Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

marcelka

Zamieszcza historie od: 25 lipca 2017 - 14:34
Ostatnio: 25 października 2017 - 21:18
  • Historii na głównej: 9 z 9
  • Punktów za historie: 1275
  • Komentarzy: 81
  • Punktów za komentarze: 553
 

#80422

(PW) ·
| Do ulubionych
Bohater: piekielna (niedoszła) klientka [a może piekielna ja?]
Miejsce akcji: sklep z owadem w kropki w nazwie.

Godzina popołudniowa, kolejki jak zwykle - czyli jak "stąd do wieczności". Stoję sobie spokojnie, przede mną już tylko dwie osoby (jedna już "kasowana", druga ma produkty wyłożone, czeka sobie, podobnie jak ja). Za mną z siedem osób, większość koszyki/wózki wyładowane po brzegi.

Nagle czuję trącenie od tyłu. Oglądam się, sunie pani X. niczym taran jakiś. Pani X. - zadbana kobieta w wieku na oko 50+. Widzę, że nie ma koszyka ani żadnych artykułów, więc myślę, że pewnie chce tylko przejść do wyjścia. Mogła powiedzieć "przepraszam", a nie tak sunąć bezceremonialnie, no ale...

Tymczasem pani X. stoi sobie. Wciśnięta między mnie, barierkę i klientkę przede mną, która tymczasem zaczęła być już obsługiwana przez kasjera.

Może nie chce się przepychać między tą klientką i jej wózkiem - pomyślałam. O ja naiwna!

Klientka przede mną skasowana, odbiera resztę, zbiera zakupy, kasjer już sięga po moje rzeczy, ale pani X. rzuca "marlboro lighty".

Miałam kilkanaście rzeczy na taśmie, ona chciała ewidentnie kupić tylko jeden artykuł - więc gdyby się zapytała, czy ją przepuszczę, zgodziłabym się. Ale na takie coś pozwalać nie zamierzałam, więc powiedziałam kasjerowi, że ja jestem następna w kolejce, a do pani X. zwróciłam się, że kulturalnie byłoby poprosić o przepuszczenie.

Pani X. poczerwieniała, zapowietrzyła się, wypaliła, że "jakaś małolata jej kultury uczyć nie będzie" i do kasjera "no dawaj te papierosy, śpieszę się!".

Ale kasjer chyba widział wcześniej, jak pani X. się przepychała, a ludzie w kolejce za mną potwierdzili, że ta pani tu nie stała, więc zasugerował jej zajęcie miejsca na końcu "ogonka". To oczywiście nie spodobało się pani X., która pomrukując coś pod nosem prawie wybiegła ze sklepu.

Btw. małolatą od dawna już nie jestem, ale w tamtym dniu zupełny brak makijażu + sportowy strój mógł wprowadzać w błąd. Tak czy siak nie rozumiem, co ma wiek (młodociany, dorosły, podeszły - jakikolwiek) do kultury lub usprawiedliwiania jej braku.

A słowa "przepraszam" czy "dziękuję" naprawdę nie gryzą w język.

piekielna_klientka sklep kolejka_do_kasy

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (119)

#80137

(PW) ·
| Do ulubionych
Dużo jest historii o "piekielnych sprzedawcach”.

Moja koleżanka pracuje w handlu jako ekspedientka. Teraz jest zatrudniona w małym, prywatnym sklepiku z konfekcją skórzaną i nie narzeka, ale był czas, że pracowała w sklepie z garniturami - i tam wytyczne szefostwa były m.in. takie:

- Zakaz siadania. W sklepie nie było żadnego krzesła, a ekspedientki były pouczone, że za siadanie uważa się także opieranie o ladę z kasą bądź o takie stoisko na środku z krawatami, skarpetkami itp., przysiadanie na pufie w przymierzalni... Stanie przez 8, 10 lub 12 godzin...

- Podchodzenie do klienta - miały "nie dać się spławić". Czyli na początek standard - po wejściu klienta: "dzień dobry, czy mogę w czymś pomóc, doradzić?". Jeśli klient nie życzył sobie pomocy, miały spis zdań/rozmówek, którymi mają go zaczepić, w stylu:

-- <przymierza koszulę>: Do twarzy panu w tym kolorze!

— <ogląda garnitur>: To nowa kolekcja, wykonana z najlepszej jakości wełny (whatever), świetnie się nosi.

lub: Mamy dopasowane kolorystycznie koszule i krawaty, gdyby pan był zainteresowany kompletem.

-- <ogląda krawat>: To najnowszy krzyk mody, badania psychologiczne wykazały, że osoby noszące dodatki w tej kolorystyce postrzegane są jako profesjonaliści.

itd.

Podobno kilka stron a4 miały z różnymi wersjami "zaczepek". W sklepie na zmianie przeważnie były dwie, był też nakaz, że jeśli trzykrotna zaczepka od pierwszej nie skutkuje, to ma podejść ta druga.

Dla nich to było wybitnie piekielne, przypuszczam, że dla klientów również, chociaż koleżanka twierdzi, że jeśli chodzi o klientów, to było pół na pół - średnio od połowy dostawały opiernicz, że się narzucają, ale połowa gładko się łapała na te gadki z kartek.

Tak czy siak, koleżanka wytrwała tam tylko 2 miesiące...

piekielni_klienci piekielni_sprzedawcy sklep

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (134)

#80120

(PW) ·
| Do ulubionych
Hipokryzja.

Mam koleżankę S. S. jest miłośniczką zwierząt: wegetarianka (bo ona nie zje czegoś, co kiedyś miało oczka), bierze udział we wszelkich protestach typu "NIE dla zwierząt w cyrku", "Przewoźmy świnki w humanitarnych warunkach", "Spuścić psy z łańcuchów" itp.

Często też udziela rad wszystkim znajomym, którzy posiadają jakiekolwiek zwierzęta, przy czym są to rady w stylu: nie wyprowadzaj psa w kagańcu, męczy się biedactwo! (do właścicielki dobermana, który ze względu na swoje przejścia nerwowo reaguje na dzieci, zwłaszcza na rowerach/hulajnogach/wrotkach).

S. jest też oburzona swoim wujkiem, który hoduje brojlery i króliki w celach spożywczych.

S. z niesmakiem krzywi się, gdy w restauracji ktoś zamówi burgera lub jakąś potrawę z mięsem.

Ale jeśli ma takie przekonania - jej sprawa, a nieco irytujące zachowanie to zapewne kwestia charakteru.

S. mieszka z rodzicami w domu. W tym domu pojawiły się szczury. Rodzice S. sypali jakąś trutkę, zastawili łapki - szczury mimo to miały się dobrze. Więc S. wymyśliła, żeby nakarmić je kiełbaską. Kiełbaską ze szklaną wkładką. Potłukła jakieś słoiki/butelki na drobno i nafaszerowała tym kiełbasę. Skuteczność 100%, bo szczury wkrótce pozdychały.

S. obraziła się, gdy w rozmowie zauważyłam, że szczur też zwierzę i to, co zrobiła, było wyjątkowo niehumanitarne i zapytałam się, jak to się ma do jej poglądów, że ŻADNE zwierzę nie powinno cierpieć.

hipokryzja obrońcy_zwierząt wegetarianka

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 161 (193)

#79846

(PW) ·
| Do ulubionych
Bohater: piekielny mechanik

W samochodzie mamy Marcelki zapaliła się tzw. kontrolka silnika. No to trzeba do mechanika, coby sprawdził, co i jak.

Mechanik popatrzył, podumał, stwierdził, że to "błąd usterki" <cytat> i że on tak zrobi, że zniknie i będzie dobrze. No cóż, mi się to niezbyt spodobało, ale w końcu trafiłyśmy do specjalisty, więc pewnie wie, co mówi.

Co powiedział, tak uczynił, kontrolka znikła. Niestety, dwa dni potem znów się zaświeciła.

Tym razem mechanik stwierdził, że to pewnie świece. No cóż, auto niemłode, świec wymienianych nie miało od ohoho i jeszcze trochę, brzmi prawdopodobnie. Świece wymienione, kontrolka znikła... i znów po dwóch dniach się zaświeciła.

Kolejna wizyta u mechanika. Pan ma minę nietęgą, ale stwierdził, że filtr paliwa może być zapchany. No może, filtr jako i świece wymieniany nie był od dawien dawna... Pan stwierdził, że zamówi filtr do tego modelu samochodu i żeby przyjechać w ten dzień, na godzinę taką i się zrobi.

Auto zgodnie z umową zostawione o godz. 10:00. Po odbiór miałyśmy się zgłosić o 14:00 lub wcześniej, jeśli pan mechanik da znać. Nie dał, zatem punktualnie o 14:00 jesteśmy (ja z mamą, bo warsztat jest oddalony od domu mamy o ok. 3 km, więc robiłam za "szofera" swoim samochodem).

Okazuje się, że pan mechanik nie miał czasu zerknąć na ten filtr (przez 4 h? i po co się umawiał?) ale już już to robi.
I szukali. Szukali. Grzebali. Podnosili. Zaglądali. I wreszcie.

"Pani! Ten samochód nie ma filtra paliwa."

Mama strzeliła "karpia" i pyta, jak w takim razie sklep sprzedał mu filtr do tego modelu auta. Mechanik tłumaczy, że to taki bardziej uniwersalny i że w tym aucie filtra nie ma. Na pytanie, co z kontrolką, stwierdził ponownie, że to "błąd usterki" i że zresetuje komputer. Chyba był zdania, że jak kontrolka zniknie, to problem też.

A teraz ciekawostka - w tym aucie JEST filtr paliwa. Ja jestem dziewczę, co na autach się nie zna - ma jeździć i już, ale pamiętałam, jak kiedyś kolega mechanik opowiadał dokładnie o tym samym modelu z tego samego rocznika, w benzynie i klął, ile to filtra musiał się naszukać, bo dziwnie umiejscowiony. Zatem poszłam po wiedzę do "wujka Google'a" i cóż - w mniej niż 5 minut znalazłam informacje, że oczywiście filtr jest, w miejscu nietypowym i jak się dostać.

I tylko problem jest jak był - kontrolka świeci, a najbliższy inny zakład jest ok. 30 km od nas...

samochód mechanik usterka

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (117)

#79751

(PW) ·
| Do ulubionych
Bohater: piekielny bezrobotny.

Temat: "bo w tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem!”.

Wczesne popołudnie. Przy bramce zjawia się pan, na oko 40+, normalnej budowy ciała, przeciętny facet, dżinsy, koszulka, alkoholu od niego nie czuć.

I zaczyna wywód - że pracę stracił, że nie ze swojej winy, że dzieci w domu i wyjechać za granicę nie chce, bo musiałby je zostawić, a tu pracy nie ma i czy w związku z tym na jakieś wsparcie finansowe może liczyć, choćby parę złotych, bo on jeszcze nic dzisiaj nie jadł...

Mama Marcelki myśli sobie: trawnik trzeba skosić (nie jakiś duży, z 5 arów - mnie to zajmuje z wywożeniem trawy około godziny i wcale się przy tym nie śpieszę, kosiarka ma napęd, więc koszenie nie jest jakąś bardzo ciężką pracą). Zatem wyjaśnia panu, że oto trawnik, że kosiarkę z napędem udostępni, żeby skosił - za 50 zł, a skoro głodny, to ona mu kanapek naszykuje i nawet żurkiem poczęstuje, bo akurat był ugotowany, coby pana przed pracą wzmocnić.

Pan na to zaczął się wymigiwać, że on w zasadzie czasu nie ma, żeby kosić, bo do dzieci wracać musi, i że kanapek to też nie bardzo, że wystarczy, jak mu się 10 zł da, to on sobie sam w sklepie kupi...

Mama nie dała, pan poszedł w siną dal, a mniej więcej po godzinie (akurat kończyłam kosić trawnik...) widziałam, jak wracał drugą stroną ulicy, zatrzymując się przy kolejnych domach - czyli na pracę czasu nie miał, ale już na żebry znalazł...

bezrobocie praca

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 187 (193)

#79620

(PW) ·
| Do ulubionych
Bohaterka: piekielna matka.
Temat: karmienie piersią.

Na początku wyjaśnię - nie jestem ani zwolenniczką, ani przeciwniczką. Ktoś karmi dziecko piersią - super. Inna matka nie chce lub nie może karmić piersią - też ok, nic mi do tego.
A teraz sytuacja:

Jest sobie restauracja, przed nią w rzędzie na chodniku ustawione kilka stolików - taki mini ogródek. Godzina ok. 17 - ludzie siedzą, jedzą obiad, piją kawę/piwo. Wtedy zjawia się ona - pani, która bezceremonialnie, bez żadnego słowa, siada na krzesełku przy stoliku zajętym przez parę, chłopaka i dziewczynę (nie było całkiem wolnych stolików, przy kilku natomiast były wolne krzesła).

Zanim zdążyli w jakiś sposób zareagować, wyjmuje z wózka dziecko, rozpina bluzkę, wyciąga pierś i zaczyna karmić. Dziewczyna przy stoliku zamarła z zapiekanką podniesioną do ust, chłopak odłożył widelec.

Samo zajęcie miejsca w ten sposób moim zdaniem było wysoce niekulturalne, ale zastanawiam się, czemu ta pani po prostu nie weszła do środka do restauracji i nie skorzystała z toalety? W niektórych lokalach są też specjalne pomieszczenia dla matek. Przy tej samej ulicy znajdowały się jeszcze 4 inne knajpki i na pewno były w nich toalety, po drugiej stronie są szalety (nie pamiętam, czy akurat w nich było wydzielone specjalne pomieszczenie, ale korzystałam kiedyś, więc wiem, że w środku jest naprawdę czysto), a dosłownie 50 m dalej, w bocznej uliczce prowadzącej do parku są ustawione ławki, na których ta pani mogłaby usiąść i spokojnie dziecko nakarmić.

Wiem, że są różne sytuacje i dziecko swoje prawa ma. Ale po co ta ostentacja? Dziwię się matkom karmiącym w ten sposób - wg mnie to zdecydowanie jedna z tych czynności, które wymagają zachowania pewnej intymności. I drażni mnie argument, że "to przecież naturalne". Załatwianie potrzeb fizjologicznych, seks, wymiana podpaski itp. też są naturalne, a jednak nie robi się tego na środku ulicy, na oczach innych ludzi. I to nawet nie ze względu na tych ludzi, ale przede wszystkim na siebie... chyba.

[edit]: Wielu osobom w komentarzach nie podoba się, że "odsyłam" taką matkę do toalety. Po prostu to pierwsze rozwiązanie, które mi przyszło na myśl w tej sytuacji - może nie najlepsze, ale chyba wolałabym to, niż tak jak to zrobiła ta pani. Tym bardziej, że nie ma tu mowy o "obszczanych kiblach" - mogę zaświadczyć, że akurat tam są lokale na przyzwoitym poziomie, również jeśli chodzi o higienę toalet, zapach w nich (odświeżacze) i nawet jest sporo miejsca.
Poza tym, tak jak napisałam, wiele lokali ma specjalne pomieszczenia. Czy akurat ta restauracja lub te obok miały - nie wiem, nie sprawdzałam, poza tym niedaleko znajdowały się tak jak pisałam ławeczki w nieco bardziej ustronnym miejscu. Więc ta pani naprawdę miała kilka opcji, szkoda tylko, że nie chciała z nich skorzystać...

karmienie_piersią restauracja

Skomentuj (67) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 183 (257)

#79583

(PW) ·
| Do ulubionych
Bohater: piekielni rodzice.
Miejsce akcji: pociąg - pendolino, relacji Gdynia - Rzeszów.

Wśród pasażerów dwie pary rodziców, z - w sumie - czwórką dzieci, niemowlę + trójka w wieku na oko +/- 5 lat.
I tak, wiem - dzieci mają swe prawa, nie będą siedzieć jak trusie przez kilka godzin.
I tak, wiem - mogłam wybrać wagon "podróżuj w ciszy", a jechałam normalnym - bo nie sądziłam, że normalny wagon zwalnia podróżnych z zachowania kultury i starania się, żeby współpasażerom nie uprzykrzać nadmiernie podróży.
I przechodząc do sedna - pominę skoki po fotelach, biegi przejściem między siedzeniami, okrzyki, kłótnie i płacz.

Ale drodzy rodzice - obecni, przyszli, jacykolwiek - trąbka nie jest najlepszą zabawką dla dziecka na podróż pociągiem, autobusem, samolotem... a trąbki sztuk 3... boli mnie samo wspomnienie...

pendolino dzieci rodzice podróż

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (161)

#79406

(PW) ·
| Do ulubionych
Nawiązanie do historii #79405.
"Bohaterki": piekielne (niestety) pielęgniarki.

Przez pewien czas bywałam prawie codziennie, po parę godzin, w szpitalu na oddziale, gdzie leżeli głównie ludzie starsi, po udarach itp. I o ile o salowych i lekarzy nie mogę powiedzieć złego słowa, o tyle pielęgniarki...
Tak, wiem, że mają ciężką pracę. Wiem, że jest ona ciężka zwłaszcza na takim oddziale. Wiem, że dostają mało pieniędzy i że są braki kadrowe. Ale moim zdaniem to nie jest usprawiedliwienie.

Sytuacje, gdy pielęgniarki spędzały czas na pogaduszkach o przysłowiowej d*** maryny i narzekaniu na przełożonych, którzy - bezczelni! - gonią je do roboty, były na porządku dziennym. I nie, nie było to 10 czy 15 minut "oddechu" od pracy. Czasem była to godzina, czasem więcej. Gdy ktoś przychodził i o coś prosił, mówiły "zaraz" i... wracały do pogaduszek. Teksty "ta spod 3 znów się zesrała do kosza", "ten spod 12 znów gmerał przy ch*ju i cewnik wyciągnął" były na porządku dziennym. W dodatku, jeśli zauważyły, że do kogoś przychodzi codziennie rodzina, to ta osoba była względnie "zaopiekowana". Najgorzej mieli pacjenci, których nikt nie odwiedzał - leżeli we własnych odchodach godzinę, dwie, trzy, pół dnia, a może i dłużej.

I wiem, że przebieranie dorosłej, obcej osobie pampersa do przyjemnych nie należy, ale po pierwsze - przecież ci ludzie nie leżeli tam na własne życzenie! Jakby im ktoś dał wybór, na pewno woleliby być młodzi, sprawni i chodzić za potrzebą do toalety. A po drugie, pielęgniarki, wybierając zawód wiedzą (a przynajmniej powinny wiedzieć) na co się piszą. I wypełniać swoje obowiązki. I niska pensja to słabe usprawiedliwienie. Bo jakby np. strażak przyjechał do pożaru, popatrzył i stwierdził "eeee, za 2000 to mi się nie chce" i odjechał, no to chyba byśmy go nie pochwalili?

szpital piekielne_pielęgniarki

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 151 (169)

#79365

(PW) ·
| Do ulubionych
"Bohater": Piekielny Kierowca.

Sytuacja z niedzieli. Jadę sobie spokojnie jedną z (prawie) bieszczadzkich dróg.

Droga dość kręta, teren zabudowany, chodnika obok nie ma. Przede mną "zawalidroga", matiz jadący przepisowo 50 km/h. Za nim bus, który go nie ma zamiaru wyprzedzać. Za busem sedan, który również do wyprzedzania nie przejawia ochoty i ja - wyprzedzać nie miałam ani zamiaru, ani na tyle mocy w silniku, żeby podjąć taką "akcję". Za mną jeszcze jedno auto.

I nagle w lusterku widzę jego - Piekielny Kierowca w wypasionej furze, któremu najwyraźniej między nogami się pali jak przestrzega przepisów.

Widzę jak "slalomuje", próbując ocenić, ile aut jest przed nim. I już, gaz do dechy i wyprzedza... ciąg pięciu aut. W terenie zabudowanym. Na podwójnej ciągłej. Przed górką i zakrętem.

Gdyby coś jechało z naprzeciwka...

na_drodze piekielny_kierowca

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (146)

1