Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

mabmalkin

Zamieszcza historie od: 4 stycznia 2017 - 1:24
Ostatnio: 22 czerwca 2018 - 14:16
  • Historii na głównej: 77 z 85
  • Punktów za historie: 13584
  • Komentarzy: 448
  • Punktów za komentarze: 1851
 

#78344

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja młodsza kuzynka jest obecnie w 1 klasie gimnazjum. Jest siostrą Szymona z mojej przeszłej historii.

Ostatnio była wywiadówka. Wychowawczyni kazała wujkowi zostać.
Powód?

Wychowawczyni:
- Zauważyłam NIEPOKOJĄCĄ RZECZ! Weronika na przerwach zamiast rozmawiać z rówieśnikami, czyta Orwella! I w ogóle cały czas czyta.
Wujek:
- No i? Moja córka uwielbia książki, to chyba dobrze?
Wychowawczyni:
- Ależ proszę pana! TO JEST PORZĄDNA SZKOŁA! Kto to widział, żeby młoda dziewczyna, dziecko, czytało taką literaturę?! Przecież i tak nic nie rozumie. Lepiej niech lektury czyta! (Kuzynka każdą lekturę sumiennie czytała, nawet czasem kilka razy, więc nie rozumiem po co ten komentarz).

Nie wiem co komu zrobiła pani wychowawczyni, kończąc studia i dostając uprawnienia do nauczania. Ja też czytałam w przeszłości książki, które nie do końca rozumiałam ale nie widzę w tym nic złego. Po paru latach do nich wracałam i niektóre rzeczy były jakby bardziej oczywiste.

Gimnazjum pod względem nauczania nie odróżnia się od innych niczym. Wujek wdał się w dyskusję, ale nie powiem jak przebiegła bo nie było mnie przy tym; powiedział tylko, że "pani magister", cytując, jest "nieźle po*ebana".

Nie pozwalajcie dzieciom czytać książek. Przecież to niepokojące.

szkoła

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 243 (261)

#78253

(PW) ·
| Do ulubionych
Generalnie nie obchodzi mnie czy ktoś jest wege, nie toleruje laktozy, glutenu, woli jeść kamienie czy runo leśne. Dopóki z tego powodu nie traktuje innych jak ludzi "nieoświeconych", "morderców" i podchodzi do swojej diety z fanatyzmem, próbując wszystkich dookoła przekonać do swoich racji. (Tak samo jak osoby jedzące mięso na siłę próbują wmusić je w osobę nie jedzącą go, bo i tak się zdarza).


Ja na przykład uwielbiam mięso. Był grill u kolegi z pracy narzeczonego, zaprosił w większości ludzi właśnie z pracy. Wśród nich była Monika. Ogólnie miła dziewczyna, akurat siedziała obok mnie, rozmawiałyśmy normalnie, przyniosła jakieś owoce pokrojone w plastry i coś co przypominało kształtem kotlety, ale nie znam się na tym. Przyszedł Gospodarz, mówi że można już kłaść jedzenie na kracie. Monika poprosiła by on to zrobił.

Nadszedł czas zdejmowania z grilla. Gospodarz, z czystej uprzejmości przyniósł Monice kilka pieczonych owoców i powiedział, że jak chce to reszta jest nad ogniem. Zjadła, rozmawiamy dalej. Potem sama wstała po jedzenie i się zaczęło.

Wrzask, ryk, że jak to, że jej jedzenie spoczywa na tej samej karcie co kiełbasy i steki, dla których zginęły biedne zwierzęta, że wszyscy jesteśmy po*ebani bo mamy ich krew na rękach, na koniec wybuchnęła płaczem, bo zjadła tych kilka owoców które już były na tej kracie. Powiedziała, że nie chce "bratać się z mordercami" i że nienawidzi nas wszystkich. I wyszła.

Nie wiem, nie znam się, ale moim zdaniem z lekka przesadziła. Wystarczyło poprosić by kumpel odpalił osobnego grilla.

Wege grill znajomi

Skomentuj (59) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 201 (235)
zarchiwizowany
Mamy sobie wiatrówkę. Od zawsze lubiłam strzelać, w LO jeździłam na zawody, bardzo dobrze mi idzie. Czasem lubimy z P. wyjść na ogródek i strzelać do tarczy. Wiadomo- na wiatrówkę pozwolenie nie jest potrzebne, jeśli energia kinetyczna wystrzelonego pocisku nie przekracza 17 J (powyżej niby też nie jest wymagane, ale wiatrówkę trzeba wtedy zarejestrować). Nasz stary Magnum zdecydowanie nie przekracza normy.
Mówiłam już, że nie mamy sąsiadów koło domu, jednak niedaleko jest pierwszy blok mieszkalny, ludzie czasem lubią przechadzać się skrajem lasu aż do końca, czyli do jeziorka i siłą rzeczy muszą minąć nasz dom i ogródek.
Robiliśmy sobie wczoraj około południa małe strzelanko na ogrodzie, mijała nas tylko jedna osoba, jakaś starsza babka, którą kojarzymy z widzenia. Idąc przystanęła i przyglądała się przez chwilę jak strzelamy, ale mówiąc kolokwialnie olaliśmy ją. Dlatego wnioskuję, że cała akcja jest spowodowana przez nią.
Otóż dzisiaj zapukali do nas panowie w niebieskich mundurkach, wylegitymowali się i stwierdzili, że dostali powiadomienie, że przetrzymujemy w domu SKŁADY BRONI I AMUNICJI :D
Nakazu i tak nie mieli, ale obyło się bez nieprzyjemności z tego względu, że obydwu Panów dobrze znam (czasem chodzę na komisariat do wujka); pośmialiśmy się, powiedziałam, że z chęcią możemy pokazać ten skład amunicji, a co, pochwalimy się :D.
Postrzelali pięć minut z nami i zadowoleni poszli. (Tak tak, wiem, że powinni wrócić do pracy, ale to nie moja sprawa. Podobno i tak po tej "interwencji" mieli mieć przerwę.)
Podobno starsi ludzie nie mają zajęć i szukają sensacji. W tym przypadku się zgadzam.

edit: Owa kobitka nie pierwszy raz nas widziała. Strzelamy tak od ponad roku.

sąsiedzi ogród policja

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 52 (98)

#78111

(PW) ·
| Do ulubionych
BĘDZIE DŁUGO
Miała być historia o rodzinie mojego Mężczyzny tuż po świętach, ale nie miałam czasu, poza tym pojawili się też na majówce i dzisiaj pojechali. I bardzo się cieszę, bo po wczoraj UJ mnie prawie strzelił. Zdecydowałam się na kilka historii w różnych odstępach czasu.

W sumie główną bohaterką będzie tu moja przyszła (niestety) szwagierka, powiedzmy Anka.
Już kiedy pierwszy raz zostałyśmy sobie przedstawione, jakoś miałam przeczucie, że się nie polubimy. I nie dlatego, że Anka (starsza od mojego P.) mogłaby być praktycznie moją matką, ale dlatego, że już od pierwszych minut poznania się, Anka okazała się być Alfą i Omegą, wszechwiedzącą wyrocznią, mądrzejszą od wszystkich naukowców świata. Szczerze mogę przyznać, że nie znam bardziej aroganckiej, zakompleksionej i zarozumiałej osoby. A poza tym w jej oczach byłam młodą gówniarą, która chce pieniędzy jej brata (akurat takie podejście za pierwszym razem wcale mnie nie dziwi i nie mam o to żalu). Dlatego JA starałam się być miła. Nie wazeliniarsko, po prostu starałam się nie wchodzić w nią w żaden konflikt. A to trudna sztuka, bo to ta osoba, która szuka dziury w całym.
Anka ma męża- świetnego faceta- Daniela i piętnastoletnią córkę Karolinę, która ich jedynym dzieckiem.
A i zanim mnie ocenicie lub zbesztacie, że "a ja to bym powiedział/a jej to to i tamto, nie dał/a sobą pomiatać"- zrozumcie, to siostra mojego przyszłego męża. Ja owszem, mam niewyparzony język ale na prośbę JEGO i przyszłej teściowej, starałam się zawsze pohamować, gdyż Anna to kobieta, której NIKT- własny mąż, matka, brat, ksiądz proboszcz, prezydent itp. nie "przegada". A po co psuć sobie nerwy i walczyć z wiatrakami? Ignorowanie jeszcze bardziej ją wkurzało ;).

1. TUSZA.
Genetycznie mam tendencje do tycia, jednak moja waga jest prawidłowa, NIGDY nie miałam nadwagi. Nigdy też nie przekroczyłam granicy 63kg (przy 164cm wzrostu). Poza tym ćwiczę i jestem w stałym ruchu. Gdy poznałam się z Anką, byłam szczupła. Później miałam problemy hormonalne, przez co ważyłam wówczas te 63kg. Dodatkowo byłam po wypadku motocyklowym i ćwiczeń ruchowych nie mogłam wykonywać, ba, ledwo co chodziłam. Urosłam tylko w udach i biodrach, poza tym nie miałam żadnych fałd tłuszczu czy coś. I tak sama ze sobą źle się czułam fizycznie. Robiliśmy grilla. Anka widząc, jak jem kawałek krupnioczka, nie omieszkała co chwilę komentować, jak to w młodym wieku dziewczyny ZAPUSZCZAJĄ się i potem wyglądają jak balerony. Aha, Anka ma 40 lat i waży jakieś 120 kg. Moja mama ma 46, tendencje do tycia i waży 70, o czym ja nie omieszkałam jej poinformować. Wierzcie mi, nie mam nic do osób otyłych, ale w momencie gdy ktoś taki krytykuje moją wagę, to nóż w kieszeni się otwiera.

2. SPADEK
Na święta bożego narodzenia również przyjechali. Jak już wspomniałam, Daniel jest klawy gość, więc stwierdziliśmy z P. że dotrzymamy mu towarzystwa przy kieliszeczku. Po kilku głębszych, Anka się rozkręciła. Dosadnie wytłumaczyła mi i P. że nie ma co liczyć na ten dom, bo jak jej się zachce to g*wno dostaniemy a nie mieszkanie. A jakbym chciała się tu zameldować to ona MOŻE się zgodzi po naszym ślubie. I nie mam co liczyć, że dostanę cokolwiek. Ogólnie takie tam pierdoły. Rozluźniona pysznym, swojskim winem, powiedziałam tylko, że nie zamierzam tu mieszkać i że może być o to spokojna. Na szczęście uwierzyła.
A teraz tłumaczę: po śmierci ojca P. i jej, w testamencie dom został podzielony. Na pół. Część jest przepisana na mojego P. a druga połowa jest jej. Dodatkowo ich matka, która z nami mieszka, ma prawo dożywotnio korzystać z całego domu.
Zatem jej śmieszne "groźby" spłynęły po mnie i P. jak po kaczce.
Daniel później nas przepraszał za jej zachowanie.

3. PRZY WIGILIJNYM STOLE
U mnie w domu i w rodzinie od zawsze jadło się wszystko ostro przyprawione. Zdarzało się, że gdy niespodziewanie przyprowadzałam koleżankę i mama podawała obiad, koleżanka nie była w stanie zjeść bez litra lodowatej wody do popitki. Teściowa zrobiła pyszną rybę. Gotuje rewelacyjnie. Ale ja to ja- sięgam po pieprz i paprykę. Reakcja Anki? "Nie masz za grosz ogłady i nie znasz zasad savoir vivre, bo używanie przypraw na oczach kucharki to największa obraza jaka może być!" Miałam ochotę wstać i wyjść, ale powiedziałam tylko żeby zajęła się swoim talerzem, co spotkało się z aprobatą ze strony reszty rodziny.

4. TUSZA 2 I SPORT
Od czasu gdy ważyłam tamto 63kg minęło sporo miesięcy, zdążyłam wrócić do formy przed wypadkowej, a może i lepszej. Nie zamęczam się żadnymi dietami czy głodzeniem, mam wypracowany swój własny system i tego się trzymam. Nie uważam też, że wyglądam jakoś "mega fit". Na święta wielkanocne przyjechali znowu. Przyznam, że z początku Anna zachowywała się nad wyraz mile w stosunku do mnie, myślałam nawet, że może już trochę zmieniła zdanie. Ale... Słońce dawało czadu, że grzech grilla nie rozpalić. Przebrałam się z dresów w szorty i jakąś koszulkę. Pierwszy odezwał się Daniel, że widzi dużą różnicę i że chyba dużo trenowałam. Nie powiedział nic dwuznacznego, nie było w tym żadnej sugestii. Ot, uznałam to za komplement i podziękowałam. Karolina też była zachwycona i spytała się jaki sport uprawiam, bo ona też by chciała trochę mięśni wyrobić (15-latka powoli zbliża się do wagi mamusi).
Na to Anka od razu z koparą. Powiem wam tylko w punktach co wywnioskowałam z jej monologu:
- Facet nie powinien lecieć na chude dziewczyny. (do bycia CHUDĄ to mi daleko).
- Cycki to pewnie sobie zrobiłam operacją za pieniądze Pawła. (Pewnie, zawsze marzyłam o operacji powiększania czegokolwiek... ).
- Uprawianie sportu jest bez sensu, bo potem na starość wszystko boli. Pływanie szkodzi na kręgosłup, siłownia na stawy, coś tam na coś innego... jednym słowem najlepiej siedzieć na du*ie.
Mówię Wam, śmiesznie się tego słucha z ust ponad 100-kilogramowej, ZDROWEJ kobiety.
- Karolina to się powinna szkołą zająć a nie pierdołami.
- Na starość pożałuję.

5. KAROLINA
To z wczoraj. Z Karoliną też bardzo fajnie się dogaduję. Czasem Ania i Daniel zostawiają ją tu u babci na kilka dni, czy na ferie. Nie przeszkadza nam to. Wczoraj mój P. coś grzebał przy aucie, więc zabrałam się za obiad. Uwielbiam gotować i to jedna z moich pasji. Do pokoju zapukała Karolina, zwykle przychodziła po książki, ale tym razem spytała czy może mi coś pomóc, bo mama w domu jej nie pozwala w kuchni nic robić, a ona by chciała.
Dobra, dałam jej obieraczkę i warzywa. Kilka minut później uczyłam ją jak posługiwać się obieraczką. Szło jej rewelacyjnie, pomijając, że jak na piętnastolatkę to niektóre rzeczy typu włączenie piekarnika powinna znać.
Ogólnie można powiedzieć, że mi (w sumie obcej osobie) wyżaliła się, że jej w przyszłości każą iść do szkoły na medycynę, że nie pozwalają jej rozwijać pasji, sprawdzają jej wiadomości w telefonie, facebooka mieć nie może, a z koleżankami wychodzi trzy razy w miesiącu, na dwie godziny. Tato czasem jej broni ale wszystkim w domu rządzi mama. No cóż, mi dziewczyny żal, ale co ja mogę? Porozmawiałam później o tym z P., obiecał że porozmawia z Danielem.
Ale wracając do obiadu- mieliśmy ten zjeść wspólnie, w ramach pożegnania, teściowa dorzuciła też coś od siebie.
Ania poczęstowała się nadziewaną papryką
A: Mamuś pyszne zrobiłaś.
M: A to nie ja, to mabmalkin z Karolinką coś dzisiaj robiły.
I tu nagły zwrot akcji. Anna zrywa się sprzed stołu, drze na mnie koparę, że DEMORALIZUJĘ (wtf?) jej dziecko, że jak chcę być KURĄ DOMOWĄ to sama mam być ale nie wciągać w to gó*no jej dziecka, BO KAROLINKA MA BYĆ KIMŚ I IŚĆ NA MEDYCYNĘ!
P. trzymał mnie w uścisku, bo przysięgam, że ręce mnie świerzbiły jak nigdy wcześniej. Mimo uspokajania przez wszystkich, wyszła i trzasnęła drzwiami i tyle ją widzieli.
Daniel bardzo mnie i P. przeprosił, pożegnaliśmy się i pojechali do siebie.

Ot taka mi się szwagierka trafiła. Każde święto czy ich przyjazd ot tak kończą się podobnie. I tylko ona to wszystko nakręca. Nie polecam.
Jak mówi moja matula: "Na szczęście wychodzisz za Niego a nie za szwagierkę". :)

rodzina szwagierka

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 238 (280)

#78069

(PW) ·
| Do ulubionych
UWAGA, KIEROWCA ROKU :D

Normalnie typowa BABA ZA KIEROWNICĄ. (Nie ubliżając Wam Panie, sama jestem kobietą, taki żarcik tylko ;))

Dzisiaj po zakupach na majóweczkę, wjeżdżamy z Lubym na rondo*. Na szczęście dzisiaj moim 22-letnim złomem, który i tak rozpadał się w oczach, więc mam teraz pretekst by zmienić na nowy. Będąc już na rondzie, nagle JEB, w prawy bok. Nie jakoś mocno, tylko lekki wstrząs autem. Z Renaulta wychodzi kobitka. Jakoś w wieku mojego faceta. I zanim jeszcze wyszliśmy z auta (i z lekkiego szoku), ona już drze koparę.

Nie będę Was wdrażać w szczegóły, mamy szczęście, że wszystko przebiegło sprawnie i że w moim gracie mamy kamerkę. Wyglądało to tak, że szanowna pani wjechała na rondo, nie próbując nawet hamować (nie jechała na szczęście szybko) mimo, że byliśmy już przednimi drzwiami auta tuż na jej wysokości.
Będzie odszkodowanie, jest orzeczenie o jej winie itp., ogólnie nic wielkiego. Ale najlepsze jest jej tłumaczenie na początku. Uwaga...

"TY PIE******* *********! CO Z CIEBIE ZA FACET? PI*DA JESTEŚ A NIE FACET! NIE WIESZ, ŻE KOBIETOM SIĘ USTĘPUJE?!"

Panowie, pamiętajcie że jak jesteście na rondzie, to żeby ustąpić nadjeżdżającym kobietom ;)

*My mieliśmy pierwszeństwo.

rondo stłuczki

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 206 (240)

#78058

(PW) ·
| Do ulubionych
Byłam dzisiaj w odwiedzinach u rodziców. Tak się złożyło, że odwiedziła nas matka mojej dobrej koleżanki z liceum i jednocześnie moja była nauczycielka historii z podstawówki.
Obecnie jest dyrektorką tej podstawówki. Klasyczna rozmowa co tam, jak tam w szkole...

Otóż od poniedziałku wielkie poruszenie (i słuszne moim zdaniem).
Dwójka uczniów, klasa druga, w niedzielę została "przyłapana" na... zrzucaniu bezpańskich kotów z mostu do rzeki. Przyłapała ich jakaś starsza kobieta z wioski w której mieszkają, mieszka po sąsiedzku z jedną z rodzin z której jest jeden z gnojków.

Oczywiście rodzice wezwani i na pewno nie skończy się to na "uwadze" w dzienniku. Obaj chłopcy nie pochodzą z żadnych "patologicznych" rodzin, wręcz przeciwnie.
Nic więcej nie mam do napisania.

podstawówka

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 208 (232)

#78026

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja rodzinna miejscowość jest niewielka. A miejscowość, w której mieszkam od jakiegoś czasu razem z moim narzeczonym (P.) to po prostu wioska. Tam już wybitnie wszyscy wszystkich znają. (My mamy to szczęście, że w tej wiosce mieszkamy na największym odludziu, bez sąsiadów i cywilizacji, zatem "niestety" nie mamy większej okazji słuchać wiejskich ploteczek :D)

P. ma znajomych - M i A., mąż i żona, bardzo mili ludzie, jakoś po trzydziestce. W sumie poznałam ich jako pierwszych odkąd się do niego wprowadziłam. Czasem spotkamy się na jakiegoś grilla czy pójdziemy razem na spacer.

Jakoś w marcu tamtego roku owi znajomi stracili swojego jedynego synka, który dzielnie walczył z chorobą, ale przegrał w wieku lat 3. Nie jestem matką, więc nie wiem jak to jest stracić dziecko, ale zapewne każdy z nas się domyśla. Byli załamani, oboje korzystali z pomocy psychologa itp. Z czasem nauczyli się żyć na nowo, A. jest obecnie w drugim miesiącu ciąży.

I teraz historia właściwa: Stoję z P. w kolejce w jedynym "spożywczaku" w okolicy. Do naszych uszu dobiega dialog dwóch przedstawicielek słynnych moherków.

- Halina, a ty widziałaś ostatnio na cmentarzu tych XYZ? Byli synkowi zapalić świeczkę, a ona to już chyba w ciąży! Bo X mi mówił, że jej matka mówiła...
- No co ty mówisz! Ledwo po pogrzebie, a już o dziecku zapomnieli?!
- Toż to wstyd! A ona jeszcze w takiej koszulce w kwiatki...

I BLA BLA BLA... dołączyła do nich jeszcze jedna, potem następna... .

Nie, nie wtrącaliśmy się, za dobrze znamy mentalność takich "Halinek" ze wsi, z kółkiem różańcowym i tak nie wygramy, a szkoda nerwów psuć.

Zastanawia mnie tylko jedno... Domyślam się, że stracić dziecko czy kogokolwiek bliskiego to wielka tragedia. Ale jeśli ktoś po ciężkich próbach wychodzi na prostą, uczy się znowu cieszyć życiem i stara się układać na nowo, to nadal ma chodzić ubrany na czarno i wszem i wobec pokazywać w jakiej to on nie jest żałobie?
I szczerze to nie pierwszy raz spotkałam się z taką sytuacją, niekoniecznie ze strony "moherek".
Ot, "uroki" wsi.

wiocha mohery rodzice żałoba

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 249 (277)

#78048

(PW) ·
| Do ulubionych
Uroki życia studenckiego.

Mam to szczęście, że mieszkam razem z rodziną - dwoma kuzynami i narzeczoną jednego z nich. Jednak ostatnio przestało być kolorowo, a to ze względu na pokój.
Udało nam się "wyrwać" fajne mieszkanie, w cudownej lokalizacji, dosyć nowoczesne i duże. Oczywiście płacimy miesięcznie niezłą, czterocyfrową sumkę. Ja płacę najwięcej, ponieważ mam największy pokój. A wygląda to tak:

Przyszliśmy obejrzeć mieszkanie - dwa pokoje plus jeden przejściowy (czyli mój), standardowo kuchnia i łazienka. Jako, że i tak byliśmy postawieni pod ścianą (trzy dni do początku semestru), podliczanie kosztów, naszych finansów, dobra, bierzemy to.
(Swoją drogą to, w jakim stanie mieszkanie było gdy się wprowadziliśmy nadaje się na osobną historię; było to spowodowane buractwem byłych lokatorów).

Para zajmuje jeden pokój, drugi kuzyn jednoosobowy, mi zostaje przejściowe. Spoko, i tak mój mężczyzna jest u siebie, a ja raczej nikogo nie sprowadzam. Umówiliśmy się z właścicielem, że jeśli pomieszkamy kilka miesięcy, będę mogła (na własny koszt) postawić sobie ściankę regipsową żeby się oddzielić (co było słuszną decyzją, bo moi współlokatorzy nieco nadużywali pokoju przejściowego, przesiadując non stop przed tv).

No i nadeszła wiekopomna chwila - od tamtego tygodnia mam własny pokój. Drzwi zamykane na klucz. W końcu trochę prywatności. Nie spodobało się to kuzynowi i jego narzeczonej. Zaraz dzień po odgrodzeniu się, dostałam propozycję nie do odrzucenia:
"To robimy tak, ty i tak sama jesteś, to po co ci taki wielki pokój... może pójdziesz do naszego, a my weźmiemy twój?"
Szczerze mówiąc, poszłabym na to. Nie potrzebuję dużego pokoju ani tv, bo nie oglądam (a nie da się go ulokować nigdzie indziej w domu). Ich pokój w zupełności by mi wystarczył. ALE...

"Tylko że my będziemy dalej płacić tyle co płacimy, a ty byś płaciła tyle co za ten, dobra? Wiesz, że ciężko u nas."

No super. Moja wypłata nie jest nawet połową ich wypłaty.
Co więcej, narzeczona kuzyna - swoją drogą najstarsza z nas, ma 23 lata, zadzwoniła do naszej babci i do mojej mamy, że jestem samolubną egoistką i nie widzę tego że oni są w potrzebie :D
Co więcej, jeszcze gdy byliśmy obejrzeć mieszkanie, sto razy pytałam czy na pewno nie chcą tego przejściowego, a mój tato zaoferował się, że może postawić im tą ścianę za grosze. Ale nie.
No cóż... to jestem samolubem i tyle ;)

Uprzedzając kolejne pytania czy mieszkam tu czy z narzeczonym - na mieszkaniu w mieście, w którym się uczę, jestem tylko przez te dni kiedy mam zajęcia (a tak się złożyło, że jest ich niewiele), potem od razu wracam do P. Zatem nie czuję się na studiach jak we własnym domu, bardziej traktuję to jak chwilowy nocleg.

studenci

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 204 (218)

#77970

(PW) ·
| Do ulubionych
Świnta, świnta i po...

Generalnie razem z P. nie obchodzimy świąt, jedynie korzystamy z tego, że w tym czasie jest wolne, bo na ogół nie mamy zbyt wiele czasu dla siebie. No ale przyjechała szwagierka z mężem i córką (o tym napiszę oddzielną historię). Klasycznie - "obskoczyliśmy" też wizyty u moich dziadków, do których przyjechała jakaś dalsza rodzina; więc posiadówka przy jednym stole, rozmowy, może jakaś naleweczka, wiadomo jak to jest.

No i się zaczęło; siłą rzeczy padło pytanie "a kiedy wy się w końcu pobierzecie? Taka ładna para, a bez ślubu!"
Owszem, mamy w planach zaślubiny - w tym albo przyszłym roku. Ślubu kościelnego nie będzie (oboje jesteśmy wypisani z Kościoła Katolickiego). To był już jeden z powodów wielkiej obrazy ze strony tej "dalszej" rodziny, bo moi dziadkowie i najbliżsi P. również mają swoje zdanie na temat religii, niektórzy są innowiercami, więc nie przeszkadza im ten fakt.

Nie jesteśmy jakoś wybitnie bogaci, niczego nam nie brakuje, ale na każdą "większą" rzecz typu nowy samochód czy jakiś wyjazd musimy odkładać pieniądze, staramy się też nie wydawać na rzeczy zbędne. Dlatego z góry oświadczyliśmy, że nie będzie wielkiej imprezy i weselicha na 200 osób. Już teraz wiemy, że zaprosimy jedynie najbliższą rodzinę i kilka zaprzyjaźnionych osób. Będzie zwykłe, małe przyjęcie na naszym ogródku. Zamiast ładować pieniądze w wesele na kilkaset osób, wolimy sobie pojechać na dwa tygodnie w jakieś fajne góry.

1)"Ale jak to PRZYJĘCIE?! Przecież WESELE to tradycja! Ślub bez wesela nie jest ważny!"
2)"No jak to nie zaprosicie cioci Zosi?! Przecież ona ci takie ładne zabawki kupowała jak byłaś mała!" (Nie pamiętam cioci Zosi, nie mamy kontaktu, nawet nie wiem gdzie mieszka).
3)"Przecież X lat temu mąż siostry twojego wujka cię zaprosił!" (Ta, nie MNIE tylko rodziców. A wtedy na chleb mówiłam pep).
4)"Nie bądźcie sknerami, co wasi sąsiedzi powiedzą jak w dniu ślubu będzie jakiś grill na ogródku?!" (Ta, sąsiedzi. Mieszkamy na skraju lasu. Sami. A nawet jakbyśmy mieli sąsiadów, to bardzo nam wszystko jedno na to co by powiedzieli).
5)"JA TO NAWET SIĘ TAM NIE POJAWIĘ". (Jakaś moja rzekoma ciotka, której i tak byśmy nie zaprosili).


I teraz - po świntach - jesteśmy nieuprzejmymi sknerami w oczach "rodziny" :D

święta rodzina wesele

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 163 (205)

#77953

(PW) ·
| Do ulubionych
Nałóg ciężko rzucić, jakikolwiek by nie był. I to nie zawsze z własnej winy, ale również przez ludzi, którymi się (chcąc lub nie chcąc) otaczamy.
Otóż jakoś teraz w kwietniu mija rok jak nie palę. Paliłam trzy i pół roku, rzuciłam z dnia na dzień, bez żadnych tabletek/plastrów i innych wymysłów. Piekielnymi poniżej będą po prostu znajome twarze, z którymi czasem zamieni się parę słów. I niestety kilka osób z bliższych wówczas znajomych.

1. Sępy. Chyba każdy z palaczy ma lub miał takiego "znajomego", który nigdy nie ma na fajki, ale zawsze wyżebrze. Jak miałam, to częstowałam. Do czasu. Potem tylko bliższych znajomych.
- Mabmalkin masz fajkę?
- Nie, rzuciłam.
- No nie pie*dol! Cooo ty!
- No poważnie. Może X ma.
- Jasne, zawsze tak mówicie.
Dopiero po kilku tygodniach jakoś to do niektórych dotarło. A jak już dotarło...

2. Impreza. Idę się przewietrzyć. Wiadomo, że po kilku piwkach przychodzi ogromna ochota na papierosa (przynajmniej ja tak miałam) i często człowiek się przełamuje, ale jakoś dawałam radę, wmawiając sobie, że wszystko co dotychczas osiągnęłam pójdzie na marne. Mimo to, zawsze znalazł się jakiś kretyn, który machając mi paczką papierosów przed oczami próbował namawiać "no daaawaj, widzę przecież, że byś zapaliła". Jeden natręt (właśnie ZNAJOMY) śmiertelnie się obraził, gdy w końcu w złości wyrwałam mu fajki i wrzuciłam do kontenera.
Jego koleżanka, którą poznałam chwilę wcześniej uznała, że będzie śmiesznie, jeśli zacznie dmuchać mi w twarz dymem. Nie powiem jak ich skomentowałam, bo to bardzo brzydkie słowa ;). W każdym razie już się nie odzywamy.

3. A jak ty to zrobiłaś? No jak to z dnia na dzień? A tam, gadasz, wstyd ci się przyznać, a przecież wszyscy teraz biorą jakieś Desmoxany. No ale jak koleżance nie chcesz pomóc, to nie mamy o czym rozmawiać.

To tylko kilka z wielu sytuacji, dla wielu z Was być może mało piekielne, jednak wierzcie mi, że z perspektywy osoby walczącej z nałogiem, były to na początku chwile parszywych prób. Na szczęście większość moich znajomych wspierało mnie w rzucaniu nałogu. Tylko nie rozumiem po co ludzie robią takie rzeczy, zamiast zająć się sobą.

nałogi

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 193 (241)