych.

Yamaha jest dziesięcioletnia, w stanie bardzo dobrym (mimo delikatnego szlifa poprzedniego właściciela).
Honda, o mniejszej pojemności, rocznik '94 ma jakieś drobne usterki do naprawy (bodajże klocki hamulcowe z przodu, uszczelniacze i łańcuch do wymiany w najbliższym czasie). Nic wielkiego. W ogłoszeniu napisaliśmy, o wyżej wymienionych usterkach, jak i również dopisaliśmy, że mój P. mógłby sam się tym zająć na życzenie klienta, ale wówczas cena by wzrosła. (Teraz tego nie robi, bo zwyczajnie nie ma czasu, a i na Hondzie już nie jeździ).
Ogólnie zainteresowanie duże, codziennie dostajemy kilka telefonów. Było też kilka osób które oglądały motocykl pierwszy lub drugi.

1. Przyjeżdża [f]acet gdzieś z Wielkopolskiego, ogląda Hondę. Po użytkowaniu swojej shadowki 125, stwierdził, że to jego czas na 500. Niby pozornie wszystko ok, ale...

F- A gdzie te nowe opony? (W opisie na aukcji jest wyraźnie napisane, że mój Luby do Hondy DODA OSOBNO zapasowe opony jednej z popularnych firm; należały do mojego "rozbitka", na których przejeździłam 2 tygodnie, więc praktycznie nówki; uprzedzając komentarze - nie, nie są w żaden sposób uszkodzone po wypadku, sprawdzaliśmy w serwisie).
P- Proszę bardzo, leżą tutaj, może Pan sobie obejrzeć.
F- Ale jak to nie założone?
P- No cóż, sam Pan widzi, że te obecne nie są w najgorszym stanie. Jednak nowe dostaje Pan w cenie, a jeśli uzna Pan to za stosowne, to zmieni je Pan.
F- Ale KU*WA?! JAK ZMIENI?! Najpierw dajesz ogłoszenie, że dajesz opony a teraz lecisz w **ja?! To ja takich kłamców pie*dole.
Wsiadł na swojego demona i odjechał w siną dal... .

2. Przyjeżdżają rodzice z synem, na oko 18-letnim. Również obejrzeć Hondę (która swoją drogą i tak nie kwalifikuje się na prawko kat. A2, ale to już nie nasz problem).
[O]jczulek badawczo spogląda, sam się przysiada, obchodzi, tu, tam...

O- To co? Może się Marcinek przejedzie?
P- Nie ma problemu. Zapraszam na podpisanie umowy UŻYCZENIA.
O- Ale jak umowy...
P- Normalnie proszę Pana. Chyba nie myśli Pan, że dam się przejechać Pana synowi ot tak, to nie jest żaden motocykl testowy. Co będzie jeśli się przewróci albo coś?
O- No czy pana po*ebało?! Jak przewróci proszę pana, przecież ON JUŻ TRZY MIESIĄCE MA PRAWO JAZDY!
P- Proszę grzeczniej. Drogi Panie, jak dla mnie Pana syn może sobie mieć prawko od dwudziestu lat, to nie zmienia faktu, że bez podpisania tej umowy i pieniędzy nie może się "przejechać".

No cóż, nie dał sobie przetłumaczyć... tym bardziej, że nasz domek jest usytuowany przy lesie, a zatem dróżki też leśne, jedyny asfalt jest pełen piachu, dziur i błota z uwagi na porę roku, więc o szlifa naprawdę nietrudno. Nie rozumiem też dlaczego miał problem z podpisaniem takiej umowy.

3. Tym razem rodzice z [C]órką. Obecnie w garażu mamy trzy i pół motocykla (mój "rozbitek" jest rozbierany i sprzedawany na części), oraz stoi tam też moja obecna Suzi.
Klasyka, oglądanie Hondy, obchodzenie... i nagle Córeczka dostrzegła moją maszynkę, grzecznie stojącą pod ścianą.

C- Tato, ten jest fajniejszy. I mi się kolor podoba!
O- A za tego ile?
P- Ten nie na sprzedaż.
O- No co pan, przecież stoi i tak.
P- To mojej narzeczonej. Nie jest jeszcze na sprzedaż, ale jeśli jest Pan bardzo zainteresowany, to pod koniec tego roku będzie na sprzedaż.
O- Oj daj pan spokój! Kobita se zaraz inny kupi, a ja bym go z miejsca od pana wziął! Widzi pan, że córci się podoba! To co, za 5 tysięcy?
Ja- Proszę Pana, narzeczony już panu mówił, że to mój motocykl. I mogę Pana zapewnić, że kosztował więcej niż 5 tysięcy. Zapraszam na koniec sezonu.

I takie przekomarzanie się niemal w nieskończoność. W końcu z fochem pojechali. Mi się tylko ciśnienie podniosło trochę.

4. Znajoma, lat 22, napalona na Yamahę.
Wzięliśmy ją nawet na przejażdżkę jako "plecaczek", żeby chociaż mniej więcej poczuła co i jak. Generalnie prawko ma od niedawna (A2, Yamaha ma pojemność 600, ponad 90kM, więc kwalifikuje się tylko na kategorię A; dla osób niewtajemniczonych polecam zapoznać się z obecnym podziałem kategorii prawka na motocykle). Generalnie, po znajomości, mimo chęci sprzedania jak najszybciej, zasugerowaliśmy jej, że skoro wcześniej na niczym nie jeździła, to może coś mniejszego, może jakieś 250... Nie. No dobra - nie to nie.
Umówieni na podpisanie umowy (miała być środa tamtego tygodnia).

W środowe popołudnie jemy sobie obiad, czekamy na dziewczynę. Podjechało auto. Z auta wręcz wypadł jakiś starszy [M]ężczyzna, z równie starszą kobietą. Ja nie wychodziłam, wyszedł narzeczony, bo gościa kojarzył. Okazało się, że to rodzice dziewczyny (przypominam - 22 lata, więc WTF?!); przyszli oskarżyć go o próbę wręcz morderstwa :D Bo oni kategorycznie nie wyrażają zgody na to, żeby ich córka motocykl kupiła. Bo niebezpieczne, bo gdzie to dziewczyna na motorze, bo dawcy nerek i takie tam. W jakiś nieznany mi sposób, P. dał im do zrozumienia, że córka dorosła, że chce kupić za własne pieniądze, więc generalnie nie rozumie ich oskarżeń.
Ale ostatecznie znajoma napisała dzień później, że nie chce, bo jednak finanse ją przerastają. No trudno. Szkoda tylko, że w międzyczasie dzwonili inni stanowczo zdecydowani kupcy, których odprawiliśmy.

5. Telefon:
x- Halo? Pan na Yamahę ogłoszenie wystawiał?
P- Zgadza się, o co chodzi?
x- Bo jo mam dla Pana ofertę! Moglibyśmy się zamienić, Pan mi dasz tą Yamahę i opony z drugiego ogłoszenia, a ja Panu dam Hondę 350 tylko bez opon i bez hamulców!
P- Kuszące, ale nie, dziękuję.
x- A to pie*dol się!

6. Telefon dosłownie sprzed chwili, aż edytuję historię :D
x- Dobry wieczór, ja w sprawie Hondy.
P- Słucham.
x- No bo pan napisał że pan zrobi sam. To możemy zrobić tak, że ja od pana kupię, a potem pan do mnie przyjedzie i zrobi. No bo ja to nie bardzo się znam. (Pomijam, że koleś z Poznania, a my mieszkamy na Dolnym Śląsku; czysta bezczelność)...

Ech, a myślałam, że będzie w miarę prosto :) Jak sprzedamy to do końca roku to będzie sukces, jeśli dalej tak będzie.

klienci ogłoszenia motocykle

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (181)

#77593

(PW) ·
| Do ulubionych
Bardziej uważam to za śmieszne niż piekielne.

Staram się oddawać krew kiedy tylko mogę i przedwczoraj właśnie tego dokonałam. Problem jest zawsze taki, że pani "piguła" praktycznie nigdy nie może wkłuć się w moją żyłę za pierwszym razem, przez co zazwyczaj dopiero po 4 próbie się udaje. Nie zawsze jest siniak, ale tym razem został. No trudno, jakoś mi to nie przeszkadza. Tylko wygląda paskudnie.

Byłam chwilę temu u koleżanki w domu po książkę. Koleżanka mieszka z mamą. Zostałam na kawie, chwilę porozmawiałyśmy i wróciłam do siebie.
Kilka minut temu dostałam SMS od koleżanki (oczywiście napisanego ironicznie): "Sorry mabmalkin ale nie możemy się już spotykać, mama widziała Twoją rękę i powiedziała że z ćpunami kategorycznie mam się nie zadawać, bo jeszcze sama się wciągnę." ;)*

I nie pierwszy raz spotkałam się z taką reakcją; kiedyś latem w tramwaju jakaś matka z dzieckiem nie chciała usiąść naprzeciwko mnie, po tym jak zobaczyła siniaka.
Nie jestem zwolenniczką długiego rękawa.

*Przypominam, że SMS był IRONICZNY. Nie zerwałyśmy kontaktu ani nic z tych rzeczy.

oddawanie krwi

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 163 (225)

#77631

(PW) ·
| Do ulubionych
Z czasu, gdy mieszkałam jeszcze w rodzinnym domu, czyli październik, dwa lata wstecz. Jeśli będziecie chcieli, mogę podać w komentarzach link do lokalnej strony internetowej, w której sytuacja była pokrótce opisana. Ja jednak opiszę to ze swojej perspektywy, ponieważ wraz z mamą i sąsiadami jesteśmy stroną oskarżającą, a artykuł jest dość lakoniczny.

Mieszkałam w kamienicy. Generalnie mieścina mała, wszyscy wszystkich znają. Sąsiadów mieliśmy różnych, zdarzali się pijaczki, jak i normalni, przyjaźni ludzie. Jednak była pewna "parka", Żulietta i Żul, jakoś po 30-tce. Mieszkali piętro wyżej i znani byli z tego, że zapraszali do siebie wszelkich cesarzy i księżne melin, urządzali huczne imprezy, jednak po interwencjach sąsiadów i zagrożeniu eksmisją, zaczęli chodzić do innych melinek.

Byłoby świetnie, ale... od marca mieli psa. Ogromnego psa, nie wiem dokładnie jaka to rasa bo się na tym nie znam, ale my potocznie mówiliśmy, że to "wilczur". Raczej młody, jakieś 2 lata, nie więcej. Po kilku tygodniach spędzonych u Ż i Ż, był coraz bardziej wychudzony.

Kiedyś ktoś z sąsiadów zwrócił Żuletcie uwagę, że może zamiast na wódeczkę czy spirytusik to warto by było psa nakarmić. Zignorowała i poszła z nim na spacer. Każdy z mieszkańców bloku dobrowolnie "podrzucał" pod drzwi a to resztki obiadu, a to puszki z jedzeniem itp.

No tak, wiem... trzeba było to wcześniej zgłosić, ale później stan psa uległ znacznej poprawie. Jakoś na przełomie maja i czerwca, Żul znalazł podobno pracę i ogólnie (rzekomo) się ogarnęli, więc postanowiliśmy się już nie wtrącać. Było dobrze. Do października.

W październiku Żul widocznie porzucił "karierę" na rzecz kontynuowania pijackiego hobby.

01.10.15 r.

Wychodzą z domu około południa.

02.10.15 r.

Słychać szczekanie i skamlenie psa. Zostawili go samego. No cóż, czekamy, pytamy okolicznych pijaczków czy ich nie widzieli. Mojej mamie nawet udało się zdobyć numer do Żulietty. Nie odbiera. Wieczór, pies skamle.

03.10.15 r.

Pies jeszcze szczeka, ale jakby słabiej. I teraz wchodzi piekielność służb mundurowych. Około południa dzwonimy po Straż Miejską, opisujemy sytuację. Odpowiedź? "Niech państwo poczekają jeszcze dzisiaj, jeśli nikt nie wróci, proszę zgłosić jutro." No OK, ale jak słyszało się tego psa, to serce bolało.

04.10.15 r.

Nikt nie przyszedł. Jeden z sąsiadów próbuje dostać się do środka, jednak wyważenie drzwi nie wchodziło w grę. Poza tym zadzwoniliśmy ponownie na Straż Miejską.

- Nie, nikt się nie pojawił.
- Jest pani pewna? No to proszę zadzwonić na straż pożarną.
Nosz kur...
- Proszę pani my teraz interwencję mamy.
- To po interwencji się nie da? Albo straż z miasta obok?
- Nie wiemy ile to potrwa proszę pani, proszę dzwonić na policję!

Dzwonimy na policję.
"My się takimi rzeczami nie zajmujemy, niech pani dzwoni na stra... ale zaraz, jak? Żul? A, no mamy go na izbie wytrzeźwień. Podwieziemy go jutro pod dom!"

05.10.15 r.

Nie podwieźli. Pies już skamle od czasu do czasu. Dzwonimy ponownie na SM i mówimy, że jeśli się nie pojawią w przeciągu godziny, to będziemy sami wyważać drzwi. Obiecali, że o 17.00 ktoś przyjedzie.

Nie przyjechali, więc powiedziałyśmy z mamą dość. Kolesiostwo czasem pomaga, a mianowicie- piątego właśnie mój wujek, piastujący w policji dość wysokie stanowisko, wracał z urlopu (wcześniej dzwoniłyśmy, ale nie odbierał). Na szczęście odebrał. Gdy tylko dowiedział się o całej sytuacji, wściekły jak osa, jeszcze z lotniska zadzwonił do swojego przełożonego. Bingo.

06.10.15 r.

Poranek. Godzina jakoś 8.00. Pod nasz blok podjeżdżają dwa wozy strażackie i jeden radiowóz. Strażacy próbują dostać się przez okno, a ja z mamą i dwoma policjantami idziemy na piętro, by otworzyć drzwi (strażacy otwierali je od wewnątrz). Ja z mamą byłyśmy pierwszymi osobami, które zobaczyły TO. A ten widok zapamiętam do końca życia, podobnie jak smród.

Wyobraźcie sobie: piec kaflowy w przedpokoju. Do pieca na krótkiej lince przywiązany pies. W takiej pozycji, że nie mógł ani się położyć, ani wstać, ani usiąść. Pies jeszcze żył, na nasz widok nawet usiłował poruszyć ogonem. "Półsiedział" we własnych fekaliach, których było dosłownie MORZE. Dalej nie będę tego opisywać.

Sprawa została zgłoszona do sądu, Ż i Ż grozi do dwóch lat pozbawienia wolności.

I teraz piekielności (pomijając sam fakt doprowadzenia zwierzęcia do takiego stanu).

1. Straż Miejska, Policja, Straż Pożarna. Oczywiście nie mieli sobie nic do zarzucenia, ich zdaniem interwencja przebiegła nienagannie. I skargi nie pomogły. W artykule napisali, że "mieszkańcy zaalarmowali służby 6 października". Nic nie wspomnieli o wcześniejszych dniach.

2. Weterynarz. Psa przekazano do weterynarza, który wykrył u niego jakąś poważną chorobę podskórną i inne świństwa. Przez kilka dni odwiedzałyśmy go z mamą i na pytanie kiedy zostanie oddany do schroniska, wet odpowiedział... "Ale do jakiego schroniska? Wie pani ile to KOSZTUJE? Doprowadzimy go do porządku a jak właściciel przyjdzie i będzie chciał go z powrotem to mu go oddamy." No nie. Zgłosiliśmy sprawę do Burmistrza, który to dopiero orzekł o CZASOWYM zabraniu psa właścicielowi i umieszczeniu w schronisku.

Nie znam przepisów dotyczących takich sytuacji, musiałabym poszperać, ale zrozumiałam tyle, że jeśli właściciel zgłosi się po takie zwierzę (a wtedy był jeszcze przed rozprawą w sądzie), to weterynarz musi mu go oddać.

Jeśli ktoś z Was wie coś więcej na ten temat to z chęcią posłucham, nie jestem przecież nieomylna.

dolny śląsk

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 263 (285)

#77576

(PW) ·
| Do ulubionych
Często słyszymy o słynnych "Januszach". Osobiście podchodziłam do tego z pewnym dystansem, choć oczywiście wierzę, że istnieją takie mentalnie i fizycznie "januszowe" osoby. Ale od poprzedniej środy już mam pewność, że na pewno istnieją.

Dosyć często chodzę na basen w ramach ćwiczeń poza siłownią. Jednak z góry uprzedzamb- nie na tyle często, by kupić karnet na basen sportowy (inaczej nie byłoby tej historii); wolę kupić bilet na aquapark i sobie iść. Czasem oczywiście bywały jakieś nieprzyjemne/dziwne incydenty; a to jakiś dzieciak na kogoś skoczył, a to kogoś ochlapał celowo i takie tam... ale zazwyczaj upomnienie ratownika skutkowało. Zwykle w godzinach, w których jestem, jest dość sporo seniorów. I prawie nigdy nie spotkałam się z piekielnościami z ich strony (celowo piszę o seniorach, bo dość często spotykam się z opowieściami, w których to właśnie ta grupa osób jest piekielna). Ale ubiegły środowy poranek zapamiętam na pewno na długo.

1. BOHATEROWIE: JANUSZ, GRAŻYNKA I TRÓJKA DZIECIAKÓW.

Szatnia jest wspólna dla wszystkich, przebieralnie to oddzielne kabiny. Jako, że miałam już strój ubrany, byłam w trakcie zdejmowania odzieży wierzchniej...
- OOO DLA TAKICH WIDOKÓW TO JA TU PRZYJECHAŁEM!
Jest. On. [J]anusz. KSIĄŻKOWY. Bujny wąs. Resztki włosów na głowie. Biała koszulka, którą ja żartobliwie nazywam koszulką do bicia żony. I nie koloryzuję - brzuch miał taki, jakby połknął małe słoniątko. Normalnie perfekcyjny Janusz. Za nim Grażynka z trójką dzieciaków. Takie komentarze ze strony facetów, często się zdarzają w stronę wielu dziewczyn, dlatego tylko burknęłam coś w stylu, żeby zajął się lepiej swoją żoną i poszłam na pływalnię.

2. BASEN PŁYWACKI.

W aquaparku jak wiadomo, każdy znajdzie coś dla siebie - dzieciaki zjeżdżalnie itp., dorośli jacuzzi, sauna, pływanie rekreacyjne. Na jednym torze zwykle jest kilka osób, jednak zawsze kulturalnie nikt sobie nie przeszkadza. Ale nie tym razem. Przychodzi Janusz z potomstwem. Co tu opisywać... wszedł do wody, ustawił dzieci obok siebie przy ściance i zaczął ich "zawody". No to wyobraźcie sobie; z jednej strony trójka dzieciaków, a na przeciwko jakieś dwie kobiety, które akurat przymierzały się do kolejnego basenu; jedna z nich była w połowie.* Na szczęście zareagował ratownik. Janusz coś tam pobrzęczał (nie wiem co dokładnie, bo byłam na innym torze), ale wyszli z dzieciakami w stronę dziecięcej zatoki.

3.ALE JA MAM KARNET NA CAŁY DZIEŃ!

W przerwie poszłam na jacuzzi, jak zawsze oblężone. Ale miejsce się znalazło. I tak się relaksuję, aż nagle ktoś mnie szturcha w ramię. No Janusz.
J- Ej gówniaro, wychodź.
j- Chyba coś się panu pomyliło. I grzeczniej proszę.
J- CH*J mnie to obchodzi, wychodź bo ja mam karnet na cały dzień.
j- A ja mam bilet na trzy godziny i mam takie same prawa jak Pan. (Starsza Pani siedząca obok poparła moje słowa).
J- Taa? Ale ja więcej zapłaciłem. Wychodź albo idę do ratownika, albo i do szefa na skargę.
j- Podobno pan tu dla takich widoków przyszedł. No, to niech pan idzie.

Przyszedł ratownik, jeden, drugi (którzy w tym czasie powinni pilnować porządku, chyba że wysłali kogoś na swoje miejsce; nie wiem). I tłumaczą Januszowi to samo co im powiedziałam. Ale nie, bo przecież ON MA KARNET NA CAŁY DZIEŃ! Coś tam powiedział, że i tak pójdzie na skargę i poszedł w siną dal.

4. WYJŚCIE Z AQUAPARKU.

Dwie sytuacje, które wydarzyły się jednocześnie, które przelały czarę cierpliwości ratowników. (I wielkie im dzięki, bo w przeszłości spotykałam się z naprawdę totalnym "olewczym" stosunkiem ratowników do wielu sytuacji).
Przy mojej kolejnej już, końcowej wizycie w jacuzzi, przychodzi Grażynka z chyba najmłodszą córką do jacuzzi obok.
- Mama, siusiu!
- Kochanie, jeszcze pięć minut.
- Mama teraz!

Co robi Grażynka?
Uwaga. Wynosi córeczkę na basen dziecięcy i jak gdyby nigdy nic zdejmuje jej dolną część stroju. W tym samym czasie synek przybiega gdzieś ze strony restauracji (wydzielona część, nie można wynosić oczywiście jedzenia, jednak odległość nie jest duża i dzieciak spokojnie mógł przebiec). Dodatkowo w tym samym czasie odpalają tak zwaną "falę". Młody nie spodziewał się tego i frytki, które dzierżył w dłoniach wpadły razem z nim do wody.
Nim cokolwiek innego zdążyło się zdarzyć, jeden z ratowników widocznie opierniczał Grażynkę, drugi wyciągał dzieciaka.
(Wszystko widziałam z dość dużej odległości). Wyszło na to, że Janusz z familią zostali wyproszeni, chociaż z gestykulacji wnioskuję, że próbował się odgrażać. A część basenu dziecięcego została zamknięta na czas oczyszczania.

No książkowi. Nie życzę nikomu takich sytuacji; człowiek idzie się odprężyć, a tu buractwo.

*Chodzi mi o to, że zazwyczaj jak na torze jest kilka osób, to pływają jedną stroną, a jeśli ktoś jest szybszy, to wyprzedza resztę i z powrotem płynie drugą stroną. Powiedzmy, że na zasadzie ruchu samochodowego. A dzieciaki zajmowały całą szerokość toru, nie dając innym możliwości wyminięcia się i w efekcie zaburzały cały system narzucony z góry.

aquapark

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 240 (254)

#77504

(PW) ·
| Do ulubionych
Już gdzieś tu kiedyś widziałam podobną historię, ale wówczas trudno mi było sobie wyobrazić tę sytuację. A jednak.

Jakieś piętnaście minut temu jechałam dość dużo spóźniona na uczelnię. Nie zdążyłam zjeść w domu przygotowanego wcześniej śniadania w postaci kanapki. Stoję gdzieś na końcu autobusu pełnego studentów i starszych ludzi. Zabrałam się za jedzenie. Koło mnie siedzi matka z dzieckiem, na oko 3-4-letnim. Nie wyglądała na biedną, wręcz przeciwnie, markowe ubrania itp. W pewnym momencie chłopiec wyciąga rączkę w moim kierunku i wydaje sobie rozumiany odgłos. Uśmiechnęłam się do niego i konsumuję dalej. W pewnym momencie piekielna mamuśka zwraca się do mnie z pretensją w głosie: "No daj mu gryza! Nie widzisz, że dziecko głodne i chce?!".

Zamurowało mnie. Serio? Ja, obca osoba mam dać resztę swojej kanapki jakiemuś dzieciakowi? Odparłam, że skoro dziecko jest głodne, to mogła je nakarmić.
Jakby tego było mało, na mój komentarz, jedna z "moherek" (z ciastkami na kolanach) oburzyła się, że "tym młodym bezczelnym to już się w du*ach poprzewracało, skoro dziecku odmawiają". Nie wiem jak to skomentować. Wysiadłam na swoim przystanku, ciągnąc szczękę za sobą. :D

Komunikacja miejska piekielne matki

Skomentuj (44) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 362 (376)