Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

mikado188

Zamieszcza historie od: 30 października 2010 - 14:27
Ostatnio: 26 lipca 2017 - 12:38
  • Historii na głównej: 14 z 22
  • Punktów za historie: 5588
  • Komentarzy: 194
  • Punktów za komentarze: 1052
 
poczekalnia
Na fali ostatnich historii o policji:

W jednym z budynków uniwersytetu zostawiłam swoje dokumenty na ławce stojącej na korytarzu (nie był to dowód osobisty czy prawo jazdy, ale generalnie dokumenty ze zdjęciem i moimi danymi). Szukałam ich, osobiście i przez forum studenckie. Po około 5 godzinach od zdarzenia dostałam wiadomość od osoby, która je znalazła i chciała je oddać (nie żądała znaleźnego). Późniejsze zachowanie tej persony zasługuje na oddzielną historię na piekielnych. By zakończyć wątek powiem tylko, że dokumentów nigdy już nie odzyskałam, ale zemściłam się skutecznie na tej osobie za jej zachowanie w sposób "pozaprawny".

Po 1,5 miesiąca od zgubienia dokumentów byłam w sytuacji, że nie mogłam przymusić osoby, która je znalazła, do ich oddania. Postanowiłam zgłosić sprawę na policję jako przywłaszczenie. W placówce policji na Mokotowie zostałam zbyta przez pana dyżurującego, który powiedział, że "niby zgłoszenie może przyjąć, ale powinnam to zgłosić w jednostce właściwej dla Warszawy Śródmieścia, bo tam miało miejsce zdarzenie i sprawa i tak będzie przekazywana dalej z Mokotowa na Śródmieście, czym tylko wydłużę postępowanie i zmniejszę szansę na jej finał w sądzie i odzyskanie tych dokumentów". To był mój pierwszy kontakt z policją, więc pełna dobrej wiary pojechałam następnego dnia do Śródmieścia. Tam po raz kolejny zostałam zbyta, tym razem tłumaczeniem,że tym to się zajmuje wydział wykroczeń, po czym nastąpiło tłumaczenie podobne jak na Mokotowie dlaczego oni nie chcą tego zgłoszenia przyjąć. Pojechałam następnego dnia do wydziału wykroczeń, zmarnowałam dobre dwie godziny na jego znalezienie, bo znajdował się wśród osiedli i nikt nie umiał mi wskazać, gdzie jest placówka.

W końcu dotarłam i zaczyna się kurde cyrk. Zostałam zaproszona do pokoiku, w którym mieściły się 4 biurka blat w blat, ja zostałam usadzona pośrodku, tak że miałam wokół siebie 4 osoby, po jednej z każdej strony i rozmawiając z każdą kręciłam się jak śrubka wokół własnej osi (bo zgłoszenie niby przyjmowała jedna policjantka, ale każda na temat mojej sprawy miała swoje 3 grosze do wtrącenia.)

Po wstępnym wyłuszczeniu sprawy babka zaczęła mnie za wszelką cenę przekonywać, żebym zgłoszenia nie składała. No niby czekam na te dokumenty 1,5 miesiąca, ale przecież ten człowiek może ma jakieś problemy życiowe i to, że ignoruje wszelkie moje próby kontaktu z nim, to jeszcze nic nie znaczy. Ona to w ogóle jakby była na moim miejscu, to poczekałaby jeszcze ze 2 miesiące i wtedy dopiero ZASTANOWIŁABY SIĘ czy składać zgłoszenie. Odparłam, że czekam 1,5 miesiąca i dłużej czekać nie zamierzam, tym bardziej, że facet ignoruje maile jak i telefony z dziekanatu. Ponadto, te dokumenty są związane z uczelnią i będą mi potrzebne przy rozliczaniu roku, co akurat następuje za trochę ponad miesiąc i zgłoszenie sprawy za dwa miesiące mnie nie interesuje. Babeczka była wyraźnie rozczarowana tym, że nie dam się przekonać, przy spisywaniu zeznań jeszcze 2 razy zapytała czy na pewno jestem pewna decyzji. Babeczki przy sąsiednich stolikach jej skrzętnie wtórowały i jeszcze zaczęły utyskiwać, że z rozwiązaniem sprawy to one się nie wyrobią w ten miesiąc czy dwa.

Wiedziałam, kto jest sprawcą przywłaszczenia, znałam jego imię i nazwisko, wygląd (dysponowałam zdjęciem), wydział na którym studiuje. Miałam jego "przyznanie się", do tego, że ma moje dokumenty, miałam również świadków, którzy widzieli jak je brał i zgodzili się zaświadczyć, że je zabrał, na korytarzu na uczelni jest również monitoring. Od policji wymagałam jedynie ustalenia miejsca zamieszkania, odebrania wyjaśnień od sprawcy i skierowania sprawy do sądu. Jak usłyszałam, że 2 miesiące to na to za mało, to przyznaję, że żal mi doopę ścisnął, ale nic się nie odezwałam.

Pani przyjmująca zgłoszenie zapewniła mnie 3 krotnie, że oni mnie będą informować o postępach w sprawie i mam NIE DZWONIĆ, bo to oni zadzwonią do mnie. (Chyba nie będziecie na tym etapie historii zaskoczeni, że nie zadzwonili?) Koniec końców pani policjantka zdążyła się ze mną jeszcze pokłócić, ze nazwę budynku, w którym doszło do zdarzenia - Collegium Iuridicum pisze się przez "J" na nie "I" i ja z nią chyba w kulki lecę. Koniec końców dostałam protokół do podpisania i z ulgą opuściłam ten cyrk.

Po 1,5 miesiąca od wizyty na policji miało miejsce zdarzenie, po którym wiedziałam, że dokumentów "w naturze" już na pewno nie odzyskam, jak pisałam wcześniej na chłopaku zemściłam się w inny sposób, o sprawie zapomniałam, ale nie wycofałam zgłoszenia.

W następnym roku dostaje telefon z policji. Po DZIESIĘCIU MIESIĄCACH od zgłoszenia sprawy, że niestety pani przyjmująca zgłoszenie popełniła błąd formalny i w protokole nie zawarła wniosku o ściganie sprawcy. (Cała historia miała miejsce 3 lata temu, nie pamiętam jak już dokładnie to wszystko się nazywało). No ale rezolutny pan policjant stwierdził, że na podstawie naszej rozmowy telefonicznej sporządzi notatkę, którą dołączy do akt i na tej podstawie skierują sprawę do sądu. Czyżby happy end? A skąd. Pan policjant zadzwonił do mnie 3 dni po przedawnieniu sprawy. Ja się zorientowałam tego samego dnia wieczorem jak siadłam i zaczęłam liczyć terminy. Myślę, że pan policjant jak dzwonił, to doskonale wiedział, że sprawa jest przedawniona, a pani policjantka przyjmująca zgłoszenie albo odwala fuchę w pracy, albo zrobiła to specjalnie. Tak czy inaczej dostałam pismo z sądu, że sprawa jest przedawniona i przysługuje mi zażalenie. Sprawy nie ciągnęłam, bo nie było po co.

policja

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 92 (110)
zarchiwizowany

#78897

(PW) ·
| było | Do ulubionych
W hotelach, na cateringach, na meczach w strefach vip czy weselach często pracują osoby zatrudniane przez firmy kelnerskie, z którymi dany catering, hotel itp. ma podpisaną umowę. Lubię taką formę pracy - pracować można ile się chce (firma nie zapewnia minimalnej liczby zleceń, ale dobrze to działa w drugą stronę - w sensie są święta/sesja/choroba - nie musisz iść do pracy i nikt nie ma jak na tobie wymusić byś przyszedł), są zmiany różnej długości (od 5 do 16 godzin), można sobie pogadać z kolegami podczas polerowania szklanek itp. Dla studenta, który chce sobie dorobić praca bardzo wygodna.

Normalnie współpracowałam z jedną firmą, z której byłam zadowolona - jednak, że kończyłam 26 lat, co za tym idzie nie mogłam być już ubezpieczona przez rodziców, ze współpracy zrezygnowałam. Była możliwość podpisania umowy zlecenia ze składkami, jednak stawka spadała z 11 zł/h do jakichś 8zł. Studiuję i niestety choruję przewlekle, po prostu bezpieczniej było zrezygnować w ogóle z pracy i ubezpieczyć się na uniwersytecie. Siedziałam tak sobie rok, jednak głupio było mi prosić rodziców o pieniądze na nowe ciuchy, kosmetyki i inne "luksusowe" rzeczy, bo stara już byłam i jednak może już nie wypada. Postanowiłam więc wrócić do pracy. Będąc ubezpieczoną na UW mogłam pracować na umowę o dzieło (nie musiałam wtedy z ubezpieczenia uniwersyteckiego rezygnować, więc byłam bezpieczna, gdyby pojawiła się konieczność hospitalizacji).

W hotelach pracują na jednej zmianie ludzie z kilku firm, postanowiłam pójść do innej, niż dotychczas, tej, o której dużo słyszałam. Była tam możliwość podpisania umowy o dzieło, a stawka wynosiła 12 zł netto za godzinę, przy cateringach 15 zł/h, więc mi zależało.

Piekielność nr 1

Skontaktowałam się z firmą i umówiłam się na rozmowę kwalifikacyjną na piątek na 14.00. Tego dnia, w drodze do siedziby firmy słabo się poczułam, musiałam usiąść i napić się wody, napisałam sms do rekrutera, że będę 5 minut spóźniona. W odpowiedzi dostałam sms, że nikogo w firmie nie ma, bo są na inspekcji w hotelach i zaprasza na rozmowę w poniedziałek. Żyłka mi na skroni wyskoczyła, bo nie wiem po co się umawiać, skoro wiadomo, że nikogo nie będzie w firmie, ale pomyślałam, że może facet źle usłyszał dzień wizyty. Po rozmowie miałam jechać do domu do rodziców, dworzec był po drodze, więc dużo czasu nie straciłam.

Piekielność nr 2

Umowa. Sama w sobie była typowa, jednak składnia niektórych zdań była tak przerażająca, że będąc na 4 roku prawa (jak rozpoznać studenta prawa? Nie musisz, sam ci to powie)wstydziłabym się pod tym podpisać, a pan referent, który ją sporządzał, jakoś się nie wstydził. Konsekwencji tej żenującej umowy jako tako nie było.

Piekielność nr 3

Zlecenia miałam dostawać sms lub miano do mnie dzwonić. Umowę podpisałam w połowie lutego, do trzeciego tygodnia kwietnia nie dostałam żadnego zlecenia, gdy kontaktowałam się by wyjaśnić sytuację dostawałam lakoniczną odpowiedź - "nie ma zleceń".

Piekielność nr 4

26 kwietnia o 21.30 dostałam sms czy mogę iść do pracy następnego dnia na 6.00 rano, odpisałam, że tak. Zadawano mi głupie pytania typu "czy ma pani strój?" (oczywiście, że mam inaczej bym powiedziała, że nie mogę iść do pracy, bo nie miałabym w czym pracować), "czy wstanie pani o 5.00, by zdążyć na 6.00?" (oczywiście, ponownie - powiedziałabym, że nie mogę następnego dnia pracować, gdybym nie była w stanie wstać o tej godzinie). Z dalszej rozmowy wywnioskowałam, że nie kontaktowano się ze mną przez pomyłkę i teraz normalnie będę dostawać zlecenia. Humor mi się poprawił.

Piekielność nr 5

Po przepracowaniu tej jednej zmiany przez kolejne 2 tygodnie nie dostałam żadnego zlecenia. Stwierdziłam, że o kant d... potłuc taką pracę i rozwiązuję umowę. Jak się skontaktowałam z pracownikiem okazało się dodatkowo, że po swoje 120 zł wypłaty mam pojechać do nich do siedziby firmy, bo oni nie robią przelewów na konto. (To po co chcieli mój numer konta? Zresztą co to znaczy, że nie robią przelewów, jakaś januszowa forma oszczędzania w firmie, czy co?) Zmarnowałam więc kolejną godzinę na dojazd + 2 godziny stania w kolejce po wypłatę. Śmieszne. Rozwiązałam umowę zaraz po odebraniu pieniędzy.

Piekielność nr 6

Dwa dni po rozwiązaniu umowy dostaję telefon z tej firmy czy chcę iść do pracy. Odpowiedziałam, że nie, bo już u nich nie pracuję. Kobitka się oburza "to dlaczego ja o niczym nie wiem?". Ekhm, to chyba pytanie do jej współpracowników a nie do mnie? Zanim jednak zdążyłam cokolwiek na to odpowiedzieć, babka się pożegnała i rozłączyła.

Reasumując - pracowałam dla firmy 3 miesiące, zarobiłam 120 zł. Przeniosłam się do starej firmy, zarabiam pensję minimalną, ale przynajmniej wypracowuje pół etatu i nikt ze mną w kulki nie leci. Nikt mi chyba tak czasu nie zmarnował jak w firma, o której jest ta historia.

gastronomia

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 37 (77)

#77587

(PW) ·
| Do ulubionych
Przygody kelnerki mikado188 - część piąta:

Zaliczyłam trzy miesiące pracy w McDonald’s. Generalnie nie polecam jedzenia we franczyzach, bo jakość jedzenia i warunki sanitarne są straszne, ale nie o tym dziś. Trzy przypadki, które zmroziły mi krew w żyłach.

1. Sprzątam salę, nagle patrzę – para z małym, około rocznym dzieckiem. Dzieciak jest karmiony hamburgerem z McDonalda. Serio. Małe dziecko, które musi się podpierać na wózeczku, by ustać, w śpiochach, jest karmiony solonym jak k…mać, głęboko mrożonym i usmażonym w 200 stopniach kotlecikiem i napompowaną bułą. Rodzicami byli ludzie trzydziestoparoletni, żadna pozbawiona mózgu gimbaza czy dziadkowie, którzy nie ogarniają już rzeczywistości.

2. Skoro o gimbazie mowa – najwięksi syfiarze, to właśnie gimnazjaliści. Nie raz musiałam sprzątać ze stołu zmywakiem resztki sosów, porozsypywane frytki, niedojedzone jedzenie. Jako, że jest to miejsce samoobsługowe, powinni sami wyrzucać to do kosza. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby wszystko zebrali na tacy i zostawili.

Raz grupka gimnazjalistów zajęła pomieszczenie dla dzieci, gdzie po prostu bawili się jedzeniem (między innymi rzucali w siebie frytkami). Gdy wychodzili, skierowałam się do pokoiku, by posprzątać. Jeden z dzieciaków rzucił mi: „Miłego sprzątania! Hłe hłe hłe”.

3. Piekielność z obu stron. W franszyzach pewnego właściciela, w których miałam okazję pracować, obowiązywało oszczędzanie produktów. Miało to pewną elokwentną nazwę na rozpisce, w praktyce ograniczało się do tego, że produkty zamiast być co, dajmy na to, 2 godziny wymieniane (nie pamiętam standardów) leżały cały dzień w ladzie.

Jeden klient zamówił sałatkę, dostał zwiędniętą sałatę. Wziął w garść parę liści, wysypał je na kasę i blat dziewczynie i zapytał: „Chciałaby to pani k… jeść?”. Po braku odpowiedzi wrócił do stolika, wziął plastikową miskę, w której podaje się sałatki i cisnął nią z odległości kilku metrów w dziewczyny stojące za kasami. Zasiadł za stolikiem i pił kawkę. Nie został wyproszony, nikt nie zareagował. Ja w międzyczasie sprzątałam salę kilka metrów dalej.

Chciałam wymienić worek na śmieci, wysunęłam więc z obudowy kosz, worek się niestety zaklinował i musiałam się mocno nachylić do dna, by go ”oswobodzić”. Ten sam facet przyszedł z drugiego końca sali z tacą wypełnioną papierami i wysypał mi zawartość na głowę, po czym wepchnął tacę między worek a pojemnik. Ponownie nikt nie zareagował. Jeżeli chodzi o moich przełożonych to nawet nie zapytali czy nic mi się nie stało.

Pracowałam 3 miesiące, była to jedna z najgorszych prac, jakie miałam. Paradoksalnie nie chodzi o klientów, tylko o chamskich i wulgarnych współpracowników (ci po zawodówkach, albo z podstawowym wykształceniem byli w porządku, największą hołotą byli studenci politechniki) i przełożonych, którzy mieli wszystko w dupie.

gastronomia

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (215)

#76972

(PW) ·
| Do ulubionych
Rok temu szukałam pracy w gastronomii - poniżej oferta pracy oferowana przez pewną sieć pierogarni z Warszawy z "piecem" w nazwie:

- Pierwszy dzień próbny za darmo, jeżeli mi się praca spodoba to:

- Trzy dni szkolenia pod okiem doświadczonej kelnerki, wszystkie napiwki idą na jej konto. Po trzech dniach jest test z opanowania menu i standardu obsługi, wtedy zdecydują, czy mnie zatrudnią.

- Za przepracowane trzy dni zapłacą mi, jeżeli przepracuję u nich 3 miesiące. Przyznaję, że nie dopytałam, ale podejrzewam, że jakby mnie nie zatrudnili albo złamałabym nogę i musiałabym zrezygnować, to za te trzy dni by mi nie zapłacili.

- Stawka za 12-godzinny dzień pracy to 56 zł, wychodziło 4,50 za godzinę. Były jakieś dodatki (symboliczne) za zamknięcie lokalu i przepracowanie iluś tam weekendów w miesiącu, ale pensja podstawowa jak widać śmieszna.

- Kara umowna za brak makijażu w pracy 200 zł. W ogóle miał to być mocny make up, dla mnie totalne bezguście, co zresztą widać było po kelnerkach.

Podziękowałam za tę cudowną ofertę.

*Jest dużo komentarzy o makijaż - dziewczyny miały obowiązek mieć czerwone usta (lub zbliżony kolor). Dla mnie takie coś + kreska nad okiem i być może jakiś brązowy cień, to już jest mocny makijaż jak na kelnerkę. Koniec końców pracowałam w hotelach *** i **** w centrum i tam coś takiego było nie do pomyślenia.

gastronomia

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (197)

#76969

(PW) ·
| Do ulubionych
Szukałam pracy w gastronomii. Natrafiłam na ogłoszenie knajpy japońskiej w centrum Warszawy, zatytułowane „ praca BARDZO DOBRE WARUNKI” na portalu gumtree. „Bardzo dobre warunki” według Grażyny biznesu:
- Bezpłatny dzień próbny

- Praca bez umowy

- Po wymuszeniu na Grażynie umowy, stawka zaniżona do śmiesznego poziomu, by za mnie zaliczki na podatek nie odprowadzać, reszta pod stołem.

- Wpisywanie w grafik bez konsultacji ze mną i bez poinformowania mnie, że w ogóle zostałam wpisana. Po poinformowaniu Grażyny, że nie przyjdę, bo mam zajęcia próbowała wymusić na mnie, bym na zajęcia nie poszła. Byłam nieugięta, mało się nie popłakała, że „będzie musiała sama obsługiwać i przyjść na 11.00 do pracy, a nie na 13.00” No tak, kto by za nią filmy on-line na zapleczu oglądał.

- Nie nabijanie rachunków gotówkowych na kasę fiskalną. O tym, że w razie kontroli to ja, jako kasjer zostanę obciążona mandatami i grzywnami już „zapomniała” powiedzieć. O oddaniu mi kasy za coś takiego, pewnie i tak mogłabym zapomnieć, mimo że robiłam to na jej polecenie.

- Pożyczanie sobie, bez mojej wiedzy, przez kucharza pieniędzy z kasy, za którą ja odpowiadałam, i z której to ja miałam się rozliczyć. Właścicielka o tym wiedziała, stwierdziła, że nie widzi problemu. Ja widziałam, z łachą poinformowała kucharza, by nie brał więcej pieniędzy z kasy, generalnie była obrażona.

- Brak okresu wypowiedzenia w umowie.

Po miesiącu się rozstałyśmy, praktycznie wymieniłyśmy się wypowiedzeniami. Głupia byłam, że na to poszłam, z sieroctwa i naiwności względem pracodawcy wyleczyłam się trochę później.

Po roku nie dostałam formularza pit. Nie mogłam w ogóle z Grażyną biznesu się skontaktować, bo nie odbierała telefonu, a na te odebrane przez obsługę knajpy miała oddzwonić, ale nigdy tego nie robiła. Kiedy w końcu udało mi się z nią porozmawiać, próbowała mi wmówić, że „od umów zleceń pitów się nie odprowadza”. Po dostaniu pisemka z urzędu skarbowego i nałożeniu na niej kary pieniężnej nagle się okazało, że pit jak najbardziej się wystawia i potrafi go wysłać w ciągu tygodnia.

Słyszałam od znajomego ekonomisty, że z ekonomicznego punktu widzenia ostatnia ustawa wprowadzająca stawkę minimalną za umowy zlecenie i o dzieło oraz rozszerzająca kompetencji inspekcji pracy nie jest najlepszym rozwiązaniem, ale ja mam nadzieję, że ukróci to takie postępowanie jak wyżej i trochę Januszom i Grażynom się w dupy ponalewa.

gastronomia

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (174)

#76983

(PW) ·
| Do ulubionych
Przygody kelnerki mikado188 część czwarta:

Przychodzi student. Nie zwykły bynajmniej, a „dziubuś”. Jest to specyficzne stworzenie, które da się pochlastać, byle zapłacić mniej, a dodatkowo obniżenie ceny nawet o połowę nie jest dla niego wystarczające.
Wchodzi taki osobnik. Podchodzę do stołu, jednak zamiast odpowiedzi na moje” dzień dobry” słyszę:
- Jest zniżka studencka?
- Tak, jest…
- 60% na wszystko, prawda?

Ja wytrzeszcz, bo co jak co, ale czegoś takiego to jeszcze w tej knajpie nie słyszałam.
- Nie, zniżka jest wyłącznie na pizzę i do 50% zależy od rodzaju i rozmiaru.
- Czyli zawsze połowa ceny?
- Nie, DO 50% a nie 50%, obowiązuje oddzielna karta, zaraz panu podam.

Tu nastąpiła jeszcze bardziej rozbudowana wymiana zdań, bo gość nie ogarniał takiej abstrakcji jak oddzielna karta, ale pies z tym.
- To u was nie ma 50%?
- Jest, dla każdego codziennie do godziny 13:00.
- To nie może Pani udać, że przyszedłem o 12:00?
- Nie.
- Dlaczego?
- Bo jest po 17.
Facet przeszedł do negocjacji, nieudanych zresztą, a końcowym argumentem mnie po prostu zabił:
- Proszę Pana, jakbym nabiła ten rabat, i to by się wydało, musiałabym dołożyć różnicę z własnej kieszeni (guano prawda, nie mogę wbić, bo mi funkcja znika z menu w kompie po 13:00, ale sądziłam, że argument pieniężny mu przemówi do rozumu)
- Ale Pani przecież pracuje! To tak dużo?
- Niestety nie ma takiej możliwości. (O ty dziadzie, mam Ci żarcie sponsorować? Jak kasy brakuje to trzeba ruszyć tyłek i pójść do pracy, a nie po kelnerkach żebrać.)
Facet zjadł, nie dopłacił 20 groszy i poszedł. Do tej pory nie mogę w całą sytuację uwierzyć. Mam nadzieję, że się z kumplami założył, że wkręci kelnerkę - innej, logicznej możliwości nie widzę.


Przychodzi starsze małżeństwo. Pan zamawia spaghetti a pani małą pizzę margheritę. Po kilku kęsach pani woła mnie dlaczego nie podałam jej sosu. Odparłam zgodnie z prawdą, że nie zamawiała sosu.
- A kto to widział, żeby jeść pizzę bez sosu pomidorowego?!
- Nie ma problemu, zaraz podam, tylko dobiję to na rachunek.
- Ja mam za to płacić?! Z jakiej racji, ostatnio był sos za darmo!
- Proszę Pani, jedyny sos jaki jest w cenie pizzy to ten na spodzie...
- Wiem, że jest sos na spodzie nie jestem głupia! Proszę podać ten cholerny sos!
Podałam. Po trzech minutach wystrzeliła jak z procy od stolika z żądaniem, że mam dać jej menu, bo na pewno kłamię z tym sosem. Nie kłamałam, jak byk w dwóch miejscach była cena za sos. Przepraszam nie usłyszałam, niegodna byłam.


Wchodzi ponownie starsze małżeństwo i proszą małą wegetariańską, w ogóle nie chcieli wziąć menu, bo oni wiedzą czego chcą. Nabijam zamówienie. Po 10 minutach małżeństwo woła mnie do stolika, bo oni już 10 minut na pizzę czekają i co to ma znaczyć. Zerknęłam na kierowniczkę, która właśnie wkładała ich pizzę do pieca. Odpowiedziałam, że za pięć minut podam, musi się tylko już upiec.
- To wy nie macie ich gotowych?!
- Nie sprzedajemy gotowych pizz, każda jest robiona na zamówienie, by była jak najświeższa.
- Pffffff! Kto to słyszał....
Podaję pizzę, państwo zjadają, żądają rachunku. Przynoszę, z sosem wyszło około 29 zł. I zaczynają się pretensje, że czemu tak drogo, oni nie wiedzieli, za to czekanie to im się zniżka należy! Odpowiadam, że próbowałam podać menu, nie chcieli ich wziąć do rąk, nie pytali mnie o cenę, a 10-15 minut to jest standard czekania na zamówienie w niemal każdej knajpie. Zapłacili i wyszli obrażeni. Najlepiej podsumowała kierowniczka: najlepiej, żeby cena była jak w barze mlecznym, a prędkość jak w fast foodzie i jeszcze w rączki pocałować, że raczyli przyjść.


Mieliśmy stałą klientkę, trzydziestoparoletnią. Kierowniczka jej nienawidziła, bo awanturowała się jak przekupa z uporem godnej wyższej sprawy za rzeczy, które jej się nie należały. Nie o tym dziś jednak. Kilka lat temu w pizzerii serwowano również kuchnię polską, jakieś tam pierogi i kurczaki. Klientka znudzona zamawia jak zwykle to samo i komentuje:
- Dlaczego u was nie ma pierogów, czegoś na zimę? Przecież kiedyś były?
- Podajemy tylko to, co w menu. Mogę pani uwagi co do pierogów przekazać kierownictwu.
- To ja poproszę, by pani przekazała, bo ja bym chętnie pierożki zjadła.
Pani przychodzi dwa tygodnie później. Przegląda menu i pada pytanie:
- Czemu nie macie pierogów?
Ja zdążyłam już o jej prośbie zapomnieć, po przekazaniu kierowniczce już więcej o tym po prostu nie myślałam.
- Jakich pierogów?
- Prosiłam, żeby państwo wprowadzili pierogi!
Po przypomnieniu sobie o co chodzi odpowiadam:
- Proszę pani, menu zmienia się najczęściej sezonowo, co parę miesięcy, poza tym nie gwarancji, że zarząd firmy zmieni menu na żądanie jednego klienta...

Była oburzona do końca wizyty. Kompletnie nie mogła się pogodzić z tym, że nie zmieniono dla niej oferty. Z czasem pokłóciła się z kierowniczką o nienależną zniżkę, którą do tej pory dostawała, bo nikt nie chciał się z nią kłócić i przestała przychodzić.

gastronomia

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 188 (202)

#76725

(PW) ·
| Do ulubionych
Przygody kelnerki mikado188 część trzecia.

Przez dłuższy okres pracowałam dla agencji kelnerskiej „wynajmujących” kelnerów hotelom i na cateringi. Piekielności gości jakie mnie spotkały bądź których byłam świadkiem:

Najbardziej „piekielnogenne” były imprezy urządzane dla pracowników banków – wóda lała się strumieniami, a większość gości traciła kontakt z rzeczywistością po około 3 godzinie imprezy.

Idę korytarzykiem łączącym dwie sale przeznaczone na imprezę, taca ciężka, pełna wysokich kieliszków z czerwonym/białym winem i szampanem. Wtem ktoś ni z gruszki ni pietruszki łapie mnie z tyłu za szyję i zaczyna mną trząść. Odruchowo spinam kark, ramiona idą do góry, pochylam się, kompletnie zaskoczona nie wiem co robić – taca pełna, a ja mam niestety duży biust, który przy moim skuleniu się od dłoni na karku naparł na ciężką tacę – cudem nic nie spadło. Do tej pory jak o tym pomyślę robi mi się gorąco – za stłuczone szkło musiałabym zapłacić, a z zalaną koszulą i spodniami nie mogłabym pracować i zostałabym odesłana do domu (zapłacono by mi 20 zł za przepracowane 2 godziny, nie 90 za 9 godzinną zmianę).

Śmieszkiem okazał się jeden z gości, jakiś gnojek wyglądający na świeżo po studiach – „Co się spinasz mała? Bawimy się! Hłe hłe hłe!” Po czym oddalił się kołysząc się na boki jak typowy Sebix na dzielni. Nie, nie był pijany, kołysał się „dla szpanu” przed towarzyszącą mu tlenioną dziunią, która usłużnie zarechotała na ten wyborny dżołk.

Impreza w hali również dla banku. Stałam na szatni wraz z koleżankami – główny organizator zakazał nam wydawać kurtek w przypadku zgubienia numerka. Wg instrukcji taka osoba zostaje do końca imprezy i dopiero wtedy komisyjnie następuje oddanie płaszczyka czy innego futerka. Dlaczego? Bo na imprezie było ponad 100 gości i nie jesteśmy w stanie stwierdzić, kto jest gościem, a kto złodziejem udającym gościa, który zgubił numerek. Wejście jest przedzielone jedynie kotarą i każdy sobie mógł wejść i wyjść. Za uchybienie obowiązkowi i wydanie kurtki bez numerka grozi nam kara umowna w wysokości 50 zł i koszta ukradzionych rzeczy. No i przechodzimy do szczegółów:

Pierwszy gość podpity, ale zachowujący trzeźwość umysłu jak sądziłyśmy. Mówi, że zgubił numerek, ale on sobie kurtkę zaraz znajdzie. I bezpardonowo zaczyna pchać się za stół. Zostaje przez koleżankę zatrzymany, pouczony, że nie może wchodzić na teren szatni. Dogadaliśmy się z zastępcami organizatora, że oni mogą wydać kurtkę przed końcem imprezy, mówimy więc gościowi, żeby szukał mężczyzn w garniturze z logiem cateringu i złotym krawacie, bo my szatni opuścić nie możemy, by poszukać za niego, nie możemy mu też wydać kurtki bez numerka. Pan naburmuszony wraca na salę, przychodzi po trzech minutach z kieliszkiem wina w ręku, którego to zawartością chlusnął koleżance w twarz. Bo co ona sobie kuffa wyobraża? Nie wie kim on jest? Tutaj panowie ochroniarze wkroczyli do akcji, złapali szanownego pana za fraki i przeszukali kieszenie. Numerek się znalazł – pan został wyrzucony niczym szmaciana lalka za kotarę, kurtka poleciała za nim.

Impreza się rozkręca – przychodzi para gości, jak to się mówi „tańcząc tango” – czyli są tak naje... ekm... napici, że stawiają dwa kroki do przodu, jeden do tyłu, dwa do przodu, jeden do tyłu. Itd. Facet wygarnia wszystko z kieszeni i rzuca mi to na stół. Wyławiam z kupki numerek i już chcę podać kurtki, gdy wtem rzyyyyyyg równym strumieniem. Gdybym nie odskoczyła na bok, wymiociny wylądowałyby na moim dekolcie. Facet jak gdyby nigdy nic, ociera usta wierzchem dłoni i odbiera ode mnie kurtki.

Koniec imprezy – jest już luźniej. Podchodzi do mnie kobieta ubrana jak z żurnala, z biżuterią pewnej znanej firmy jubilerskiej za sumę, na którą bym pewnie ze trzy lata musiała pracować. Twierdzi, że zgubiła numerek, ale mamy jej wydać futerko „tout de suite”. (Autentycznie użyła tego wyrażenia) Odpowiadam, że nie mogę jej wydać okrycia bez numerka. Panienka zaczyna się drzeć, że to jej własność i co ja sobie wyobrażam. Obrazowo zaczyna tupać nogą i wołać jakiegoś mężczyznę. Przychodzi facet co najmniej 20 lat od niej starszy, na szczęście bardziej ogarnięty, przeprasza nas „za kruszynkę” i wyciąga numerek. Okrycia wydajemy. Happy end? Bynajmniej. Mężczyzna kieruje się do wyjścia, „kruszynka” zaś syczy w moim kierunku „kur*****!” (rymuje się z korniszon) po czym kopytkuje za swoim wybrankiem czy może ojcem.

Wychodzą ostatnie osoby - podchodzi pani w średnim wieku, wzrok szklisty, nieobecny. Podaje mi numerek, po czym zaczyna kłaść mi się na stole (rzygowiny wcześniejszego gościa zdążyłyśmy posprzątać.) Podaję czarny płaszcz. Pani budzi się, podrywa ze stołu i wrzask: To nie jest moja kurtka! Ja oczy w słup, bo jeszcze coś takiego mi się nie zdarzyło. Podchodzi mężczyzna, jak mniemam jej mąż, wzdycha, bierze kobietę na bok. Wraca, po czym stwierdza rycersko -"Moja Pani zgodziła się ze mną, że to jednak jej kurtka". Po czym wyszli, pan nawet uchylił nam kapelusza na pożegnanie.

Nie wiem jak można się doprowadzić do takiego stanu. Rozumiem, że darmowy alkohol bez limitu kusi, ale że aż tak?

gastronomia

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 247 (275)

#76628

(PW) ·
| Do ulubionych
Przygody kelnerki mikado188 część druga.

Kawa. O kawie można książki napisać. Nie ma nic złego w tym, że ktoś się na kawie nie zna; jak przyjechałam na stałe do Warszawy wiedziałam, że istnieje kawa czarna, biała i cappuccino. Czym jest espresso czy latte nie miałam pojęcia, pytałam baristów w kawiarni. Niestety nie wszyscy potrafią się przyznać, że czegoś nie wiedzą, każdą prośbę o doprecyzowanie, czy próbę wytłumaczenia, że coś, o co proszą nie istnieje, reagują awanturą i śmiertelną obrazą.

Cztery wybrane przypadki z mojej pracy:
1.Wchodzą dwie panie po pięćdziesiątce, chcę podać kartę, panie jednak mówią, że one tylko na kawę i ciastko, pytają jakie mamy desery. Po udzieleniu przeze mnie odpowiedzi pada zamówienie:
- To poprosimy dwa serniki i jedną białą latte, a drugą czarną.
- Proszę Pani, nie ma czegoś takiego jak biała i czarna latte. Latte to pojedyncze espresso z dużą ilością spienionego mleka.
- Ale co pani opowiada, ja byłam w Monachium i tam była czarna i biała latte!

Jako, że były to początki mojej kariery i generalnie nie miałam jeszcze odporności na ludzkie nieogarnięcie i przeświadczenie o własnej nieomylności, próbowałam dalej tłumaczyć, ewentualnie starać się dopytać o co dokładnie chodzi. Pytałam, czy może chodzi o zwykłą czarną i białą kawę, lub też o klasyczne latte i latte macchiato, czyli latte dwuwarstwowe i trójwarstwowe. Panie się coraz bardziej nakręcały, ja lekko już przestraszona (jak to świeżynka) pytam, czy mogłyby mi powiedzieć jak robi się te magiczne czarne i białe latte. Pani święcie oburzona wykrzykuje:
- Ja mam cię dziewczyno uczyć jak robić czarną i białą latte!? Ty to powinnaś umieć! Rowy kopać, a nie do kulturalnych ludzi przychodzić!

Poszłam w końcu po kierownika w zasadzie ze łzami w oczach, bo to był mój pierwszy tydzień pracy i brałam jeszcze wszystko do siebie. Menager po usłyszeniu historii wyglądała jak z mema internetowego „Are you fuc*ing kidding me?” Po czym poleciła wracać za bar, a ona je obsłuży. Po tym jak wyszły podeszła do mnie i powiedziała, że jakby kiedy wróciły mam je zbyć mówiąc, że nie podajemy czegoś takiego jak czarna i biała latte i zaproponować coś innego, a jakby się awanturowały, to po prostu wyprosić.

2. Druga historia miała miejsce jakieś 3 miesiące później. Przychodzi małżeństwo, również po pięćdziesiątce. Pani siada do stolika, pan podchodzi do baru i chce złożyć zamówienie.
- Poproszę kawę z ekspresu.
- Jaką?
- Poproszę kawę z ekspresu.
- Dobrze, ale jaką? Latte, cappuccino?
- (unosząc głos) Poproszę kawę z ekspresu!!
- Proszę pana, każda kawa jest z ekspresu, chodzi mi o ro…
- (drąc się) Poproszę kawę z ekspresu!!

Zacisnęłam usta i zaczynam odliczać do dziesięciu. Facet, szczęście w nieszczęściu, nie czekał na moją reakcję i dodał warcząc „Jak już pani zrobi, to proszę dodać do niej małą łyżeczkę mleka 3%.” Po ilości mleka strzeliłam, że chodzi o espresso. Zrobiłam, wypił. Czyli trafiłam. Podchodzi drugi raz do baru – „Poproszę sok z pomarańczy świeżo wyciskany”. „Niestety nie mamy, mogę zaproponować jedynie sok z butelki.” Cisnął we mnie 20 złotówką za colę dla żony i swoją kawę po czym wyszedł obrażony.

3. Wchodzi pani koło sześćdziesiątki z mężem. Rzuca mi od razu przy drzwiach wejściowych, nie zważając, że kończę się rozliczać z innym klientem – „Poproszę dużą czarną kawę!”. Odpowiadam: „Mamy jeden rozmiar kawy, w przypadku czarnej kawy to 200 mililitrów.” Pani patrzy na mnie jakbym ją właśnie spoliczkowała, jednak siada przy stoliku z mężem i rzuca „Daj mi kartę”. Podaję, czekam na zamówienie. Pani patrzy w menu, krzywi się.
- Dlaczego tu są tylko cztery rodzaje kawy?
- Niestety tylko tyle oferujemy.
- W Costa coffee jest więcej! I gdzie są kawy 500 mililitrów?
- Proszę pani, nie jesteśmy kawiarnią, tylko pizzerią, mamy 30 rodzajów pizz w czterech rozmiarach, ale jeżeli chodzi o kawę, to mamy tylko to i automatyczny ekspres ciśnieniowy.
- Dobra, poproszę tą czarną kawę, te 200 mililitrów.

Podaję, pani wypija, milczy. Mąż prosi o rachunek, płaci. Wstają, kierują się do wyjścia. Otwieram usta, by powiedzieć „do widzenia”, wtem kobieta się odwraca i wykrzykuje: „Wstydzilibyście się taką lurę podawać, prostaki! Więcej tu nie przyjdę!”. Wytrzeszczyłam oczy, kontrolnie zrobiłam kawę w ekspresie, wyszła normalna kawa, o standardowej mocy, jak w typowych kawiarniach.

4. Wchodzi Pani koło sześćdziesiątki. Były to ostatnie tygodnie pracy w tej pizzerii, bo pensja w stosunku do oferowanych warunków zatrudnienia i piekielności gości nie była wystarczająca, by przełknąć narastającą frustrację. Siada i prosi „czarne cappuccino z mlekiem”. Mając w pamięci kobiety z pierwszej historii, chce się upewnić, czy chodzi o standardowe cappuccino. Pani zdziwiona, zaczyna się plątać, w końcu prosi „czarne cappuccino bez mleka”. Podaję kartę i chcę wytłumaczyć z czego składa się cappuccino, ale Pani widząc cenę 6,90 w menu zaczyna dociekać czemu tak drogo. Mówię, że jak na Warszawę to typowa cena za kawę w knajpie z obsługą kelnerską. Pani prycha, „myślałam, że ze 3 złote będzie, tak to nie chce!”. Wyszła.

Nie chcę nawet myśleć co przeżywa obsługa w kawiarniach.

gastronomia

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 216 (250)

#76462

(PW) ·
| Do ulubionych
Dentyści. Dobrego znaleźć trudno, mam czasem wrażenie, że trudniej niż lekarza specjalistę typu neurolog czy psychiatra. Moja droga krzyżowa z zębem, trwała parę lat.

Pierwszą dentystką i główną odwalającą fuchę była dentystka nr 1. Znajoma mojego ojca z liceum, do której mój ojciec nie wiedzieć czemu do tej pory chodzi. Poszłam z popsutym zębem, miało zakończyć się na zwykłej plombie, więc zabieg rutynowy. Kobieta rozmawiała przy mnie z asystentką jakby mnie nie było, dodatkowo Bóg raczy wiedzieć czemu, miały obie zaciesz, że wyrzynają mi się zęby mądrości, co jak mnie uczono na biologii, w wieku 18 - 19 lat nie jest niczym szczególnym. Do tej pory nie wiem, co było w tym śmiesznego. Nie odzywałam się, bo nastolatką byłam mocno zahukaną. Zrobiła plombę (zabieg był bez znieczulenia), po jakichś 15 minutach od wyjścia z gabinetu ząb zaczął niemiłosiernie boleć, więc poszłam do apteki po leki przeciwbólowe. Brałam jedną tabletkę za drugą przez dwa dni, nie mogłam spać w nocy. Poważnie rozdrażniona każę ojcu dzwonić, że kobieta ma mnie przyjąć tego samego dnia, bo dłużej nie wytrzymam. W trakcie rozmowy dowiaduję się, że ząb może mnie boleć i wydziwiam, ojciec jednak wymógł na niej wizytę. Decyzja pani doktor - zrywamy plombę i robimy kanałowo. Ból nie do zniesienia (gdy zapytałam, czy będzie boleć bardziej niż zwykłe plombowanie, powiedziała, że nawet nie poczuję). Po zabiegu ząb dalej boli. Znowu telefon. Usłyszałam diagnozę "ząb kanałowy boleć nie może". Poważnie wkurzona żądam od rodziców zmiany dentysty. Ci twierdzą, że lekarka ma rację i symuluję. Po kilku dniach ząb boli słabiej, trochę mrowi, przekonuję się sama, że może tak ma być. Ząb ćmi okresowo.

Dentystka nr dwa, rok później. Jestem już na studiach w Toruniu, 300 km od mojej rodzinnej miejscowości. Boli ząb równoległy, po drugiej stronie żuchwy. Okazuje się, że jest praktycznie całkowicie rozpuszczony w środku (nie bolał mnie w ogóle, wyszło dopiero przy kontroli), dentystka twierdzi, że już w zeszłym roku musiał być jakiś ubytek, tylko dentystka nr 1, go nie zauważyła. Podczas robienia zęba krew mi się leje obficie wartką strugą, dentystka pyta, czy mam jakieś problemy zdrowotne. Odpowiadam zgodnie z prawdą, że mam kamicę nerkową i biorę leki na nadciśnienie. Kobieta wyskakuje (w trakcie czyszczenia kanałów w drugim zębie, czyli w połowie leczenia), że w takim razie chyba w ogóle nie powinnam mieć robionych zębów kanałowo. Odpowiadam, że mam już jeden ząb zrobiony tą metodą. Dentystka odpowiada "aha" i wzrusza ramionami, kontynuuje czyszczenie kanałów. Po tym incydencie mam nieodparte wrażenie, że stomatologa nie wybrałam zbyt szczęśliwie, więc wracam do mojej rodzinnej miejscowości do dentystki nr 3.

Stomatolog nr 3 kończy to, co zaczęła lekarka nr 2. Jako, że ma dobrą opinię i wszyscy ją zachwalają, mówię o pierwszym zębie, że jest robiony kanałowo, a czasem dalej mnie ćmi. Ta wytrzeszcza na mnie oczy, patrzy na ząb, mówi, że wygląda na zwykłą plombę, a nie ząb robiony kanałowo, robi prześwietlenie. Po obejrzeniu zdjęcia mówi, że rzeczywiście ząb jest kanałowy ergo martwy ergo boleć nie może. Mam koło tego zęba dużą odleżynę na dziąśle, pewnie mnie dziąsło boli. Ufając dobrej opinii, sprawę zostawiam.

1,5 roku później przenoszę się do Warszawy na studia. Ząb boli już całkiem konkretnie przy jedzeniu lub naciśnięciu palcem. Idę do wypasionej kliniki, bo do dentystki nr 3 już nie mam ochoty iść. Na recepcji po raz pierwszy w życiu słyszę, że taki ząb może mnie jak najbardziej boleć. Ulga, dobiłam nareszcie do kogoś kompetentnego, kto mi nie wmawia, że kłamię. U lekarza najpierw prześwietlenie, potem macanie dziąsła i zęba, by stwierdzić źródło bólu. Nie będę już się wdawać w szczegóły - konkluzja: dentystka nr 1 źle wyczyściła ząb (czyli po prostu odwaliła fuchę) i w zębie dalej rozwijały się bakterie. Gdybym przyszła parę miesięcy później ząb nadawałyby się wyłącznie do ekstrakcji, generalnie dentysta naszprycował go antybiotykami i ledwo, aczkolwiek dało się go uratować. Za całość zabiegów w wypasionej klinice zapłaciłam 1500 zł.

Nie chodzę już nigdzie indziej, wolę zapłacić nawet 20-30 % więcej i mieć dobrze zrobione zęby. Mało brakowało, a mając 21 lat nosiłabym protezę. Ząb oczywiście nie boli, a żaden inny ubytek doktorowi nie uszedł uwadze i dzięki Bogu mam wyłącznie te dwa zęby robione kanałowo. Jakoś czuję, że jakbym została u poprzednich dentystek, to już paru zębów bym nie miała.

dentyści

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (153)

#76008

(PW) ·
| Do ulubionych
Przygody kelnerki mikado188.

Przez pół roku pracowałam w sieci pizzerii na D, która ostatnimi czasy zmieniła nazwę na dwuczłonową. Chciałabym wymienić moje ulubione typy klientów nawiedzających knajpę:

1.Czy ja się tym najem? Czy mnie to będzie smakować?

Wierzcie lub nie, ale takie pytania padały bardzo często – mnie i kolegów kelnerów wtedy najczęściej krew zalewała – przychodzi gość do knajpy i domaga się od dziewczyny obsługującej wiedzy, czy dana potrawa będzie w jego guście. To, że ja widzę faceta/kobietę pierwszy raz na oczy nie ma znaczenia – ja mam wiedzieć i już.

Próba tłumaczenia, że smak i ilość jedzenia sprawiającego, że będzie się sytym jest subiektywna, najczęściej spotykała się ze świętym oburzeniem i totalnym brakiem zrozumienia ze strony gości. Miałam klientów, którzy najadali się dwoma kawałkami pizzy, a miewałam panów, którzy zjadali ich osiem, zapijali kuflem piwa i jeszcze kawkę strzelali na dobry rozruch i dopiero wtedy byli kontenci.

Raz jak przytoczyłam w/w tłumaczenie (akurat w kolejnej pracy, restauracji sushi), usłyszałam, że jestem nieprzygotowana do pracy. Zaczęłam z czasem po prostu wymijająco podawać gramaturę, składniki, średnicę itp. Niestety ludzka głupota jest nieskończona:

Przychodzi kobieta, padają w/w pytania – staram się wybrnąć, opowiadam, co najczęściej zamawiają klienci, polecam pastę spinaci, opisuję dokładnie składniki (makaron, szpinak, kurczak, czosnek). Pani łaskawie się zgadza, składa zamówienie. Niestety widać, że kobiecie nie smakuje, dziobie w talerzu, minę ma nie tęgą, żąda usunięcia makaronu z rachunku. Dopytuję - czy może przesolone? Kurczak przypalony? Nie, klientka odpowiada: „A bo wie Pani, ja to w zasadzie nie lubię szpinaku…”

2.Brak czytania ze zrozumieniem/oburzenie, czemu tu tak drogo.

Nie jest prawdą, że czytać ze zrozumieniem nie potrafi tylko młodzież. Z najbardziej spektakularnymi przykładami miałam do czynienia obsługując ludzi 30-40-letnich. Nie były to również wyjątki – około 1/3 gości nie była w stanie przeczytać menu. Nie raz zdarzało się, że zamawiało się pizzę, napoje, przystawki, podwójne sery, grube ciasta i był szok, bo posiłek dla dwóch osób wyniósł ponad 80 zł. Czyja wina? No pewne, że moja, przecież nie ma możliwości, że pan i władca po prostu bezmyślnie zamawiał, nie patrząc na ceny. Nie raz przychodzili pod bar oburzeni klienci, mówiąc wulgarnie „z pyskiem” do mnie, że dlaczego ja im nie powiedziałam, że 0,5 l pepsi kosztuje 5,90? Normalnie mieli podane menu, gdzie jak wół była napisana cena za pepsi. Ich zdaniem najwyraźniej, powinnam przy składaniu zamówienia wcinać się w słowo zakrzykując gromko „ale to kosztuje tyle i tyle!”

Najbardziej jaskrawy przykład z mojej kariery: Przychodzi kobieta - zamówiła średnią capricioze z sosem. Podaję, zjadła wraz z mężem i córką. Wklepuję rachunek, przynoszę i szok! Bo pani powinna zapłacić mniej! Podaję menu - jak wół stoi średnia capi 26,90 +sos 2,99. (Tu trzeba opisać wygląd menu – w lokalach obowiązywała promocja, że przy zakupie dwóch pizz obowiązuje niższa cena za jedną – cena w promocji była pod ceną normalną, zakreślona w pętelkę i z gwiazdką). Co się okazało? Jaśnie Pani wzięła cenę ze średniej margarity, pięć pozycji wyżej. Nie wiem jak dla was, ale dla mnie jest normalne, że ceną dla danej pizzy jest cena równoległa do nazwy pizzy. Niestety dla pani nie było to oczywiste.

Tu wyjaśniam niezachwianą logikę klientki: capricioza jest na piątej pozycji? Niechybnie ceną jest piąta pozycja od góry! A to, że co druga cena jest ceną promocyjną dla innej pizzy x, y, z itd. nie ma znaczenia. Walić pętelki i gwiazdki, pewnie są dla ozdoby. Do tej pory śmiać mi się z tego chce, bo z logiki pani wychodzi, że cena do capriciozy byłaby dobre 4 cm powyżej nazwy pizzy. Co więcej, próbowała się kłócić, że pytała mnie o cenę pizzy - przy składaniu zamówienia powiedziała „poproszę średnią capriciozę za 19,90”. Tak, moi drodzy wg klientki, to jest PYTANIE ILE KOSZTUJE PIZZA. Zarzuciła mi, że powinnam znać cenę każdej pizzy w menu – tu już nie wytrzymałam poziomu absurdu i ją wyśmiałam (mieliśmy 32 rodzaje pizzy w 4 rozmiarach, do każdej inna cena). Adnotacji o sosie to w ogóle nie dostrzegła, mimo że była w dwóch miejscach na stronie. Czyja wina? No pewno, że moja, bo powinnam się domyślić, że kobieta lat trzydzieści parę nie potrafi czytać.

3.Przyszedłem wydać 20 złociszy, masz mi paść do stóp.

Zawsze starałam się utrzymać dobry standard obsługi. Niestety niektórzy uważali, że skoro przyszli wydać 30 zł na obiad, powinnam zajmować się tylko nimi, nabijać na rachunek nienależne im zniżki itp, a kiedy odmawiałam, następowała obraza majestatu.

Przykład - przyszły dwie kobiety około 50 lat. Podaję menu, pytam czy coś do picia na początek. Wtem jedna z nich wtyka mi podane przed chwilą menu i żąda, bym im przeczytała całe menu na głos, to one sobie coś wybiorą. Odmówiłam mówiąc, że mam siedem innych stołów do obsługi i nie ma możliwości, bym stała przy nich 20 lub więcej minut i była lektorką. Nastąpiło w tym momencie skrzywienie. No bo jak to tak, one są klientkami i płacą. Ponownie odmawiam, mówię co mogę polecić. Panie pytają o promocje, żadna z wymienionych nie pasuje do nich, mówię o niższej cenie za jedną pizzę, gdy zamówią dwie. Panie zamawiają jedną pół na pół i zadowolone, że mają dwie pizze. Odmawiam nabicia zniżki tłumacząc, że to nie są dwie pizze. Ponowne skrzywienie. To one jednak zjedzą gdzie indziej, bo tu się źle traktuje klientów.

4. Znaj mą hojność, masz 20 groszy.

Rzecz w której przodują Hiszpanie. Nie ma obowiązku dawania napiwków. Sama wolałabym mieć ludzką stawkę za godzinę pracy – typu 9/10 zł za godzinę i nie mieć napiwków, niż zarabiać od pracodawcy 5 zł i dorabiać z tipów. Rzecz absolutnie wyprowadzająca z równowagi to zostawienie kelnerowi 5 gr, 20itp. Po prostu – otwierasz płatnik po wydaniu reszty i widzisz tam te grosiki. Hiszpanie mają wtedy święte przekonanie, że zachowali się światowo.

5.Przynoszenie własnego jedzenia.

Zdarza się częściej niż się wydaje, przodują w tym studenci. Przychodzi chłopak, mówi (dosłowny cytat) „Ja zjem calzone, a dziewczyna sałatkę, ma pani coś przeciwko?”. Wytrzeszczyłam oczy „Nie, czemu miałabym mieć coś przeciwko?” Chłopak odpowiada: „Nigdy nie wiadomo”. Podaję menu, dziewczyna odkłada swoje na bok, myślałam, że się rozmyśliła i nie będzie zamawiać tej sałatki. Przyjmuję zamówienie od chłopaka, przynoszę wybranego calzone. A wtem dziewczyna wyjmuje SWOJĄ sałatkę i zaczyna jeść. Machnęłam ręką. Notorycznie wywalałam z lokalu studentów przynoszących swoje piwo lub napoje gazowane.

gastronomia

Skomentuj (59) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 188 (252)