Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

michal_wedrowniczek

Zamieszcza historie od: 9 września 2016 - 6:01
Ostatnio: 26 czerwca 2017 - 0:26
  • Historii na głównej: 6 z 15
  • Punktów za historie: 1033
  • Komentarzy: 6
  • Punktów za komentarze: 2
 
zarchiwizowany
Będzie o osobach starszych.

Jeżdżę taksówką - ot dorabiam sobie do pensji. Zdarza mi się nierzadko wozić osoby starsze - rozumiem i szanuje to, ale jednej rzeczy nie rozumiem. Dlaczego, mając prawie połowę kwietnia za pasem, przy temperaturze sięgającej 20 stopni, ludzie ubierają grube zimowe kurtki? Wiem, że kwiecień-plecień, ale czy naprawdę smród przepoconego ciała i ubrania, który aż szczypie w oczy im nie przeszkadza?

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -10 (22)
zarchiwizowany
Goście, Goście…

Pracuję w hotelu i niedawno miałem okazję znów doświadczyć wspaniałości naszych Gości, a właściwie to problematyczne kwestie finansowo cenowe:

Nasz hotel jest w miarę przyzwoity, może nie ma jakiegoś szału, ale generalnie Goście raczej są zadowoleni (booking ocena ok.8,5). Posiadamy 2 typy pokoi - albo klasyczne twiny (pokój z dwoma łóżkami, nie jest zbyt duży, ale 2 osoby sobie radzą) i apartamenty. Apartamenty to pokoje, które składają się z sypialni, łazienki i “salonu”. Oczywiście nie jest to metraż na miarę Sheratona, ale wiadomo - zawsze jest wygodniej.

Jeśli chodzi o ceny: cena pokoju standardowego jest przeciętna (tzn. nie wyróżniamy się ani w górę ani w dół) w stosunku do cen w pozostałych hotelach. Ceną wyjściową jest cena ustalona wspomnianym wcześniej bookingu, i tą też cenę mówimy w przypadku rezerwacji telefonicznych. Cena apartamentu waha się w zależności od liczby osób, ale przy dwóch osobach jest to ok 1,5-2 razy wyższa niż cena pokoju standard.Generalnie możemy tę cenę obniżać (w granicach rozsądku), bo wiadomo - lepiej pokój sprzedać za troszkę mniej niż miałby stać pusty.

I o tym przypadku chciałbym teraz powiedzieć. Dzwoni telefon, pani, rezerwuje pokój na noc sobota/niedziela. Są pokoje, pyta o cenę - i odpowiadam, wtedy zapada cisza (raczej naturalna reakcja). Następnie pada stwierdzenie, że byłam już u Państwa 2 albo 3 lata temu (kurcze - stały klient) w listopadzie i cena była ⅛ niższa. Odpowiadam, że mogło tak być, ale właśnie zaczyna się sezon i normalnie ceny są wyższe niż oferowana przeze mnie. Pani znów zamilkła. A czy chociaż tak z 10 zł mógłby Pan obniżyć? Cóż, jeśli przy rezerwacji wartej ok 200zł ta dycha zrobi Pani różnicę, to mogę obniżyć.

Rozmowa telefoniczna, niecałą godzinę później:
dzień dobry, recepcja hotelu w czym mogę pomóc
chcielibyśmy zarezerwować pokój u państwa na przyszły tydzień
oczywiście, jest pokój wolny, cena wynosi xxx zł
a czemu aż tyle, byłem u państwa niedawno (w okresie bardzo niskiego sezonu - przyp autora), i cena była dużo niższa!
tak, to prawda, mogło tak być, ale aktualnie rozpoczyna się sezon i apartamenty są w takiej cenie, w cenie przez pana podanej mogę zaproponować zwykły pokój.
hmm… nie, nie, my chcielibyśmy jednak ten apartament, ale takiej cenie.
niestety (chociaż jestem skłonny do pójścia na rękę to jednak w tym przypadku włącza mi się asertywność 3 poziomy wyżej), ale nie mogę panu sprzedać tego pokoju w tej cenie.
no dobrze, proszę o pana imię i nazwisko, jak przyjadę to chciałbym porozmawiać z pana przełożonymi, co oni na to.
bardzo proszę, nazywam się michal wedrowniczek
czemu pan nie chce dać nam tej zniżki?
bo nie mam takich kompetencji (tutaj trochę blef)
rozumiem, jeszcze raz proszę mi powiedzieć, z kim rozmawiam?
michał wedrowniczek
czyli nic się nie da zrobić z tą ceną? tyle promocji jest, tyle obniżek i taka wspaniała była wcześniej cena, a tutaj pan taki nieugięty
(wnerw) niestety nie mam takich kompetencji, takie ceny przewidziane są na ten dzień i tego mam się wytrzymać.
rozumiem, w takim razie jak przyjadę to porozmawiam z pana przełożonymi, jak oni na to patrzą.
rozumiem, dobrze, proszę porozmawiać.
dobrze, dziękuję, do widzenia.

Może to jest coś ze mną nie tak, ale ciśnienie mi naprawdę skoczyło.

Na koniec scenka z restauracji - śniadanie

Śniadania serwujemy w godzinach 7-10. Godzina 9:45, wpadają 2 panowie, jedzą jajecznicę i… zaczynają robić kanapki. Mijając ich w wejściu kelnerka bardzo grzecznie zwraca im uwagę, że na wynos są przygotowywane lunchboxy, na co panowie: “musimy mieć kanapki, bo idziemy do pracy”. Na taki argument, kelnerka już nie potrafiła odpowiedzieć, zaś panowie pospiesznie wrócili do pokoju.

hotel restauracja recepcja

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 30 (100)
Alkohol wyżera mózg.

Dorabiam, pracując jako taksówkarz w dużym mieście. W dniu dzisiejszym miałem miałem okazję doświadczyć jak alkohol niszczy ludzi.

Siedzę sobie w samochodzie, spoglądam raz po raz na firmowy tablet i "pik-pik" - jest zlecenie. Jadę, podjeżdżam pod adres - przychodzi starszy pan, trochę bełkocący, ale cóż - biorę. Jest godzina 12:50... Każe jechać do centrum, na stare miasto - ok. Jedziemy.

Nastąpiło wtedy coś, co potem trochę mi uratowało tyłek - gość mówi, że trochę pojeździmy i czy chcę zaliczkę. Stwierdzam, że nie ma takiej potrzeby, ale ostatecznie dostaję 100zł i jedziemy. Dojeżdżamy do starego miasta, on mówi, żeby zaczekać, staję, i czekam. Oki. Minęło nieco ponad półgodziny - wraca - jedziemy dalej. Kierunek bar. Ok. Jedziemy, zatrzymujemy się, gość mówi, że chce chwilę posiedzieć, więc niemal każe mi iść z nim. Idę, wchodzę, i siadam (bo cóż innego robić). Siedzimy, on tam z kimś gada i po kilkunastu minutach wychodzi. Ok. - ja za nim, wsiadamy w samochód - jedziemy w kolejny punkt na mieście (jakiś sklep), tam znów oczekiwanie, potem jedziemy na stare miasto (to samo miejsce), i potem do wcześniej odwiedzanego baru.

Przyznam, że byłem już trochę zmęczony, ale jak trzeba jechać to trzeba jechać, po dotarciu do baru zostałem w samochodzie i czekałem - i po 45 minutach stwierdziłem, że mam dość i trzeba się określić - mam stać, jechać, czy co. Wchodzę do baru, a gość na sofie leży rozłożony i śpi. Kelner poznał mnie i razem próbowaliśmy się dowiedzieć, gdzie ów dziadek mieszka - po kilku próbach ocucenia, udało się wyciągnąć - Piekiełkowa 1. Zatem do samochodu (na spółkę z kelnerem) i jedziemy. Włączyłem trochę chłodniejszego nadmuchu, coby nie zasnął i dojeżdżamy na miejsce.

Podjeżdżamy pod klatkę, zatrzymujemy się i gość stwierdza, że on nigdzie się nie rusza, bo on chce pojechać z powrotem do tego baru. Powiedziałem, że nie ma takiej opcji i ma dopłacić różnicę (taksometr wskazywał ponad 100zł) i wyjść. Na co on stwierdził, że nie będzie wychodził, bo jemu tu dobrze i on chce jechać. Powiedziałem, że nie, nawet (nie do końca było to zgodne z prawdą, ale stwierdziłem, że jestem umówiony do lekarza). A on na to - to ja jadę z Panem. po kilku minutach takiej bezsensownej gadki, zadzwoniłem na centralę i poprosiłem o wsparcie - gdy Gość zobaczył, drugą taksówkę, jakby zgrzeczniał i wyszedł - bez płacenia, ale wyszedł. Wszedł na chodnik miotany wichrami wschodnimi i - miał chłop szczęście, że stałem obok niego - łup na ziemię, do tyłu, próbowałem go łapać, ale jedyne co mi wyszło to podłożenie ręki pod głowę - także uderzył głową o przed ramię, a nie o chodnik.

W tym momencie kontakt z nim się urwał - leży i nie rusza się. Kolega był jeszcze bardziej przerażony niż ja, ale jedyne co sensownego przychodziło nam do głowy to telefon na pogotowie. Wybraliśmy "112", po niedługim czasie przyjechało pogotowie i zwinęli gościa. - sprawa zgłoszona także do centrali, także wszyscy, którzy powinni wiedzieć - wiedzą. Ale jestem przerażony, jak alkohol może wyżreć mózg i resztki godności człowieka.

alkohol taxi

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 123 (165)
Chciałbym się tylko podzielić swoim wspomnieniem z mojej pierwszej pracy po przyjeździe do wielkiego miasta.

Był to wielki zakład produkcyjny, w którym pracowało znaczna ilość ludzi - część zatrudnieni bezpośrednio w zakładzie, część poprzez agencje. I te agencje z dzisiejszej perspektywy wydają mi się najbardziej nieludzkie.

Praca na umowę-zlecenie, fizyczna, zmiany 8-godzinne, grafik ustalany przez każdego indywidualnie, początek pracy: 6:00. z tym, że 6:00 to jest rozpoczęcie pracy już na hali, przejęcie obowiązków od poprzednika - w zakładzie trzeba było się pojawić najpóźniej 5:30. Nie ma pracy, bo zakład nie ma zleceń? Do domu! Zdarzało się, że zakład wypracowywał co miał wypracować i nie było już specjalnie pracy, więc ci niepotrzebni byli odsyłani do domu.

Oczywiście płacone było od przepracowanej godziny, czyli zdarzały się "dniówki" po 2-3 godziny pracy. A zdarzały się dni bez pracy - wspaniale, jeśli dostawało się sms dzień wcześniej, ok. 22-23, że jutro wolne, ale mi się zdarzyło dostać takiego sms 4:30 - kiedy już praktycznie byłem ubrany do pracy. A co jeśli Tobie coś wypadło losowego i nie mogłeś przyjść? Zależało od szczęścia - jeśli było mniej pracy, to mogłeś liczyć na sms, że masz wolne, jeśli nie - kara w wysokości 50 zł. Wynagrodzenie ok. 5-6 zł netto/godzina.

Po dwóch miesiącach miałem dość i poszedłem stamtąd, ale współczuję tym, którzy muszą tak pracować.

praca duży zakład

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (199)

#75670

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w hotelu. Goście jacy są to pewnie większość z Was ma wyobrażenie. Przedstawię może kilka typów Gości, którzy szczególnie utkwili w pamięci...

Typ 1: "Stały Gość"
Rozmowa telefoniczna:
-Dzień dobry, recepcja, w czym mogę pomóc?
-Dzień dobry, chciałbym zarezerwować u Was pokój na dzisiaj, jaka cena?
-Dzisiaj to XXX zł.
-Uuuu trochę drogo, a nie dałoby się jakiegoś rabaciku zrobić? Ja tam u Was bardzo często jestem.
-Niestety, nie mogę już obniżyć tej ceny.
-Dobrze, w takim razie proszę zarezerwować. A proszę mi jeszcze powiedzieć jak do Was dojechać?

Typ 2: "Negocjator".
Rozmowa telefoniczna:
-Dzień dobry, recepcja, w czym mogę pomóc?
-Dzień dobry, chciałbym zarezerwować u Państwa pokój. Jaka jest cena?
-Cena wynosi XXXzł.
-Strasznie drogo. A czy można coś obniżyć? Jakiś rabat?
-Niestety nie mogę obniżyć tej ceny.
-Hmm… ja tam spałem u Was kiedyś, nie pamiętam kiedy, ale spałem (cytat dosłowny!), i wiem, że płaciłem trochę mniej.
-Możliwe, że było taniej, bo cena zależy od sezonu oraz obłożenia.
-A gdybym zrezygnował ze śniadania?
-To byłoby o XX taniej.
-Ale wie pan... nie dałoby rady jednak coś z tą ceną zrobić?
-Niestety nie.


Typ 3: "Globtroter. Wszystko wie, na wszystkim się zna."
Rozmowa przy ladzie recepcyjnej.
-Dzień dobry, mamy rezerwację na nazwisko Piekielny.
-Dzień dobry, zgadza się. Bardzo prosiłbym o wypełnienie karty meldunkowej.
-Co to za zwyczaje? Przecież w Polsce nie ma już obowiązku meldunkowego! Ja znam ustawę! Nie macie Państwo prawa pobierać takich danych.

Co ciekawe - problem z kartą meldunkową mają tylko Polacy. Meldowałem już naprawdę wiele osób różnych narodowości i nikt nie miał problemów z kartą meldunkową, z podaniem numeru paszportu/dowodu, a nawet pytali czy mają zostawić paszport/dowód na recepcji (w Polsce zabrania tego ustawa).

Typ 4: Anglik na wieczorze kawalerskim.
Zmora hoteli położonych w niedalekiej odległości od centrum miasta, szczególnie jeśli chodzi o duże ośrodki turystyczne (w tym wypadku Kraków). W Polsce nie mają żadnych hamulców, piją na umór, wracają zataczając się, wymiotują na korytarzu, krzyczą, biegają nago, w pokoju określanym jako "de lux" wygląda jak w melinie - śmieci, niesamowity bałagan i obrzydliwy zapach.

goście hotelowi

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 166 (210)
zarchiwizowany
Wraz z jeszcze-wtedy-narzeczoną planowaliśmy ślub i wesele.

Generalnie rodzice dumni, rodzina szczęśliwa, znajomi zadowoleni - bo to pierwsze od dłuższego czasu wesele w rodzinie. I wszystko byłoby naprawdę idealnie, gdyby nie jedna nasza zasada, której trzymamy się - mianowicie nie pijemy alkoholu. Dlaczego - to już osobna historia - ale żeby być konsekwentnym podjęliśmy decyzję, że wesele będzie bezalkoholowe. Napisaliśmy to nawet w zaproszeniu. O ile w większości przypadków było to przyjęte ze zrozumieniem, o tyle z wieloma osobami trzeba było naprawdę długich dyskusji i przekonywania, że jeśli wesele jest bezalkoholowe to znaczy, że NIE MA NA NIM ALKOHOLU.
Jedna z ciotek była tak śmiertelnie obrażona, że skoro wesele bez wódki to ona nie przyjdzie. Druga zaczęła przekonywać, że no na stołach to może wódki nie być, ale przydałby się jakiś “kącik alkoholowy” - w końcu to WESELE. Chyba najliczniejsza proalkoholowo była grupa nie ciotek, a moich znajomych ze szkoły, którzy stwierdzili, że wesele bez wódki to tak nie po polsku, ba, nawet nie po chrześcijańsku.
Narzeczona była bliska załamaniu, bo skoro tyle osób stwierdziło, że wesele bez wódki nie ma sensu, to naprawdę szykuje się lipa.
Ale cóż czekaliśmy na to “bezbożne, niepolskie wesele”, które nastąpiło i - o dziwo - wszystkim się podobało. Ciotki, którym najbardziej doskwierał brak alkoholu były jednymi z najbardziej aktywnych na parkiecie, natomiast Ci, którzy uznali za niepatriotyczne wspierać wcale nie polskie zakłady gorzelnicze załatwili sobie alkohol we własnym zakresie (wiem, bo widziałem butelkę pod stolikiem)

Puenta będzie krótka - wesele bezalkoholowe może się udać. Ale musi być przygotowane.

wesele bezalkoholowe

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -6 (20)
zarchiwizowany
Historia o tym jak szybko można się nauczyć kultury w szkole.

Historia jeszcze z czasów mojej nauki w gimnazjum. Mieliśmy wychowawczynię nazywającą się powiedzmy Kowalska. Razu pewnego zostałem wysłany po dziennik do tejże Pani, która miała lekcje w takiej małej salce na końcu szkoły. Wszedłem i na pierwszy rzut oka jej nie zauważyłem, więc spytałem dość głośno: Jest Kowalska? Najpierw zobaczyłem szerokie uśmiechy klasy a potem szeroki uśmiech pani Kowalskiej. Od tej pory już nigdy nie przyszło mi do głowy by używać nazwisk nauczycieli bez odpowiedniego tytułu.

szkoła nauczyciele

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -18 (26)
zarchiwizowany
Zasłyszane od kolegi.

Dialog w czasie kolędy.

Matka do księdza: Proszę księdza, ja to k...a nie wiem, czemu te moje dzieci tak klną.

kolęda

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -16 (30)
zarchiwizowany
Krótka historia o złośliwości.

Swego czasu pracowałem w sklepie 24 h. Z racji tego, że podstawowym asortymentem tego sklepu były alkohole, toteż klientów nie brakowało. Wśród nich byli przypadkowi, jednorazowi kupujący, jak również stali klienci - najczęściej amatorzy alkoholi z tej najniższej półki. A skoro mówimy o segmencie produktów winopodobnych i piw klasy raczej niskiej, to nierzadko takie rarytasy były poza możliwościami budżetowymi. Ale, że Polacy sprytny naród to próbują sobie jakoś radzić - jednym z takich sposobów na zorganizowanie budżetu na zawrotne kwoty 4-5 zł, było zbieranie butelek na skup. Oczywiście bez wstępnej selekcji, zatem przynoszone były często butelki bezzwrotne i wszystkie inne. W stanie naprawdę różnym, nieraz takim, że wolałem nie wiedzieć gdzie ta butelka była, ani jaką drogę przeszła po opróżnieniu z właściwej zawartości. Szefowa wkurzała się na takie coś, zatem staraliśmy jak mogliśmy ograniczyć skup butelek (wymiana albo zwrot za okazaniem paragonu), ale mimo tłumaczenia chętnych na skup nie brakowało. Kiedyś przyszedł gość ok. 4 nad ranem (znany już wcześniej, wymieniacz butelek, który prawie nic nie kupował) z 3 wypchanymi butelkami wielkimi reklamówkami:
- Wymień mi to.
- Nie. Paragon albo wymiana.
- Wymień.
- Nie.
- Wymienisz?
- Nie.

I poszedł. Minęło może 20 minut do okienka pukają Strażnicy Miejscy.
- Dzień dobry, stopieńimięnazwiko, mamy tu zgłoszenie, że sprzedawca jest nietrzeźwy i zachowuje się podejrzanie.
- Dzień dobry, ale na pewno na ten adres?
- Tak, ulica Piekielnego XX, a nie widzę tu innego sklepu. Czy Pan coś pił?
- Nie…
- a długo Pan tu pracuje?
- od 18:00…
Panowie myślą, widzą, że jest ok, potem uruchamiają krótkofalówkę, mówią, że są na miejscu i nie widzą nic podejrzanego.
- No dobrze, wg nas jest ok. W takim razie dziękujemy i do widzenia.
- Również dziękuje, do widzenia.

Stałem przez chwilę i zastanawiałem się przez dłuższy czas o co biega, ale zaraz skojarzyłem, że chyba komuś nie w smak było, że nie sprzedał swoich zbiorów butelek. Jakiś czas potem przyszedł i przeprosił, ale już żadnej butelki u nas nie oddał.

sklep24h

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 40 (108)

#75451

(PW) ·
| Do ulubionych
Rzecz krótka o przysługach sąsiedzkich…

W naszej rodzinie miało się wydarzyć ważne wydarzenie - mój brat się żeni. Toteż wiadomo wszystko powinno być super przygotowane i w ogóle. Zadbaliśmy o każdy detal. Jednym z takich detali były włosy, a mianowicie 3 kobiety bardzo mi bliskie (żona, mama i siostra) postanowiły wybrać się do fryzjerki. A że w jednym zakładzie fryzjerskim pracuje nasza “sąsiadka” (miejscowość jest nieduża, jeszcze nie tak dawno była wioską więc określenie sąsiad obejmuje nie tylko najbliższe domy, ale także te dalsze), więc wszystkie 3 panie postanowiły się do tego zakładu udać.

Z racji tego, że ceremonia przewidziana na 13, to 8:30 na początek była w miarę optymalna. Umówić wszystkie kobiety pojechała moja żona, która przy okazji umówiła się także do kosmetyczki, która miała usługi w gabinecie obok.

Przyszedł ten wiekopomny dzień, wziąłem samochód i odwiozłem 3 wspomniane kobiety na miejsce. Wróciłem, idę się samemu przygotowywać i zaraz telefon: “wracaj szybko, fryzjerki nie ma, trzeba szukać gdzieś indziej”.
Wróciłem więc pod wspomniany zakład fryzjerski, zawinąłem mamę i siostrę i po na szczęście niedługich poszukiwaniach odwiozłem je do innego czynnego fryzjera.

Otóż co się stało? Pani fryzjer poszła obsłużyć sąsiadkę, bo ta ją poprosiła, żeby jej zrobiła coś z włosami. O tym dowiedziała się moja żona, która poszła do kosmetyczki. Cóż, widocznie przyszła bliższa sąsiadka.

fryzjer

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 245 (273)