Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

meszuger

Zamieszcza historie od: 19 czerwca 2012 - 9:36
Ostatnio: 15 stycznia 2017 - 14:28
  • Historii na głównej: 9 z 9
  • Punktów za historie: 2102
  • Komentarzy: 18
  • Punktów za komentarze: 110
 

#76690

(PW) ·
| Do ulubionych
Pisałam już kiedyś o naszym pracowniku roku - Staśku, czyli leserze, jakich mało (historia pierwsza dostępna tu: http://piekielni.pl/73666). I o szefowej, która traktuje nas, jak jej pasuje (http://piekielni.pl/76583).

W tym tygodniu Staś "choruje", a dokładniej:

Poniedziałek, godzina 11, Staśka nie ma. Koleżanka z jego działu (jego bezpośrednia przełożona) nie może się do niego dodzwonić, nie wiadomo, o co chodzi, więc idzie do szefowej i pyta, czy nie wie, co ze Staśkiem. "Aaa, tak tak, napisał mi smsa, że się źle czuje i nie będzie go dzisiaj". No dobra, niech mu będzie.

Wtorek, od rana Staśka nie ma. Szefowa: "Przesłałam mu mailem pracę do domu, będzie pracował dzisiaj zdalnie, bo nadal chory".

Środa. Szefowa: "Staś dzisiaj idzie do lekarza, bo się naprawdę pochorował bidny i dostanie zwolnienie za te wszystkie dni".

Czwartek. Chłopa ni ma, zwolnienia ni ma, ale nikt już pytań nie zadaje. Skoro ma przynieść zwolnienie, to niech przyniesie.

Piątek. Godzina 12, wpada Stasiek, nic po nim choroby nie widać, coś tam pogrzebał w biurku i - daj Boże - jest 14, właśnie wyszedł. Wchodzę do pokoju socjalnego, gdzie leży lista obecności, a tam... Stasiek podpisany normalnie za cały tydzień!! Lecę więc do koleżanki (tej jego bezpośredniej przełożonej), żeby ją poinformować o fakcie. Ta więc z ku*wami na ustach idzie do szefowej i co... "No właśnie ten lekarz mu nie dał zwolnienia w końcu, wyobraża sobie pani?! No to kazałam mu się normalnie podpisać".

To tak a propos równości w pracy.

Stasiek praca szefowa

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 267 (Głosów: 283)

#76583

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja szefowa w (przed)ostatnie święta wpadła na genialny pomysł. Otóż ci, którzy mają do pracy daleko, nie przychodzą w Wielki Piątek (przecież nikt już nie będzie od nas niczego chciał, a tyle jest w domu do zrobienia przed świętami), a ci, którzy mieszkają blisko, to przyjdą rześko, posiedzieć na dyżurze. Bo przecież całkiem zamknąć nie można, a jak wrócimy, to zdążymy napichcić żuru...

"Dalecy" w skowronkach, dostali wolne za darmo, "bliscy" (w tym ja) wkurzeni - bo przecież czy to jest nasza wina, że mamy do pracy kilka kroków? Czy my nie mamy przygotowań świątecznych? Czy możemy za to wziąć inny dzień wolny? (skądże!)

Poszłam do niej wtedy i mówię, że średnio fair to jest moim zdaniem. A ona na to, że wyjątkowo tak to wymyśliła i przy następnych świętach inaczej to rozwiążemy. No dobra, przecież ja nie jestem chora na głowę, żeby komuś źle życzyć, dostali wolne, niech się cieszą.

23.12, czyli w (prawie)święta aktualne, wchodzę do pracy o 8.00 i kogo widzę? Dwie koleżanki (z 15 osób).
"A cóż to, jakiś pogrom przedświąteczny?"
"Nie no, szefowa dała wolne tym, co daleko..."

Faktycznie, inaczej to rozwiązała. Tym razem w ogóle mi nie powiedziała! A pozostali chyba się bali, że rozpętam aferę, bo nikt pary nie puścił.

Czy tylko mnie się to wydaje co najmniej słabe?

[edit] Dopiszę, żeby było jasne. Poza "dalekimi" wolne dostały matki polki, które mają urwanie głowy z dziećmi. Ja naprawdę nikomu źle nie życzę i wcale nie chcę, żeby ludziom dowalić, ale:
1) W pracy zostają w takich sytuacjach sami "samotni", którzy mają w miarę blisko do pracy - cóż za sprawiedliwość dziejowa!
2) Odwalamy robotę za wszystkich, skoro z 15 osób zostały 3!
Czy ktoś nam za to zaproponuje jakąkolwiek rekompensatę?

praca szefowa

Skomentuj (59) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 203 (Głosów: 265)

#76587

(PW) ·
| Do ulubionych
Mamy przed pracą wyznaczone 3 miejsca parkingowe dla pracowników. Na ziemi są koperty, a przed nimi znak (znak, który dało nam Miasto - nie taki, jak to sobie ludzie sami czasem malują). Po prostu te miejsca są dla nas, myśmy za to zapłacili i tylko my możemy tu stawać. Tym bardziej, że kiepsko z miejscami wokół. Ale nie jesteśmy czepialscy, uprzedzę komentarze, kiedy ktoś staje na chwilę, no problem, tylko coś załatwić, spoko. A ci, którzy zostawiają samochody na dłużej, otrzymują od nas uprzejme karteczki za wycieraczką, żeby jednak nie stawali.

Ale oczywiście jest jeden uparty, czarna hondzia, który staje na naszych kopertach dość często i kiedy ci mobilni przyjeżdżają do pracy rano, miejsca brak. Dostał karteczkę jedną, drugą, trzecie, ostatnie ostrzeżenie i... widzę właśnie przed chwilą, jak koleżanka go przydybała, że wsiada do samochodu (który stał tu do samiusieńkiego rana):

[K]oleżanka: Panie kochany, tu nie można stawać, to są nasze miejsca, jest znak jak byk i karteczki, i koperty (może teraz nie widać, ale upomnienia dostawał, jak jeszcze widać było)...
[Cz]arna [H]ondzia: Takie znaki to se możecie...
[K]: To jest normalny miejski znak, jeśli się pan nie będzie stosował, to wezwiemy policję, to jest tylko dla pracowników "W"!
[CzH]: No i mam cię ślicznotko, ja pracuję w "W" i co mię teraz zrobisz?
[K]: No chyba nie, bo ja tam pracuję i cię gościu nie znam!
[CzH]: (chwila konsternacji)... A to spie*dalaj!
I poszedł.

Laweta zgarnia Hondzię właśnie.
Będziemy mieć jutro wybite szyby?

parking praca

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 354 (Głosów: 368)

#76549

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótka historia z pracy.

Maleńkie przypomnienie - moja praca to miejsce typu media, reklama, wydawnictwo. Jak to w takim przybytku, różne są działy, różne pokoje, a w każdym kto inny, czym innym zajęty. W każdym razie jest też dział sprzedaży. W nim panie sprzedające, które mają kasę, sejfik i wszystkie rzeczy potrzebne do sprzedaży. A przede wszystkim informację na drzwiach, że czynne do 15.00 (pozostali pracują do 16 - o czym informuje wyraźnie napis przy wejściu).

Tuż przed świętami, ale akurat nadgodziny. 17.15, siedzimy we dwie z koleżanką, robimy swoją robotę. Wparowuje gość. Bo on chce kupić.

Ja: Ale niestety nie kupi pan już nic, sklep zamknięty. I w zasadzie my też już zamknięci.
Gość: No ale pani jest przecież, to niech mi pani sprzeda.
Ja: Sklep zamknięty od 2 godzin, ja nie mam klucza nawet. Poza tym ja nie ten dział - nic mi do sprzedaży.
Gość: No ale pani jest, to jeszcze otwarte.
Ja: Zamknięte, nie mam klucza, nie mam wejścia do kasy, nie mam czegoś tam, ble ble ble.
Gość: Ale ja jechałem, to chcę...

No i taka gadka przed kilka minut. Doszliśmy do konsensusu. Ja mu sprzedam bez paragonu i za odliczoną gotówkę. Jutro koleżance przekażę, a paragon weźmie kiedyś przy okazji, ok.

Ma zapłacić 107,50. Daje mi 200.
Ja: Gościu, nie mam ci jak wydać, przecież nie mam dostępu do kasy.
Gość: Przykro mi, ale w tej sytuacji prawo jest po mojej stronie, sprzedawca ma OBOWIĄZEK wydać resztę!

Mhm.

praca upierdliwy klient

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 220 (Głosów: 248)

#75983

(PW) ·
| Do ulubionych
Ludzie są... leniwi? Wygodni? Głupi?

Tym razem przykład ze światka internetowych wymian usługowo-przedmiotowych.

Wystawiasz ogłoszenie o sprzedaży. Dokładnie opisujesz i obfotografujesz sprzedawany przedmiot (8 zdjęć). Podajesz cenę, miejsce, gdzie można je odebrać/zobaczyć. Maksymalna ilość informacji. I poszło!

Pytania, które przysyłają ludzie:
1. Jaka cena?
2. Gdzie można odebrać?
3. Jaki kolor?
4. Czy nie dasz za darmo dla biednych?
5. Jaka cena?... itd.

Hitem był gość, który zadzwonił z pytaniem "a co to właściwie pani tam sprzedaje?" :-)

internet sprzedaż

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 170 (Głosów: 190)

#75056

(PW) ·
| Do ulubionych
Zakupy na olx.

Kupuję zapięcie do roweru, takie na szyfr. Szybka wpłata, szybka przesyłka. Doszło, ale się nie otwiera na kod, który Pani sprzedająca podała w wiadomości. Piszę do niej, że chyba coś jest nie tak:
"Niemożliwe! Musiała pani coś zepsuć, bo ja sprawdzałam i działało na pewno na ten!" I tyle.
Szła w zaparte, że to ja coś pomyliłam. Swoją drogą, co można zepsuć w takim zapięciu, to nie wiem...

Minęło kilka tygodni, różni znajomi próbowali otworzyć, ale niestety nie udało się. Rzuciłam zapięcie do szuflady i szukam kolejnego na olx. Patrzę - znajome ogłoszenie nadal aktualne (pani sprzedawała kilka sztuk). Wchodzę z ciekawości i co widzę - zapięcia na zdjęciu mają ustawiony taki sam kod. Wszystkie taki sam (że też wcześniej na to nie wpadłam!) Biorę więc mój nieużytek, wpisuję tenże kod (zupełnie inny od tego, który dostałam w wiadomości od sprzedającej) i co? Otwarte! Jakież było moje zdziwienie! Piszę więc do kobity, o co chodzi, dlaczego podała zły kod i jeszcze mnie oszukała, że sprawdzony, zwalając winę na mnie, skoro wystarczyło popatrzeć na własne zdjęcie własnych zapięć i po prostu podać dobry szyfr.

Odpowiedź przyszła taka: "Mam zapięć ponad 20 szt, więc proszę mi takich rzeczy nie mówić. Nie oszukałam, nie działałam celowo na szkodę i nie pozwolę się tak atakować. Proszę do mnie nie pisać z pretensjami. Blokuję Pani konto, ponieważ nie zamierzam się denerwować. Nie życzę sobie, aby się Pani na mnie wyżywała. Szczerze starałam się sytuację rozwiązać i uważam to za chamstwo".

Skoro nie działa na szkodę, to jak wytłumaczyć tę abstrakcyjną sytuację? I jakie chamstwo? Zwróć człowieku komuś uwagę, żeby nie robił z ciebie debila, dowiesz się, żeś cham.

Pozdrawiam panią i życzę miłych dalszych transakcji! A gdyby ktoś kupił zapięcie rowerowe na olx i kod mu nie wchodził, dajcie znać - ja już znam dobry szyfr.

internet zakupy

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 230 (Głosów: 248)

#74176

(PW) ·
| Do ulubionych
Średnio piekielnie. Za to mało ekologicznie. Sytuacja z pracy. Branża nieistotna.

Chodzi o ekipę sprzątającą. Do niedawna myślałam, że w zasadzie to kwestia tylko stałej pani sprzątającej - niech będzie Madzi.

Madzia jest osobą z lekkim upośledzeniem umysłowym. Naprawdę lekkim, w zwykłych sytuacjach dogadasz się bez problemu, sympatyczna babka. Kilku spraw jednak nie ogarnia. Najważniejsza z nich to segregacja śmieci. Mamy jeden kosz na śmieci "komunalne" i 3 dodatkowe pojemniki - papier, plastik + metal i szkło. Dzielnie segregujemy.

Szybko się dostosowaliśmy, myjemy nawet pudełka po jogurtach, zadowoleni, że tak dbamy o środowisko [Edit: nie przyszłoby mi do głowy, żeby szorować śmieci pitną wodą - ale kiedy myjesz coś innego i wstawisz kubek z jogurtu do zlewu, żeby przelała się przez niego woda, to automatycznie resztki się wypłukują. Tu żadnego marnotrawstwa nie ma!

Aż tu któregoś dnia... wchodzę sobie do kuchni, gdzie kubły stoją, a Madzia władowawszy śmieci komunalne do wielkiego wora pakuje w tenże sam po kolei wszystko z pozostałych koszy.

Ja: Co pani robi?!
Madzia: No śmieci przecież wyrzucam...
Ja: Czy pani uważa, że my robimy pani na złość i wyrzucamy specjalnie do 4 różnych koszy, żeby pani miała więcej roboty? Przecież to jest segregacja, to się wynosi do innego kosza... ble ble ble.
Po wykładzie Madzia kiwnęła grzecznie głową. Ale wolę dmuchać na zimne. Na wszelki wypadek zaproponowałam, że to ja będę opróżniać te segregowane (kosz do segregacji jest z drugiej strony budynku - jakieś 100 metrów - może o to chodzi?). W każdym razie korona mi z głowy nie spadnie.

Minęło trochę czasu, dogadujemy się z Madzią. Ona wynosi zwykłe śmieci, ja ogarniam segregację, no problem. Tu chodzi o środowisko, a nie o umowy na wyrzucanie śmieci, które podpisała moja firma. To nie do końca mnie obchodzi, ja - zwykły obywatel - po prostu chcę segregować, więc skoro ona nie kuma, to ja je wywalam. Spoko.

No i dobra, do tej pory dużej piekielności nie ma, trzeba być wyrozumiałym dla osób takich jak Madzia.

Jednak *Epizod wakacyjny.
Jest pani zastępująca Madzię - Jadzia. Jadzia nie ma problemów umysłowych. Wchodzę wczoraj do kuchni. Jadzia pakuje segregację do zwykłego wora...
Powiedzcie, czy pracownikom firm sprzątających nie mówią, że śmieci trzeba segregować?
Szczególnie, jeśli są do tego specjalne, oznakowane kubły?

segregacja śmieci ekologia

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 182 (Głosów: 236)

#73666

(PW) ·
| Do ulubionych
Ponowna historia o pracy w "W" (dla zainteresowanych pierwsza tutaj: http://piekielni.pl/71711).

Mamy w pracy kolegę, nazwijmy go Staś. Stasiu jest ulubieńcem pani kierownik. Od samego początku ewidentnie go faworyzuje. Jednak w tej historii to pani kierownik (K) jest piekielna.

Przykłady:

1) Stasiu trochę pośmierduje. Chodzi w jednej koszuli cały tydzień, poza tym pije dużo kawy, je cebulę i ser. No, każdy ma swoje upodobania dietetyczne, ale fakt jest taki, że dłużej niż minutę to w pokoju Stasia wytrzymać się nie da. Dlatego też siedzi sobie sam. Nikomu by to bardzo nie przeszkadzało, bo w sumie z pokoju nie wychodzi zbyt często (chyba że na fajkę, ale o tym za chwilę), gdyby nie fakt, że pracujemy z ludźmi, którzy do nas przychodzą i załatwiają różne sprawy. Więc, powiedzmy szczerze, Stasiu nie jest najlepszą wizytówką firmy.

Zgłosiliśmy do pani K, żeby może porozmawiała z nim, że trzeba się myć... Owszem, powiedziała mu (raz!, a Stasiu pracuje 5 lat), że "klientom jest milej, kiedy wokół roznosi się przyjemny zapach" (mniej więcej coś takiego). Skutek: Stasiu kupił coś w stylu "Bond" i zużywa chyba jedno opakowanie dziennie. Wyobraźcie sobie, jaki fetor jest teraz. Pani K twierdzi, że przecież jest lepiej niż było.

2) Stasiu wychodzi na fajkę (liczyłam!) mniej więcej 6-9 razy dziennie. Według pani K "trzeba zrozumieć nałogowca". Miałam już kilka razy plan przyjść do pracy nawalona, ale nie wiem, czy ten nałóg też by zrozumiała... ;-)

3) (hit!) Dwa lata temu Stasiu poinformował panią K, że w zimie ma problem z dojazdem, ponieważ mieszka pod miastem i najwygodniej byłoby mu jeździć z kolegą samochodem, w związku z czym będzie przyjeżdżał przez zimę na 9 (pracujemy od 7.30). Pani K zgodziła się pod warunkiem, że będzie zostawał do 17 (pracujemy do 15.30). Ale że pani K wychodzi o 15.30, to nie wiedziała długo, że Stasiu nie dotrzymuje słowa i zmywa się zaraz po jej wyjściu. Tak tak, "zmywa się" - trwa to nadal. Minęły 2 lata, 3 zimy, ale te autobusy podmiejskie chyba nadal kiepsko jeżdżą, ponieważ Stasiu jest codziennie w pracy między 9 a 10 i wychodzi tuż po 15.30. Najpóźniej o 16 (wiem, bo czasem zdarza mi się zostać dłużej). Jakby nie patrzeć, jego dzień pracy to 6 godzin. Żyć, nie umierać! Pani K o tym już teraz wie, bo przecież pozostałych pracowników szlag jasny trafia. Ale według niej "dojazdowiczów trzeba zrozumieć".

Kolejne historie o Stasiu i pani K wrzucę innym razem. Koniec przerwy śniadaniowej ;-)

praca

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 256 (Głosów: 298)

#71711

(PW) ·
| Do ulubionych
To moja pierwsza historia tutaj, ale przy okazji ostatnich wydarzeń u mnie w pracy raczej nie ostatnia.

Dzisiaj: Opowieść o tym, jak wy**chać młodego pracownika.

Pracuję w firmie typu "agencja reklamowa/PR/druki". Nazwijmy ją "W". Co ważne, ta firma stanowi jedynie dział większego przedsiębiorstwa z sektora budżetowego. W związku z tym zarobki są takie sobie, ale przynajmniej łapiemy się na wszystkie gwarancje "budżetówki", jak 13-stka, premie, socjale. Nie ma co narzekać.

Zaczęłam pracę tutaj zaraz po studiach. Teraz mam 30 lat, więc trochę już minęło. Chwilę po tym, kiedy moja praca nabrała już tempa i się zaaklimatyzowałam - czyli jakieś 3 miesiące od początku - okazało się, że koleżanka z mojego działu jest w ciąży i to zagrożonej, więc szybko poszła na L4, a później rok macierzyńskiego. Ok, ja jej życzę jak najlepiej, niech się dzieci rodzą. Przez te ponad 1,5 roku pracowałam na swoim etacie, ale też wykonywałam jej obowiązki, ani słowem się nie odzywając, bo przecież nie miałam jeszcze umowy na czas nieokreślony, a że praca pierwsza i bardzo mi się tutaj podobało, to nie pisnęłam nic i tak przeleciał ten czas pracowania na podwójnym etacie. Natomiast pani kierownik całej firmy, nazwijmy ją panią "K", nie poczuła takiej chęci, żeby mi w jakiś sposób wynagrodzić moją dodatkową pracę.

Koleżanka wróciła po macierzyńskim i dalej spokojnie prowadziłyśmy nasz dział. Ale moje szczęście długo nie trwało, otóż po jakimś czasie koleżanka pyk - druga ciąża. Oczywiście znowu zagrożona. Ponieważ już czułam, co będzie, od razu poszłam do pani "K", żeby zatrudniła kogoś na zastępstwo w tym czasie, bo zwyczajnie nie uśmiechało mi się tyrać za dwie osoby kolejny raz i to za friko! "Tak tak, będzie pracownik". Po 3 miesiącach upraszania (i znowu - wykonywania podwójnych obowiązków) zatrudniła wreszcie nową osobę! Radość nie trwała długo, ponieważ nowa koleżanka została szybko zaanektowana do innych działów, gdzie przecież też była potrzebna, a uściślając, stała się bezpośrednim podwładnym pani "K" i niewiele mi pomogła. W każdym razie skończyła umowę na zastępstwo po pół roku.

Teraz sedno! Przez cały ten czas (w sumie 1,5 roku - choć nie powinnam liczyć jednej połówki roku, kiedy było "zastępstwo") byłam u pani "K" chyba z 10 razy z prośbą o podniesienie mojej pensji albo premię comiesięczną, albo jakąś formę rekompensaty za podwójną pracę. Co słyszałam za każdym razem? "Nie ma jak, nie ma z czego, kadry się nie zgodzą". Kiedy zdecydowanym tonem powiedziałam wreszcie, że zacznę klientów odsyłać do niej, dostałam nagrodę kierownika o zabójczej wysokości 750 złotych brutto i jednorazową premię o wysokości 490 złotych brutto! W sumie 1240 złotych, co nie stanowi nawet połowy moich zarobków. Oczywiście JEDNORAZOWO! "Masz i stul ryj".

** Muszę tutaj dopisać, ponieważ pytacie w komentarzach. Jeśli branie pracy do domu np. na całe weekendy traktujemy tak samo jak pracę po godzinach + obsuwa, taka co najmniej miesięczna w porównaniu do wcześniejszej efektywności, to owszem, pracy było dużo dużo więcej. I tak, nie przeszkadzało to pani "K", ponieważ za swoją działkę odpowiadam ja sama, nie ona. **

Koleżanka - podwójna matka wróciła już do pracy, więc teraz mogę prosić... o gwiazdkę z nieba, bo przecież nic nie działa wstecz.

Mój problem polega na tym, że nie lubię się kłócić i ludzie mnie po prostu wykorzystują. Pewnie uznałabym też, że pani "K" chciała, ale nie mogła mi więcej dać i taki mój bidny los, trzeba się pogodzić... gdyby nie to, że mam znajomą w wymienionych już "kadrach". Niestety nie jest tam nikim "ważnym", więc nie może załatwić żadnej podwyżki, ale przekazała mi jedną istotną informację. Otóż przez cały ten czas, kiedy ja harowałam jak dzik za dwie osoby, pani "K" wypisywała sobie podania o premię dla siebie w wysokości 1000 złotych (co kwartał, co daje 4000 w ciągu roku), a także przyznała sobie podwyżkę w wysokości 700 złotych brutto. Czyli zarobiła przez te 1,5 roku jakieś 12-13000, uzasadniając swoje prośby obłożeniem spowodowanym brakiem pracownika.

Jak to mówi moja mama, jedni są od zarabiania, a drudzy od zapie**alania.

praca media

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 226 (Głosów: 294)

1