Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

reksai

Zamieszcza historie od: 26 listopada 2016 - 17:04
Ostatnio: 18 października 2017 - 21:03
  • Historii na głównej: 11 z 11
  • Punktów za historie: 2663
  • Komentarzy: 91
  • Punktów za komentarze: 119
 

#80389

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem nauczycielką przedszkolną, uczę angielskiego wszystkie grupy wiekowe (czyli dzieci od 3 do 6 lat). Poza tym jestem wychowawczynią jednej ze starszych grup. Lubię swoją pracę: dzieciaki chętnie uczestniczą w moich zajęciach, dyrekcja i inne nauczycielki są w porządku, w przedszkolu panuje przyjazna atmosfera. Ale gdyby było tak idealnie, nie byłoby tu tego wpisu.

Piekielnością są, oczywiście, rodzice. Przez pierwszy miesiąc pracy miałam ze wszystkimi raczej dobry kontakt, ale od pewnego czasu coraz częściej dochodzi do konfliktów. Opiszę kilka niemiłych sytuacji.

1. Niektórzy rodzice mają pretensje, że ich dzieci nie potrafią biegle mówić po angielsku. Przypominam: przedział wiekowy 3-6 lat. Słyszałam skargi, że nie uczę gramatyki, ale hitem był tatuś, który burzył się, że jego pięcioletnia córka nie potrafi mu przetłumaczyć z angielskiego na polski jakiegoś zwiastuna filmu z youtube'a.

2. Sytuacja odwrotna: zatroskani rodzice skarżą się, że ich dzieci są przytłoczone ogromem informacji. Bo jak wracają do domu, to opowiadają, że na angielskim śpiewają piosenki, uczą się słów i wypowiadania krótkich zdań. I chociaż dziecko wydaje się być zadowolone, rodzic twierdzi, że je męczę. W salach mamy telewizory i dostęp do internetu - kilkoro rodziców powiedziało, że najlepiej by było, gdybym po prostu puszczała im bajki, bo to są tylko dzieci, na naukę mają jeszcze czas.

3. I jedna z ciekawszych historii: pod koniec pracy siedziałam z kilkorgiem dzieci przy stoliku i kończyliśmy pracę plastyczną. Po jedno dziecko przyszła mama, wstałam od stolika, poszłam się przywitać i chwilę porozmawiać. Kilka dni później mamusia przyszła na skargę do dyrekcji, że w czasie pracy siedzę na tyłku zamiast stać przy drzwiach i witać się z rodzicami.

Historii mam jeszcze więcej, ale może opiszę je już innym razem.

przedszkole dzieci rodzice

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (183)

#79628

(PW) ·
| Do ulubionych
Miejsce akcji: niewielka galeria handlowa w uroczej mieścinie położonej na Mazurach.
Bohaterowie akcji: piekielne ekspedientki i ja.

Uznałam, że w końcu nadszedł czas, by trochę odświeżyć garderobę. Od lat ubieram się w niezbyt drogich sklepach, bo, wbrew pozorom, można znaleźć tam ubrania, które mimo niskiej ceny będą służyć latami. I jestem sobie właśnie w takim sklepie, gdzie trwa wyprzedaż, więc po kilkunastu minutach mam już w rękach po pięć różnych bluzek, par spodni, sukienek, i tak dalej.
Kieruję się w stronę przymierzalni, gdzie widzę napis "poinformuj sprzedawcę o ilości mierzonych ubrań" czy coś w tym stylu. Rozglądam się - sprzedawcy brak. Lecę na drugi koniec sklepu, gdzie stoi ekspedientka i mówię, że mam tyle i tyle ciuchów, które chcę przymierzyć.

- Ależ proszę śmiało mierzyć, ta kartka to, wie pani, wisi tam tylko, bo wisi.

No dobra, myślę, po czym lecę do przymierzalni. Mierzę sobie spokojnie ubrania, kiedy słyszę jakieś podniesione głosy i nagle zasłonka w przymierzalni odsuwa się, a przed sobą widzę inną rozwścieczoną sprzedawczynię. Półnaga, w szoku, nie wiedząc, o co chodzi, próbuję zasłonić górną część ciała.

- A pani to co? - krzyczy kobieta. - Jest napisane, że trzeba informować o ilości ubrań! Co pani sobie myśli?

Na moje nieszczęście klienci sklepu mieli idealny widok na całe zajście. Proszę sprzedawczynię, żeby dała mi się tylko ubrać i wyjaśnimy sprawę. A gdzie tam!

- Proszę się odsunąć, ja muszę policzyć, ile pani tego ma.
- Dobrze, tylko się ubiorę... - i zaczęłam zakładać swoją koszulkę, ale ekspedientka wyrwała mi ją, obejrzała i rzuciła z powrotem w moją stronę.

Tłumaczę, co powiedziała mi poprzednia sprzedawczyni, że mogę spokojnie mierzyć ubrania, na co ta druga warknęła, że mam nie kłamać i że ona zna takie numery. Poprosiłam w takim razie o rozmowę z poprzednią ekspedientką, ale została ona zignorowana. Zdenerwowałam się - przecież takie praktyki są niedopuszczalne. Zabrałam torebkę, powiedziałam, że złożę skargę i wyszłam ze sklepu, zła, upokorzona i zszokowana.

sklepy galerie sprzedawcy

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 179 (203)

#79464

(PW) ·
| Do ulubionych
Historie o szalonych mamuśkach są od dłuższego czasu na topie, postanowiłam zatem podzielić się też swoją.

Jakiś czas temu miałam problem z internetem w mieszkaniu. Właściciel obiecał coś z tym zrobić, ale parę dni musiałam się przemęczyć. Jako, że miałam do oddania ważny projekt w pracy, któregoś dnia (kiedy to internet całkowicie odmówił posłuszeństwa), wybrałam się do pewnej znanej restauracji fast-foodowej, aby skorzystać z hot spota.

Wczesna godzina, cisza, spokój. Po zakupie dwóch kubków dużej kawy i dwóch kanapek, zasiadłam do stolika. Rozłożyłam laptopa, wszystkie swoje papiery i biorę się do pracy. Ludzi powoli zaczyna przybywać, niemniej jednak wolnych miejsc nie brakuje.

W pewnym momencie do restauracji przychodzi pani mama z dwójką wrzeszczących szkrabów. Zamawiają popularny zestaw dla dzieci i krążą po lokalu w poszukiwaniu stolika idealnego. Wpatrzona w ekran laptopa, obserwowałam ich kątem oka i ze zgrozą stwierdziłam, że zbliżają się do mnie. Pani mama staje nad moim stolikiem i mówi.
- Stolik zwolnij, chcemy zjeść.
Tak, dokładnie użyła tych słów. Rozejrzałam się - fakt, te wygodniejsze stoliki z kanapami były pozajmowane, natomiast miejsc ze zwykłymi, plastikowymi krzesłami nie brakowało. Tłumaczę zatem kulturalnie, że w tym miejscu siedzę ja, po czym pokazuję na jeden z wolnych stolików, mówiąc, że tam jak najbardziej pani mama może sobie usiąść. Ta jednak wciąż złowrogo patrzy mi w oczy i mówi:
- Głucha jesteś? Chcemy zjeść tutaj, dzieciom tu jest wygodniej. Mają mi z tych krzeseł pospadać i głowy porozbijać? Ty nie jesz, możesz sobie iść.
(swoją drogą - to z kanapy spaść i rozbić głowy już nie można? :D)

Ok, zrobiło się poważnie. Pokazałam mój jeszcze pełen kubek kawy i zamówione kilka minut temu frytki i mówię, że jednak jem. Pani mama upiera się, że jej dzieci chcą usiąść na kanapie. Stwierdziłam, że nie mam czasu na takie cyrki i że może sobie tutaj stać cały dzień, bo ja przesiąść się nie zamierzam. Myślałam, że zaraz rozpocznie się rzeź, jednak pani mama odwróciła się i odeszła, mamrocząc pod nosem coś o chamstwie i bezdzietnych pracoholiczkach.

Czy coś mnie ominęło, czy może rzeczywiście istnieją przepisy mówiące o tym, że jak nie masz dzieci, nie masz prawa zajmować wygodniejszych miejsc w restauracjach?

matka dzieci

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 185 (209)

#79289

(PW) ·
| Do ulubionych
Skończyłyśmy z przyjaciółką studia, nadszedł zatem czas, by skończyć także z pracą dorywczą i poszukać czegoś na poważnie. Wysłałyśmy CV do pewnej firmy, zachęcone pozytywnymi opiniami na jej temat na forach internecie. Już dwa dni później obie otrzymałyśmy telefony z zaproszeniem na rozmowę. Poszłyśmy, każda z nas, oczywiście, do innej osoby - zarówno u przyjaciółki, jak i u mnie, rozmowa przebiegła całkiem sympatycznie. Rekruterzy obiecali odezwać się w przeciągu tygodnia, bez znaczenia, czy otrzymamy pracę, czy nie.

Piekielność #1 - moja.

Mija tydzień, cisza. Drugi tydzień, również. Byłam bardzo rozczarowana, niemniej jednak znalazłam na forum w internecie wpis, gdzie ktoś twierdził, że takie akcje już się zdarzały. Mimo to, ja straciłam nadzieję i wysłałam CV do innej firmy. Odzew za kilka dni, rozmowa, tydzień po niej telefon, że mnie przyjmują. Kilka dni po rozpoczęciu pracy dzwoni telefon - tak, to miła pani z firmy, do której składałam CV półtora miesiąca temu! Dialog wyglądał mniej więcej tak:

- Była pani u nas na rozmowie, jesteśmy zdecydowani panią przyjąć.
- Dziękuję za telefon, jednak mieli państwo odezwać się w przeciągu tygodnia. Ja już znalazłam pracę, więc muszę niestety odrzucić państwa ofertę.
- Pani jest chyba niepoważna! Odrzuciliśmy tylu kandydatów, a pani rezygnuje? To nie do pomyślenia!
- Jak mówiłam, mieli państwo odezwać się w ciągu tygodnia, a minął miesiąc, nie mogłam czekać dłużej...
- Widać, nie zależało pani na pracy u nas!

Piekielność #2 - przyjaciółki.

Do niej z kolei odezwali się już cztery dni po rozmowie, że są gotowi ją zatrudnić. Miła pani przez telefon informuje, że zanim przyjaciółka zacznie pracę, jej dokumenty zostaną gdzieś tam przesłane, więc to trochę potrwa, proszę czekać na telefon, odezwą się w ciągu kilku dni. Z kilku dni zrobiły się dwa tygodnie. Przyjaciółka zaczyna się niecierpliwić. Z końcu dzwoni z pytaniem, co i jak. Czego się dowiedziała?
- A, to pani... przepraszam, ale zaszła pomyłka, ktoś inny został przyjęty na pani miejsce.
- Dlaczego zatem mnie o tym nie poinformowano?
- Myśleliśmy, że jak nie będziemy dzwonić, sama się pani domyśli...

Dawno nie miałyśmy obie tak zszarganych nerwów.

praca

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 222 (224)

#78991

(PW) ·
| Do ulubionych
Kiedy byłam nastolatką odkryłam, że mam dość rzadką alergię na większość składników, które zawierają kosmetyki kolorowe.

Dermatolog natychmiast wykluczył jakiekolwiek podkłady, tusze do rzęs, szminki, i tym podobne. Możecie sobie tylko wyobrazić, jaki to był cios dla nastolatki, której mama dopiero co kupiła pierwszą maskarę. Buntowałam się, wiadomo, ale pogarszający się stan skóry na twarzy sprawił, że w końcu byłam zmuszona się poddać. Całe szczęście, przekonałam się, że bez makijażu nie wygląda wcale tak źle, ludzie nie uciekali na mój widok, nic z tych rzeczy.

I tak sobie żyłam jak zwyczajny człowiek, dopóki nie poszłam do pracy. Byłam na ostatnim roku studiów i udało mi się załapać do szkoły językowej, gdzie pracowałam jako nauczycielka. Na początku było fajnie, dzieciaki mnie polubiły, rodzice mnie chwalili, bo widzieli u swoich pociech postępy. Aż któregoś dnia pojawił się problem. Problem w moim wyglądzie.

Na wizytację w czasie jednej z moich lekcji przyszedł pracownik owej szkoły zajmujący się rekrutacją, ja znałam go wcześniej z widzenia. Całą lekcję patrzył na mnie jak na potwora, nie macie pojęcia, jakie było to frustrujące. Prawie nie zwracał uwagi na to, jak pracują uczniowie - wpatrywał się centralnie we mnie. Po lekcji nawet się nie pożegnał - wstał i wyszedł.

Kilka dni później zadzwoniła szefowa i poprosiła mnie na rozmowę. Co się okazało? Pojawiły się na mnie skargi od rodziców. "Ta nauczycielka ma jakąś taką dziwną twarz, jakby piła całą noc", "Ma oczy jak szparki i cerę jak staruszka". Pytanie szefowej, czy mam problem z używkami. Zamurowało mnie, ale zrobiło mi się również przykro. Starając się zachować zimną krew, opowiedziałam o mojej chorobie i zaproponowałam, że przyniosę moją dokumentację medyczną. Szefowa podziękowała, natomiast stwierdziła, że nie może przedłużyć mi umowy, bo musi kierować się tym, czego chcą rodzice, w końcu to oni płacą.

Gdyby ktoś się zastanawiał: nie mam oczu wielkich jak Gollum, mojej skórze na twarzy daleko do okładkowego, wyphotoshopowanego obrazu. Ale z pewnością nie jestem potworem. Przychodzę do pracy wypoczęta, daję z siebie wszystko, nie jestem smutnym cieniem człowieka, który czyta teorię z podręcznika. Ale niestety, widocznie jeśli nie mam "tapety", mogę szukać pracy gdzieś, gdzie nikt nie musi mnie oglądać.

makijaż rodzice dzieci szkoła

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 187 (205)

#78933

(PW) ·
| Do ulubionych
Ta historia miała miejsce dwa tygodnie temu temu i, choć wtedy napsuła mi sporo krwi, dzisiaj już się z niej śmieję.

Obroniłam tytuł magistra i od razu zaczęłam dzwonić do wszystkich znajomych/rodziny, informując ich o moim sukcesie. Ostatni telefon trochę się przeciągnął i musiałam skończyć rozmowę, będąc już w autobusie, którym wracałam do domu.

Dosłownie minutę po tym, jak się rozłączyłam, podszedł do mnie kontroler biletów. Pokazałam mu bilet miesięczny, po czym poprosił o legitymację. Wyciągam, podaję, a on, nawet na nią nie patrząc, mówi:
- Ale ta legitymacja jest nieważna.

Robię oczy jak pięć złotych, zerkam na nalepkę: 31.10.2017, więc mówię, że raczej jest ważna.

Kontroler kręci głową i mówi:

- Pani ta legitymacja już nie przysługuje. Pani się obroniła, pani skończyła studia. Nie jest pani studentką. Będzie mandat.

Myślałam, że facet żartuje.

Tłumaczę, że legitymacja jest ważna do końca października, a mamy czerwiec. Choć doskonale wiem, skąd wiedział, że się obroniłam, powiedziałam, że nie ma na to żadnego dowodu. Kręcił tylko głową i powtarzał: "pani nie jest studentką”.

Kłóciłam się z nim przez całą drogę do mojego przystanku, na którym wysiedliśmy razem z drugim kontrolerem. Ten był bardziej ogarnięty i wyjaśnił mu, że ja wciąż mam prawo do korzystania ze zniżki, bo legitymacja jest wciąż ważna.

Nawet nie usłyszałam "przepraszam" i zastanawiam się, czy za taki cyrk powinnam napisać skargę.

komunikacja_miejska kontrolerzy

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 185 (199)

#77906

(PW) ·
| Do ulubionych
Zawsze zastanawiało mnie, skąd biorą się historie o mamusiach z tak zwanym pieluszkowym zapaleniem mózgu.

Podejrzewałam nawet, że niektórzy zmyślają lub koloryzują historie związane z matkami, bo ciężko w niektóre było uwierzyć. Niestety, ostatnio dane było mi stanąć oko w oko z właśnie taką mamuśką.

Pracuję w dość drogim i ekskluzywnym sklepie odzieżowym w galerii handlowej. Była sobota, godzina 12, może 13 - idealny czas na zakupy. Był u nas dość spory ruch, ja akurat stałam nieopodal wejścia, by witać klientów i proponować pomoc.

W pewnym momencie wchodzi kobieta ze sporych rozmiarów wózkiem dziecięcym. Już na wejściu strąciła kilka pudełek z butami, których oczywiście nie podniosła. Naturalnie, myślałam, że pani ma zamiar wejść i chociaż pooglądać ciuchy, ale ona - nie zwracając uwagi na asortyment - powędrowała do mini kanapy dla osób mierzących buty, wyciągnęła dziecko z wózka, podciągnęła bluzkę i zaczęła karmić niemowlę.

Zdziwiłam się, bo przed samym sklepem stały dwie całkowicie wolne ławki. Mam niestety taki charakter, że zawsze wszystkich usprawiedliwiam, więc pomyślałam, że może pani chciała jednak pooglądać ubrania (choć nic na to nie wskazywało), dziecko było głodne (choć nie płakało), a matka nie chciała z wózkiem przepychać się z powrotem do wyjścia.

Poczułam się niezręcznie, bo klienci zaczęli posyłać kobiecie pełne oburzenia spojrzenia, niektórzy odsuwali się, bądź w ogóle wychodzili ze sklepu. Koleżanka stojąca przy ladzie posłała mi znaczące spojrzenie, wskazując dyskretnie na karmiącą kobietę. Nie miałam wyboru - musiałam interweniować.

Podchodzę więc i grzecznie mówię:
- Dzień dobry, przepraszam, ale jeśli nie mierzy pani butów, muszę panią poprosić o zwolnienie miejsca dla klientów - obok mnie stała inna kobieta z pudełkiem butów w ręku, więc miałam jak się bronić.

Wiedziałam, że nie będzie łatwo. Mamusia na mnie nawet nie spojrzała, tylko rzuciła pod nosem:
- Dziecko karmię. Nie przeszkadzaj.
Aha, więc przeszłyśmy na ty. Wciąż grzecznie, lecz bardziej stanowczo tłumaczę:
- Na zewnątrz są ławki, a piętro wyżej może pani nakarmić dziecko w pokoju dla matek z dziećmi.
- Powiedziałam, że karmię, tak? - wreszcie spojrzała na mnie wrogo. Zaczynałam powoli tracić cierpliwość.
- Proszę pani, to jest sklep. Jeśli nie ma pani zamiaru nic kupić, muszę panią wyprosić.
- A może ja chcę karmić tutaj, co? - zapytała z uśmieszkiem.

W tym momencie włączyła się klientka z butami, która nie owijała w bawełnę i wprost powiedziała, że chce przymierzyć buty i nie ma zamiaru tańczyć w powietrzu, bo baba przyszła nakarmić dziecko.

Mamusia w końcu zebrała się urażona i rzuciła na odchodne:
- Zgorzkniałe baby, pewnie same dzieci nie macie i zachowujecie się jak pępki świata. Moja noga więcej tu nie postanie!

I nie postała.
W sumie to nawet dobrze.

mamusie dzieci matki

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 298 (336)

#76815

(PW) ·
| Do ulubionych
Dorabiam sobie jako kelnerka w małej restauracji serwującej dania wegańskie. Nie, nie będzie to wyznanie z serii "weganie to zło". Raczej troszeczkę w drugą stronę.

Lokal był w pełni roślinny od początku. Informacja o tym, że "w naszym lokalu potrawy nie zawierają mięsa i innych produktów pochodzenia zwierzęcego" znajduje się na drzwiach wejściowych i przy kasie.
Lubię swoją pracę - szef życzliwy, współpracownicy również, klienci spokojni. Piekielne sytuacje nie zdarzają się prawie w ogóle. Aż do ostatniego tygodnia.

Na naszym fanpage'u na facebooku pojawił się negatywny komentarz. Klientka została niby oszukana, że nie dostała kawy z krowim mlekiem. Koleżanka, która wtedy pracowała, skojarzyła panią z profilowego i przedstawiła sytuację ze swojej perspektywy. Owa pani spytała, jaki mamy zamiennik mleka. Bez problemu zgodziła się na mleko migdałowe, wypiła kawkę i poszła. Skąd więc ten negatywny komentarz?

Sytuacja sprzed dwóch dni. Godziny szczytu, uwijamy się jak mróweczki. Przychodzi dwóch elegancko ubranych panów i proszą o... kotlety schabowe, których nie mamy w ofercie. Wywiązał się taki dialog:
- Niestety, w naszym menu nie ma kotletów schabowych.
- A co jest?
Pokazuję im menu, które wisi za plecami.
- A może coś z mięsem?
- W naszym lokalu nie ma potraw mięsnych, proszę pana.
- Jak to nie ma? To co ja mam zjeść?
Ponownie pokazuję menu. Panowie oburzeni. Że z głodu umierać nie będą i żądają rozmowy z kierownikiem. Klienci w kolejce się niecierpliwią. Wołam szefa, który powiedział im to samo, co powiedziałam i ja. Panowie pofukali, że co to za restauracja, że wstydu nie mamy i wyszli.

Naprawdę nie rozumiem tego typu klientów. Tym bardziej, że nasza knajpa nie znajduje się na odludziu, gdzie tylko w jednym miejscu można coś zjeść - obok są dwie inne dobre restauracje, w tym jedna dużo tańsza od naszej. Jak wspomniałam, informacja o naszych daniach wisi jak wół w dwóch miejscach w restauracji. Dlaczego ludzie przychodzą jeść do miejsc, których menu w ogóle ich nie interesuje? Aż tak nudzi im się w domach?

[EDIT]
Szkoda, że dla większości z komentujących problem leży nie w zachowaniu klientów, ale w tym, że w naszej restauracji nie ma mięsa. Nie wiem, czy zauważyliście, ale w niewielu lokalach gastronomicznych jest opcja w pełni roślinna (a jeśli jest, to jest bardzo uboga). Nasza restauracja daje wielu ludziom możliwość przebierania w wegańskich potrawach. Wszystkim oburzonym proponuję po prostu omijać takie miejsca szerokim łukiem i iść gdzieś, gdzie możecie zjeść coś z mięsem. To chyba nietrudne? :)

wege klienci gastronomia

Skomentuj (83) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 349 (391)

#76688

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać.

Jedna z sióstr mojej mamy jest bezdzietna. To był jej osobisty wybór, nikt jej za to nigdy nie krytykował. Sama się swojej decyzji nigdy nie wstydziła i, gdy ją pytano, otwarcie mówiła, że nigdy dzieci mieć nie chciała. Jestem jej chrześnicą i zawsze mi powtarza, że to ja jestem dla niej jak córka, więc to wystarczy.
Ciocia dobiega czterdziestki i od jakiegoś czasu ma problemy z miesiączkowaniem. Do tej pory okres był prawie że równo co 30 dni, a od pewnego czasu przychodził z kilkutygodniowym opóźnieniem. Ciąża była wykluczona, bo ciocia nie ma żadnego partnera. Czas był zatem wybrać się do ginekologa.

Ciocia była zmuszona iść do innego lekarza niż do tej pory, bo jej poprzedni odszedł na emeryturę. Znalazła więc piekielną panią ginekolog. Po wyjaśnieniu jej wszystkich dolegliwości, pada pytanie ze strony lekarki:
- Kiedy pani rodziła?
Odpowiedź: nigdy. Ginekolożka oczy jak pięć złotych i krzyki:
- Czy pani na głowę upadła? Zaraz pani skończy czterdzieści lat, to kiedy pani zamierza zajść w ciążę?
Odpowiedź taka sama, jak poprzednio. Pani doktor o mały włos tam nie zemdlała, ale kontynuuje:
- Te dzisiejsze kobiety są tak nieodpowiedzialne... niech pani się nie dziwi, że pani ma problemy z miesiączkowaniem, skoro pani nie rodziła. Jak pani urodzi, to się skończy.

Ciotka mimo wszystko zażądała badania i poprosiła o nie osądzanie jej osobistych wyborów. Lekarka nie chciała jej zbadać - "urodzi to przejdzie", powtarzała, "ja nic tu nie poradzę, jak pani nie rodziła". W końcu jednak ciocia doprosiła się badania, wysłuchując, już trochę ciszej, jak to tak można być w tym wieku i nie mieć dzieci.

Co się okazało? Na jajniku pojawiła się torbiel, która opóźniała miesiączkę. Na szczęście, nie trzeba było jej usuwać operacyjnie. Co ciocia usłyszała na odchodne?
- Jakby dziecko pani urodziła, to by pani tego świństwa na jajniku nie miała.
Także ten.

ginekolog słuzba_zdrowia

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 318 (336)

#76642

(PW) ·
| Do ulubionych
Wybrałyśmy się ze współlokatorką (historia opisana za jej zgodą) na większe zakupy do jednego z większych supermarketów. Zakupy dość spore (dwie duże siatki + papier toaletowy), bo jak coś ma się u nas kończyć, to kończy się zawsze w tym samym momencie.

Wracamy do mieszkania. Łapiemy windę na trzecie piętro. Kiedy na owym piętrze drzwi się otwierają, czekają na nas dwie rozwścieczone babcie.
- Takie młode, to by po schodach latać mogły, a nie windę zajmować!
- My tu czekamy i marzniemy na klatce, a one sobie jeżdżą!
- Lepiej, żeby mi się autobus przez was nie spóźnił!
- Schodami to nie łaska?

W osłupieniu minęłyśmy panie, które wtargnęły do windy, jakby chciały nią uciec do lepszego świata, a ich wzburzone głosy dało się słychać jeszcze na parterze. My zbieramy szczęki z podłogi.
Zapytacie, dlaczego zachowanie "moherków" nas tak oburzyło? Spieszę z odpowiedzią: moja współlokatorka jeździ na wózku inwalidzkim.

mohery babcie

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 333 (393)