Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

singri

Zamieszcza historie od: 13 września 2011 - 4:02
Ostatnio: 10 lipca 2018 - 19:42
  • Historii na głównej: 20 z 31
  • Punktów za historie: 5080
  • Komentarzy: 705
  • Punktów za komentarze: 4248
 

#82646

(PW) ·
| Do ulubionych
Po przeprowadzce wiele rzeczy się zmienia. Niby to "tylko" 200 km, ale zawsze. Ostatnio zupełnym przypadkiem odkryłam jeszcze jedną zmianę.

Otóż do tej pory mieszkałam na Mazowszu, w bliskim sąsiedztwie stolicy, dodatkowo w małym mieście. Przeprowadziłam się natomiast na Lubelszczyznę i zmiana jest zupełna, w dodatku akurat dla mnie w większości pozytywna.

Chodzi o ceny owoców. W mojej mieścince owoce widywałam w markecie i na targu, w promieniu 15 km nie uświadczyłam żadnego porządnego sadu. Truskawki po 10 zł łubianka, to dla mnie tanio, śliwki po 10 zł kg - przeciętnie, wiśnie nawet po 15 bywały, o jagody bałam się pytać.

Lubelszczyzna natomiast jest regionem typowo rolniczym, z czego najbliższa okolica obfituje w najróżniejsze sady owocowe. O ile własny sad za domem jest ogromną wygodą, a dla mnie nawet luksusem, o tyle osoby próbujące wyhodować więcej i sprzedać mają, delikatnie mówiąc, przekichane w tym roku.

Na skupie płacą (w nawiasie ceny z poprzednich lat):
Za wiśnię - 0,5 zł za kilogram (1,5-2 zł)
Za porzeczkę - 0,25 zł (1-2 zł)
Za malinę - 1,7 zł (4-6 zł)

Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie te ceny są przerażające. Sadownicy obawiają się o ceny malin jesiennych czy jabłek. Inne owoce w ogóle nie są brane. Nawet w momencie tzw. klęski urodzaju owoce nie bywają AŻ TAK TANIE.

Dodatkowo największy w okolicy zakład, który te owoce skupuje (producent dżemów, firma francuska), dyktuje ceny właśnie na takim poziomie. Pojawiają się plotki, że ściągają tanie, mrożone owoce zza granicy.

A potem idziesz do sklepu i na pytanie, czemu słoik dżemu kosztuje 4-5 zł (tyle kosztują dżemy tej firmy), otrzymujesz odpowiedź, że owoce drogie.

wsi spokojna wesoła...

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 84 (112)

#82520

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia sprzed paru dni:

Wiele lat temu do parafii mojej babci przydzielono nowego proboszcza. "Ksiądz Bolek" był... pardon, jest duszpasterzem z prawdziwego zdarzenia. Organizował w kościele spotkania dla młodzieży, na których omawialiśmy różne ciekawe dla nas sprawy, niekoniecznie związane z wiarą. O każdej porze dnia i nocy można było się do księdza zwrócić w niemal każdej sprawie.

Oszczędny był skurczybyk do skąpstwa aż, żywił się o najniższych kosztach, jeździł na jakimś rozklekotanym rowerze, który ze sobą przywiózł z poprzedniej parafii. Gdy najbogatsi parafianie wyciągnęli zaskórniaki, złożyli parędziesiąt tysięcy i dali księdzu ze słowami "Proboszcz jedzie i samochód sobie kupi", proboszcz grzecznie pojechał... zamówić dzwon do kościoła.

No właśnie, kościół. Ksiądz zastał kościół w stanie surowym. Beton na podłodze, chór bez barierki, organistka grała w kąciku na keyboardzie, ławki takie najprostsze, najtańsze, i drewniany, przenośny ołtarz.

Tak urządzony kościół nie był jeszcze wyświęcony, miał prawa kaplicy. Ksiądz nie omijał żadnej okazji, żeby zdobyć pieniądze i wszystko pchał w kościół. Żeby móc go wyświęcić, musiał zrobić m.in. dzwon, stały ołtarz, organy z prawdziwego zdarzenia i całą masę pomniejszych rzeczy, których nawet nie zapamiętałam.

Przez dziesięć lat kościół piękniał na naszych oczach. Wiadomo - marmury, złocenia, pojawiły się obrazy, rzeźbione ławki... W końcu nastał ten wielki dzień - zjechało się kleru chyba z całego dekanatu, wszyscyśmy się postroili, chór specjalnie na tę okazję przygotował specjalne pieśni - dla katolika wspaniałe święto, jedyne takie w życiu.

Kilka dni później wiadomość jak z armaty - Bolka odwołują!

Mieli go odwołać już jakiś czas temu, ale że tyle pracy włożył w ten kościół, łaskawie mu pozwolono zostać do konsekracji.

To jest pierwsza piekielność, jaką widzę w tej sytuacji - płakali wszyscy, i parafianie, i ksiądz.

Druga nastąpiła chwilę później. Przyjechał nowy proboszcz, przepatrzył wszystkie kąty i na pierwszej niedzielnej mszy na ogłoszeniach parafialnych zaczął pomstować na poprzedniego księdza.

Bo w kasie parafialnej nie ma ani grosza, a parafia jest zadłużona na 30 000 zł! Co to za proboszcz był, co kasy parafialnej zapełnić nie umiał!

I na to brakuje mi już komentarza.

ksieza

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 206 (234)

#82473

(PW) ·
| Do ulubionych
Nasz lokalna Żabka, w której bywam często po energetyki i czasami inne napoje.

Dziś akurat potrzebowałam kupić coś do picia. Patrzę, w lodówce napój 4move, na cenówce napisane "1 sztuka poza zestawem 2,99”.

Złapałam taki, który mi pasował i do kasy. Kładę na ladzie napój i 3 zł. Pik.

Kasjer: 3,29.
Ja: Tam jest napisane 2,99.
Kasjer: Ale nie na ten. Nie na formułę bez cukru.
Ja: Cenówka jest jedna, więc się zasugerowałam.

Szybka analiza - pierwszy raz mi się coś takiego zdarza, dam im jeszcze jedną szansę. Dołożyłam te 30 gr.

Ja: Ale niech pan uzupełni te cenówki, dobrze? Bo to jest wprowadzanie klienta w błąd.

I tu nastąpiło zdanie, które mnie wkurzyło:

Kasjer: W Biedronce też brakuje cenówek.

Noż k... Pożałowałam, że po dopłaceniu otworzyłam napój. Zdobyłam się tylko na marną ripostę:

Ja: I też się do nich przyp...

sklepy

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 66 (116)

#82311

(PW) ·
| Do ulubionych
Parę dni temu robiłam małe zakupy w Biedronce. W naszym lokalnym sklepie czytnik cen znajduje się zaraz obok wejścia.

Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłam po wejściu było litrowe wiadro "Lodów koktajlowych" znanej firmy, na którą zawsze jest pora. Stało ono bezpośrednio pod czytnikiem. Ewidentnie ktoś sprawdził cenę, ale odnieść już było za ciężko...

Najpiekielniejsze w tym jest to, że zamrażarki znajdują się zaraz obok kas, a sklep generalnie jest mały i nawet nie ma gdzie się zmęczyć.

sklepy

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (141)

#82058

(PW) ·
| Do ulubionych
Odkąd pamiętam, mój ojciec pił. Raz więcej, raz mniej, ale alkohol był obecny przez całe moje dzieciństwo.

Ojciec również palił i pali do dziś.

Na słowo "ojciec" w mojej głowie pojawia się osoba spowita chmurami dymu (serio, w mieszkaniu było siwo, gdy się skarżyłam, słyszałam, że przesadzam) z piwem w dłoni (mocniejsze trunki oczywiście też bywały), w różnych stopniach upojenia.

Po wkroczeniu w dorosłość na jakiś czas straciłam z ojcem kontakt. Po paru latach spotkałam go ponownie...

Tu go boli, tam go strzyka - normalne w zaawansowanym wieku. "Na miasto" już nie wyjdzie, siły nie ma, serce ma chore. Tabletki? A tak, lekarz coś tam przepisał, ale w aptece powiedzieli, że w czasie kuracji tym lekiem nie wolno pić alkoholu. To ojciec nawet nie wykupił, bo i tak by nie brał.

Stawy ojca bolą. Podobno zapalenie. Leki? Jakie leki, on nie ma pieniędzy. Emerytura jest, ale to opłaty zrobić trzeba, zjeść coś, no i wypić...

Ojciec kąpie się... Właściwie to nie wiem, kiedy ostatnio się mył. W mieszkaniu brud, smród i syf. Nie ma siły sprzątać.

Prawidłowe odżywianie - a kto na to ma pieniądze? Najtańszy chleb z najtańszą mortadelą i zupki chińskie. Do tego produkt piwopodobny po 2,50 za puszkę i czasami wódeczka.

Wódeczki jednak stopniowo było coraz mniej, bo ojciec doszedł do wniosku, że mu szkodzi (nareszcie! pół życia mu to powtarzałam!).

I teraz clue sytuacji - ojciec uważa, że lekarze powinni "położyć go w szpitalu i wyleczyć". Nie rozumie, że tutaj potrzebna jest gruntowna zmiana sposobu życia. Zalecenia lekarskie, żeby porzucił alkohol i papierosy traktuje mniej więcej tak samo, jak trzyletnie dziecko zakaz jedzenia słodyczy. Jest ciężko oburzony tym, że lekarze tylko robią mu podstawowe badania i odsyłają do domu, mówiąc, że to wszystko przez wieloletnie picie, a "nawet nie próbują go zdiagnozować”.

Niedawno zaczęły się problemy żołądkowe. Stopniowo było coraz gorzej.

Wczoraj wzywałam pogotowie. Zabrali, zobaczymy, co będzie.

Czy tylko mi się wydaje, że mój ojciec wpakował się w chorobę na własne życzenie przy bardzo zdecydowanym sprzeciwie otoczenia? I że w takiej sytuacji piekielne jest żądanie od lekarzy "wyleczenia", najlepiej natychmiastowego, bez zmieniania czegokolwiek w stylu życia?

dom rodzinny

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 89 (147)

#81891

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak sobie losuję historie, losuję i na zasadzie luźnych skojarzeń przypomniała mi się akcja ze stoiska mięsnego, na którym wtedy pracowałam.

Poranna zmiana, przyjechał kierowca z mięsem. Standardowo - faktura, każdą pozycję obejrzeć, obwąchać (po tym jak na moje pytanie "Eeee, to jest łopatka czy szpinak" usłyszałam "No jak to, pręga wołowa!" wąchałam wszystko. Serio, wołowina? Różowo-zielona?), na koniec zważyć i odznaczyć.

Jestem w samym środku, podchodzi klient.

JA: Dzień dobry, za moment podejdę. (do kierowcy) Dawaj na wagę... Zgadza się...

Odhaczyłam, umyłam ręce, założyłam rękawiczkę.

JA: Słucham, czym mogę służyć?
KLIENT: Dwadzieścia deko szynki z beczki.

Jasne, "dzień dobry" kłuje w usta, a od "poproszę" wyskakuje opryszczka. Ale w sumie to norma.

KLIENT - do kierowcy - A pan się nudzi, sera mi pan pokroi.

Serio? Facet w "cywilu", bez fartucha, nie wiadomo czy przeszkolony z obsługi krajalnicy, nie wiem czy ma książeczkę sanepidowską... Tyle z zakresu higieny.

Natomiast strona kulturalna zatkała mnie na dobry moment.

KIEROWCA: Ja tu nie pracuję.
KLIENT: To po co tu sterczysz?

Odetkało mnie.

JA: Ten pan nie jest pracownikiem naszej firmy, jest dostawcą. Który ser pan życzy?
KLIENT: Widzi pan, jak pana broni?
JA: Ten pan nie potrzebuje obrony bo nic złego nie robi. To który ser? (w domyśle "Kupuj i idź w diabły, buraku")

Kupił, polazł. Natomiast dostawa się przeciągnęła, bo kierowca musiał koniecznie zapalić... Zbytnio mu się nie dziwiłam.

sklep klient

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (167)

#81346

(PW) ·
| Do ulubionych
Od kilku tygodni jestem bez pracy (firma, która mnie zatrudniała przez ostatnie dwa lata, upadła). Byłam dziś na rozmowie kwalifikacyjnej w firmie zajmującej się sortowaniem odzieży używanej. Warunki cokolwiek spartańskie, umowa zlecenie, ale stawka niezła, spróbować można.

Piekielności:

1) L4 niepłatne - kiedyś podobno były płatne. Ale ludzie brali L4 i szli w tym czasie pracować do innej firmy. Szef się wkurzył, wcale mu się nie dziwię.

2) Ciuchy+kobiety - kiedyś można było z jedną czy dwie sztuki wyszperane sobie odłożyć i szef to sprzedawał po cenie zakupu. Przestał, gdy zaczęły się do niego ustawiać kolejki z całymi siatami ciuchów. Podobno niektórzy robili na tym drugą pensję.

i oczywiście:

3) Wychodzenie z firmy - praca kończy się o 17. Ostatnia osoba wychodzi o 17:20. Dlaczego? Bo trzeba posprawdzać torby. Kiedyś kradzieże były na porządku dziennym.

Nawet nie wiem, jak skomentować takie zachowanie. Czy pracodawca to jest jeleń, którego koniecznie trzeba oszukać i wykorzystać?

Praca w mojej okolicy

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (180)

#79993

(PW) ·
| Do ulubionych
Na wstępie pragnę zaznaczyć, że:
1) Moja edukacja odbywała się według "starego" systemu, który znów zaczyna obowiązywać. Szkołę podstawową ukończyłam w wieku niespełna 15 lat.

2) Mój okres dojrzewania i związany z tym bunt zaczął się dość późno, miałam wtedy ok 17 lat. Wcześniej chyba nie widziałam jak bardzo toksyczna jest moja rodzina...

Tyle tytułem wstępu. A teraz niezbyt krótka historia na temat "jak wpędzić własne dziecko w kompleksy". Napisana trochę pod wpływem historii o nietrzymających się realiów rozmiarówkach, ale niestety trochę popłynęłam.

Temat pierwszy: Ubrania. A konkretnie spodnie.
W podstawówce co wakacje wyjeżdżałam na jakieś kolonie czy obóz. W związku z tym co roku, w okolicach lipca wybierałam się z mamą na słynny "Jarmark Europa" w Warszawie zwany potocznie Stadionem (był w tym samym miejscu co obecny Narodowy). Tam mama zaopatrywała mnie m. in. w dwie pary spodni. Lata dziewięćdziesiąte, więc obowiązkowo dżinsy. W tych dżinsach potem chodziłam cały rok do szkoły. I zazwyczaj w czerwcu zdarzało się że spodnie pękały mi na styku nogi z pośladkiem.

Teraz wiem, że po prostu rosłam i spodnie były już za małe, a po drugie - zapewne się przetarły. Wtedy... Ale oddajmy głos starszemu pokoleniu:

Babcia: "No tak, jak się ma taką grubą dupę to tak jest. Inna to by trzy lata te spodnie nosiła. Dlaczego ty nie możesz wyglądać jak normalna dziewczyna? Panienka to powinna być jak ten paluszek, delikatna, filigranowa... A ty jak ten kloc wyglądasz."

Podkreślam: mówiła tak jedna z najbliższych mi osób, którą kochałam i (wtedy jeszcze) bardzo szanowałam. A bezwzględnie najbliższa osoba, będąca dla mnie wzorem, tylko przytakiwała. Tak, mowa o mojej matce.

Temat drugi: Imprezy.

Jakoś tak w wieku 12-13 lat zaczęłam być zapraszana na rozmaite urodziny itp. Nigdy nie byłam. Dlaczego?
Matka: "Nie pójdziesz bo nie mam na prezent. A poza tym nie masz w co się ubrać. Jak ten kocmołuch będziesz wyglądała. No i po co ty tam? Przecież oni cię i tak nie lubią, taka nudna jesteś. Ciągle książki i książki. A ja się zamartwię na śmierć zanim wrócisz"

Teraz wiem, że matka tak naprawdę chciała mieć mnie przy sobie. Prawdopodobnie dla własnej wygody. Wtedy...

Temat trzeci: prace domowe

Babcia: "Nie, ja nie mogę patrzeć jak ona tak głaszcze tę podłogę! Ruszaj się żwawiej! No jak ty tę szmatę trzymasz?! No jakby jakiś szef to zobaczył to by cię z miejsca zwolnił... "

Na moje pytania, co robię źle były trzy gotowe odpowiedzi: "wszystko", "jak nie wiesz to ja ci nie powiem", "nie pyskuj".

Temat czwarty: Szukanie pracy.

Babcia: "No ale kto takiego cielebona zatrudni?! Przecież to od razu widać że to jakieś ułomne... No i co ci powiedzieli? Pewnie że ogłoszenie już nieaktualne. No tak, bo po gazetę to się o piątej rano leci i od szóstej dzwoni! No to co ci powiedzieli?"
Ja: "Jutro na rozmowę jadę"
Babcia: "No tylko żebyś na darmo pieniędzy na bilety nie wydała! A rozejrzyj się czy tam kogo znajomego nie ma! Bo jak jest to jeszcze mi wstydu narobisz!"

A potem zdziwienie, że biorę najgorszą, najmniej płatną robotę w okolicy...



I miej tu kobieto realny obraz swojego ciała i możliwości...

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (175)

#78614

(PW) ·
| Do ulubionych
Może poniższa historia nie wyda się Wam piekielna, ale szczerze mówiąc mam potrzebę wygadania się i zapytania innych o zdanie.

Otóż dziecię moje od dawna molestowało mnie o psa. Z pełną świadomością, że o zwierzę dbać będę ja, po przemyśleniu wszystkich za i przeciw zdecydowałam się przygarnąć jakąś "psią bidę" ze schroniska. Pies miał być dorosły, ale w miarę młody i nieagresywny. Raczej mały.

I jest.

Został odebrany interwencyjnie przez pewną fundację poprzednim właścicielom. Jakiś czas przebywał w lecznicy niedaleko mojego domu, gdzie go poznałam.

Psiak jest bardzo inteligentny, szybko załapał jak ma na imię, nauczył się, z którymi psami warto się witać przez bramę, a które są agresywne. Typ przylepy. Jak ma człowieka pod ręką, to może siedzieć cały dzień cicho, jakby psa nie było...

Tyle pozytywów. Teraz to niefajne:

Pięcioletni pies nie wie, co to jest piłka, czy gryzak. Nigdy nie był uczony bodaj podstawowych komend, typu "siad" czy "zostań".

Na moje pytanie "On jest wychudzony, czy ten typ tak ma?", weterynarz odpowiedział "On i tak już dużo przybrał". Aha.

Pies dostawał do jedzenia kości. Tylko kości. Z tego powodu nie można ocenić dokładnie jego wieku, bo weterynarz kieruje się stanem zębów. Podejrzewam, że ma też kłopoty z trawieniem.

Kiedyś siedzę w pokoju i czuję charakterystyczny zapaszek. Rozglądam się, może pies dwójkę walnął? (Wprawdzie nie "wołał" na spacer, ale nie wiadomo, może stres?). Ja zaczynam szukać nieistniejącej kupy, a pies zmiata do kąta z podkulonym ogonem...

Stan higieny w mieszkaniu doprowadził psa do nużycy (choroba skóry, nie przenosi się na ludzi)...

Takich szczegółów jest więcej, ale nie wszystkie teraz pamiętam.

Powiedzcie mi - po co brać/kupować psa, jeśli nie można mu zapewnić podstawowych warunków? Pies wiele nie potrzebuje - dobra karma, mi polecono taką za 40zł duża torba (miała starczyć na miesiąc, ale kundel ma zdrowy apetyt, a ja mu nie odmawiam, bo musi trochę masy mięśniowej nabrać, dużo jedzenia i dużo ruchu), kawałek koca i trochę czasu dwa razy dziennie...

A przede wszystkim miłość i poczucie bezpieczeństwa. Czy to tak wiele?

Psy

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 123 (145)

#76335

(PW) ·
| Do ulubionych
Dosłownie sprzed sekundy.

Wychodzę z pracy jak zwykle, 16:20. Niby mogę o 16:00, ale zawsze jest coś do zrobienia, a nie ma sensu stać i marznąć na przystanku.

Jestem na przystanku o 16:30. Autobus wg rozkładu 16:34.

Nie ma.

Czekałam 20 minut na następny. Od współpasażerów dowiedziałam się, że tamten pojechał wcześniej. Teraz stoimy w korku, bo przejazd jest zamknięty.

Właśnie zamykają moje przedszkole.

Zgadnijcie, kto będzie piekielny dla pań przedszkolanek? Które zamiast iść do domu, stoją teraz pod bramą z moim dzieckiem?

PKS

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 221 (255)