Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

meszuger

Zamieszcza historie od: 19 czerwca 2012 - 9:36
Ostatnio: 26 kwietnia 2017 - 14:29
  • Historii na głównej: 16 z 16
  • Punktów za historie: 4071
  • Komentarzy: 24
  • Punktów za komentarze: 153
 

#77941

(PW) ·
| Do ulubionych
A propos historii ślubnych, przypomniała mi się jedna krótka sprzed dwóch lat. Choć w zasadzie jest to piekielna historia o tym, jak "poczta znowu zawiodła".

Słowem wstępu - w grupie znajomych była kiedyś pewna Marysia, która się swojego czasu odłączyła od stada, poznawszy swego przyszłego męża, który wciągnął ją do innej ekipy. Większego problemu nikt z tym nie miał, tylko szkoda trochę, że takie kontakty urwane z dnia na dzień.

Wszyscy wiedzieli, że ślub się szykuje. Jedni bardziej, inni mniej, ale jakoś tam, ze względu na dawne znajomości, liczyliśmy na zaproszenie chociaż na samą uroczystość kościelną, niekoniecznie wesele. Nikt się nie spodziewał wizyty przyszłych państwa młodych u siebie w domu. Poczta przecież też daje radę - tym bardziej, że mieszkamy w dużym mieście.

Tym razem jednak "poczta zawiodła". Otóż, uwaga, 4 stycznia (poniedziałek) cała grupa (każdy z osobna) dostała zaproszenia na ślub, który odbył się 2 stycznia (sobota), wysłane 31 grudnia (czwartek przed Nowym Rokiem).

Na mnie nie zrobiło to wrażenia, nikt jej nie kazał nas w ogóle zapraszać, ale kolega - kiedyś najbliższej z Marysią - zadzwonił do niej z życzeniami, przy okazji zadając zasadnicze pytanie: Maryśka, ku*wa, jaja se robisz?!
Marysia, odpowiedziała tylko cicho: No wiesz, znowu poczta zawiodła...

poczta marysia ślub

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 236 (Głosów: 246)

#77799

(PW) ·
| Do ulubionych
W nawiązaniu do moich wcześniejszych opowieści o problemach z miejscami parkingowymi przy pracy (http://piekielni.pl/77509).

Słupki postawione, w zasadzie, poza małymi wyjątkami nikt na naszych miejscach nie staje. W poniedziałek rano przychodzimy do pracy, a tutaj jeden (z trzech) słupków położony i na naszym miejscu stoi obcy samochód. Zdziwieni, bo przecież wychodząc z pracy w zeszły piątek słupki postawiliśmy, żeby mieć gdzie stanąć po weekendzie, próbujemy szukać winnego.

Długo czekać nie trzeba było, kilka minut później podchodzi kierowca.
[J]a: Przepraszam, a jakim cudem pan tutaj stoi, skoro słupek był postawiony?
[K]ierowca: Proszę pani, ja sobie zapłaciłem za cały weekend, więc mogłem stać.
[J]: Komu pan zapłacił?
[K]: No właścicielowi tego miejsca... w piątek wieczorem szukałem wolnego miejsca, żeby zaparkować i wtedy podszedł do mnie właściciel tych słupków i zaproponował, że udostępni na cały weekend za opłatą...

Skracając tę historię, napiszę tylko końcówkę. Okazało się, że pan, który słupki montował (taki techniczny), dorobił sobie zapasowe kluczyki i w każdy weekend, kiedy nas nie ma, kupczy naszymi miejscami postojowymi!

Pomijając, że to nie jego miejsca, że to bezprawie i że nie dopilnował wszystkich, żeby odpowiednio wcześniej odjechali, to naprawdę podziwiam przedsiębiorczość :-)

miejsca parkingowe praca przedsiębiorczy gość

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 299 (Głosów: 307)

#77509

(PW) ·
| Do ulubionych
Kontynuacja historii: http://piekielni.pl/76587 jest taka, że koniec końców w wyznaczonych miejscach parkingowych zamontowano nam takie "wstawacze" - metalowe pachołki, które można postawić, kiedy się wyjeżdża.

Założyli w piątek, ale ponieważ nie jesteśmy nienormalni, żeby stawiać to na weekend, kiedy i tak nie pracujemy i zwyczajnie nas tutaj nie ma, nie postawiliśmy ich po prostu, niech sobie ktoś w potrzebie zaparkuje. Byleby zwolnił przed 7 w poniedziałek...

Oczywiście wczoraj przychodzimy do pracy, dwa z trzech naszych miejsc zajęte przez "obcych". Starym zwyczajem i w wyniku uprzejmości, najpierw dajemy im karteczki, gdzie mają wyraźnie napisane, żeby nie parkowali, bo: 1) stoi znak jak wół i informuje, 2) postawimy im pachołek i nie odjadą nigdzie, 3) wezwiemy odpowiednie straże (co się już kiedyś stało, jak wiecie z poprzedniej historii). Wiec i tym razem najpierw karteczka. I po kilku godzinach oba samochody odjechały. Spoko.

Dzisiaj jednak przychodzimy, a na jednym miejscu zaparkowany kreatiw teknolodżi w kolorze blu, ten sam, co wczoraj. No więc skrupułów już nie było. Heja i pachołek postawiony. W końcu ostrzeżenie dostał...

Efekt? Siedzi tak od jakichś 15 minut i trąbi non stop. Czekamy, aż mu się znudzi i do nas przyjdzie grzecznie poprosić o uwolnienie z pułapki. Na razie obserwujemy dziada przez okno. Próbował wyjechać, ale za mało miejsca, nie da rady. No więc trąbi. Ma jeszcze pół godziny, potem spadamy do domu ;-)
____

[ponieważ prosicie, dodaję ciąg dalszy]

Gościowi się znudziło, wysiadł z samochodu i polazł gdzieś. Jednak duma nie pozwoliła mu przyjść do nas, przyklejonych do okna, trzymających klucz rozwiązujący sprawę. Więc punktualnie skończyliśmy pracę i poszliśmy do domu. Następnego dnia... auta już nie było! Do teraz zachodzimy w głowę, jak to się stało. Są dwie teorie. Spiskowa, że ufo go porwało. I normalna, całkiem prawdopodobna, że facet wziął kolegów i po prostu samochód wyciągnęli z potrzasku. Ale chyba musieli być całkiem silni i przenieść wóz nad pachołkiem, bo sam "wstawacz" nie ruszony. My tylko mamy nadzieję, że więcej na naszych miejscach już nie zaparkuje :-)

samochód parking praca

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 317 (Głosów: 323)

#77442

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótka historia znajomej, która musiała zrobić pewne wstydliwie brzmiące badanie. Niby normalna rzecz, a jednak stresująca.

Wystała swoje w kolejce, podchodzi do okienka w przychodni i pyta:

[Z]najoma: Czy zrobię u państwa antymykogram (w nadziei, że Piguła będzie wiedziała, co to jest...)
[P1]iguła: Co pani zrobi? (o jakże naiwna!)
[Z]: Antymykogram, czyli (ciszej) badanie na grzybicę pochwy.
[P1] wrzask do [P2] siedzącej na zapleczu: Halinka, pani pyta, czy robimy grzybice pochwy?!
[P2]: A nie wiem, zapytam.

Jak się domyślacie, już tutaj znajoma spaliła buraka i chciała się ulotnić z przychodni, ale skoro już stoi w tej kolejce, a Piguła 2 poszła pytać, to poczeka. Minęło kilka minut, na korytarz wraca Piguła 2 i do wszystkich zebranych:

[P2]: Która pytała o grzybicę pochwy?
[Z] (czerwona do granic): Ja...
[P2]: To nie robimy.

przychodnia nfz badania

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 263 (Głosów: 291)

#77406

(PW) ·
| Do ulubionych
W wieku 30+, umówmy się, sporo znajomych pozakładało już rodziny i ma potomstwo. Super, gratuluję, cieszę się ich szczęściem - naprawdę, bez ironii. Choć dzieci naprawdę lubię, mogę raz na jakiś czas się czyimś chętnie zająć, to jednak jestem w stałym związku, ślubu ani kolejnego pokolenia nie planuję. Są tacy, którzy to świetnie rozumieją i nie zamęczają tematyką dziecięcą, są tacy, którzy uznają jedyny słuszny model życia i rodziny, w związku z czym... dzieci, dzieci, dzieci...

I, powiedzmy sobie szczerze, na kinderbale, gdzie wszystkie Matki Polki zajmują się swymi pociesznymi bobasami, w międzyczasie wymieniając się nowinkami z dziedziny obsługi niemowlaka, też niekoniecznie lubię chodzić. Bo wygląda to tak, że pałętasz się między nimi, coś próbując zagadywać na inne tematy, które szybko i tak schodzą na dzieci. Ewentualnie siadają na tobie z milionem pytań, kiedy ty, a może już, a jakie plany...

Jest taka grupa zawziętych koleżanek, które nie potrafią zrozumieć, dlaczego kolejny raz odmawiamy przyjścia na imprezę, która zaczyna się o 14.30, a poza nami zaproszone jest 5 par, wszystkie dzieciate, niektóre nawet kilkukrotnie.

Sytuacja taka, spotykam przypadkiem Baśkę, która dwa tygodnie temu zapraszała właśnie na takie miłe dzieciowe herbatki. Był pretekst, wiec zagaduję, jak tam, czy się spotkali, jak było.
B: Świetnie, byli ci i ci ze swoją dwójką, ci i ci ze swoją trójką, ci i ci ze swoim jednym, ale ona już w ciąży...
Ja: No to wszyscy dopisali!
B: Właśnie nie! Wszyscy pytali o ciebie i o Tereskę*!

*Tereska, podobnie jak ja, niedzieciata, a do tego od kilku miesięcy sama.

Koleżance Basi nie dało to do myślenia.

Próbuję innym zabiegiem.
Ja: A może byśmy się kiedyś umówiły na kawę, same laski, jak za dawnych czasów, pogadamy, pośmiejemy się..?
B: Nie no, to nie dla mnie. Ja się po knajpach (!! proponowałam kawę!!) włóczyć nie będę.

Wychodzi na to, że chociaż bardzo lubiłam moje szkolne koleżanki, chyba naprawdę znajomości się powoli urwą. Ta historia nie jest piekielna. Jest chyba trochę smutna.

dzieci kawa matka-polka

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 205 (Głosów: 265)

#76923

(PW) ·
| Do ulubionych
Pisałam już o Staśku, moim leniowatym, śmierdzącym i kombinującym na wszelkie sposoby współpracowniku.

Historia jest krótka. Piekielny Stasiek i pani kierownik, ale ten duet to jest taki piekielny standard.

Stasiek się dowiedział w poniedziałek, że będzie miał troszkę więcej roboty niż zwykle (czyli jakąś robotę w ogóle, ponieważ zwykle siedzi i ogląda seriale albo robi "niewiadomoco", albo go nie ma). W związku z tym przerażenie na twarzy przybierało kolejno kolory fioletu, niebieskości i zieleni.

I jak już mu przeszło, mózgownica zebrała się do myślenia, to wpadł na genialny pomysł. Ponieważ ma coś zrobić szybko (dla nas to norma, tak po prostu pracujemy), to on nie może tego robić w pracy, w sensie w tym budynku. Bo tu ludzie chodzą, telefony dzwonią i jak on ma zrobić szybko, jak mu ciągle coś będzie przeszkadzało?! Więc on to bierze do domu i nie przyjdzie przez dwa dni do pracy (nie że urlop, tylko praca zdalna powiedzmy), ale w zamian za ten stres, to on potem bierze kolejne dwa dni wolnego (znowu nie urlop, po prostu zażądał od kierowniczki dodatkowego wolnego za swoją pracę, którą wykona w domu - w godzinach pracy!!).

I co? Dziś i jutro go nie ma (bo pracuje), w piątek i poniedziałek go nie ma (bo odpoczywa za wytężoną pracę). A na liście jest podpisany, to jasne.

praca kierowniczka Stasiek

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 207 (Głosów: 247)

#76950

(PW) ·
| Do ulubionych
Ta historia http://piekielni.pl/76927 odświeżyła w mojej pamięci wspomnienie z targów książki, na których kiedyś przyszło mi prowadzić stoisko naszej firmy.

Bilet na targi kosztuje niecałą dychę. Oczywiście całe mnóstwo ludzi dostaje też jakieś formy zaproszeń i wchodzą za darmo. Przyjmijmy, że już tę dychę wydali. Czy są to zatem zapaleni czytelnicy? Żądni wiedzy i kulturalnych rozrywek maniacy czytania? Zainteresowani nowinkami wydawniczymi i medialnymi fanatycy? Tak. Ale tylko jakieś 10-20%. A pozostali?

1) PANI TORBA.
[Cz]ytelnik (niech im będzie): Dzień dobry, czy można torbę (lnianą)?
[My] (ja i koleżanka): Niestety torby dodajemy do zakupów za ponad 20 złotych.
[Cz] Ale ja bym na zakupy potrzebowała, na jarzynkę, dla wnusi, dla córki, dla szwagra, na jogurt, na dupęjasię... bardzo ładnie panią proszę...

O naiwności! Dałyśmy jej w końcu, bo prosiła strasznie długo, a my miękkie serca mamy. A po niej jakieś 10 podobnych z informacją, że "koleżanka tu dostała". Głupieśmy.

2) PAN CUKIEREK (1) - zwykły.
Podchodzi, zagaduje o jakąś książkę, udaje zainteresowanie, tak tak, kiwa głową, w międzyczasie wciąga ze dwie krówki, zostawia nam papierki, informuje, że to jednak nie jego temat i idzie sobie dalej.

3) PAN CUKIEREK (2) - bezczel oficjalny.
[Cz] O! A panie tu mają te dobre krówki!
[My] Proszę się poczęstować.
[Cz] A to się Jadzia (Kasia, Dzidzia, Grazia) ucieszy! (i łubudu, nim się obejrzałyśmy - cała micha krówek wylądowała w jego torbie).
Już gościa nie ma.

4) PAN CUKIEREK (3) - bezczel skryty.
Pyta o książkę, dostaje z półki. Chciałby inny egzemplarz, bo ten jest jakiś pobrudzony. Ja głowa pod ladę w poszukiwaniu innego egzemplarza, mija minuta, podnoszę się. Gościa nie ma, pełnej michy cukierków nie ma (koleżanki akurat też nie było, więc jak przypilnować?)

5) ZDZIWIENI.
W 3 dniu targów nie mamy już żadnych gadżetów. Smycze rozeszły się w jeden dzień, ołówki schowałyśmy pod ladę, bo chmara licealistów postanowiła sobie większość przygarnąć, 2000 krówek zeżarte przez panów cukierków i innych słodyczożerców.
[Cz] O, a panie nie mają żadnych gratisów?
[My] No niestety już nie mamy.
[Cz] To czym niby chcecie czytelnika przyciągnąć?

I z tym pytaniem zostawiam Was, drodzy koledzy i koleżanki z Piekielnych. Czym przyciągnąć czytelnika...? Świecie nasz...

książki targi cukierki

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 367 (Głosów: 387)

#76690

(PW) ·
| Do ulubionych
Pisałam już kiedyś o naszym pracowniku roku - Staśku, czyli leserze, jakich mało (historia pierwsza dostępna tu: http://piekielni.pl/73666). I o szefowej, która traktuje nas, jak jej pasuje (http://piekielni.pl/76583).

W tym tygodniu Staś "choruje", a dokładniej:

Poniedziałek, godzina 11, Staśka nie ma. Koleżanka z jego działu (jego bezpośrednia przełożona) nie może się do niego dodzwonić, nie wiadomo, o co chodzi, więc idzie do szefowej i pyta, czy nie wie, co ze Staśkiem. "Aaa, tak tak, napisał mi smsa, że się źle czuje i nie będzie go dzisiaj". No dobra, niech mu będzie.

Wtorek, od rana Staśka nie ma. Szefowa: "Przesłałam mu mailem pracę do domu, będzie pracował dzisiaj zdalnie, bo nadal chory".

Środa. Szefowa: "Staś dzisiaj idzie do lekarza, bo się naprawdę pochorował bidny i dostanie zwolnienie za te wszystkie dni".

Czwartek. Chłopa ni ma, zwolnienia ni ma, ale nikt już pytań nie zadaje. Skoro ma przynieść zwolnienie, to niech przyniesie.

Piątek. Godzina 12, wpada Stasiek, nic po nim choroby nie widać, coś tam pogrzebał w biurku i - daj Boże - jest 14, właśnie wyszedł. Wchodzę do pokoju socjalnego, gdzie leży lista obecności, a tam... Stasiek podpisany normalnie za cały tydzień!! Lecę więc do koleżanki (tej jego bezpośredniej przełożonej), żeby ją poinformować o fakcie. Ta więc z ku*wami na ustach idzie do szefowej i co... "No właśnie ten lekarz mu nie dał zwolnienia w końcu, wyobraża sobie pani?! No to kazałam mu się normalnie podpisać".

To tak a propos równości w pracy.

Stasiek praca szefowa

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 287 (Głosów: 307)

#76583

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja szefowa w (przed)ostatnie święta wpadła na genialny pomysł. Otóż ci, którzy mają do pracy daleko, nie przychodzą w Wielki Piątek (przecież nikt już nie będzie od nas niczego chciał, a tyle jest w domu do zrobienia przed świętami), a ci, którzy mieszkają blisko, to przyjdą rześko, posiedzieć na dyżurze. Bo przecież całkiem zamknąć nie można, a jak wrócimy, to zdążymy napichcić żuru...

"Dalecy" w skowronkach, dostali wolne za darmo, "bliscy" (w tym ja) wkurzeni - bo przecież czy to jest nasza wina, że mamy do pracy kilka kroków? Czy my nie mamy przygotowań świątecznych? Czy możemy za to wziąć inny dzień wolny? (skądże!)

Poszłam do niej wtedy i mówię, że średnio fair to jest moim zdaniem. A ona na to, że wyjątkowo tak to wymyśliła i przy następnych świętach inaczej to rozwiążemy. No dobra, przecież ja nie jestem chora na głowę, żeby komuś źle życzyć, dostali wolne, niech się cieszą.

23.12, czyli w (prawie)święta aktualne, wchodzę do pracy o 8.00 i kogo widzę? Dwie koleżanki (z 15 osób).
"A cóż to, jakiś pogrom przedświąteczny?"
"Nie no, szefowa dała wolne tym, co daleko..."

Faktycznie, inaczej to rozwiązała. Tym razem w ogóle mi nie powiedziała! A pozostali chyba się bali, że rozpętam aferę, bo nikt pary nie puścił.

Czy tylko mnie się to wydaje co najmniej słabe?

[edit] Dopiszę, żeby było jasne. Poza "dalekimi" wolne dostały matki polki, które mają urwanie głowy z dziećmi. Ja naprawdę nikomu źle nie życzę i wcale nie chcę, żeby ludziom dowalić, ale:
1) W pracy zostają w takich sytuacjach sami "samotni", którzy mają w miarę blisko do pracy - cóż za sprawiedliwość dziejowa!
2) Odwalamy robotę za wszystkich, skoro z 15 osób zostały 3!
Czy ktoś nam za to zaproponuje jakąkolwiek rekompensatę?

praca szefowa

Skomentuj (59) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 211 (Głosów: 273)

#76587

(PW) ·
| Do ulubionych
Mamy przed pracą wyznaczone 3 miejsca parkingowe dla pracowników. Na ziemi są koperty, a przed nimi znak (znak, który dało nam Miasto - nie taki, jak to sobie ludzie sami czasem malują). Po prostu te miejsca są dla nas, myśmy za to zapłacili i tylko my możemy tu stawać. Tym bardziej, że kiepsko z miejscami wokół. Ale nie jesteśmy czepialscy, uprzedzę komentarze, kiedy ktoś staje na chwilę, no problem, tylko coś załatwić, spoko. A ci, którzy zostawiają samochody na dłużej, otrzymują od nas uprzejme karteczki za wycieraczką, żeby jednak nie stawali.

Ale oczywiście jest jeden uparty, czarna hondzia, który staje na naszych kopertach dość często i kiedy ci mobilni przyjeżdżają do pracy rano, miejsca brak. Dostał karteczkę jedną, drugą, trzecie, ostatnie ostrzeżenie i... widzę właśnie przed chwilą, jak koleżanka go przydybała, że wsiada do samochodu (który stał tu do samiusieńkiego rana):

[K]oleżanka: Panie kochany, tu nie można stawać, to są nasze miejsca, jest znak jak byk i karteczki, i koperty (może teraz nie widać, ale upomnienia dostawał, jak jeszcze widać było)...
[Cz]arna [H]ondzia: Takie znaki to se możecie...
[K]: To jest normalny miejski znak, jeśli się pan nie będzie stosował, to wezwiemy policję, to jest tylko dla pracowników "W"!
[CzH]: No i mam cię ślicznotko, ja pracuję w "W" i co mię teraz zrobisz?
[K]: No chyba nie, bo ja tam pracuję i cię gościu nie znam!
[CzH]: (chwila konsternacji)... A to spie*dalaj!
I poszedł.

Laweta zgarnia Hondzię właśnie.
Będziemy mieć jutro wybite szyby?

parking praca

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 378 (Głosów: 392)