Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

sassyclassy

Zamieszcza historie od: 19 września 2017 - 18:55
Ostatnio: 11 grudnia 2017 - 2:33
  • Historii na głównej: 4 z 7
  • Punktów za historie: 558
  • Komentarzy: 4
  • Punktów za komentarze: 3
 

#80952

(PW) ·
| Do ulubionych
Miałam na studiach koleżankę, nazwijmy ją Asia.

Dziewczyna miła, pracowita, dużo się uczyła i ogółem oceny miała niezłe, poza jednym przedmiotem – praktyczną nauką języka, co na filologii jest sprawą kluczową. Ile by się nie przygotowywała, oblewała kolokwium za kolokwium, robiąc w jednej pracy nawet około czterdziestu (!) błędów. Wykładowcy załamywali nad nią ręce, ona cierpliwie wszystko poprawiała.

Tak minął nam licencjat. Dostała na egzaminie z języka tróję na szynach i wszyscy myśleli, że w tym miejscu skończy się jej przygoda z tym instytutem. Tak się jednak nie stało. Asia poszła na magisterkę, a tam byli zupełnie inni ludzie od nauki języka, no i cóż, w końcu oblała.

Powtarzała rok, znów oblała i znów powtarzała. Ostatecznie udało się jej zdać i obronić pracę magisterską (nigdy nie zapomnę, jak mi się żaliła, że jej promotorka kazała jej pisać po polsku, tyle w tym było błędów.

Spytacie, co w tym piekielnego? Ano to, że ta sama uczelnia, niepomna licznych niepowodzeń Asi, przyjęła ją na studia doktoranckie, i jakby tego było mało, do centrum językowego jako lektora.

Dowiedziałam się o tym przypadkiem, wczoraj, gdy skontaktowała się ze mną pewna osoba z prośbą o korepetycje. Skarżyła się, że chodzi na lektorat, ale zajęcia są na bardzo słabym poziomie, prowadząca je pani nie potrafi im niczego wytłumaczyć i sama robi błędy, nawet w prostych konstrukcjach. Z ciekawości postanowiłam zajrzeć, kto tam teraz prowadzi te lektoraty i opadła mi szczęka, gdy zobaczyłam nazwisko.

Fajnie, że Asia robi karierę naukową. Tylko dzieciaków szkoda.

uczelnia

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 96 (116)

#80953

(PW) ·
| Do ulubionych
Pozostając w klimacie historii okołouczelnianych.

Parę dni temu odezwała się do mnie na olx pewna dziewczyna – studentka filologii, z pytaniem, czy nie sprawdziłabym jej pracy zaliczeniowej. Zgodziłam się i kazałam przesłać plik.

Otworzyłam go i opadło mi wszystko. Był to zlepek różnych prac ściągniętych z Internetu, nieudolnie posklejany w jedną całość, najeżony wszystkimi możliwymi błędami, począwszy od ortografów, a na składni kończąc. Wzięłam się jednak do roboty i poprawiłam, co się dało. Gdy skończyłam, tekst był prawie cały czerwony.

Odesłałam go właścicielce, w odpowiedzi otrzymując coś w stylu „no troszku tych błendów było hehe”.

Zazwyczaj tego nie robię, ale postanowiłam rzucić okiem na facebooka, na którym roku oraz gdzie to dziewczę studiuje. Jakież było moje zdziwienie, gdy się okazało, że jest już na studiach magisterskich i niedawno chwaliła się praktykami nauczycielskimi. Chyba nie chcę wiedzieć, jak to się stało, że dotarła tak daleko.

A potem się człowiek nadziwić nie może, dlaczego uczniowie nic nie umieją, choć uczą się języka od paru ładnych lat.

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 67 (89)

#80332

(PW) ·
| Do ulubionych
Na fali historii o podrywaczach.

Rzecz działa się kilka ładnych lat temu, gdy byłam jeszcze studentką. Do naszej grupy dołączył nowy kolega, nazwijmy go Czesio. Był wyjątkowo mało rozgarnięty i uchodził za niegroźnego dziwaka. Do czasu.

Otóż Czesio zainteresował się moją koleżanką, Asią. Na początku próby podrywu z jego strony były dosyć subtelne; jednak gdy zauważył, że nie dają one rezultatu, postanowił walnąć z grubej rury.

Pewnego razu wychodziłyśmy z instytutu dobrze po 19. Była późna jesień, a zatem na zewnątrz panowały już ciemności. Szłyśmy kawałek nieoświetlonym chodnikiem, gdy nagle przed nami wyrósł jak spod ziemi Czesiek i jego motocykl. Od razu przeszedł do rzeczy:

- Wiesz, Asia, bo ja słyszałem jak mówiłaś, że robisz sushi. I tak se pomyślałem, że może byś do mnie przyszła na kolację, to byś mi zrobiła sushi i może coś jeszcze, hehehe. Trochę nas zatkało; Aśka powiedziała coś w stylu „Dzięki, ale nie” i cóż, poszłyśmy sobie.

Następnego dnia siedziałyśmy pod salą, czekając na zajęcia. Gdy zauważyłyśmy zbliżającego się Cześka, postanowiłyśmy resztę przerwy przeczekać w toalecie, żeby nie dać mu okazji do „podrywu”. Po chwili do toalety weszła nasza koleżanka z grupy i poinformowała nas, że Czesio klęczy przy drzwiach (na dole były takie małe, okrągłe otworki) i próbuje dojrzeć, czy tam jesteśmy. To było bardzo dziwne, nawet jak na jego standardy.

Po zajęciach zaczął wypytywać, dlaczego się przed nim chowamy i dlaczego Asia nie chce się z nim umówić. Wkurzyłam się nie na żarty i wypaliłam, że skoro jest taki chętny na randkę, to może na nią zabrać własną żonę.

Bo, moi mili państwo, Czesław miał żonę i dwoje dzieci. Konkretnie jedno półroczne, a drugie w drodze, co udało mi się ustalić drogą profesjonalnego stalkingu na modnej wtedy naszej-klasie.

Zagroziłyśmy mu, że jak nie odpuści, to żona dostanie od nas wiadomość z opisem jego uniwersyteckich podbojów. Pomogło. Odczepił się na dobre, a po kolejnym semestrze i kilku niezdanych egzaminach rzucił studia. Od tamtej pory nie miałam okazji o nim słyszeć, za to Asia niedawno dostała od niego zaproszenie na Facebooku. Stara miłość nie rdzewieje, czy co?

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 84 (106)
zarchiwizowany

#80331

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Co jakiś czas pojawiają się tu opisy piekielności związanych z szukaniem pracy i nieprofesjonalnym podejściem rekruterów. Jak to zazwyczaj bywa, tego typu historie wydawały mi się przesadzone, dopóki nie dopadło i mnie. Garść przykładów tylko z ostatniego miesiąca:

1. Pani rekruterka bardzo miła, same ochy i achy, „ma pani bardo interesującą osobowość”, no po prostu sama słodycz. Była środa, umówiła się ze mną, że w piątek poinformuje mnie o terminie kolejnej rozmowy, tym razem z szefem. Zgadnijcie co? Ano nic, nie odezwała się.

2. Grupka trzech rekruterów. Rozmowa dosyć długa, ale w miarę przyjazna atmosfera. Obiecali się skontaktować do końca tygodnia. Dwa tygodnie później dostałam zdawkowego maila, że „jest nam przykro, ale zadecydowały detale i pracę dostaje ktoś inny”. Peszek.

3. Dzwoni do mnie pan rekruter, z którym kiedyś rozmawiałam, czy może przekazać moje cv do firmy xyz, bo akurat szukają kogoś z moimi kompetencjami. Zgodziłam się. Pan kilkukrotnie mi obiecał, że „jutro, najpóźniej pojutrze” ktoś rzeczonej firmy się do mnie odezwie. Jutro mijają trzy tygodnie ciszy.

Puenty nie będzie, bo brak mi parlamentarnych słów, jakimi mogłabym wyrazić swoje zdanie na temat tego zjawiska.

praca rekrutacja

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -3 (35)

#80269

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś będzie o hipokryzji.

Siedzę sobie w poczekalni do lekarza i czytam książkę; nagle ktoś siada koło mnie i puka mnie w ramię. Patrzę i widzę sąsiadkę – wyjątkowo wredny babsztyl, okropna plotkara, i, jakby tego było mało, teściowa mojej koleżanki. Śmiało można powiedzieć, że krytykowanie synowej to jej hobby.

Wydusiłam tylko jakieś "dzień dobry", żeby nie było, żem niewychowana, i wróciłam do lektury. Na szczęście sąsiadka znalazła sobie inną ofiarę. Gadała tak głośno, że słychać ją było pewnie w promieniu kilku kilometrów. Tematem monologu było, a jakżeby inaczej, narzekanie jaką to ma okropną synową, co w ogóle nie dba o męża, dzieci źle wychowuje i tak dalej. Kulminacyjnym momentem było stwierdzenie, że „nie wiadomo, kto ją zrobił, bo matka alkoholiczka, dawała komu popadnie, to wiadomo, że nic dobrego z tego nie wyszło”. Reszta mnie ominęła, bo zawołano mnie do gabinetu.

W drodze do domu przypomniało mi się, co mi opowiadała mama: otóż szanowna pani sąsiadka za młodu lubiła się zabawić. Po jednej ze szczególnie udanych imprez przyniosła do domu niespodziankę w postaci ciąży. Tatuś dziecka dość szybko się odnalazł, ale ponieważ nie miał zbytnio ochoty na zabawę w dom, umówili się na alimenty. Tak stan rzeczy utrzymywał się około roku. Wtedy do akcji wkroczyła jego matka – namówiła go na badania celem ustalenia ojcostwa. Zgodził się, no i klops – okazało się, że dziecko nie jest jego. Pieniądze trzeba było zwrócić. Wtedy odezwał się któryś z jej licznych adoratorów i zadeklarował, że to on jest ojcem i że się z nią ożeni. Tak też się stało. Cała ta historia jest jednym z najpilniej strzeżonych rodzinnych sekretów, no bo w końcu taki wstyd.

Chyba muszę o tym opowiedzieć koleżance.

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (154)

#80211

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym, jak zostałam Osiedlowym Wrogiem Publicznym nr 1.

Mój brat, nazwijmy go na potrzeby historii Marek, rozwiódł się z żoną. Ich małżeństwo, choć pozornie uchodziło za udane, było koszmarem – Marek był nie do zniesienia na co dzień, okropnie traktował żonę, a jeszcze gorzej dzieci. Jakby tego było mało, od paru ładnych lat miał kochanki. Gdy sprawa się rypła, podjęłam męską decyzję i postanowiłam pomóc bratowej w sądzie. Wzięłam udział w sprawie i walnie przyczyniłam się do orzeczenia rozwodu z jego winy.

Wtedy się zaczęło.

Najpierw stosunkowo „niewinne” aluzje ze strony znajomych/sąsiadów/dalszej rodziny typu „odważna jesteś, że tak do sądu poszłaś”, „a ja to w życiu bym nie poszła zeznawać przeciwko rodzinie”, „przecież to twój brat” itd. Początkowo nie zwracałam uwagi, potem, gdy zaczęło mnie to coraz bardziej irytować, ucinałam temat. Myślałam, że sprawa umrze śmiercią naturalną, w końcu ileż można o jednym i tym samym.

Naiwna ja.

Minęło kilka miesięcy. Sąsiadki przestały zaczepiać mnie, przerzuciły się za to na moją mamę i męża, nie bawiąc się przy tym w jakieś subtelności; od razu walą z grubej rury, że „taki wstyd, kto to widział żeby na brata do sądu pójść i takie rzeczy gadać”.

Dlaczego piszę o tym akurat dziś?

Ano dlatego, że dziś miałam wyjątkową nieprzyjemność wpaść na jedną z najbardziej bezczelnych osiedlowych plotkar, nazwijmy ją Kowalska. Zazwyczaj przed nią uciekam, jednak tym razem miałam wyjątkowego pecha – utknęłam w kolejce do kasy i nie miałam możliwości ucieczki. Próbowałam udawać, że jej nie widzę, niestety ona mnie zauważyła i od razu szturchnęła mnie w ramię.

Zaczęła od tradycyjnego narzekania na wszystko dookoła; ja w tym czasie wykładałam już swoje towary na taśmę i tylko kiwałam głową, nie chcąc wchodzić w jakiekolwiek dyskusje. Nagle zmieniła temat i jak nie ryknie na cały regulator (a głos ma wyjątkowo skrzekliwy i donośny):
- A Mareczek jak tam? A, bo żem zapomniała, że wy chyba nie gadacie. Jakby na mnie moja siostra poszła pie...lić głupoty do sądu, to już bym nie miała siostry. Słyszałam, że coś roboty nie możesz znaleźć, widzisz, to jest kara za to, żeś się wepchała im do małżeństwa, było się nie włóczyć po sądach to by ci się lepiej żyło.

Gapiła się na nas połowa sklepu. Spaliłam buraka, zgarnęłam swoje zakupy i zwiałam do domu.

Nadal nie wiem, jak to skomentować, ani jak sobie radzić z tego typu akcjami, bo coś czuję, że to jeszcze nie koniec.

Skomentuj (44) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (152)

#80082

(PW) ·
| Do ulubionych
Słowem wstępu: udzielam korepetycji z języków obcych. Piekielnych sytuacji z tym związanych nazbierało się mnóstwo, do tego stopnia, że myślałam, że nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Do dziś.

Napisałam do ucznia z zamiarem umówienia się na kolejną lekcję. Spytałam, czy widzimy się w tym tygodniu, odpisał, że nie da rady. Dobrze, myślę sobie, to ja w międzyczasie poszukam jakichś ćwiczeń, które będzie mógł zrobić sam. Dodałam załącznik i kliknęłam "wyślij", a u klops w postaci komunikatu, że moja wiadomość nie może zostać wysłana.

Tak, zablokował mnie na messengerze.

A wystarczyło napisać dwa zdania, że zmienił zdanie i nie jest już zainteresowany.

korepetycje uczniowie

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 95 (113)

1