Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

mikado188

Zamieszcza historie od: 30 października 2010 - 14:27
Ostatnio: 22 marca 2017 - 15:07
  • Historii na głównej: 13 z 20
  • Punktów za historie: 5385
  • Komentarzy: 183
  • Punktów za komentarze: 988
 
zarchiwizowany

#74298

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Pracowałam parę lat w gastronomii jako kelnerka. Historie o piekielnych pracodawcach z początków mojej kariery.

Pierwsza restauracja. Nie mam doświadczenia, tylko książeczkę sanepidowską, status studenta, angielski i niemiecki na dość dobrym poziomie i pracę w supermarkecie za sobą. Dostaję zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną. Rozmawiam z właścicielką knajpy, która także w niej czynnie pracuje. Działalność prowadzi wraz z synem. Wiedząc o moich brakach, a także o tym, że chce pracować tylko na wakacje, kobieta proponuje mi pracę, pokazuje umowę, zaprasza na dzień próbny, sprawiając wrażenie, że to wszystko formalność i praktycznie jestem zatrudniona. Z wyjątkiem płacy w wysokości 5/h (napiwki do podziału między wszystkich pracowników) wszystko wydaje się w porządku. Jako, że do tej pory nie dostawałam nawet zaproszeń na rozmowy o zatrudnieniu, jestem zadowolona. Przychodzę więc do pracy w poniedziałek - obsługuję z synem właścicielki gości (jej samej nie było, musiała wyjechać tego dnia), poleruję szkło, sztućce, zmywam, nakrywam. Słowem wszystko, co mogłam robić nie posiadając doświadczenia. Po sześciu godzinach siadam z synem właścicielki (i współwłaścicielem) do rozmowy. Okazuje się, że kobieta wpuściła mnie w maliny - kompletnie nie spełniam wymagań, których oczekują od kelnerki - szukają kogoś na stałe, z doświadczeniem, nie studiującej, bo potrzebują pełnej dyspozycyjności. Jak się okazuje poszukują kandydatki od dwóch miesięcy, od odejścia poprzedniej dziewczyny pracują z matką we dwoje. Dzień próbny oczywiście niepłatny (standard w gastronomii), dostaję informację, że być może do mnie zadzwonią. Nie ma jak to sobie załatwić bezpłatnego pracownika na czas największego ruchu w lokalu podczas swojej nieobecności. Ona nie miała obsuwy przy obsłudze gości, a ja w końcu nic nie kosztowałam, co ją obchodzi, że się narobiłam i zmarnowałam sobie dzień nie mając nawet szans na otrzymanie pracy.

Do drugiego lokalu trafiam tydzień później – mam przyjść na 4 godziny (oczywiście bezpłatnego) dnia próbnego. Prócz mnie jest dwóch kelnerów. Tutaj zostałam jeszcze bardziej bezczelnie potraktowana – po planowych czterech godzinach podeszła do mnie kierowniczka i mówi, że jest ze mnie zadowolona i jako że jeden z kelnerów musi wyjść pyta, czy mogę zostać do 20.00. Ja interpretując to naiwnie jako propozycję pracy stwierdziłam, że zostanę. O 20.00 pytam kierowniczki jak mam przyjść do pracy w następnym tygodniu. Ta poprosiła mnie o podanie jeszcze raz mojego numeru telefonu i powiedziała, że zadzwoni do mnie w sobotę z grafikiem. Nie zadzwoniła. Moje telefony odrzucała, przy czwartej próbie połączenia wyłączyła telefon. Nie ma to jak kłamać w żywe oczy i wykorzystać naiwną.

Kolejna rozmowa w popularnej w mieście sieci pierogarni. Stawka jaka mi została zaproponowana to 56 zł za dzień pracy – szybkie przekalkulowanie w głowie – wychodzi oszałamiająca stawka 4.66 za godzinę. Były proponowane jakieś bonusy za wypracowanie iluś tam godzin, weekendów w miesiącu itp., ale fakt faktem, że stawka za godzinę wynosiła niecałe 5 zł. Obowiązkowo mam pracować trzy dni, jako szkolenie, pod okiem doświadczonej kelnerki, która zgarnia wszystkie napiwki. Potem odbędzie się test i zdecydują czy mnie zatrudnią. Za te trzy dni pracy zapłacą mi jak przepracuję u nich 3 miesiące. Nie zapytałam wprost, ale jak mniemam jak by mnie nie zatrudnili, albo po dwóch miesiącach złamałabym nogę i musiała zrezygnować, to kasy bym te trzy dni pracy na oczy nie zobaczyła. Podziękowałam za tę niezwykle hojną ofertę.

Zniechęciłam się i poszłam do pracy w innej branży. Potem wróciłam i zostałam zatrudniona w pizzerii, gdzie dość długo pracowałam, ale to już może w innej historii.

gastronomia

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 51 (Głosów: 93)
zarchiwizowany

#52326

(PW) ·
| było | Do ulubionych
O zadziwiającej bezczelności i ludzkiej pomysłowości.

Chyba jakoś w pierwszej połowie 2012 roku szłam na kurs języka angielskiego - wysiadłam na stacji metra Centrum i niespiesznie zmierzałam do schodów ruchomych, co mnie miały wyprowadzić na patelnię i podziemie na skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Jerozolimskich. Podchodzi do mnie kobieta - szczupła, wydaje mi się, że już ostro po czterdziestce, ubrana normalnie, jasne, tlenione włosy z równą grzywką nad brwiami.
"Przepraszam, czy mogę o coś zapytać?" - pada ze strony kobiety, a mnie już zaczyna się tlić w głowie, że chyba ją już gdzieś widziałam.
-Tak, proszę.
-"Wyciągnęli mi cały portfel z torebki, potrzebuję pięć złotych, by dojechać do domu, czy mogę prosić o wspomożenie? Oczywiście jeżeli może mi Pani pomóc..."

Marszczę brwi, coraz wyraźniej zaczyna mi świtać... ale nie, nie jestem pewna, nie będę chryi robić. Odpowiadam, że przykro mi, nie mam drobnych - kobieta zwija się szybciutko, trochę jakby ze wstydem, sekundę potem już jej nie widzę. Idę na kurs, potem wracam do mieszkania, mój wzrok pada na książki do niemieckiego - i nagle- iluminacja! Oświecenie! A potem szeroki uśmiech i, kurde, chyba podziw, bo ja w życiu bym czegoś takiego nie wymyśliła.

Retrospekcja - wakacje 2010, kurs języka niemieckiego w tej samej szkole językowej, ta sama stacja metra, no i ta babka - wtedy widziana po raz pierwszy.
-"Przepraszam wyciągnęli mi cały portfel, potrzebuję 5 złotych by dojechać do domu..." itd. Ja, kierowana wrażliwością na ludzką krzywdę, sięgnęłam do kieszeni i dałam to co przy sobie miałam - chyba trzy złote,oczywiście, że dam, przecież każdemu się taka przykrość może przydarzyć! I oddalam się, ściskając torbę z książkami bliżej siebie - strasznie kradną w tej Warszawie!

Od 2012 przebywam w stolicy prawie cały czas, bo niestety musiałam zawiesić studiowanie i wychodzi mi, że kobieta ta jest bezecnie okradana dwa-trzy razy w miesiącu. Zawsze mówi, że "WYCIĄGNĘLI CAŁY PORTFEL" (serio, ani jednego słowa w gadce nie zmienia)i prosi biedna na ten bilet. Jakoś od lutego tego roku jej nie widziałam, miałam nadzieję, że policja ją jakoś nastraszyła albo po prostu zarobek z dnia miała za mały i się poddała. Swoją drogą ciekawe ile wyciągała, bo zapewne u przechodniów chęć wspomożenia osoby poszkodowanej była większa niż przeciętnego żebraka. Dziś jednak schodzę do stacji metra politechnika i co nagle słyszę?
- "Przepraszam wyciągnęli mi z torebki cały portfel..."

metro Warszawa

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 97 (Głosów: 195)

#22581

(PW) ·
| Do ulubionych
W pewnej wsi pod moją miejscowością miał miejsce pewien skandalik.

Otóż córka szanownych państwa XYZ po studiach w Wielkim Mieście, przywiozła rodzicom kandydata na zięcia. Ale jakiego! Murzyna! Większość moherów oczywiście głową kręciło ze zgrozą, bo kto to słyszał takie karygodne czyny wyprawiać, taki wstyd rodzicom przynieść! O dziwo przyszli teściowie okazali się bardziej wyrozumiali dla przyszłego członka rodziny. Ale że wieś to niewielka, to ploty latają z prędkością światła - o sprawie dowiedział się wiekowy już ksiądz, którego światopogląd był równie moherowy co berety wspomnianych już pań.

Jakież zdziwienie było, gdy którejś niedzieli duchowny wtacza się na ambonę i zamiast zwykłego kazania, przyszli teściowie słyszą pogadankę o różnicach kulturowych, nie liczeniu się z panującymi obyczajami, o rozpadaniu się mieszanych małżeństw, zakończoną bardzo barwnym porównaniem: „No bo jak to tak? Nie można mąki z sadzą mieszać!”.

A ponoć wszyscy jesteśmy równi w Chrystusie...

Kościół

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 711 (Głosów: 787)
zarchiwizowany

#22579

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia o piekielnej mamusi tudzież obojętności ludzi którzy powinni interweniować, a może obu na raz. Gdy chodziłam do podstawówki, kawał czasu temu, miałam dość zgraną klasę. Siedziała ze mną w ławce jedna dziewczyna, z niepełnej rodziny – mieszkała w dwupokojowym mieszkaniu z dwójką młodszych sióstr i matką. Ojciec zostawił rodzinę jakieś dwa lata wcześniej na swej żony numer cztery (ogółem miał ich chyba pięć, choć być może więcej) z każdą ze swych wybranek miał dzieci, z większością dwójkę lub trójkę, także gromadka spora. Kontaktów raczej nie utrzymywał, nie wiem nawet czy był w stanie wywiązywać się ze swych obowiązków alimentacyjnych, także udział jego w wychowaniu był raczej niewielki. Za to matka owej dziewczynki miała nader ciekawe metody. Sprawa raczej nie wyszłaby na jaw (mamusia jak spory odsetek rodzin w tym kraju praktykowała z namaszczeniem zasadę, że brudy pierze się w domu) gdyby nie to, że mając lat jedenaście człowiek zaczyna kojarzyć, że coś jest nie tak i próbuje sobie jakoś poradzić czy z zaistniałą sytuacją czy swoimi uczuciami.

Otóż któregoś dnia owa koleżanka postanowiła podzielić się z nami jakie to metody wychowawcze praktykuje jej rodzicielka – za każde, nawet najmniejsze przewinienie dziewczynki dostawały pasem lub kablem. Nawet te nieumyślne, a co więcej lanie dostawały zbiorowo, wszystkie trzy, a ilość razów była dostosowana do wieku danej siostry. Jak to wygląda na przykładzie? Na urodzinach najstarszej jedna z nich zbiła szklankę, całkowicie przypadkiem, po prostu strąciła ją ze stołu łokciem nakładając sobie kawałek tortu na talerz. Mamusia poczekała aż wszystkie dzieciaki rozejdą się do domów, po czym wzięła pas - najmłodsza dostała dwa razy, starsza (która zbiła naczynie) trzy, a najstarsza dostałaby cztery, ale że miała urodziny, dostała raz mniej (w ramach prezentu chyba). My, wtedy jeszcze dzieci, szybciutko pochwaliłyśmy się zasłyszaną informacją swoim rodzicom. Nikt raczej nie poczuł się w obowiązku interweniować, prócz jednej z matek, należącej do trójki klasowej i rady szkoły. O metodach pani X została poinformowana nasza wychowawczyni, a następnie pedagog szkolna. Matka dziewczynki została wezwana na przesłuchanie do szkoły, oczywiście wszystkiego się wyparła, jednak przyparta do muru przez pedagog i psycholog, przyznała się do wszystkiego i obiecała poprawę. Po powrocie do domu zaczęła się drzeć na córki, że jej wstydu narobiły(sic!) i oczywiście dostały za karę pasem. Koleżanka po powrocie do szkoły poprosiła nas byśmy nikomu więcej nic nie mówiły, bo będzie jeszcze gorzej, wezwana do pedagog na rozmowę kontrolną oczywiście powiedziała, że już jest lepiej i mama już ich nie bije. Wszystko zostało po staremu, mamunia dalej zajmowała się „wychowywaniem” córek, a pani pedagog i szkoła byli zadowoleni z wypełnionego obowiązku. Nikt się więcej sprawą nie interesował.

szkoła mamusia i metody wychowawcze

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 189 (Głosów: 213)
zarchiwizowany

#22578

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia nowokainy(http://piekielni.pl/22039) zainspirowała mnie, by opisać parę historyjek związanych ze szkołą i nauczycielami, którzy niosą kaganek oświaty, wychowują i wprowadzają młodych ludzi w dorosłe życie… a przynajmniej tak się mówi na akademiach, bo ładnie brzmi…

1. Zespół szkół z sąsiedniej miejscowości; uczniowie różni - zdarzają się normalni, inteligentni ludzie, a także dresiki. Grupa młodych gniewnych postanowiła sobie urozmaicić egzystencje znęcaniem się nad „leszczem”. Rodzice chłopaka postanowili na początku rozwiązać problem przy pomocy szkoły , dlatego poprosili o spotkanie z dyrekcją i przedstawili sprawę. Reakcja przeszła najśmielsze oczekiwania, otóż władze placówki stanęły na stanowisku, że to nie ich sprawa, ponieważ do pobić dochodziło poza terenem szkoły. Na informację rodziców, że zarówno ich dziecko i trzech napastników uczęszcza do tej samej szkoły, a do zajść dochodziło zaledwie 10- 15 metrów od bramy wejściowej i jak najbardziej sprawa należy do ich kompetencji, jedna z nauczycielek odparła „nie znają się państwo, my lepiej się w przepisach orientujemy”. Młodzi adepci JP kontynuowali zabawę, a że byli wprawni w grupowym kopaniu słabszego, że chłopakowi pękły dwa żebra, a sińce zaczęły być widoczne zza większości bluzek. Rodzice zrobili obdukcję, zgłosili sprawę na policję, wynajęli prawnika. Zaczęło się robić gorąco, dlatego też w ZS doszli do wniosku, że może jednak sprawa leży w ich gestii - wobec chłopaków wyciągnięto konsekwencje w postaci… zawieszenia w prawach ucznia…

2. Liceum katolickie; Postanowiono zorganizować ogólnolicealną lekcję historii najnowszej. Po zakończeniu projekcji paru filmów dokumentalnych, pani dyrektor wygłosiła górnolotny odczyt o okropieństwach komunizmu. Ostatni akapit poświęcony był cenzurze, która to z całą stanowczością została potępiona, jako „narzędzie ograniczające wolność słowa, charakteryzującą władzę totalitarną, mającą za nic człowieka i jego przyrodzone prawa.” Nie byłoby w tym nic dziwnego czy śmiesznego, gdyby nie to, że niecały rok wcześniej dyrektorka skonfiskowała ze sklepiku cały nakład gazetki szkolnej i go ocenzurowała…

3.Ta sama szkoła; Jednym z uczniów był chłopak z rodziny prawniczej. Jednak sam w sobie był człowiekiem nieciekawym. Dość mocno przeżywał problemy rodzinne , wdał się w złe towarzystwo – poszedł sobie z nowymi kumplami na tzw. włam. Policja zadziałała dość szybko, jednak ze względu na to, że tatuś z mamusią wybronili udało się sprawę zamieść pod dywan. Szkoła, mimo że katolicka , nie wyciągnęła żadnych konsekwencji, ustawionym rodzicom poszło się na rękę. Chłopak został przeniesiony do placówki w innej miejscowości, jednak raczej po to, by wyrwać go ze złego towarzystwa niż w ramach kary. Trzy miesiące później dwie dziewczyny z równoległej klasy przyłapano na piciu piwa w pizzerii (miały po 17 lat), otarły się o relegację bo „uczęszczanie do katolickiej szkoły do czegoś zobowiązuje”. Niestety nie każdy ma rodziców, którym dyrekcja ze względu na pełniony zawód i majątek chce iść na rękę…

4.Liceum ogólnokształcące; Panował tam zwyczaj, że nauczycielom z różnych okazji sprawiało się dość drogie prezenty. Niestety uczniom wyleciała z głowy pewna okoliczność, prowizorycznie kupiono kwiaty. Nauczycielka odmówiła przyjęcia podarunku słowami „ja nie jestem krowa i zielska nie jadam”. Uczniowie byli gnębieni niezapowiedzianymi kartkówkami do czasu aż kupili godny nauczycielki prezent u jubilera.

5.Inne liceum ogólnokształcące; Dziewczyna miała problemy rodzinne, poszła do pedagog szkolnej, będącej również nauczycielką. Zastała panią X na wesołej pogawędce z bibliotekarką. Poprosiła dziewczynę, by poczekała na korytarzu dopóki jej nie zawoła. Po półtorej godziny i pedagog i bibliotekarka wyszły roześmiane z gabinetu, uczennica usłyszała, by przyszła innym razem, bo ona już kończy pracę, a za nadgodziny jej nikt nie płaci…

Różne szkoły

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 181 (Głosów: 203)

#15589

(PW) ·
| Do ulubionych
Od dwóch lat studiuję w Toruniu - do tej pory "zaliczyłam" cztery stancje - jedna piekielniejsza od drugiej - ale ta była wyjątkowa, a i sprawa zakończyła się w sądzie.

Jako, że Miasto Piernika jest małe, a jednocześnie ma duże stężenie studentów, to sporo ludzi chce sobie na żakach zarobić - powstają między innymi "prywatne akademiki" - ludzie dobudowują sobie do domu jednorodzinnego piętro lub skrzydło i wynajmują tam pokoje. Ja do takiego przybytku trafiłam zachęcona niskim czynszem i dobrą lokalizacją.

Mieszkanie oglądałam w czerwcu - po prostu cud architektury - przybudówka goni przybudówkę, ale wszystko wyglądało czysto i schludnie więc się zdecydowałam - podpisałam umowę i wpłaciłam 200 zł kaucji.
Właściciel na moje pytania dotyczące stancji odpowiadał wyczerpująco - jak się okazało wcisnął mi kit - zapewniał, że ściany w pokojach są murowane (okazało się, że kartongips, jakby mocniej kopnąć została by dziura), a lokatorami są jedynie studenci( w rzeczywistości wynajmował każdemu, kto zechciał płacić.)

W trzecim tygodniu września otrzymałam telefon od Pana K, że będzie nowa umowa, "bo potrzebuje dla księgowej". Trzeciego października zjawiłam się w akademiku, damo mi umowę, zaczynam czytać. Niestety nie dokończyłam, bo co rusz mi przerywał i rzucał jakieś dziwne gadki; na końcu stwierdził, że "nie ma co czytać, bo tam jest to samo, co w poprzedniej, po prostu tamta była pisana długopisem, a ta jest drukowana, bo mu potrzeba do jakichś rozliczeń". Jak się okazało (niestety już po złożeniu mojego podpisu), że jest tam kilkanaście punktów, których nie było w czerwcowej umowie (np karne odsetki za zwłokę w płaceniu czynszu i dodatkowe opłaty za sprzątanie) Zakotłowało się we mnie, ale stwierdziłam, że sama jestem sobie winna. Po zwinięciu umowy K. wyskoczył, że będę musiała podpisać jeszcze aneks do umowy, bo podwyższają podatek na gaz (który jest wliczony w czynsz) i on z tego tytułu będzie musiał podnieść owy czynsz. Widać już było, że facet kręcić będzie na czym popadnie. W tym momencie powinnam się okręcić na pięcie i wyjść, ale że stałam z walizami na progu i nie miałam innego miejsca do zamieszkania; zacisnęłam zęby i zostałam.

Jeszcze tego samego dnia wieczorem okazało się, że lokatorami są również robotnicy budowlani, także Ukraińcy, nie rozumiejący słowa po polsku. Na moje i innych studentów pretensje "co oni tu robią?" pan K. zaczął wymyślać kolejne bajki "a są tylko do końca miesiąca, nikomu nie przeszkadzają itp". Wszyscy już nie mieli wątpliwości, że gościu robi nas wszystkich w balona. Jednak postanowiliśmy zostać. I to był nasz największy błąd - po dwóch tygodniach jeden z robotników podpowiedział właścicielowi, żeby dwuosobowe pokoje wynajmować większej liczbie robotników. I zaczął się cyrk! Upychał po czterech, trzech do jednego pokoju, Ukrainiec, Białorusin, Polak - bez różnicy. W ciągu 2 dni sprowadziło się ich kilkunastu (Było ich 30 na 11 pokoi!), urządzili libację alkoholową, w trakcie której wchodzili podpici ludziom do pokoju (ja ocalałam, bo mieszkałam na 2 piętrze - za dużo schodów do pokonania po pijaku), zataczali się, cała łazienka na parterze i obu piętrach były w wymiocinach.

Jedna dziewczyna nie wytrzymała - chciała się wyprowadzić - usłyszała stek gróźb - że ją pozwie o niedotrzymanie umowy; odmówił przyjęcia wypowiedzenia i zwrotu kaucji. Jak dziewczyna zadzwoniła po matkę (jak się okazało prawnika) nagle spotulniał i zaczął namawiać na zostanie, przepraszać za zamieszanie. Niestety nic nie ugrał, dziewczyny nie było po 15 minutach.

Po paru dniach zaczęły nam ginąć drobne rzeczy (min. moje sztućce) a także jedzenie z lodówki i zamrażarki. Nie mieliśmy złudzeń, że robią to robotnicy, bo wszystko znikało najczęściej w weekendy, kiedy nas nie było. Na nasze skargi pan K. zareagował więc kuriozalnie - "robotnicy nie wiedzą, że biorą nie swoje rzeczy, proszę je podpisywać".

W międzyczasie chciała wyprowadzić się kolejna osoba - nie mogła znieść zawilgocenia w pokojach, tym bardziej, że zaczynał się wszędzie robić grzyb (pan K nie chciał go usunąć, a gdy w końcu to zrobił ograniczył się do zamalowania go farbą). Tym razem właściciel się nie patyczkował - po prostu wsiadł w samochód i odjechał. Miał wrócić godzinę później, ale jak łatwo się domyśleć nie wrócił w ogóle. Jego szanowna małżonka odmówiła przyjęcia wypowiedzenia "bo nie jest stroną w umowie" - wybuchła kolejna awantura, chłopak w końcu wypowiedział najem listownie, kaucji więcej na oczy nie zobaczył.

Następnie właściciel wyskoczył z zapowiadanym aneksem do umowy, który podwyższał nam czynsz o 50 zł. Dodatkowo pan K uraczył nas opowieścią "że on do naszych rachunków dokłada ze swoich, żeby nam się dobrze mieszkało; a na podwyżce to on nie zarobi, bo wszystko na gaz pójdzie" - niestety nikt tak naiwny już nie był i nie dał się na to nabrać.

Kolejną osobą, która się wyprowadziła byłam ja - standardowo zostałam obrzucona groźbami o pozwie sądowym i odmówiono mi oddania kaucji. Zamieszkałam w nowej stancji - niestety niewiele lepszej.

Czyżby koniec? Niestety nie, bo sprawa miała finał prawie pół roku później. Skontaktowały się ze mną osoby, które mieszkały u pana K. rok wcześniej, bym zeznawała w sądzie. Jak się okazało podczas mojego pobytu pan K. był nad wyraz potulny - w zeszłym roku komunikował się z lokatorami jedynie za pomocą wulgaryzmów ("myślisz j***a sz**o, że będziesz mieszkać i nie płacić czynszu?" do dziewczyny,która spóźniła się z czynszem 2 dni), potrafił "za karę" zakręcić ciepłą wodę ("o północy nie będziecie się kąpać"), wyłączyć prąd ("noc jest od spania k***, a nie od nauki")a także internet (wywieszał wtedy na drzwiach karteczkę "włączenie internetu kosztuje 100 złotych")itp. Pan K. wszystkie sprawy sądowe przegrał i ma jeszcze kilka do rozpatrzenia. A ja? No do tej pory czekam na swój pozew...

Prywatny akademik

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 559 (Głosów: 605)
zarchiwizowany

#12510

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Czasy wczesnego liceum. Nadchodziły Mikołajki, ja wylosowałam wychowawczynię i musiałam kupić jakiś prezent. Pomysłu nie miałam (bo jaki prezent kupić kobicie 35 lat, którego cena ma nie przekraczać 20 zł?). Udałam się do pewnego sklepiku, asortyment - różnego rodzaju puzderka, kadzidełka, kominki, olejki eteryczne itp. Chodziłam miedzy regałami, przeglądałam, obracałam w rękach itp, nic, co by mnie wyróżniało spośród innych klientów. Jednak byłam bacznie obserwowana przez ekspedientkę(i jednocześnie właścicielkę sklepu), której mina była mówiąc delikatnie... nieciekawa. Babeczka ubrana jak cyganka - spódnica do kostek, szale i girlandy sztucznej biżuterii. Wybrałam jakąś szkatułkę za 25 zł. Podchodzę, podaję - mina właścicielki coraz bardziej skwaszona.
JA: Dzień dobry
Właścicielka:...(zero reakcji)
J: Wezmę to puzderko.
W:... (ponownie nic)
J: ?!...eee...mogę prosić to puzderko?
W:25zł!
Podałam banknot 50 zł, na co właścicielka z oburzeniem w głosie:
W: To jest 25 złotych?!
Ja w szoku, o co kobiecie chodzi, przecież chyba normalne, że ludzie nie zawsze mają przy sobie wyliczoną kwotę, a przecież nie płacę dwustuzłotówką za paczkę zapałek, by zaraz pluć jadem.
J: Eee... drobniej nie mam...
W: To ja nie wiem, czy będę miała wydać!!
J: O.o!!
Stoję i nie wiem co robić - wyjść,zostać, rozpłakać się? Tymczasem pani siedzi na stołeczku z miną hrabiny, którą jakiś natrętny żebrak nęka. Ludzie zaczynają się gapić, ja stoję z tą wzgardzoną pięćdziesięciozłotówką i nie wiem, co robić.
Po chwili właścicielka wyjmuje z pod lady wiklinowy koszyk WYPEŁNIONY PO BRZEGI drobniakami, dziesięcio i dwudziesto złotówkami. Ja gały na nią, ta wyrywa mi banknot z ręki i rzuca mi na ladę 25 zł w najdrobniejszych nominałach jakie miała. Nawet nie przeliczyłam tego co mi wydała, zgarnęłam monety, puzderko i po prostu wyszłam kompletnie zmieszana. Po dwudziestu metrach od sklepu zaczęłam się śmiać - no rzeczywiście, nie miała jak wydać...

sklep z kadzidełkami

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (Głosów: 167)

#9131

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia, która zdarzyła mi się przeszło rok temu. Postanowiłam opisać po lekturze postu reiko http://piekielni.pl/9122#comment_20762

Jechałam autobusem z uczelni na stancję - odległość nie była gigantyczna, ale tak się składa, że osiedle położone jest na uboczu i niestety w pewnym momencie chodnik się urywa, trzeba iść błotnistym poboczem. Przyznaję - nie miałam biletu i jechałam na gapę, złapał mnie kanar (w zasadzie dwóch - kobieta i mężczyzna), nie kłóciłam się, chciałam przyjąć mandat. Należy wspomnieć, że moje doświadczenie w jazdach autobusem było wtedy znikome, bo pochodzę z małej podwarszawskiej miejscowości, gdzie nie ma linii "wewnętrznych". Byłam również dość dobrze ubrana, bo wracałam z kolokwium, miałam na sobie nowy płaszcz i buty.
Pani kanar: To będzie mandat 160 zł, poproszę dowód osobisty.
Ja: Przykro mi, nie mam. (Naprawdę nie miałam, portfel został na stancji, między innymi dlatego nie kupiłam biletu, nie miałam grosza przy sobie)
PK: W takim razie będziemy musieli wezwać policję, by potwierdzić pani dane osobowe.
J: Może być legitymacja studencka? (trzeba ją było okazać przy pisaniu kolokwium, dlatego ją miałam, mimo braku portfela)
PK: Może. (po spisaniu danych i pogadance jak to studenci kantują) Jak mówiłam będzie to mandat 160 zł, może pani należność uregulować u mnie.
J: Przykro mi, nie mam pieniędzy.
Tutaj kontrolerka wybałuszyła na mnie gały, zresztą podobnie jak jej prawie dwumetrowy towarzysz.
PK: Nie ma pani W OGÓLE pieniędzy?!
J: Nie, nie mam. (też pytanie, jak bym miała, kupiłabym bilet)
Zostałam tu obrzucona niemal wściekłym spojrzeniem, tudzież mieszaniną niedowierzania i zawodu.
PK: W takim razie muszę poinformować, że jeżeli wpłaci pani należność dziś lub jutro zapłaci pani 70 zł.
J: W porządku.
Tu nastąpiła minuta ciszy, po czym ponownie usłyszałam:
PK: Może pani zapłacić u mnie... (po zobaczeniu wyrazu mojej twarzy) lub w siedzibie przy ul xxx.
J: Jasne.
Po czym wzięłam kwitek i wysiadłam. Udałam się najpierw do mieszkania po portfel, a potem (już z biletem) na ulicę xxx. Możecie wyobrazić sobie jakie było moje zdziwienie, gdy czekając na swoją kolej zaczęłam czytać wiszący na ścianie regulamin MZK, gdzie jak wół stało, że JEDYNĄ możliwością uregulowania mandatu jest wpłata w siedzibie lub przelew na konto - ergo szanowna pani kontroler nie mogła nawet złotówki ode mnie przyjąć. Po prostu złapawszy dobrze ubraną dziewczynę sądziła, że się "nachapie" i wyłudzi 160 zł (czyli ponad dwukrotną wysokość mandatu), a gdy okazało się, że nie posiadam takiej sumy - zeszła jeszcze z nadzieją na 70, po czym zrezygnowała. Tupet szanownych kontrolerów był tym większy, że w międzyczasie dostałam pogadankę o nieuczciwości studentów jeżdżących bez biletów. Nie speszył ich również fakt, że autobus był pełen ludzi i ktoś mógł wykazać się większą znajomością przepisów niż ja i się wtrącić.

MZK Toruń

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 585 (Głosów: 649)
zarchiwizowany

#6986

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia nie do końca o "piekielnym", ale na pewno warta przeczytania.

Kupowałam spodnie w sklepie C&A - przy kasie dostałam kupon ze zniżką na 20% z okazji walentynek - do zrealizowania wyłącznie 14 lutego. Nie zamierzałam nic kupować, ale skoro to aż 20%, to okazja nie do pogardzenia, zwłaszcza dla studenta. Przeglądałam wieszaki w celu upatrzenia sobie czegoś do kupienia za 3 dni. Wpadł mi w oko top - biały, na cienkich ramiączkach, za 19 zł. Przy rabacie zaoszczędziłabym 3,80 - nie dużo, ale na piwo z okazji zakończenia sesji wystarczy. Przychodzę dziś do sklepu, kieruję się ku wieszakowi - białych topów nie ma - są identyczne (materiał, krój, długość)tylko że czarne. Patrzę na metkę - i aż zaczęłam chichotać - cena: 30 zł. Tym samym sklep zarobiłby dodatkowo na "promocji" 5 zł. Okręciłam się na pięcie i wyszłam - poczekam aż top znów będzie kosztować 19 zł.

C&A

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 108 (Głosów: 284)

#3691

(PW) ·
| Do ulubionych
Byłam na zakupach w Tesco. Zobaczyłam mleko sojowe ze znaczkiem TKZ. Wzięłam, bo tańsze niż innej firmy. Ale, że mnie strasznie gnębiło co to za TKZ, to stwierdziłam, że zapytam przy kasie co to znaczy. Kasjerka z lat pięćdziesiąt, siwe włosy, okulary.
- Przepraszam, a co to znaczy to TKZ?
A ona mi na to:
- Takie Ku**a Zaj**iste.

Tesco zakupy

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1067 (Głosów: 1293)