Profil użytkownika
sherlock
| Zamieszcza historie od: | 15 stycznia 2012 - 20:36 |
| Ostatnio: | 16 maja 2012 - 21:47 |
| O sobie: | you see, but you do not observe. maj miesiącem najazdów rodzinnych... |
- Historii na głównej: 34 z 38
- Punktów za historie: 33311
- Komentarzy: 114
- Punktów za komentarze: 1413
Żeby mi było weselej, mieszkam na ostatnim piętrze bez windy. Ot, dodatkowa porcja ćwiczeń, po schodach do wejścia, po schodach do mieszkania i schody też w środku.
Parę miesięcy temu siedzę z rana w domu, bo czekam na ważną paczkę.
W pewnym momencie stwierdzam, że jednak muszę wyjść z domu, bo nie ma w nim kawy, a w moim przypadku równa się to niemal katastrofie nuklearnej. Sweter, szalik, i transportuję się na dół... a na półce na listy czeka na mnie awizo. Oczywiście.
Z miejsca dzwonię do firmy przewozowej i uświadamiam panią na linii, że właśnie patrzę na awizo. A w domu jestem. Od rana w domu jestem. A awizo wydane w dodatku na wczoraj. Gdzie pół godziny temu go jeszcze tu nie było. Zdaje się poczta rodem z Hogwartu i chyba zaiwaniła tej pannie z Pottera zmieniacz czasu. Pani mojego poczucia humoru nie docenia, ale podobno przyjrzy się sprawie.
Udaje mi się wrócić i zaparzyć kawę, kiedy pani dzwoni do mnie z powrotem, że paczka przyjedzie w przeciągu dwóch następnych godzin. Dobrze, nie ma problemu, mogę poczekać. Muszę podpisać odbiór, to poczekam. Cóż mi innego pozostało.
I udało mi się doczekać.
- Paczka! – Woła głos przez domofon.
- Proszę. – Naciskam guzik od wejścia.
- Ale to można szybciej? Bo mi się spieszy, a tu podpisać trzeba!
- W takim razie zapraszam na górę, ostatnie drzwi.
- Ja nie będę po schodach z paczką chodzić! Proszę się pospieszyć po prostu!
- Jako osoba niepełnosprawna ja się panu nie pospieszę po schodach. Jeśli się panu spieszy, to najuprzejmiej zapraszam na górę. A jeśli nie, to proszę po prostu zaczekać, zaraz zejdę.
- Teraz to wszyscy niepełnosprawni, żeby im paczki do góry nosić, ja pier*olę... - Słyszę mamrotanie w słuchawce.
Zdecydowanie mi się nie spieszy na dół.
- Szybciej nie można było? – Przestępuje kurier z nogi na nogę, patrzy na mnie z kwaśną miną.
- Panu również dzień dobry.
- Z niepełnosprawnością to się nie mieszka na samej górze. – Kurier podsuwa mi kartę do podpisania.
- Pana nazwisko bądź numer identyfikacyjny mogę prosić?
- A po cholerę?
- Chcę zapytać u pana w firmie, kto panu dał prawo decydowania, gdzie mnie wolno bądź nie wolno mieszkać. – Spisuję numer na komórkę, kładę na półeczkę na listy. – Może wiedzą. Bo mi się tu w mieszkaniu akurat podoba.
- Ja pier*olę, wiesz, ile ja mam paczek dzisiaj? – Kurier odstawia paczkę. – Co, skargę chcesz złożyć?
- Owszem. – Podpisuję się na karcie odbioru i oddaję ją panu.
- To uważaj, bo ci tę paczkę do góry zaniosę!
- Jakby pan w ogóle miał zamiar, to by pan ją wniósł od razu.
- Ale teraz ci mogę wnieść, jak olejesz.
- Olewać, to pan olewasz pracę. Miłego dnia życzę, poradzę sobie.
- A to spier*alaj, skręć kark na schodach... - Poszedł, trzasnął drzwiami.
Wyłączam w komórce dyktafon, chowam ją do kieszeni. I z trudem taszczę tę cholerną paczkę do góry, wcześniej zrobiwszy zdjęcie i paczce i schodom.
Po dziś dzień ta firma jest bardzo ostrożna w kontaktach ze mną.
Parę miesięcy temu siedzę z rana w domu, bo czekam na ważną paczkę.
W pewnym momencie stwierdzam, że jednak muszę wyjść z domu, bo nie ma w nim kawy, a w moim przypadku równa się to niemal katastrofie nuklearnej. Sweter, szalik, i transportuję się na dół... a na półce na listy czeka na mnie awizo. Oczywiście.
Z miejsca dzwonię do firmy przewozowej i uświadamiam panią na linii, że właśnie patrzę na awizo. A w domu jestem. Od rana w domu jestem. A awizo wydane w dodatku na wczoraj. Gdzie pół godziny temu go jeszcze tu nie było. Zdaje się poczta rodem z Hogwartu i chyba zaiwaniła tej pannie z Pottera zmieniacz czasu. Pani mojego poczucia humoru nie docenia, ale podobno przyjrzy się sprawie.
Udaje mi się wrócić i zaparzyć kawę, kiedy pani dzwoni do mnie z powrotem, że paczka przyjedzie w przeciągu dwóch następnych godzin. Dobrze, nie ma problemu, mogę poczekać. Muszę podpisać odbiór, to poczekam. Cóż mi innego pozostało.
I udało mi się doczekać.
- Paczka! – Woła głos przez domofon.
- Proszę. – Naciskam guzik od wejścia.
- Ale to można szybciej? Bo mi się spieszy, a tu podpisać trzeba!
- W takim razie zapraszam na górę, ostatnie drzwi.
- Ja nie będę po schodach z paczką chodzić! Proszę się pospieszyć po prostu!
- Jako osoba niepełnosprawna ja się panu nie pospieszę po schodach. Jeśli się panu spieszy, to najuprzejmiej zapraszam na górę. A jeśli nie, to proszę po prostu zaczekać, zaraz zejdę.
- Teraz to wszyscy niepełnosprawni, żeby im paczki do góry nosić, ja pier*olę... - Słyszę mamrotanie w słuchawce.
Zdecydowanie mi się nie spieszy na dół.
- Szybciej nie można było? – Przestępuje kurier z nogi na nogę, patrzy na mnie z kwaśną miną.
- Panu również dzień dobry.
- Z niepełnosprawnością to się nie mieszka na samej górze. – Kurier podsuwa mi kartę do podpisania.
- Pana nazwisko bądź numer identyfikacyjny mogę prosić?
- A po cholerę?
- Chcę zapytać u pana w firmie, kto panu dał prawo decydowania, gdzie mnie wolno bądź nie wolno mieszkać. – Spisuję numer na komórkę, kładę na półeczkę na listy. – Może wiedzą. Bo mi się tu w mieszkaniu akurat podoba.
- Ja pier*olę, wiesz, ile ja mam paczek dzisiaj? – Kurier odstawia paczkę. – Co, skargę chcesz złożyć?
- Owszem. – Podpisuję się na karcie odbioru i oddaję ją panu.
- To uważaj, bo ci tę paczkę do góry zaniosę!
- Jakby pan w ogóle miał zamiar, to by pan ją wniósł od razu.
- Ale teraz ci mogę wnieść, jak olejesz.
- Olewać, to pan olewasz pracę. Miłego dnia życzę, poradzę sobie.
- A to spier*alaj, skręć kark na schodach... - Poszedł, trzasnął drzwiami.
Wyłączam w komórce dyktafon, chowam ją do kieszeni. I z trudem taszczę tę cholerną paczkę do góry, wcześniej zrobiwszy zdjęcie i paczce i schodom.
Po dziś dzień ta firma jest bardzo ostrożna w kontaktach ze mną.
dom
Ocena:
1144
(Głosów:
1202)
W zamierzchłych czasach zdarzało mi się łazić po turniejach rycerskich i innych pokrewnych imprezach. W habicie, bo specjalnie do tego celu zrobiona laska dobrze wpasowywała się w strój.
I udało mi się poznać A.
Nie powiem, aż mi serce szybciej biło, urody zdecydowanie nie można było A. odmówić. Stworzenie oczytane, z pasją, rozmowne, zabawne, dusza towarzystwa na turniejach, w typie szczupłego elfa. I tak zaczęły się sherlockowe podchody, a to rozmowy o łukach, a to o muzyce i książkach, a to razem przy ognisku w lesie, a to miód pitny i spacery na wzgórza, żeby oglądać i nazywać gwiazdy. Innymi słowy, ku mojej radości wszystko w dobrym kierunku zmierzało.
No i nadszedł ten piękny dzień, kiedy to umówiliśmy się na randkę bez dodatkowego turniejowego towarzystwa. Na spacer, na kawę.
Od początku mam takie poczucie, że coś jest nie tak. Że mi się A. jakoś za bardzo rozgląda, wykazuje brak zainteresowania rozmową, chyba czuje się niezręcznie. Kiedy spotykamy A. znajomych, w zasadzie omija moje istnienie i kiedy znów zostajemy tylko we dwoje, pytam o co chodzi. No bo przecież widzę, że o coś chodzić musi.
- Nie no, bo... - Zapowietrza się A., i w końcu wykrztusza. – A ty o tej lasce to tak zawsze chodzisz?
- Prawie. – Opieram się o barierki i spoglądam na rzekę. – Czasem na krótki dystans radzę sobie bez.
- Ale musisz? Przecież prawie nie utykasz. Mnie się wydawało, że to tak bardziej do habitu, a nie w ogóle i zawsze. Się postarasz, to nie będziesz utykać.
- To chyba tak nie działa... - Zbieram się w sobie. – Powiesz mi w końcu, o co chodzi?
- No bo... - A. nabiera oddechu. – Nie zrozum mnie źle, ale trzeba się było nad tym realnie zastanowić. I ja prowadzę bardzo aktywny tryb życia. Mam pasje. Nie dziwię ci się, że ci się podobam, bo ja się wszystkim podobam. Ale z kimś takim... to ja nie mogę być. Ja tak myślę. Bo ty ze mną nawet nie zatańczysz. Do małej ilości rzeczy ty się nadajesz z tym. Inteligencja cię zawsze nie poratuje, masz nawet problem coś ze mną nieść. Jak mi głupi pies ucieknie, to nawet za nim nie pobiegniesz.
No i stoję, patrzę sobie na tę rzekę. I staram się bardzo tą informację przyswoić, a A. z tej ciszy niezręcznej dalej próbuje wybrnąć:
– Nie zrozum mnie źle, ja cię bardzo lubię, ale jak ja z kimś takim gdziekolwiek wyjdę? Jak ja cię przyjaciołom przedstawię? Ja, przecież ja zasługuję na kogoś specjalnego. No i jak tu, ja z... - I wzrusza ramionami. – Po prostu nie. Nie mogę. Jak w grupie jesteśmy to jeszcze, ale teraz tak z tobą na ulicy, to ja nie wiem... Dziwnie jakoś.
- Nie ma sprawy, rozumiem. – Całuję w policzek, uśmiecham się lekko. – W takim razie wybaczysz, mam nadzieję, że się pożegnam.
Parę nieudanych randek mi się udało zaliczyć, ale po tej to mnie mało cholera nie wzięła. No i duma urażona na niewspółmiernie długi czas.
Za to doświadczenie na całe życie. Od tego momentu zawsze tłumaczę, że laska była, jest i będzie, więc jeśli ten fakt komuś przeszkadza, to lepiej, żebyśmy pożegnali się od razu. Wbrew pozorom całkiem spory procent odpada.
I udało mi się poznać A.
Nie powiem, aż mi serce szybciej biło, urody zdecydowanie nie można było A. odmówić. Stworzenie oczytane, z pasją, rozmowne, zabawne, dusza towarzystwa na turniejach, w typie szczupłego elfa. I tak zaczęły się sherlockowe podchody, a to rozmowy o łukach, a to o muzyce i książkach, a to razem przy ognisku w lesie, a to miód pitny i spacery na wzgórza, żeby oglądać i nazywać gwiazdy. Innymi słowy, ku mojej radości wszystko w dobrym kierunku zmierzało.
No i nadszedł ten piękny dzień, kiedy to umówiliśmy się na randkę bez dodatkowego turniejowego towarzystwa. Na spacer, na kawę.
Od początku mam takie poczucie, że coś jest nie tak. Że mi się A. jakoś za bardzo rozgląda, wykazuje brak zainteresowania rozmową, chyba czuje się niezręcznie. Kiedy spotykamy A. znajomych, w zasadzie omija moje istnienie i kiedy znów zostajemy tylko we dwoje, pytam o co chodzi. No bo przecież widzę, że o coś chodzić musi.
- Nie no, bo... - Zapowietrza się A., i w końcu wykrztusza. – A ty o tej lasce to tak zawsze chodzisz?
- Prawie. – Opieram się o barierki i spoglądam na rzekę. – Czasem na krótki dystans radzę sobie bez.
- Ale musisz? Przecież prawie nie utykasz. Mnie się wydawało, że to tak bardziej do habitu, a nie w ogóle i zawsze. Się postarasz, to nie będziesz utykać.
- To chyba tak nie działa... - Zbieram się w sobie. – Powiesz mi w końcu, o co chodzi?
- No bo... - A. nabiera oddechu. – Nie zrozum mnie źle, ale trzeba się było nad tym realnie zastanowić. I ja prowadzę bardzo aktywny tryb życia. Mam pasje. Nie dziwię ci się, że ci się podobam, bo ja się wszystkim podobam. Ale z kimś takim... to ja nie mogę być. Ja tak myślę. Bo ty ze mną nawet nie zatańczysz. Do małej ilości rzeczy ty się nadajesz z tym. Inteligencja cię zawsze nie poratuje, masz nawet problem coś ze mną nieść. Jak mi głupi pies ucieknie, to nawet za nim nie pobiegniesz.
No i stoję, patrzę sobie na tę rzekę. I staram się bardzo tą informację przyswoić, a A. z tej ciszy niezręcznej dalej próbuje wybrnąć:
– Nie zrozum mnie źle, ja cię bardzo lubię, ale jak ja z kimś takim gdziekolwiek wyjdę? Jak ja cię przyjaciołom przedstawię? Ja, przecież ja zasługuję na kogoś specjalnego. No i jak tu, ja z... - I wzrusza ramionami. – Po prostu nie. Nie mogę. Jak w grupie jesteśmy to jeszcze, ale teraz tak z tobą na ulicy, to ja nie wiem... Dziwnie jakoś.
- Nie ma sprawy, rozumiem. – Całuję w policzek, uśmiecham się lekko. – W takim razie wybaczysz, mam nadzieję, że się pożegnam.
Parę nieudanych randek mi się udało zaliczyć, ale po tej to mnie mało cholera nie wzięła. No i duma urażona na niewspółmiernie długi czas.
Za to doświadczenie na całe życie. Od tego momentu zawsze tłumaczę, że laska była, jest i będzie, więc jeśli ten fakt komuś przeszkadza, to lepiej, żebyśmy pożegnali się od razu. Wbrew pozorom całkiem spory procent odpada.
życie
Ocena:
1031
(Głosów:
1121)
poczekalnia
Skomentuj (13)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Do restauracji zawitał niewidomy z psem przewodnikiem, więc idę osobiście. Ot, na wszelki wypadek. Wymieniam uprzejmości, odpowiadam na pytania o menu, serwuję drinka informując, gdzie na stole go stawiam, przynoszę wodę dla psa. Niestety, ponieważ jesteśmy całkiem konkretnie zajęci, nie mam okazji zamienić słowa ze zbierającym zamówienia Watsonem, co by go ostrzec, że dziewiątka już zeszła i nie musi się o nią martwić.
Wykreślam z listy zaserwowane wino, kiedy na zaplecze wchodzi Watson.
- ...Sherlock?
- Tak?
- ...bo ja właśnie zrobiłem coś głupiego.
- A konkretniej?
- Bo patrzę tak na tego niewidomego na dziewiątce... I tak patrzę i on już wino ma, ale menu nie ma, i ja nie wiedziałem, że ktoś już wziął zamówienie. No to idę. I myślę, niewidomy. To będę bardzo pomocny i w ogóle. Postaram się. No i biorę menu i kładę je przed nim. A że go nie widzi, to chcę mu ułatwić i mu mówię nawet, że kładę menu przed nim, żeby mógł sobie przeczytać...
Powiedział, załapał co powiedział, spanikował i uciekł ze stolika. Ale starać się starał, nie mogę mu odmówić.
Wykreślam z listy zaserwowane wino, kiedy na zaplecze wchodzi Watson.
- ...Sherlock?
- Tak?
- ...bo ja właśnie zrobiłem coś głupiego.
- A konkretniej?
- Bo patrzę tak na tego niewidomego na dziewiątce... I tak patrzę i on już wino ma, ale menu nie ma, i ja nie wiedziałem, że ktoś już wziął zamówienie. No to idę. I myślę, niewidomy. To będę bardzo pomocny i w ogóle. Postaram się. No i biorę menu i kładę je przed nim. A że go nie widzi, to chcę mu ułatwić i mu mówię nawet, że kładę menu przed nim, żeby mógł sobie przeczytać...
Powiedział, załapał co powiedział, spanikował i uciekł ze stolika. Ale starać się starał, nie mogę mu odmówić.
praca
Ocena:
493
(Głosów:
529)
Jadąc ze mną w samochodzie w przeddzień wesela, panna młoda swój niecny plan mi zdradziła. Usadowiła mnie między kolegą z liceum a Wielką Niespodzianką.
Wielka Niespodzianka otrzymała reklamę, której nie powstydziłaby się spora ilość firm zajmujących się public relations. Pierwsza nota na studiach. IQ wyższe od Einsteina. W okolicach twojego, Sherlock, wzrostu. Twój typ urody. Muzycznie się zgodzicie, zdaje się, gusta ma typowo metalowe. Odrobinę może tylko jednostka ta jest nieśmiała, także twój musi być pierwszy ruch. Zagadaj, na pewno znajdziecie sporo wspólnych tematów.
Bilans wczorajszej nocy:
- Nightwish jest o niebo lepsze od zespołów typu Iron Maiden i Metallica, na te ostatnie „pies srał”; Wielka Niespodzianka wbija się na wyżyny oryginalności, bo poza metalem słucha muzyki klasycznej. „Przecież to takie nonkonformistyczne i ku*ewsko zaje*iste.” Powstrzymuję się od tłumaczenia, czym jest nonkonformizm. Ogólnie pojęta muzyka popularna włącznie z ikonami typu Madonna to jakby „pies w słuchawki srał”. Tylko Niespodzianka i niespodziankowe zespoły zasługują na uwagę.
- Niespodzianka nie pali, bo to samobójstwo. Pali przy mnie dla lansu, bo to podobno „zaje*iście wygląda i dodaje tego inteligenckiego rysu”, ale przecież się nie zaciąga, to się nie liczy jako podtruwanie. To tak tylko dla lansu i w doborowym towarzystwie, czyt. ze mną. Ja nie palę.
- Im więcej wypije, tym więcej klnie, a „ku*ewsko zaje*isty” jest ukochanym złożeniem zastępującym większość przymiotników.
- Namiętnie obraca w rękach moją laskę, również dając mi do zrozumienia, że to chyba dla lansu. Bo udało mi się wyjść na parkiet z siostrą pana młodego na jeden taniec. Po wytłumaczeniu, że nie jest to dla lansu, Niespodzianka tłumaczy mi naturę swojego arcywielkiego schorzenia, jakim jest ból w nóżce po wyrąbaniu się na rolkach. Podobno problemy są porównywalnej wagi. Nie pytam, czy okularki Niespodzianki są zerówkami, bo chyba nie chcę tego wiedzieć.
- Podobno nie istnieje taki układ, że człowiek może być oburęczny. Jeść lewą, pisać prawą. Coś ze mną jest wybitnie nie tak, tak się przecież nie da. Tyle lat, i nikt mi nie powiedział, że się nie da...
- Beznadziejny jest ten brak pasji i zdecydowania w życiu ludzi naokoło, bo są tacy szarzy. Tacy mainstreamowi. Tacy nijacy, wszyscy mróweczki w wielkim kopcu społeczeństwa. Niespodzianka tego po prostu nie rozumie. Mając na karku ćwierć wieku, Niespodzianka nie posiada na dzień dzisiejszy żadnych zainteresowań, pracę traktuje wyłącznie jako źródło dochodu, by móc kupić nową płytę kolejnego fantastycznego zespołu, poza tym w życiu nie chce niczego robić ciekawego, niczego zwiedzić, zobaczyć, bo po co. Tutaj nie mogę się powstrzymać i ze śmiechem tłumaczę, czym jest hipokryzja.
Co ciekawe, po końcu wieczoru Niespodzianka zdaje się uważać, że spędzony czas minął zaskakująco szybko. Niespodzianka tak dobrze się bawiła, że aż nie musiała zapić do nieprzytomności. Chętnie spędzi ze mną więcej czasu.
I to mi to panna młoda nagrała (mniemam, że w błogiej nieświadomości). Gdzie się przyjaźnimy i pół życia z nią znamy.
Sezon na płazy uważam za rozpoczęty.
Wielka Niespodzianka otrzymała reklamę, której nie powstydziłaby się spora ilość firm zajmujących się public relations. Pierwsza nota na studiach. IQ wyższe od Einsteina. W okolicach twojego, Sherlock, wzrostu. Twój typ urody. Muzycznie się zgodzicie, zdaje się, gusta ma typowo metalowe. Odrobinę może tylko jednostka ta jest nieśmiała, także twój musi być pierwszy ruch. Zagadaj, na pewno znajdziecie sporo wspólnych tematów.
Bilans wczorajszej nocy:
- Nightwish jest o niebo lepsze od zespołów typu Iron Maiden i Metallica, na te ostatnie „pies srał”; Wielka Niespodzianka wbija się na wyżyny oryginalności, bo poza metalem słucha muzyki klasycznej. „Przecież to takie nonkonformistyczne i ku*ewsko zaje*iste.” Powstrzymuję się od tłumaczenia, czym jest nonkonformizm. Ogólnie pojęta muzyka popularna włącznie z ikonami typu Madonna to jakby „pies w słuchawki srał”. Tylko Niespodzianka i niespodziankowe zespoły zasługują na uwagę.
- Niespodzianka nie pali, bo to samobójstwo. Pali przy mnie dla lansu, bo to podobno „zaje*iście wygląda i dodaje tego inteligenckiego rysu”, ale przecież się nie zaciąga, to się nie liczy jako podtruwanie. To tak tylko dla lansu i w doborowym towarzystwie, czyt. ze mną. Ja nie palę.
- Im więcej wypije, tym więcej klnie, a „ku*ewsko zaje*isty” jest ukochanym złożeniem zastępującym większość przymiotników.
- Namiętnie obraca w rękach moją laskę, również dając mi do zrozumienia, że to chyba dla lansu. Bo udało mi się wyjść na parkiet z siostrą pana młodego na jeden taniec. Po wytłumaczeniu, że nie jest to dla lansu, Niespodzianka tłumaczy mi naturę swojego arcywielkiego schorzenia, jakim jest ból w nóżce po wyrąbaniu się na rolkach. Podobno problemy są porównywalnej wagi. Nie pytam, czy okularki Niespodzianki są zerówkami, bo chyba nie chcę tego wiedzieć.
- Podobno nie istnieje taki układ, że człowiek może być oburęczny. Jeść lewą, pisać prawą. Coś ze mną jest wybitnie nie tak, tak się przecież nie da. Tyle lat, i nikt mi nie powiedział, że się nie da...
- Beznadziejny jest ten brak pasji i zdecydowania w życiu ludzi naokoło, bo są tacy szarzy. Tacy mainstreamowi. Tacy nijacy, wszyscy mróweczki w wielkim kopcu społeczeństwa. Niespodzianka tego po prostu nie rozumie. Mając na karku ćwierć wieku, Niespodzianka nie posiada na dzień dzisiejszy żadnych zainteresowań, pracę traktuje wyłącznie jako źródło dochodu, by móc kupić nową płytę kolejnego fantastycznego zespołu, poza tym w życiu nie chce niczego robić ciekawego, niczego zwiedzić, zobaczyć, bo po co. Tutaj nie mogę się powstrzymać i ze śmiechem tłumaczę, czym jest hipokryzja.
Co ciekawe, po końcu wieczoru Niespodzianka zdaje się uważać, że spędzony czas minął zaskakująco szybko. Niespodzianka tak dobrze się bawiła, że aż nie musiała zapić do nieprzytomności. Chętnie spędzi ze mną więcej czasu.
I to mi to panna młoda nagrała (mniemam, że w błogiej nieświadomości). Gdzie się przyjaźnimy i pół życia z nią znamy.
Sezon na płazy uważam za rozpoczęty.
urlop
Ocena:
660
(Głosów:
860)
W sumie głupia sprawa. Po zakończeniu związku i wszystkich związanych z tym formalności (mieszkanie, wspólne konto i tak dalej) z ogólnego życiowego stresu sypnęły mi się włosy. Garściami się sypnęły.
Nawet ja widzę, że trzymanie ich tak jak są nie ma już większego sensu.
- Do ramion. – Stwierdzam ze zmęczeniem u fryzjera.
Fryzjerka z niechęcią odkłada maszynkę.
- Może jednak krótkie?
- Nie. Do ramion.
- Do ramion?
- Tak, do ramion.
- Ale może krótsze. Lepiej będzie.
- Nie. Do ramion poproszę. Wygodnie mi tak.
Zdejmuję okulary, kładę na blat.
- To na pewno? Może...
- Nie. Na pewno do ramion.
- Z tymi nastolatkami to tak teraz jest... - Burczy fryzjerka pod nosem.
- Naście mi już dawno minęło.
- To ja wycieniuję tak porzą...
- Nie. Prosto. - Pokazuję dokładnie poziom. - I potąd. Do ramion.
Pierwsze zamaszyste cięcie z tyłu i już wiem, że za tę usługę nie zapłacę.
Po odratowaniu tego, co zostało, kucyka już nie ma. Po dekadzie noszenia długich włosów do połowy pleców, na głowie ostało mi się skrzyżowanie cierpiącego emo z Victorią Beckham.
Szlag by to. Można się śmiać. Ja pewnie też jutro rano spojrzę w lustro i zacznę.
Nawet ja widzę, że trzymanie ich tak jak są nie ma już większego sensu.
- Do ramion. – Stwierdzam ze zmęczeniem u fryzjera.
Fryzjerka z niechęcią odkłada maszynkę.
- Może jednak krótkie?
- Nie. Do ramion.
- Do ramion?
- Tak, do ramion.
- Ale może krótsze. Lepiej będzie.
- Nie. Do ramion poproszę. Wygodnie mi tak.
Zdejmuję okulary, kładę na blat.
- To na pewno? Może...
- Nie. Na pewno do ramion.
- Z tymi nastolatkami to tak teraz jest... - Burczy fryzjerka pod nosem.
- Naście mi już dawno minęło.
- To ja wycieniuję tak porzą...
- Nie. Prosto. - Pokazuję dokładnie poziom. - I potąd. Do ramion.
Pierwsze zamaszyste cięcie z tyłu i już wiem, że za tę usługę nie zapłacę.
Po odratowaniu tego, co zostało, kucyka już nie ma. Po dekadzie noszenia długich włosów do połowy pleców, na głowie ostało mi się skrzyżowanie cierpiącego emo z Victorią Beckham.
Szlag by to. Można się śmiać. Ja pewnie też jutro rano spojrzę w lustro i zacznę.
fryzjer
Ocena:
777
(Głosów:
887)
Wsiadam do tramwaju. Wszystkie miejsca zajęte, ale wsiadam w części, gdzie wyznaczone są miejsca dla niepełnosprawnych w liczbie cztery. Trzy zajęte przez ludzi starszych, na jednym siedzi dres, na oko o dekadę młodszy ode mnie, właśnie kończy rozmawiać przez telefon. Przyciszam swoje słuchawki i zagajam (co mi szkodzi, najwyżej pójdę szukać miejsca gdzie indziej):
- Przepraszam, byłby pan tak miły i ustąpił mi miejsca?
Dres na mnie wielkie oczy. Dotąd nie wiem, chyba kultura dorwała go z zaskoczenia, ale odpowiada:
- Nie no, jasne. Proszę siadać, bo tu trochę na tej linii rzuca... - Dres wstał, tramwaj akurat ruszył i chłopak złapał mnie za rękę, żeby nie trzeba mnie było zbierać z podłogi – O właśnie.
- Dziękuję bardzo. – Mówię, dres się uśmiechnął i zniknął w czeluściach tramwaju.
Pełna kultura. Siedzę i kontempluję jak to stereotypy potrafią mylić. I jadę tak, z przyciszoną muzyką, ale słuchawkami na uszach. Dwa przystanki dalej wsiada kolejny bywalec siłowni. Rozgląda się, rozgląda, i z daleka wita mojego wybawiciela, który przepycha się w jego stronę:
- No ku*wa, a ja ciebie szukam! Mówiłeś, że koło wyjścia siedzisz, debilu!
- No bo siedziałem, ale weź, gó*no to tu wlazło o lasce - Wzrusza tamten ramionami. - Się chuchro wy*ebie ledwo tramwaj ruszy, no to wstałem, bo co ku*wa. A rączki to ma ku*wa jak patyczki. To mnie na współczucie wzięło, co będę ku*wa siedział.
Cóż. Przynajmniej miejsca ustąpił...
- Przepraszam, byłby pan tak miły i ustąpił mi miejsca?
Dres na mnie wielkie oczy. Dotąd nie wiem, chyba kultura dorwała go z zaskoczenia, ale odpowiada:
- Nie no, jasne. Proszę siadać, bo tu trochę na tej linii rzuca... - Dres wstał, tramwaj akurat ruszył i chłopak złapał mnie za rękę, żeby nie trzeba mnie było zbierać z podłogi – O właśnie.
- Dziękuję bardzo. – Mówię, dres się uśmiechnął i zniknął w czeluściach tramwaju.
Pełna kultura. Siedzę i kontempluję jak to stereotypy potrafią mylić. I jadę tak, z przyciszoną muzyką, ale słuchawkami na uszach. Dwa przystanki dalej wsiada kolejny bywalec siłowni. Rozgląda się, rozgląda, i z daleka wita mojego wybawiciela, który przepycha się w jego stronę:
- No ku*wa, a ja ciebie szukam! Mówiłeś, że koło wyjścia siedzisz, debilu!
- No bo siedziałem, ale weź, gó*no to tu wlazło o lasce - Wzrusza tamten ramionami. - Się chuchro wy*ebie ledwo tramwaj ruszy, no to wstałem, bo co ku*wa. A rączki to ma ku*wa jak patyczki. To mnie na współczucie wzięło, co będę ku*wa siedział.
Cóż. Przynajmniej miejsca ustąpił...
tramwaj
Ocena:
1159
(Głosów:
1217)
Ponieważ z zamieszkaniem na pustyni byłby problem, mamy sąsiadów wokół rodzinnego domu. Któregoś dnia doktor Holmes mi mówi, że sąsiadce pies uciekł i podobno jest u nas na posesji. Żeby zamknąć nasze potwory w oddzielonej części ogródka, to tamta sobie psa weźmie.
Nie ma problemu, potwory z ociąganiem władowały się na trawkę, zamykam furtkę, idę przez ogródek...
- Ty szmato! – słyszę z drugiej strony domu. Trzask, i pies wyje.
Natychmiastowy nawrót. Sąsiadka zapędziła do rogu bojowego psa marki przerośnięty jamnik. W jednej ręce trzyma pal z pętlą na końcu, w drugiej kij i psa stara się na to złapać, okładając go kijem.
- Psa zostaw! – krzyczę, kobieta się obraca... i zamierza się kijem na mnie.
- To mój pies jest! Będę z nim robić, co mi się podoba!
- Ma obrożę? Nie ma! To nie twój pies, wyp**dalaj z mojego terenu! – Wzrost swoje robi i kobieta się przede mną cofa. Próbuje mnie uderzyć kijem, ale laska i dobry refleks robią swoje.
- To mój pies!
- Ty nie zasługujesz na psa! Wynocha!
Na taras nad nami wybiega doktor Holmes i dołącza się do krzyków. Wobec tego, że podnoszę na nią wzrok i tracę czujność, dostaję w twarz, szczęśliwie z liścia a nie z kija.
- Dosyć! – łapię szanowną sąsiadkę za nadgarstek, wykręcam tak, żeby zabolało. – Wynocha.
- Mój pies..!
- Ja ci nie wierzę, że to twój pies jest. Won, zanim mi się cierpliwość skończy.
I kij, i to coś do łapania psów łamię na kolanie i wyrzucam do śmieci.
Psa wziąć do domu musi doktor Holmes, bo moja laska się zbyt traumatycznie mu kojarzy i pies gryzie mnie po rękach nawet jak jestem bez laski. Jak sąsiadka wraca ze strażą miejską dowiaduje się, że pies uciekł. Nawiał o tu, przez tą dziurę w płocie. A ona? Wpakowała mi się na posesję, niech się cieszy, że jej nasze psy nie dorwały. Ja? Jej, krzywdę? Demostracyjnie opieram się o laskę, pytam jak niby udało mi się sąsiadkę wyprowadzić, skoro ja bez laski nie mogę chodzić. Nie, niestety, w ogóle.
Po osiedlu idzie nowa plotka. Ci, co z siekierą ganiają po ulicach, to tą siekierą też psy mordują, zakopali sąsiadce psinkę w ogródku. Trzeba uważać, bo to banda świrów jest.
Nie ma problemu, potwory z ociąganiem władowały się na trawkę, zamykam furtkę, idę przez ogródek...
- Ty szmato! – słyszę z drugiej strony domu. Trzask, i pies wyje.
Natychmiastowy nawrót. Sąsiadka zapędziła do rogu bojowego psa marki przerośnięty jamnik. W jednej ręce trzyma pal z pętlą na końcu, w drugiej kij i psa stara się na to złapać, okładając go kijem.
- Psa zostaw! – krzyczę, kobieta się obraca... i zamierza się kijem na mnie.
- To mój pies jest! Będę z nim robić, co mi się podoba!
- Ma obrożę? Nie ma! To nie twój pies, wyp**dalaj z mojego terenu! – Wzrost swoje robi i kobieta się przede mną cofa. Próbuje mnie uderzyć kijem, ale laska i dobry refleks robią swoje.
- To mój pies!
- Ty nie zasługujesz na psa! Wynocha!
Na taras nad nami wybiega doktor Holmes i dołącza się do krzyków. Wobec tego, że podnoszę na nią wzrok i tracę czujność, dostaję w twarz, szczęśliwie z liścia a nie z kija.
- Dosyć! – łapię szanowną sąsiadkę za nadgarstek, wykręcam tak, żeby zabolało. – Wynocha.
- Mój pies..!
- Ja ci nie wierzę, że to twój pies jest. Won, zanim mi się cierpliwość skończy.
I kij, i to coś do łapania psów łamię na kolanie i wyrzucam do śmieci.
Psa wziąć do domu musi doktor Holmes, bo moja laska się zbyt traumatycznie mu kojarzy i pies gryzie mnie po rękach nawet jak jestem bez laski. Jak sąsiadka wraca ze strażą miejską dowiaduje się, że pies uciekł. Nawiał o tu, przez tą dziurę w płocie. A ona? Wpakowała mi się na posesję, niech się cieszy, że jej nasze psy nie dorwały. Ja? Jej, krzywdę? Demostracyjnie opieram się o laskę, pytam jak niby udało mi się sąsiadkę wyprowadzić, skoro ja bez laski nie mogę chodzić. Nie, niestety, w ogóle.
Po osiedlu idzie nowa plotka. Ci, co z siekierą ganiają po ulicach, to tą siekierą też psy mordują, zakopali sąsiadce psinkę w ogródku. Trzeba uważać, bo to banda świrów jest.
dom rodzinny
Ocena:
771
(Głosów:
909)
Zbliża mi się urlop, więc się aktywizuję społecznie. Sprawdzam, z kim można się będzie spotkać. Watsona już wiem, że nie zobaczę, ale przypomniał mi pewną historię z zamierzchłych czasów.
Chciało nam się w tamtym czasie bawić w średniowiecze, habit mój zresztą nadal dzielnie służy, choć już nie mnie. A Watson, jak to Watson, z mieczem biegał. I sztyletem. I trenował namiętnie. Na jesieni wracał z treningu, a że ludzie dziwnie patrzą się na człowieka z mieczem i sztyletem u pasa nawet na równie niepopularnych liniach autobusowych jak ta zmierzająca do jego domu, to wszystko skrzętnie pochował pod długim płaszczem. Ciemno się robi, stoi sam na przystanku, muzyki słucha z mojego walkmana.
Chłopków roztropków przypałętało się trzech, poprosili o okazanie sprzętu grającego. I portfela przy okazji. Sprzęt nie jego, rozklekotany i trzyma się na słowo honoru, ale jednak nie jego, pożyczony. Portfel pusty, a wp***l mu się nie uśmiecha. Zmęczony przy tym jest Watson jak koń po westernie, a tych tu trzech...
Powolutku rozpiął płaszcz, jedna ręka na sztylet, druga na rękojeści miecza.
Szansa na wyjęcie miecza na czas zerowa, sztyletem przecież ich nie poszlachtuje, ale tamci robią duże oczy, a Watson sprzedaje im uśmiech rasowego psychopaty po brawurowej ucieczce z ośrodka.
- Ty to jesteś dopiero poje**ny... - wydukał w końcu jeden, na resztę swojej kompanii popatruje, i w zgranym rytmie zarządzają strategiczny odwrót – Jak Boga kocham, świr...
I poszli, narzekając na czasy. Że się debile kręcą po okolicy i niebezpiecznie się robi.
Chciało nam się w tamtym czasie bawić w średniowiecze, habit mój zresztą nadal dzielnie służy, choć już nie mnie. A Watson, jak to Watson, z mieczem biegał. I sztyletem. I trenował namiętnie. Na jesieni wracał z treningu, a że ludzie dziwnie patrzą się na człowieka z mieczem i sztyletem u pasa nawet na równie niepopularnych liniach autobusowych jak ta zmierzająca do jego domu, to wszystko skrzętnie pochował pod długim płaszczem. Ciemno się robi, stoi sam na przystanku, muzyki słucha z mojego walkmana.
Chłopków roztropków przypałętało się trzech, poprosili o okazanie sprzętu grającego. I portfela przy okazji. Sprzęt nie jego, rozklekotany i trzyma się na słowo honoru, ale jednak nie jego, pożyczony. Portfel pusty, a wp***l mu się nie uśmiecha. Zmęczony przy tym jest Watson jak koń po westernie, a tych tu trzech...
Powolutku rozpiął płaszcz, jedna ręka na sztylet, druga na rękojeści miecza.
Szansa na wyjęcie miecza na czas zerowa, sztyletem przecież ich nie poszlachtuje, ale tamci robią duże oczy, a Watson sprzedaje im uśmiech rasowego psychopaty po brawurowej ucieczce z ośrodka.
- Ty to jesteś dopiero poje**ny... - wydukał w końcu jeden, na resztę swojej kompanii popatruje, i w zgranym rytmie zarządzają strategiczny odwrót – Jak Boga kocham, świr...
I poszli, narzekając na czasy. Że się debile kręcą po okolicy i niebezpiecznie się robi.
odludzie
Ocena:
889
(Głosów:
947)
Idę wzdłuż kas w supermarkecie. Akurat otwiera się kolejna kasa, kasjer z kategorii tych, którzy mnie po imieniu znają. Witam się, już koszyk prawie wyciągam na taśmę, mniej niż pół metra mi brakuje... pod ramieniem przebiega mi kobieta lat późne czterdzieści, laska pofrunęła po podłodze, panna pac! swój koszyk na taśmę, za nią na wyścigi daje mąż z wielkimi butelkami wody.
Kasjer zmartwiał. Patrzy na mnie. Na nią. Znowu na mnie. Wzruszam ramionami, opieram się o taśmę, zanim dociągnę do końca (dzisiaj moje kolano akurat ma gorszy dzień), dziewczyna z obsługi sklepu podaje mi laskę.
- Dziękuję bardzo. – Uśmiecham się, odwracam do kasy.
Kasa nadal nie ruszyła, za to pani trąca kasjera.
- Się pracuje!
- Pani właśnie mało nie przewróciła osoby niepełnosprawnej. – Sugeruje spokojnie kasjer. – Może wypada...
- Może wypadałoby pracować! – Fuka na niego kobieta.
W międzyczasie rozglądam się za moim koszykiem. Przed chwilą był jeszcze na taśmie... Mąż szanowny zestawił, leży kopnięty pod kolejną, zamkniętą kasą.
- Boże jaki powolny! Sama bym to sobie skasowała już! Nad czym ty jeszcze człowieku myślisz! – Ponieważ kasjer nadal patrzy na mnie, kobieta też spogląda w końcu na mnie. – POSTOI SE, k*rwa! Nie ma tyle lat, co ja!
- Ja mam czas. – Wzruszam ramionami, uśmiecham się do kasjera. – Jeszcze mnie kostucha nie goni, żeby się tak trzeba było spieszyć. Są ludzie bardziej potrzebujący.
- Właśnie! Prawda! – Pani dalej macha na kasjera, coby szybciej kasował. Kasjer prośbę spełnia, za parę będzie płacił mąż. Kartą.
Kartę dwukrotnie odrzuca. Kasjer przeprasza, restartuje terminal, pani znowu zaczyna się pieklić. Że głupi, że kartę uszkodził na pewno, na pewno specjalnie, na pewno robi jej obciach teraz przy ludziach, ona zaraz będzie prosić kierownika. Nowo utworzona kolejka z naszej kasy zaczyna się powoli rozchodzić, bo to wygląda na dłuższą rozmowę.
- Dopiero tę kartę dostałem! – Mąż ogląda kartę w każdą stronę. - Ona na pewno jest dobra! To ta twoja diabelska maszyna! Okradacie mnie! Ty już tu nie pracujesz!!! Ja tego nie rozumiem!!!
- Widzi pan, niektóre nowe karty tak mają. - Zaczynam pewnym tonem. - Bo oni czasem zapominają włączyć taką opcję w karcie, żeby można nią było przez terminal płacić w takich dużych miejscach z alkoholem, tak na wypadek kradzieży. – Uśmiecham się do pana i pani. – Dlatego się wyświetliło teraz żeby się z bankiem skontaktować, zapewne ma pan tak napisane na wydruku. I terminal z tego względu automatycznie nie przyjmuje karty.
- No co ty... - Pan marszczy brwi – To ja tam teraz zadzwonię, jaką im awanturę zrobię! - I wyciąga telefon.
- Muszą państwo osobiście pójść do banku im powiedzieć, że zapomnieli. To się zdarza, a wtedy terminal to się tu też blokuje i nie można już nic, żadnych zakupów skasować ani zrobić stąd. Zablokował się, prawda? – Kasjer bardzo stara się nie brać udziału, tylko coś majstruje przy kasie i terminalu i mruczy pod nosem.
- Ja wiem! Ten bank jest tuż za rogiem! Tu, niedaleko! Kochanie, idziemy! Mój czas żeby tak marnować! JA IM DAM! – Decyduje żona, a ja nie wierzę, że udało mi równą bzdurę komukolwiek sprzedać. – Z tymi zakupami proszę poczekać! Niech one tu zostaną!
- On i tak nic tu już nie skasuje, sobie na nas poczekają. – Pan poprawia okulary, poprawia kurtkę.
I wylecieli, zostawiając siatki z zakupami.
- Nieładnie tak kłamać, Sherlock. – Kręci głową kasjer, przesuwając moje zakupy na taśmie.
- Nieładnie potrącać niepełnosprawnych. – Uśmiecham się.
- Ale szybka była, nie?
No, szybka. Szkoda tylko, że nie taka bystra, jak szybka.
Kasjer zmartwiał. Patrzy na mnie. Na nią. Znowu na mnie. Wzruszam ramionami, opieram się o taśmę, zanim dociągnę do końca (dzisiaj moje kolano akurat ma gorszy dzień), dziewczyna z obsługi sklepu podaje mi laskę.
- Dziękuję bardzo. – Uśmiecham się, odwracam do kasy.
Kasa nadal nie ruszyła, za to pani trąca kasjera.
- Się pracuje!
- Pani właśnie mało nie przewróciła osoby niepełnosprawnej. – Sugeruje spokojnie kasjer. – Może wypada...
- Może wypadałoby pracować! – Fuka na niego kobieta.
W międzyczasie rozglądam się za moim koszykiem. Przed chwilą był jeszcze na taśmie... Mąż szanowny zestawił, leży kopnięty pod kolejną, zamkniętą kasą.
- Boże jaki powolny! Sama bym to sobie skasowała już! Nad czym ty jeszcze człowieku myślisz! – Ponieważ kasjer nadal patrzy na mnie, kobieta też spogląda w końcu na mnie. – POSTOI SE, k*rwa! Nie ma tyle lat, co ja!
- Ja mam czas. – Wzruszam ramionami, uśmiecham się do kasjera. – Jeszcze mnie kostucha nie goni, żeby się tak trzeba było spieszyć. Są ludzie bardziej potrzebujący.
- Właśnie! Prawda! – Pani dalej macha na kasjera, coby szybciej kasował. Kasjer prośbę spełnia, za parę będzie płacił mąż. Kartą.
Kartę dwukrotnie odrzuca. Kasjer przeprasza, restartuje terminal, pani znowu zaczyna się pieklić. Że głupi, że kartę uszkodził na pewno, na pewno specjalnie, na pewno robi jej obciach teraz przy ludziach, ona zaraz będzie prosić kierownika. Nowo utworzona kolejka z naszej kasy zaczyna się powoli rozchodzić, bo to wygląda na dłuższą rozmowę.
- Dopiero tę kartę dostałem! – Mąż ogląda kartę w każdą stronę. - Ona na pewno jest dobra! To ta twoja diabelska maszyna! Okradacie mnie! Ty już tu nie pracujesz!!! Ja tego nie rozumiem!!!
- Widzi pan, niektóre nowe karty tak mają. - Zaczynam pewnym tonem. - Bo oni czasem zapominają włączyć taką opcję w karcie, żeby można nią było przez terminal płacić w takich dużych miejscach z alkoholem, tak na wypadek kradzieży. – Uśmiecham się do pana i pani. – Dlatego się wyświetliło teraz żeby się z bankiem skontaktować, zapewne ma pan tak napisane na wydruku. I terminal z tego względu automatycznie nie przyjmuje karty.
- No co ty... - Pan marszczy brwi – To ja tam teraz zadzwonię, jaką im awanturę zrobię! - I wyciąga telefon.
- Muszą państwo osobiście pójść do banku im powiedzieć, że zapomnieli. To się zdarza, a wtedy terminal to się tu też blokuje i nie można już nic, żadnych zakupów skasować ani zrobić stąd. Zablokował się, prawda? – Kasjer bardzo stara się nie brać udziału, tylko coś majstruje przy kasie i terminalu i mruczy pod nosem.
- Ja wiem! Ten bank jest tuż za rogiem! Tu, niedaleko! Kochanie, idziemy! Mój czas żeby tak marnować! JA IM DAM! – Decyduje żona, a ja nie wierzę, że udało mi równą bzdurę komukolwiek sprzedać. – Z tymi zakupami proszę poczekać! Niech one tu zostaną!
- On i tak nic tu już nie skasuje, sobie na nas poczekają. – Pan poprawia okulary, poprawia kurtkę.
I wylecieli, zostawiając siatki z zakupami.
- Nieładnie tak kłamać, Sherlock. – Kręci głową kasjer, przesuwając moje zakupy na taśmie.
- Nieładnie potrącać niepełnosprawnych. – Uśmiecham się.
- Ale szybka była, nie?
No, szybka. Szkoda tylko, że nie taka bystra, jak szybka.
supermarket
Ocena:
987
(Głosów:
1075)
Historia Werbeny przypomniała mi moją z lat szczenięcych.
Pierwszą operację ułożono mi na okres świąteczny, żeby bardzo dużo szkoły potem nie opuścić, poza tym rodzina moja założyła, że w Święta przecież zawsze ktoś będzie w domu, będzie wesoło, kolorowo i radośnie. Znajdowano mi zajęcia typu naprawianie lampek choinkowych, wycinanie i podżeranie ciastek, senior Holmes autem od czasu do czasu zwoził sobie na łeb moich przyjaciół. Żeby raźniej było, to Sherlock będzie szybciej zdrowieć i w głowie się troszkę poukłada. Generalnie starano się mi pokazać, że świat się na mojej diagnozie nie kończy i z tym da się żyć.
Z okazji Świąt zjechała do nas również nieco dalsza rodzina mojej matki, której nie widziano u nas od lat. Grupowo zarządzili odwiedziny oficjalne u mnie, oczywiście w czasie wizyty przyjaciół, którzy po sugestii doktor Holmes poszli z nią na dół narobić herbat, pokroić ciasto i inne takie. Rodzina się rozsiadła, rozejrzała po pokoju, wypytała co i jak u mnie, jakie rokowania.
- No, to już w zasadzie wszystko wiadomo. – Ciotka rozgląda się naokoło po ścianach. – Sherlock, a tu takie coś do podciągania nad drzwiami nie wisiało? Bo kuzyn twój by się mógł pobawić.
- Wisiało, ale ojciec wykręcił.
- I to pudło z piłkami do kosza...
- W szafie.
- No tak, tak... I ten strój twój ze sztuk walki też jeszcze masz? I worek treningowy? Sprzęt?
- Ciocia, wszystko zostało pochowane. Mnie denerwuje, po co ma stać. Przecież na razie nie będę używać.
- No ty to już nigdy nie będziesz używać, dziecko. – Wujek mnie klepie po ramieniu i uśmiecha, a ja mam ochotę wybić mu zęby.
- Tego to jeszcze nie wiadomo, ale dobrze wiedzieć, jak mi rodzina dobrze życzy. – Odsuwam się, poprawiam na łóżku i nasłuchuję, czy ktoś przypadkiem nie wraca i nie chce mnie wybawić z opresji.
- Och Sherlock, Sherlock... no choroba nie wybiera. Tyle dzieci twoi rodzice mają, wszystkie zdrowe, wszystko się dobrze uczy, no coś się musiało tu stać. No i widzisz, mają ciebie.
- Ciocia przypadkiem nie chce mamie na dole pomóc? – Stwierdzam w końcu. – Bo mnie to po tej operacji jeszcze zmęczenie czasem bierze i głowa boli od znieczulenia.
- No przecież! Przecież! Sherlock, my cię nie będziemy przemęczać. Idziemy, słuchajcie, idziemy!
Tylko z korytarza słyszę, jak ciotka goni moich przyjaciół, że mnie ich wrzaski niepotrzebne, że za głośno, że ja muszę odpocząć, że oni kompletnie nie umieją się zachować. Koniec końców do wieczora czytam książkę.
Następnego dnia w porze śniadaniowej moja matka prosi ciotkę, żeby poszła na zewnątrz Mycrofta ściągnąć, bo jedzenie stygnie. I idzie doktor Holmes do mnie z tacą ze śniadaniem, okno otwiera żeby wywietrzyć, siada sobie obok na krzesełku, kawkę piję. Po chwili już nie rozmawiamy, słuchamy co się dzieje na zewnątrz.
- Mycroft, matka prosi na śnia... Ooooo, a czyj ty ten rower tak reperujesz? W zimie rower reperujesz? Po co ty tu rozkręcasz?
- To sherlockowy rower jest. – Odpowiada w końcu Mycroft.
- A czemu ty go w zimie reperujesz? Sprzedać chcecie?
- Na wiosnę Sherlock będzie jeździć. Ja wszystko powymieniam, wychucham, wyczyszczę i Sherlock będzie jeździć. Ze mną będzie jeździć i z seniorem.
Przyznaję szczerze, dotąd mi się ciepło na sercu robi.
- Oj Mycroft, przecież wiadomo, że Sherlock na niczym jeździć już nie będzie. Sprzedajecie?
- Wiadomo tyle, że Sherlock zaczyna po Nowym Roku rehabilitacje, ciocia. I one pójdą dobrze i Sherlock będzie ze mną znowu jeździć. – Odpowiada Mycroft z uporem.
- Mycroft, Mycroft... Jak ty kłamać nie umiesz. Sprzedać chcecie. Ja widziałam, już wszystkie sportowe rzeczy z pokoju spakowane. Będziecie wszystko wyprzedawać. A nam byście oddali, rodzinie swojej! Kuzynom swoim byś rower oddał, tyle tu rowerów jest!
- Nikt niczego nie będzie oddawał.
- Twoim kuzynom rower powinniście oddać! Te piłki! Ten worek treningowy! To wszystko powinno być oddane dla tych, którym to się przyda! A nie! Twoi rodzice to na tragedii dziecka tylko pieniądze chcą robić! A rodzinie pomóc! Ja wiedzia...
W tym momencie doktor Holmes zamknęła okno. I wyszła.
Rodzina do Wigilii nie została.
Pierwszą operację ułożono mi na okres świąteczny, żeby bardzo dużo szkoły potem nie opuścić, poza tym rodzina moja założyła, że w Święta przecież zawsze ktoś będzie w domu, będzie wesoło, kolorowo i radośnie. Znajdowano mi zajęcia typu naprawianie lampek choinkowych, wycinanie i podżeranie ciastek, senior Holmes autem od czasu do czasu zwoził sobie na łeb moich przyjaciół. Żeby raźniej było, to Sherlock będzie szybciej zdrowieć i w głowie się troszkę poukłada. Generalnie starano się mi pokazać, że świat się na mojej diagnozie nie kończy i z tym da się żyć.
Z okazji Świąt zjechała do nas również nieco dalsza rodzina mojej matki, której nie widziano u nas od lat. Grupowo zarządzili odwiedziny oficjalne u mnie, oczywiście w czasie wizyty przyjaciół, którzy po sugestii doktor Holmes poszli z nią na dół narobić herbat, pokroić ciasto i inne takie. Rodzina się rozsiadła, rozejrzała po pokoju, wypytała co i jak u mnie, jakie rokowania.
- No, to już w zasadzie wszystko wiadomo. – Ciotka rozgląda się naokoło po ścianach. – Sherlock, a tu takie coś do podciągania nad drzwiami nie wisiało? Bo kuzyn twój by się mógł pobawić.
- Wisiało, ale ojciec wykręcił.
- I to pudło z piłkami do kosza...
- W szafie.
- No tak, tak... I ten strój twój ze sztuk walki też jeszcze masz? I worek treningowy? Sprzęt?
- Ciocia, wszystko zostało pochowane. Mnie denerwuje, po co ma stać. Przecież na razie nie będę używać.
- No ty to już nigdy nie będziesz używać, dziecko. – Wujek mnie klepie po ramieniu i uśmiecha, a ja mam ochotę wybić mu zęby.
- Tego to jeszcze nie wiadomo, ale dobrze wiedzieć, jak mi rodzina dobrze życzy. – Odsuwam się, poprawiam na łóżku i nasłuchuję, czy ktoś przypadkiem nie wraca i nie chce mnie wybawić z opresji.
- Och Sherlock, Sherlock... no choroba nie wybiera. Tyle dzieci twoi rodzice mają, wszystkie zdrowe, wszystko się dobrze uczy, no coś się musiało tu stać. No i widzisz, mają ciebie.
- Ciocia przypadkiem nie chce mamie na dole pomóc? – Stwierdzam w końcu. – Bo mnie to po tej operacji jeszcze zmęczenie czasem bierze i głowa boli od znieczulenia.
- No przecież! Przecież! Sherlock, my cię nie będziemy przemęczać. Idziemy, słuchajcie, idziemy!
Tylko z korytarza słyszę, jak ciotka goni moich przyjaciół, że mnie ich wrzaski niepotrzebne, że za głośno, że ja muszę odpocząć, że oni kompletnie nie umieją się zachować. Koniec końców do wieczora czytam książkę.
Następnego dnia w porze śniadaniowej moja matka prosi ciotkę, żeby poszła na zewnątrz Mycrofta ściągnąć, bo jedzenie stygnie. I idzie doktor Holmes do mnie z tacą ze śniadaniem, okno otwiera żeby wywietrzyć, siada sobie obok na krzesełku, kawkę piję. Po chwili już nie rozmawiamy, słuchamy co się dzieje na zewnątrz.
- Mycroft, matka prosi na śnia... Ooooo, a czyj ty ten rower tak reperujesz? W zimie rower reperujesz? Po co ty tu rozkręcasz?
- To sherlockowy rower jest. – Odpowiada w końcu Mycroft.
- A czemu ty go w zimie reperujesz? Sprzedać chcecie?
- Na wiosnę Sherlock będzie jeździć. Ja wszystko powymieniam, wychucham, wyczyszczę i Sherlock będzie jeździć. Ze mną będzie jeździć i z seniorem.
Przyznaję szczerze, dotąd mi się ciepło na sercu robi.
- Oj Mycroft, przecież wiadomo, że Sherlock na niczym jeździć już nie będzie. Sprzedajecie?
- Wiadomo tyle, że Sherlock zaczyna po Nowym Roku rehabilitacje, ciocia. I one pójdą dobrze i Sherlock będzie ze mną znowu jeździć. – Odpowiada Mycroft z uporem.
- Mycroft, Mycroft... Jak ty kłamać nie umiesz. Sprzedać chcecie. Ja widziałam, już wszystkie sportowe rzeczy z pokoju spakowane. Będziecie wszystko wyprzedawać. A nam byście oddali, rodzinie swojej! Kuzynom swoim byś rower oddał, tyle tu rowerów jest!
- Nikt niczego nie będzie oddawał.
- Twoim kuzynom rower powinniście oddać! Te piłki! Ten worek treningowy! To wszystko powinno być oddane dla tych, którym to się przyda! A nie! Twoi rodzice to na tragedii dziecka tylko pieniądze chcą robić! A rodzinie pomóc! Ja wiedzia...
W tym momencie doktor Holmes zamknęła okno. I wyszła.
Rodzina do Wigilii nie została.
dom rodzinny
Ocena:
1001
(Głosów:
1063)
1 2 3 4 > ostatnia ›
« poprzednia 1 2 3 4 następna »
