Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

mikado188

Zamieszcza historie od: 30 października 2010 - 14:27
Ostatnio: 10 września 2017 - 15:41
  • Historii na głównej: 18 z 25
  • Punktów za historie: 6086
  • Komentarzy: 215
  • Punktów za komentarze: 1177
 

#79939

(PW) ·
| Do ulubionych
Zdarzenie sprzed 2 godzin.

Byłam w supermarkecie w centrum handlowym niedaleko warszawskiego dworca centralnego. Nie lubię tego sklepu, bo miałam wątpliwą przyjemność pracować tam przy wykładaniu towaru i inwentaryzacjach 6 lat temu i źle mi się kojarzy. Było już jednak późno, zanim bym dojechała w swoje regiony to by sklepy w mojej okolicy pozamykali, weszłam więc i zrobiłam zakupy.

Podchodzę do kasy, patrzę jak kasjerka kasuje. Zazwyczaj tego nie robię, ale teraz jakoś się tak złożyło. Pani przesuwa produkt nad czytnikiem, kasa pika i babeczka odkłada daną rzecz na bok - normalka. No i dochodzimy do polędwicy - przesunięcie nad czytnikiem, pik! - mięsko jednak nie ląduje obok skasowanych produktów, kasjerka bierze za to ręczny czytnik i skanuje produkt drugi raz. Nie, nie pomyliła się, nikt jej nie zdekoncentrował, zrobiła to ewidentnie z rozmysłem. Gryzę się jednak w język, kasy w supermarkecie nie obsługiwałam, może elektronika zawiodła i za pierwszym razem się nie nabiło? Pakuję zakupy, płacę, biorę paragon. Odchodzę trzy kroki i sprawdzam rachunek. Jak byk polędwica nabita dwa razy, ordynarnie pozycja pod pozycją. Poszłam do punktu obsługi klienta, moje 6,54 zostało mi zwrócone w bilonie do ręki. Kasjerka na dodatkowym nabiciu na paragon raczej by nie zarobiła, zastanawiam się więc, czy to nie jest jakiś ciekawy pomysł kierownictwa.

Jak złe skojarzenia z tym supermarketem miałam tak mam. Następnym razem, choćbym musiała suchy chleb jeść na kolację, sklep ominę.

sklepy

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 102 (118)

#79956

(PW) ·
| Do ulubionych
Przygody kelnerki mikado188.

Pracuję obecnie w hotelach, bo nie mogę sobie pozwolić na spędzenie 12 godzin dziennie w pracy, jak to jest standardowo w knajpie. Dużym plusem jest też to, że "klient w krawacie jest mniej awanturujący się", przynajmniej dla kelnera, bo wszystkie konflikty bierze na klatę kierownik.

Parę dni temu obsługiwałam dużą konferencję, ludzi multum. Zadanie kelnerów to w tym przypadku tylko krążenie między gośćmi i zbieranie talerzy i sztućców, stoły czyści się jak goście wrócą z obiadu do sal konferencyjnych - ergo nie miałam ze sobą zmywaczka do czyszczenia stołów.

Zabieram talerz jednej kobiecie, babeczka prosi, by zmyć stół, "bo przy takim brudzie nie będzie siedzieć" (sama nabrudziła).
Odpowiadam, że nie mam przy sobie ściereczki, ale pójdę na bufet po serwetkę i powycieram. No i następuje odpowiedź, która mnie ścięła -

"Przecież może Pani to zrobić ręką."

Zamrugałam i odparłam spokojnym tonem, że nie wytrę stołu ręką, tylko pójdę po serwetkę. Jak wróciłam już babki nie było.

Szkoda, że mi nie kazała tego stołu wylizać.

gastronomia

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (178)

#79439

(PW) ·
| Do ulubionych
Była w Warszawie pewna kobieta - szczupła, dość wysoka, tlenione na jasny blond włosy, prosta grzywka nad oczami. Pani średnio 4 razy w tygodniu grasowała przy dużych węzłach komunikacyjnych, zwłaszcza stacjach metra. Podchodziła do ludzi i mówiła "przepraszam, wyciągnęli mi cały portfel, potrzebuję 5 zł na bilet, by dojechać do domu, czy może mi pan/pani pomóc?" Po trzech latach widywania jej dosłownie wszędzie, zniknęła. Niestety na 2 lata. Na dzień dzisiejszy widuję ją dwa dni w tygodniu. Jeżeli nie chcecie wspierać nieróbstwa babeczki i alternatywnego źródła zarobku, radzę zwracać uwagę na ludzi.

W 2013 spotkałam przy stacji metra Służew kobietę, którą naprawdę okradli i potrzebowała na bilet. Nikt jej nie chciał pomóc. Jak dałam jej 4 zł na bilet to się rozpłakała i chciała się umawiać na następny dzień, żeby mi to oddać. Straszne, jak przez cwaniactwo niektórych ludzi inni nie mogą uzyskać pomocy, gdy jej potrzebują.

cwaniactwo

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 174 (182)

#79250

(PW) ·
| Do ulubionych
Na fali ostatnich historii o policji:

W jednym z budynków uniwersytetu zostawiłam swoje dokumenty na ławce stojącej na korytarzu (nie był to dowód osobisty czy prawo jazdy, ale generalnie dokumenty ze zdjęciem i moimi danymi). Szukałam ich, osobiście i przez forum studenckie. Po około 5 godzinach od zdarzenia dostałam wiadomość od osoby, która je znalazła i chciała je oddać (nie żądała znaleźnego). Późniejsze zachowanie tej persony zasługuje na oddzielną historię na piekielnych. By zakończyć wątek powiem tylko, że dokumentów nigdy już nie odzyskałam, ale zemściłam się skutecznie na tej osobie za jej zachowanie w sposób "pozaprawny".

Po 1,5 miesiąca od zgubienia dokumentów byłam w sytuacji takiej, że nie mogłam przymusić osoby, która je znalazła do ich oddania. Postanowiłam zgłosić sprawę na policję jako przywłaszczenie. W placówce policji na Mokotowie zostałam zbyta przez pana dyżurującego, który powiedział, że "niby zgłoszenie może przyjąć, ale powinnam to zgłosić w jednostce właściwej dla Warszawy Śródmieścia, bo tam miało miejsce zdarzenie i sprawa i tak będzie przekazywana dalej z Mokotowa na Śródmieście, czym tylko wydłużę postępowanie i zmniejszę szansę na jej finał w sądzie i odzyskanie tych dokumentów". To był mój pierwszy kontakt z policją, więc pełna dobrej wiary pojechałam następnego dnia do Śródmieścia. Tam po raz kolejny zostałam zbyta, tym razem tłumaczeniem, że tym to się zajmuje wydział wykroczeń, po czym nastąpiło tłumaczenie podobne jak na Mokotowie, dlaczego oni nie chcą tego zgłoszenia przyjąć. Pojechałam następnego dnia do wydziału wykroczeń, zmarnowałam dobre dwie godziny na jego znalezienie, bo znajdował się wśród osiedli i nikt nie umiał mi wskazać, gdzie jest placówka.

W końcu dotarłam i zaczyna się cyrk. Zostałam zaproszona do pokoiku, w którym mieściły się 4 biurka blat w blat, ja zostałam usadzona pośrodku, tak że miałam wokół siebie 4 osoby, po jednej z każdej strony, i rozmawiając z każdą kręciłam się jak śrubka wokół własnej osi (bo zgłoszenie niby przyjmowała jedna policjantka, ale każda na temat mojej sprawy miała swoje 3 grosze do wtrącenia.)

Po wstępnym wyłuszczeniu sprawy babka zaczęła mnie za wszelką cenę przekonywać, żebym zgłoszenia nie składała. No niby czekam na te dokumenty 1,5 miesiąca, ale przecież ten człowiek może ma jakieś problemy życiowe i to, że ignoruje wszelkie moje próby kontaktu z nim, to jeszcze nic nie znaczy. Ona to w ogóle, jakby była na moim miejscu, poczekałaby jeszcze ze 2 miesiące i wtedy dopiero ZASTANOWIŁABY SIĘ, czy składać zgłoszenie. Odparłam, że czekam 1,5 miesiąca i dłużej czekać nie zamierzam, tym bardziej, że facet ignoruje tak maile, jak i telefony z dziekanatu. Ponadto te dokumenty są związane z uczelnią i będą mi potrzebne przy rozliczaniu roku, co akurat następuje za trochę ponad miesiąc i zgłoszenie sprawy za dwa miesiące mnie nie interesuje. Babeczka była wyraźnie rozczarowana tym, że nie dam się przekonać, przy spisywaniu zeznań jeszcze 2 razy zapytała, czy na pewno jestem pewna decyzji. Babeczki przy sąsiednich stolikach jej skrzętnie wtórowały i jeszcze zaczęły utyskiwać, że z rozwiązaniem sprawy to one się nie wyrobią w ten miesiąc czy dwa.

Wiedziałam, kto jest sprawcą przywłaszczenia, znałam jego imię i nazwisko, wygląd (dysponowałam zdjęciem), wydział, na którym studiuje. Miałam jego "przyznanie się" do tego, że ma moje dokumenty, miałam również świadków, którzy widzieli jak je brał i zgodzili się zaświadczyć, że je zabrał, na korytarzu na uczelni jest również monitoring. Od policji wymagałam jedynie ustalenia miejsca zamieszkania, odebrania wyjaśnień od sprawcy i skierowania sprawy do sądu. Jak usłyszałam, że 2 miesiące to na to za mało, to przyznaję, że żal mi doopę ścisnął, ale nic się nie odezwałam.

Pani przyjmująca zgłoszenie zapewniła mnie 3-krotnie, że oni mnie będą informować o postępach w sprawie i mam NIE DZWONIĆ, bo to oni zadzwonią do mnie (chyba nie będziecie na tym etapie historii zaskoczeni, że nie zadzwonili?).

Koniec końców pani policjantka zdążyła się ze mną jeszcze pokłócić, że nazwę budynku, w którym doszło do zdarzenia - Collegium Iuridicum - pisze się przez „J”, a nie „I" i ja z nią chyba w kulki lecę. Ostatecznie dostałam protokół do podpisania i z ulgą opuściłam ten cyrk.

Po 1,5 miesiąca od wizyty na policji miało miejsce zdarzenie, po którym wiedziałam, że dokumentów "w naturze" już na pewno nie odzyskam, jak pisałam wcześniej, na chłopaku zemściłam się w inny sposób, o sprawie zapomniałam, ale nie wycofałam zgłoszenia.

W następnym roku dostaję telefon z policji, po DZIESIĘCIU MIESIĄCACH od zgłoszenia sprawy, że niestety pani przyjmująca zgłoszenie popełniła błąd formalny i w protokole nie zawarła wniosku o ściganie sprawcy (cała historia miała miejsce 3 lata temu, nie pamiętam już, jak dokładnie to wszystko się nazywało). No ale rezolutny pan policjant stwierdził, że na podstawie naszej rozmowy telefonicznej sporządzi notatkę, którą dołączy do akt i na tej podstawie skierują sprawę do sądu.

Czyżby happy end? A skąd.

Pan policjant zadzwonił do mnie 3 dni po przedawnieniu sprawy. Ja się zorientowałam tego samego dnia wieczorem, jak siadłam i zaczęłam liczyć terminy. Myślę, że pan policjant jak dzwonił, to doskonale wiedział, że sprawa jest przedawniona, a pani policjantka przyjmująca zgłoszenie albo odwala fuchę w pracy, albo zrobiła to specjalnie.

Tak czy inaczej, dostałam pismo z sądu, że sprawa jest przedawniona i przysługuje mi zażalenie. Sprawy nie ciągnęłam, bo nie było po co.

policja

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (159)
zarchiwizowany

#78897

(PW) ·
| było | Do ulubionych
W hotelach, na cateringach, na meczach w strefach vip czy weselach często pracują osoby zatrudniane przez firmy kelnerskie, z którymi dany catering, hotel itp. ma podpisaną umowę. Lubię taką formę pracy - pracować można ile się chce (firma nie zapewnia minimalnej liczby zleceń, ale dobrze to działa w drugą stronę - w sensie są święta/sesja/choroba - nie musisz iść do pracy i nikt nie ma jak na tobie wymusić byś przyszedł), są zmiany różnej długości (od 5 do 16 godzin), można sobie pogadać z kolegami podczas polerowania szklanek itp. Dla studenta, który chce sobie dorobić praca bardzo wygodna.

Normalnie współpracowałam z jedną firmą, z której byłam zadowolona - jednak, że kończyłam 26 lat, co za tym idzie nie mogłam być już ubezpieczona przez rodziców, ze współpracy zrezygnowałam. Była możliwość podpisania umowy zlecenia ze składkami, jednak stawka spadała z 11 zł/h do jakichś 8zł. Studiuję i niestety choruję przewlekle, po prostu bezpieczniej było zrezygnować w ogóle z pracy i ubezpieczyć się na uniwersytecie. Siedziałam tak sobie rok, jednak głupio było mi prosić rodziców o pieniądze na nowe ciuchy, kosmetyki i inne "luksusowe" rzeczy, bo stara już byłam i jednak może już nie wypada. Postanowiłam więc wrócić do pracy. Będąc ubezpieczoną na UW mogłam pracować na umowę o dzieło (nie musiałam wtedy z ubezpieczenia uniwersyteckiego rezygnować, więc byłam bezpieczna, gdyby pojawiła się konieczność hospitalizacji).

W hotelach pracują na jednej zmianie ludzie z kilku firm, postanowiłam pójść do innej, niż dotychczas, tej, o której dużo słyszałam. Była tam możliwość podpisania umowy o dzieło, a stawka wynosiła 12 zł netto za godzinę, przy cateringach 15 zł/h, więc mi zależało.

Piekielność nr 1

Skontaktowałam się z firmą i umówiłam się na rozmowę kwalifikacyjną na piątek na 14.00. Tego dnia, w drodze do siedziby firmy słabo się poczułam, musiałam usiąść i napić się wody, napisałam sms do rekrutera, że będę 5 minut spóźniona. W odpowiedzi dostałam sms, że nikogo w firmie nie ma, bo są na inspekcji w hotelach i zaprasza na rozmowę w poniedziałek. Żyłka mi na skroni wyskoczyła, bo nie wiem po co się umawiać, skoro wiadomo, że nikogo nie będzie w firmie, ale pomyślałam, że może facet źle usłyszał dzień wizyty. Po rozmowie miałam jechać do domu do rodziców, dworzec był po drodze, więc dużo czasu nie straciłam.

Piekielność nr 2

Umowa. Sama w sobie była typowa, jednak składnia niektórych zdań była tak przerażająca, że będąc na 4 roku prawa (jak rozpoznać studenta prawa? Nie musisz, sam ci to powie)wstydziłabym się pod tym podpisać, a pan referent, który ją sporządzał, jakoś się nie wstydził. Konsekwencji tej żenującej umowy jako tako nie było.

Piekielność nr 3

Zlecenia miałam dostawać sms lub miano do mnie dzwonić. Umowę podpisałam w połowie lutego, do trzeciego tygodnia kwietnia nie dostałam żadnego zlecenia, gdy kontaktowałam się by wyjaśnić sytuację dostawałam lakoniczną odpowiedź - "nie ma zleceń".

Piekielność nr 4

26 kwietnia o 21.30 dostałam sms czy mogę iść do pracy następnego dnia na 6.00 rano, odpisałam, że tak. Zadawano mi głupie pytania typu "czy ma pani strój?" (oczywiście, że mam inaczej bym powiedziała, że nie mogę iść do pracy, bo nie miałabym w czym pracować), "czy wstanie pani o 5.00, by zdążyć na 6.00?" (oczywiście, ponownie - powiedziałabym, że nie mogę następnego dnia pracować, gdybym nie była w stanie wstać o tej godzinie). Z dalszej rozmowy wywnioskowałam, że nie kontaktowano się ze mną przez pomyłkę i teraz normalnie będę dostawać zlecenia. Humor mi się poprawił.

Piekielność nr 5

Po przepracowaniu tej jednej zmiany przez kolejne 2 tygodnie nie dostałam żadnego zlecenia. Stwierdziłam, że o kant d... potłuc taką pracę i rozwiązuję umowę. Jak się skontaktowałam z pracownikiem okazało się dodatkowo, że po swoje 120 zł wypłaty mam pojechać do nich do siedziby firmy, bo oni nie robią przelewów na konto. (To po co chcieli mój numer konta? Zresztą co to znaczy, że nie robią przelewów, jakaś januszowa forma oszczędzania w firmie, czy co?) Zmarnowałam więc kolejną godzinę na dojazd + 2 godziny stania w kolejce po wypłatę. Śmieszne. Rozwiązałam umowę zaraz po odebraniu pieniędzy.

Piekielność nr 6

Dwa dni po rozwiązaniu umowy dostaję telefon z tej firmy czy chcę iść do pracy. Odpowiedziałam, że nie, bo już u nich nie pracuję. Kobitka się oburza "to dlaczego ja o niczym nie wiem?". Ekhm, to chyba pytanie do jej współpracowników a nie do mnie? Zanim jednak zdążyłam cokolwiek na to odpowiedzieć, babka się pożegnała i rozłączyła.

Reasumując - pracowałam dla firmy 3 miesiące, zarobiłam 120 zł. Przeniosłam się do starej firmy, zarabiam pensję minimalną, ale przynajmniej wypracowuje pół etatu i nikt ze mną w kulki nie leci. Nikt mi chyba tak czasu nie zmarnował jak w firma, o której jest ta historia.

gastronomia

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 37 (77)

#77587

(PW) ·
| Do ulubionych
Przygody kelnerki mikado188 - część piąta:

Zaliczyłam trzy miesiące pracy w McDonald’s. Generalnie nie polecam jedzenia we franczyzach, bo jakość jedzenia i warunki sanitarne są straszne, ale nie o tym dziś. Trzy przypadki, które zmroziły mi krew w żyłach.

1. Sprzątam salę, nagle patrzę – para z małym, około rocznym dzieckiem. Dzieciak jest karmiony hamburgerem z McDonalda. Serio. Małe dziecko, które musi się podpierać na wózeczku, by ustać, w śpiochach, jest karmiony solonym jak k…mać, głęboko mrożonym i usmażonym w 200 stopniach kotlecikiem i napompowaną bułą. Rodzicami byli ludzie trzydziestoparoletni, żadna pozbawiona mózgu gimbaza czy dziadkowie, którzy nie ogarniają już rzeczywistości.

2. Skoro o gimbazie mowa – najwięksi syfiarze, to właśnie gimnazjaliści. Nie raz musiałam sprzątać ze stołu zmywakiem resztki sosów, porozsypywane frytki, niedojedzone jedzenie. Jako, że jest to miejsce samoobsługowe, powinni sami wyrzucać to do kosza. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby wszystko zebrali na tacy i zostawili.

Raz grupka gimnazjalistów zajęła pomieszczenie dla dzieci, gdzie po prostu bawili się jedzeniem (między innymi rzucali w siebie frytkami). Gdy wychodzili, skierowałam się do pokoiku, by posprzątać. Jeden z dzieciaków rzucił mi: „Miłego sprzątania! Hłe hłe hłe”.

3. Piekielność z obu stron. W franszyzach pewnego właściciela, w których miałam okazję pracować, obowiązywało oszczędzanie produktów. Miało to pewną elokwentną nazwę na rozpisce, w praktyce ograniczało się do tego, że produkty zamiast być co, dajmy na to, 2 godziny wymieniane (nie pamiętam standardów) leżały cały dzień w ladzie.

Jeden klient zamówił sałatkę, dostał zwiędniętą sałatę. Wziął w garść parę liści, wysypał je na kasę i blat dziewczynie i zapytał: „Chciałaby to pani k… jeść?”. Po braku odpowiedzi wrócił do stolika, wziął plastikową miskę, w której podaje się sałatki i cisnął nią z odległości kilku metrów w dziewczyny stojące za kasami. Zasiadł za stolikiem i pił kawkę. Nie został wyproszony, nikt nie zareagował. Ja w międzyczasie sprzątałam salę kilka metrów dalej.

Chciałam wymienić worek na śmieci, wysunęłam więc z obudowy kosz, worek się niestety zaklinował i musiałam się mocno nachylić do dna, by go ”oswobodzić”. Ten sam facet przyszedł z drugiego końca sali z tacą wypełnioną papierami i wysypał mi zawartość na głowę, po czym wepchnął tacę między worek a pojemnik. Ponownie nikt nie zareagował. Jeżeli chodzi o moich przełożonych to nawet nie zapytali czy nic mi się nie stało.

Pracowałam 3 miesiące, była to jedna z najgorszych prac, jakie miałam. Paradoksalnie nie chodzi o klientów, tylko o chamskich i wulgarnych współpracowników (ci po zawodówkach, albo z podstawowym wykształceniem byli w porządku, największą hołotą byli studenci politechniki) i przełożonych, którzy mieli wszystko w dupie.

gastronomia

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (216)

#76972

(PW) ·
| Do ulubionych
Rok temu szukałam pracy w gastronomii - poniżej oferta pracy oferowana przez pewną sieć pierogarni z Warszawy z "piecem" w nazwie:

- Pierwszy dzień próbny za darmo, jeżeli mi się praca spodoba to:

- Trzy dni szkolenia pod okiem doświadczonej kelnerki, wszystkie napiwki idą na jej konto. Po trzech dniach jest test z opanowania menu i standardu obsługi, wtedy zdecydują, czy mnie zatrudnią.

- Za przepracowane trzy dni zapłacą mi, jeżeli przepracuję u nich 3 miesiące. Przyznaję, że nie dopytałam, ale podejrzewam, że jakby mnie nie zatrudnili albo złamałabym nogę i musiałabym zrezygnować, to za te trzy dni by mi nie zapłacili.

- Stawka za 12-godzinny dzień pracy to 56 zł, wychodziło 4,50 za godzinę. Były jakieś dodatki (symboliczne) za zamknięcie lokalu i przepracowanie iluś tam weekendów w miesiącu, ale pensja podstawowa jak widać śmieszna.

- Kara umowna za brak makijażu w pracy 200 zł. W ogóle miał to być mocny make up, dla mnie totalne bezguście, co zresztą widać było po kelnerkach.

Podziękowałam za tę cudowną ofertę.

*Jest dużo komentarzy o makijaż - dziewczyny miały obowiązek mieć czerwone usta (lub zbliżony kolor). Dla mnie takie coś + kreska nad okiem i być może jakiś brązowy cień, to już jest mocny makijaż jak na kelnerkę. Koniec końców pracowałam w hotelach *** i **** w centrum i tam coś takiego było nie do pomyślenia.

gastronomia

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (197)

#76969

(PW) ·
| Do ulubionych
Szukałam pracy w gastronomii. Natrafiłam na ogłoszenie knajpy japońskiej w centrum Warszawy, zatytułowane „ praca BARDZO DOBRE WARUNKI” na portalu gumtree. „Bardzo dobre warunki” według Grażyny biznesu:
- Bezpłatny dzień próbny

- Praca bez umowy

- Po wymuszeniu na Grażynie umowy, stawka zaniżona do śmiesznego poziomu, by za mnie zaliczki na podatek nie odprowadzać, reszta pod stołem.

- Wpisywanie w grafik bez konsultacji ze mną i bez poinformowania mnie, że w ogóle zostałam wpisana. Po poinformowaniu Grażyny, że nie przyjdę, bo mam zajęcia próbowała wymusić na mnie, bym na zajęcia nie poszła. Byłam nieugięta, mało się nie popłakała, że „będzie musiała sama obsługiwać i przyjść na 11.00 do pracy, a nie na 13.00” No tak, kto by za nią filmy on-line na zapleczu oglądał.

- Nie nabijanie rachunków gotówkowych na kasę fiskalną. O tym, że w razie kontroli to ja, jako kasjer zostanę obciążona mandatami i grzywnami już „zapomniała” powiedzieć. O oddaniu mi kasy za coś takiego, pewnie i tak mogłabym zapomnieć, mimo że robiłam to na jej polecenie.

- Pożyczanie sobie, bez mojej wiedzy, przez kucharza pieniędzy z kasy, za którą ja odpowiadałam, i z której to ja miałam się rozliczyć. Właścicielka o tym wiedziała, stwierdziła, że nie widzi problemu. Ja widziałam, z łachą poinformowała kucharza, by nie brał więcej pieniędzy z kasy, generalnie była obrażona.

- Brak okresu wypowiedzenia w umowie.

Po miesiącu się rozstałyśmy, praktycznie wymieniłyśmy się wypowiedzeniami. Głupia byłam, że na to poszłam, z sieroctwa i naiwności względem pracodawcy wyleczyłam się trochę później.

Po roku nie dostałam formularza pit. Nie mogłam w ogóle z Grażyną biznesu się skontaktować, bo nie odbierała telefonu, a na te odebrane przez obsługę knajpy miała oddzwonić, ale nigdy tego nie robiła. Kiedy w końcu udało mi się z nią porozmawiać, próbowała mi wmówić, że „od umów zleceń pitów się nie odprowadza”. Po dostaniu pisemka z urzędu skarbowego i nałożeniu na niej kary pieniężnej nagle się okazało, że pit jak najbardziej się wystawia i potrafi go wysłać w ciągu tygodnia.

Słyszałam od znajomego ekonomisty, że z ekonomicznego punktu widzenia ostatnia ustawa wprowadzająca stawkę minimalną za umowy zlecenie i o dzieło oraz rozszerzająca kompetencji inspekcji pracy nie jest najlepszym rozwiązaniem, ale ja mam nadzieję, że ukróci to takie postępowanie jak wyżej i trochę Januszom i Grażynom się w dupy ponalewa.

gastronomia

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (174)

#76983

(PW) ·
| Do ulubionych
Przygody kelnerki mikado188 część czwarta:

Przychodzi student. Nie zwykły bynajmniej, a „dziubuś”. Jest to specyficzne stworzenie, które da się pochlastać, byle zapłacić mniej, a dodatkowo obniżenie ceny nawet o połowę nie jest dla niego wystarczające.
Wchodzi taki osobnik. Podchodzę do stołu, jednak zamiast odpowiedzi na moje” dzień dobry” słyszę:
- Jest zniżka studencka?
- Tak, jest…
- 60% na wszystko, prawda?

Ja wytrzeszcz, bo co jak co, ale czegoś takiego to jeszcze w tej knajpie nie słyszałam.
- Nie, zniżka jest wyłącznie na pizzę i do 50% zależy od rodzaju i rozmiaru.
- Czyli zawsze połowa ceny?
- Nie, DO 50% a nie 50%, obowiązuje oddzielna karta, zaraz panu podam.

Tu nastąpiła jeszcze bardziej rozbudowana wymiana zdań, bo gość nie ogarniał takiej abstrakcji jak oddzielna karta, ale pies z tym.
- To u was nie ma 50%?
- Jest, dla każdego codziennie do godziny 13:00.
- To nie może Pani udać, że przyszedłem o 12:00?
- Nie.
- Dlaczego?
- Bo jest po 17.
Facet przeszedł do negocjacji, nieudanych zresztą, a końcowym argumentem mnie po prostu zabił:
- Proszę Pana, jakbym nabiła ten rabat, i to by się wydało, musiałabym dołożyć różnicę z własnej kieszeni (guano prawda, nie mogę wbić, bo mi funkcja znika z menu w kompie po 13:00, ale sądziłam, że argument pieniężny mu przemówi do rozumu)
- Ale Pani przecież pracuje! To tak dużo?
- Niestety nie ma takiej możliwości. (O ty dziadzie, mam Ci żarcie sponsorować? Jak kasy brakuje to trzeba ruszyć tyłek i pójść do pracy, a nie po kelnerkach żebrać.)
Facet zjadł, nie dopłacił 20 groszy i poszedł. Do tej pory nie mogę w całą sytuację uwierzyć. Mam nadzieję, że się z kumplami założył, że wkręci kelnerkę - innej, logicznej możliwości nie widzę.


Przychodzi starsze małżeństwo. Pan zamawia spaghetti a pani małą pizzę margheritę. Po kilku kęsach pani woła mnie dlaczego nie podałam jej sosu. Odparłam zgodnie z prawdą, że nie zamawiała sosu.
- A kto to widział, żeby jeść pizzę bez sosu pomidorowego?!
- Nie ma problemu, zaraz podam, tylko dobiję to na rachunek.
- Ja mam za to płacić?! Z jakiej racji, ostatnio był sos za darmo!
- Proszę Pani, jedyny sos jaki jest w cenie pizzy to ten na spodzie...
- Wiem, że jest sos na spodzie nie jestem głupia! Proszę podać ten cholerny sos!
Podałam. Po trzech minutach wystrzeliła jak z procy od stolika z żądaniem, że mam dać jej menu, bo na pewno kłamię z tym sosem. Nie kłamałam, jak byk w dwóch miejscach była cena za sos. Przepraszam nie usłyszałam, niegodna byłam.


Wchodzi ponownie starsze małżeństwo i proszą małą wegetariańską, w ogóle nie chcieli wziąć menu, bo oni wiedzą czego chcą. Nabijam zamówienie. Po 10 minutach małżeństwo woła mnie do stolika, bo oni już 10 minut na pizzę czekają i co to ma znaczyć. Zerknęłam na kierowniczkę, która właśnie wkładała ich pizzę do pieca. Odpowiedziałam, że za pięć minut podam, musi się tylko już upiec.
- To wy nie macie ich gotowych?!
- Nie sprzedajemy gotowych pizz, każda jest robiona na zamówienie, by była jak najświeższa.
- Pffffff! Kto to słyszał....
Podaję pizzę, państwo zjadają, żądają rachunku. Przynoszę, z sosem wyszło około 29 zł. I zaczynają się pretensje, że czemu tak drogo, oni nie wiedzieli, za to czekanie to im się zniżka należy! Odpowiadam, że próbowałam podać menu, nie chcieli ich wziąć do rąk, nie pytali mnie o cenę, a 10-15 minut to jest standard czekania na zamówienie w niemal każdej knajpie. Zapłacili i wyszli obrażeni. Najlepiej podsumowała kierowniczka: najlepiej, żeby cena była jak w barze mlecznym, a prędkość jak w fast foodzie i jeszcze w rączki pocałować, że raczyli przyjść.


Mieliśmy stałą klientkę, trzydziestoparoletnią. Kierowniczka jej nienawidziła, bo awanturowała się jak przekupa z uporem godnej wyższej sprawy za rzeczy, które jej się nie należały. Nie o tym dziś jednak. Kilka lat temu w pizzerii serwowano również kuchnię polską, jakieś tam pierogi i kurczaki. Klientka znudzona zamawia jak zwykle to samo i komentuje:
- Dlaczego u was nie ma pierogów, czegoś na zimę? Przecież kiedyś były?
- Podajemy tylko to, co w menu. Mogę pani uwagi co do pierogów przekazać kierownictwu.
- To ja poproszę, by pani przekazała, bo ja bym chętnie pierożki zjadła.
Pani przychodzi dwa tygodnie później. Przegląda menu i pada pytanie:
- Czemu nie macie pierogów?
Ja zdążyłam już o jej prośbie zapomnieć, po przekazaniu kierowniczce już więcej o tym po prostu nie myślałam.
- Jakich pierogów?
- Prosiłam, żeby państwo wprowadzili pierogi!
Po przypomnieniu sobie o co chodzi odpowiadam:
- Proszę pani, menu zmienia się najczęściej sezonowo, co parę miesięcy, poza tym nie gwarancji, że zarząd firmy zmieni menu na żądanie jednego klienta...

Była oburzona do końca wizyty. Kompletnie nie mogła się pogodzić z tym, że nie zmieniono dla niej oferty. Z czasem pokłóciła się z kierowniczką o nienależną zniżkę, którą do tej pory dostawała, bo nikt nie chciał się z nią kłócić i przestała przychodzić.

gastronomia

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 188 (202)

#76725

(PW) ·
| Do ulubionych
Przygody kelnerki mikado188 część trzecia.

Przez dłuższy okres pracowałam dla agencji kelnerskiej „wynajmujących” kelnerów hotelom i na cateringi. Piekielności gości jakie mnie spotkały bądź których byłam świadkiem:

Najbardziej „piekielnogenne” były imprezy urządzane dla pracowników banków – wóda lała się strumieniami, a większość gości traciła kontakt z rzeczywistością po około 3 godzinie imprezy.

Idę korytarzykiem łączącym dwie sale przeznaczone na imprezę, taca ciężka, pełna wysokich kieliszków z czerwonym/białym winem i szampanem. Wtem ktoś ni z gruszki ni pietruszki łapie mnie z tyłu za szyję i zaczyna mną trząść. Odruchowo spinam kark, ramiona idą do góry, pochylam się, kompletnie zaskoczona nie wiem co robić – taca pełna, a ja mam niestety duży biust, który przy moim skuleniu się od dłoni na karku naparł na ciężką tacę – cudem nic nie spadło. Do tej pory jak o tym pomyślę robi mi się gorąco – za stłuczone szkło musiałabym zapłacić, a z zalaną koszulą i spodniami nie mogłabym pracować i zostałabym odesłana do domu (zapłacono by mi 20 zł za przepracowane 2 godziny, nie 90 za 9 godzinną zmianę).

Śmieszkiem okazał się jeden z gości, jakiś gnojek wyglądający na świeżo po studiach – „Co się spinasz mała? Bawimy się! Hłe hłe hłe!” Po czym oddalił się kołysząc się na boki jak typowy Sebix na dzielni. Nie, nie był pijany, kołysał się „dla szpanu” przed towarzyszącą mu tlenioną dziunią, która usłużnie zarechotała na ten wyborny dżołk.

Impreza w hali również dla banku. Stałam na szatni wraz z koleżankami – główny organizator zakazał nam wydawać kurtek w przypadku zgubienia numerka. Wg instrukcji taka osoba zostaje do końca imprezy i dopiero wtedy komisyjnie następuje oddanie płaszczyka czy innego futerka. Dlaczego? Bo na imprezie było ponad 100 gości i nie jesteśmy w stanie stwierdzić, kto jest gościem, a kto złodziejem udającym gościa, który zgubił numerek. Wejście jest przedzielone jedynie kotarą i każdy sobie mógł wejść i wyjść. Za uchybienie obowiązkowi i wydanie kurtki bez numerka grozi nam kara umowna w wysokości 50 zł i koszta ukradzionych rzeczy. No i przechodzimy do szczegółów:

Pierwszy gość podpity, ale zachowujący trzeźwość umysłu jak sądziłyśmy. Mówi, że zgubił numerek, ale on sobie kurtkę zaraz znajdzie. I bezpardonowo zaczyna pchać się za stół. Zostaje przez koleżankę zatrzymany, pouczony, że nie może wchodzić na teren szatni. Dogadaliśmy się z zastępcami organizatora, że oni mogą wydać kurtkę przed końcem imprezy, mówimy więc gościowi, żeby szukał mężczyzn w garniturze z logiem cateringu i złotym krawacie, bo my szatni opuścić nie możemy, by poszukać za niego, nie możemy mu też wydać kurtki bez numerka. Pan naburmuszony wraca na salę, przychodzi po trzech minutach z kieliszkiem wina w ręku, którego to zawartością chlusnął koleżance w twarz. Bo co ona sobie kuffa wyobraża? Nie wie kim on jest? Tutaj panowie ochroniarze wkroczyli do akcji, złapali szanownego pana za fraki i przeszukali kieszenie. Numerek się znalazł – pan został wyrzucony niczym szmaciana lalka za kotarę, kurtka poleciała za nim.

Impreza się rozkręca – przychodzi para gości, jak to się mówi „tańcząc tango” – czyli są tak naje... ekm... napici, że stawiają dwa kroki do przodu, jeden do tyłu, dwa do przodu, jeden do tyłu. Itd. Facet wygarnia wszystko z kieszeni i rzuca mi to na stół. Wyławiam z kupki numerek i już chcę podać kurtki, gdy wtem rzyyyyyyg równym strumieniem. Gdybym nie odskoczyła na bok, wymiociny wylądowałyby na moim dekolcie. Facet jak gdyby nigdy nic, ociera usta wierzchem dłoni i odbiera ode mnie kurtki.

Koniec imprezy – jest już luźniej. Podchodzi do mnie kobieta ubrana jak z żurnala, z biżuterią pewnej znanej firmy jubilerskiej za sumę, na którą bym pewnie ze trzy lata musiała pracować. Twierdzi, że zgubiła numerek, ale mamy jej wydać futerko „tout de suite”. (Autentycznie użyła tego wyrażenia) Odpowiadam, że nie mogę jej wydać okrycia bez numerka. Panienka zaczyna się drzeć, że to jej własność i co ja sobie wyobrażam. Obrazowo zaczyna tupać nogą i wołać jakiegoś mężczyznę. Przychodzi facet co najmniej 20 lat od niej starszy, na szczęście bardziej ogarnięty, przeprasza nas „za kruszynkę” i wyciąga numerek. Okrycia wydajemy. Happy end? Bynajmniej. Mężczyzna kieruje się do wyjścia, „kruszynka” zaś syczy w moim kierunku „kur*****!” (rymuje się z korniszon) po czym kopytkuje za swoim wybrankiem czy może ojcem.

Wychodzą ostatnie osoby - podchodzi pani w średnim wieku, wzrok szklisty, nieobecny. Podaje mi numerek, po czym zaczyna kłaść mi się na stole (rzygowiny wcześniejszego gościa zdążyłyśmy posprzątać.) Podaję czarny płaszcz. Pani budzi się, podrywa ze stołu i wrzask: To nie jest moja kurtka! Ja oczy w słup, bo jeszcze coś takiego mi się nie zdarzyło. Podchodzi mężczyzna, jak mniemam jej mąż, wzdycha, bierze kobietę na bok. Wraca, po czym stwierdza rycersko -"Moja Pani zgodziła się ze mną, że to jednak jej kurtka". Po czym wyszli, pan nawet uchylił nam kapelusza na pożegnanie.

Nie wiem jak można się doprowadzić do takiego stanu. Rozumiem, że darmowy alkohol bez limitu kusi, ale że aż tak?

gastronomia

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 247 (275)