Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

mikado188

Zamieszcza historie od: 30 października 2010 - 14:27
Ostatnio: 26 czerwca 2017 - 15:53
  • Historii na głównej: 14 z 21
  • Punktów za historie: 5478
  • Komentarzy: 189
  • Punktów za komentarze: 1045
 
poczekalnia

#78897

(PW) ·
| było | Do ulubionych
W hotelach, na cateringach, na meczach w strefach vip czy weselach często pracują osoby zatrudniane przez firmy kelnerskie, z którymi dany catering, hotel itp. ma podpisaną umowę. Lubię taką formę pracy - pracować można ile się chce (firma nie zapewnia minimalnej liczby zleceń, ale dobrze to działa w drugą stronę - w sensie są święta/sesja/choroba - nie musisz iść do pracy i nikt nie ma jak na tobie wymusić byś przyszedł), są zmiany różnej długości (od 5 do 16 godzin), można sobie pogadać z kolegami podczas polerowania szklanek itp. Dla studenta, który chce sobie dorobić praca bardzo wygodna.

Normalnie współpracowałam z jedną firmą, z której byłam zadowolona - jednak, że kończyłam 26 lat, co za tym idzie nie mogłam być już ubezpieczona przez rodziców, ze współpracy zrezygnowałam. Była możliwość podpisania umowy zlecenia ze składkami, jednak stawka spadała z 11 zł/h do jakichś 8zł. Studiuję i niestety choruję przewlekle, po prostu bezpieczniej było zrezygnować w ogóle z pracy i ubezpieczyć się na uniwersytecie. Siedziałam tak sobie rok, jednak głupio było mi prosić rodziców o pieniądze na nowe ciuchy, kosmetyki i inne "luksusowe" rzeczy, bo stara już byłam i jednak może już nie wypada. Postanowiłam więc wrócić do pracy. Będąc ubezpieczoną na UW mogłam pracować na umowę o dzieło (nie musiałam wtedy z ubezpieczenia uniwersyteckiego rezygnować, więc byłam bezpieczna, gdyby pojawiła się konieczność hospitalizacji).

W hotelach pracują na jednej zmianie ludzie z kilku firm, postanowiłam pójść do innej, niż dotychczas, tej, o której dużo słyszałam. Była tam możliwość podpisania umowy o dzieło, a stawka wynosiła 12 zł netto za godzinę, przy cateringach 15 zł/h, więc mi zależało.

Piekielność nr 1

Skontaktowałam się z firmą i umówiłam się na rozmowę kwalifikacyjną na piątek na 14.00. Tego dnia, w drodze do siedziby firmy słabo się poczułam, musiałam usiąść i napić się wody, napisałam sms do rekrutera, że będę 5 minut spóźniona. W odpowiedzi dostałam sms, że nikogo w firmie nie ma, bo są na inspekcji w hotelach i zaprasza na rozmowę w poniedziałek. Żyłka mi na skroni wyskoczyła, bo nie wiem po co się umawiać, skoro wiadomo, że nikogo nie będzie w firmie, ale pomyślałam, że może facet źle usłyszał dzień wizyty. Po rozmowie miałam jechać do domu do rodziców, dworzec był po drodze, więc dużo czasu nie straciłam.

Piekielność nr 2

Umowa. Sama w sobie była typowa, jednak składnia niektórych zdań była tak przerażająca, że będąc na 4 roku prawa (jak rozpoznać studenta prawa? Nie musisz, sam ci to powie)wstydziłabym się pod tym podpisać, a pan referent, który ją sporządzał, jakoś się nie wstydził. Konsekwencji tej żenującej umowy jako tako nie było.

Piekielność nr 3

Zlecenia miałam dostawać sms lub miano do mnie dzwonić. Umowę podpisałam w połowie lutego, do trzeciego tygodnia kwietnia nie dostałam żadnego zlecenia, gdy kontaktowałam się by wyjaśnić sytuację dostawałam lakoniczną odpowiedź - "nie ma zleceń".

Piekielność nr 4

26 kwietnia o 21.30 dostałam sms czy mogę iść do pracy następnego dnia na 6.00 rano, odpisałam, że tak. Zadawano mi głupie pytania typu "czy ma pani strój?" (oczywiście, że mam inaczej bym powiedziała, że nie mogę iść do pracy, bo nie miałabym w czym pracować), "czy wstanie pani o 5.00, by zdążyć na 6.00?" (oczywiście, ponownie - powiedziałabym, że nie mogę następnego dnia pracować, gdybym nie była w stanie wstać o tej godzinie). Z dalszej rozmowy wywnioskowałam, że nie kontaktowano się ze mną przez pomyłkę i teraz normalnie będę dostawać zlecenia. Humor mi się poprawił.

Piekielność nr 5

Po przepracowaniu tej jednej zmiany przez kolejne 2 tygodnie nie dostałam żadnego zlecenia. Stwierdziłam, że o kant d... potłuc taką pracę i rozwiązuję umowę. Jak się skontaktowałam z pracownikiem okazało się dodatkowo, że po swoje 120 zł wypłaty mam pojechać do nich do siedziby firmy, bo oni nie robią przelewów na konto. (To po co chcieli mój numer konta? Zresztą co to znaczy, że nie robią przelewów, jakaś januszowa forma oszczędzania w firmie, czy co?) Zmarnowałam więc kolejną godzinę na dojazd + 2 godziny stania w kolejce po wypłatę. Śmieszne. Rozwiązałam umowę zaraz po odebraniu pieniędzy.

Piekielność nr 6

Dwa dni po rozwiązaniu umowy dostaję telefon z tej firmy czy chcę iść do pracy. Odpowiedziałam, że nie, bo już u nich nie pracuję. Kobitka się oburza "to dlaczego ja o niczym nie wiem?". Ekhm, to chyba pytanie do jej współpracowników a nie do mnie? Zanim jednak zdążyłam cokolwiek na to odpowiedzieć, babka się pożegnała i rozłączyła.

Reasumując - pracowałam dla firmy 3 miesiące, zarobiłam 120 zł. Przeniosłam się do starej firmy, zarabiam pensję minimalną, ale przynajmniej wypracowuje pół etatu i nikt ze mną w kulki nie leci. Nikt mi chyba tak czasu nie zmarnował jak w firma, o której jest ta historia.

gastronomia

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 29 (67)

1