Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

sotalajlatan

Zamieszcza historie od: 12 sierpnia 2011 - 14:28
Ostatnio: 8 lipca 2018 - 23:37
  • Historii na głównej: 39 z 39
  • Punktów za historie: 21993
  • Komentarzy: 210
  • Punktów za komentarze: 778
 

#82345

(PW) ·
| Do ulubionych
Są jeszcze takie placówki Poczty Polskiej, w których nie ma numerków, tylko "kto z Państwa ostatni". Dotyczy to głównie małych placówek. Ja niestety musiałam kilka lat temu odstać swoje w takiej właśnie kolejce, bo poczta była za mała jak na ilość mieszkańców, z dwóch okienek czynne tylko jedno, a przede mną mnóstwo starszych osób, które (z całym szacunkiem) wykonują wszystkie czynności dużo wolniej.

Stoję już dobrych 40 minut. Duchota jak cholera, miejsca mało, wszyscy czekają w środku, bo zima. Nie wiem ile osób jest przede mną, trzymam się tylko matki z wózkiem, o której wiem, że jestem za nią.
Wiem, że wystarczyłoby w momencie wejścia policzyć ile jest osób, ale ciągle ktoś wchodził i wychodził tylko "o coś zapytać", a to ktoś ewidentnie rezygnował, burdel jakich mało. A biedna pani w okienku dwoi się i troi, by jak najszybciej rozluźnić kolejkę.

W międzyczasie ktoś powiedział do tej Pani przede mną, że ją przepuści, bo on jest następny, to niech wejdzie przed nim. Kobieta podziękowała i podeszła do okienka. Kiedy pracowniczka poczty szukała jej awizowanej paczki, zapytałam zdezorientowana:

"Przepraszam bardzo, za kim Pani stała?".

I się zaczęło. Kilka osób jak jeden mąż zaczęło się na mnie wydzierać, że jestem nieludzka, że nie chcę ustąpić matce z dzieckiem (hipokryzja pełną gębą, nikt jej od co najmniej 40 minut nie ustąpił), jeden facet nawet do mnie podszedł i pyta czy mam z tym problem, że ta kobieta jest przede mną. Zaczął się taki hałas w tym małym pomieszczeniu, że aż pracowniczka poczty przestała szukać i próbowała uciszyć wszystkich.

Nie takie rzeczy już w swoim życiu musiałam wytrzymywać, taki hejt ze strony kilku osób to pikuś. Nie odezwałam się, bo nie zamierzałam podnosić sobie ciśnienia. Poniżej mojej godności jest odpowiadać wyzwiskami na wyzwiska w moją stronę. Leciały gówniary, panny lekkich obyczajów itp. Stoję więc sobie i czekam na dobry moment, aby jeszcze raz zapytać:

"Przepraszam nie dosłyszałam, taki się hałas zrobił, za kim Pani stała?"

Kobieta wskazała na Pana kilka metrów dalej. Ja natomiast powiedziałam do niego, jakby nigdy nic: "czyli teraz jestem za Panem". Koleś skinął głową. Wszyscy ucichli. Widziałam tylko mord w oczach niektórych, którzy stracili powód, by się pokłócić i wylać swoją złość na mnie.


My Polacy uwielbiamy szukać powodów do kłótni.


O nakazie sprzątania po psie następnym razem.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (183)

#82294

(PW) ·
| Do ulubionych
Byłam tydzień w Anglii. W tym czasie dostałam wiadomość od koleżanki, co tam słychać itp. Zgodnie z prawdą odpisałam, że zwiedzam Londyn i wysłałam jej zdjęcie bodajże jakiegoś widoku.

Nie odpisywała do końca dnia, a w nocy dostałam od niej wiadomość, że się na mnie zawiodła. Nie wiedziała, że jest ze mną aż tak źle i że chyba serio nie mam co robić ze swoim życiem.

Wszystko odbyło się przez Messengera, ale na jej stronie opublikowała przykry post na mój temat, w ktróym zamieściła to wysłane przeze mnie zdjęcie i skrytykowała mnie i mój sposób postępowania. Nie mogła mnie oznaczyć na tym zdjęciu, bo poblokowałam na FB najwięcej jak umiałam i ona doskonale o tym wiedziała, dlatego nie wyskoczyło mi nawet powiadomienie, że ktoś chce mnie oznaczyć.

Dowiedziałam się dzisiaj o wszystkim, od wspólnej koleżanki, która na szczęście nie uwierzyła w te bujdy.

A o jakie bujdy chodziło?
Że przyleciałam specjalnie na królewski ślub i że to chore i powinnam mieć to wiadomo gdzie. W tym czasie mnóstwo par na całym świecie się hajtało i jakoś tych ślubów nie oglądałam (!)

Nie rozumiem, to że ktoś oglądał ślub Harry'ego i Meghan nie oznacza, że nie ma co robić ze swoim życiem :/ To znaczy, że po prostu miał ochotę obejrzeć ten ślub. Dziewczyna zrobiła kolejną gównoburzę.

A ja przyleciałam do Anglii w niedzielę, dzień po tym ślubie.

Właśnie zweryfikowałam znajomości.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (195)
Pod koniec lat 70. nastąpiło małżeństwo, które złączyło dwie duże rodziny. Normalka. 30 lat później członkowie tychże dwóch rodzin, ona z jednej i on z drugiej, zakochali się w sobie i również są ze sobą już od kilku lat. Za dzieciaka widzieli się kilka razy przy okazji dużych imprez, ale rodzina jest tak duża, że nie pamiętają, że w ogóle się ze sobą bawili ;)

I tak właśnie moja bratowa jest jednocześnie córką brata męża siostry naszej (mojej i brata) babci oraz naszą szóstą wodą po kisielu ciocią ;)

Jeśli nadążyliście do tego momentu, to na pewno rozumiecie, że nie ma między bratem a bratową ŻADNYCH więzów krwi, a różnica pokoleń wynika tylko z faktu, że dzieci rodziły się w różnym odstępie czasu w obu rodzinach.

Piekielność: odsiew "znajomych", którzy stwierdzili, że ich związek to kazirodztwo :) Nieprzychylne komentarze na twarzoksiążce (po tym fakcie brat ustawił wszelkie możliwe blokady), próby skłócenia ich, namawiania do rozstania, że to dla dobra ich dzieci, które przecież będą niepełnosprawne (!).

Rodzice mojej bratowej niestety już nie żyją, mama zmarła pół roku temu. Mój brat na prośbę bratowej wprowadził się do niej na stałe (wcześniej tylko pomieszkiwał). Dom jest duży, bratowa sama nie dałaby rady go utrzymać.

Komentarze naszej rodziny: to dobrze, że nie będzie sama, cieszymy się.

Komentarze rodziny bratowej: sprytnie to sobie wymyślili (w sensie, że moja rodzina), położą łapę na naszym (?) majątku!

PS Bratowa nie jest formalnie bratową, nie mają z bratem ślubu, ale wygodniej było mi pisać. Dom w pełni należy do bratowej, więc jej dalsza rodzina jest tym bardziej wściekła, że nie może nic wskórać. Przykre to.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 124 (146)

#82023

(PW) ·
| Do ulubionych
Miałam kiedyś dwuczłonowe nazwisko. W tym czasie w ówczesnej pracy wyszło jakieś tam rozporządzenie, już teraz nie pamiętam. Wiem, że było na tyle ważne i dotyczyło kwestii finansowych, że trzeba je było podpisać.

Krążył więc sobie pomiędzy pracownikami plik kilku niedbale spiętych ze sobą kartek. Stanowiły spójną całość, to znaczy najpierw tekst o co chodzi i pod spodem tabelka z listą pracowników. Obok nazwiska miejsce na podpis.

Lista dotarła do mnie w momencie, kiedy kilkoro kolegów i koleżanek już się podpisało. A tu zonk. W moim nazwisku zrobiono trzy błędy.

Przykładowo nazywam się Marta Kowalska-Nowak.
Na kartce było napisane Marta Nowik-Kowlaska.

Powiedziałam kierowniczce, że tego nie podpiszę. Kierowniczka zrobiła ze mnie wroga publicznego nr 1. Prawie byłam zmuszona do podpisu, współpracownicy patrzyli na mnie z wrogością. Oni się podpisywać nie będą drugi raz. Usłyszałam, że "robię problem z niczego", "próbuję na siebie zwrócić uwagę", "robię to specjalnie żeby uprzykrzyć życie kolegom i koleżankom", "powinnam chyba wiedzieć, że każdy się może pomylić" (o osobie która pisała tekst), "ten dokument musi być podpisany przed konkretnym terminem, a zanim pracownicy wszyscy podpiszą, to minie co najmniej kilka kolejnych dni", "specjalnie nie chcę podpisać tego dokumentu, bo się z nim nie zgadzam".

To ostatnie było absolutną bzdurą, bardzo chciałam to podpisać, ale żeby było w 100% wiadomo, że ja to ja. Mówiłam o tym kierowniczce, prosiłam o zmianę, kiedy było na niej może 10 podpisów max, ale słyszałam to samo.

Wzruszyłam tylko ramionami, bo wiem, że z takimi prymitywami, jak tam pracują, nie dogadam się. Przez rok mojej pracy nie dotarły żadne argumenty, więc w tej sytuacji nie spodziewałam się sympatii. A uwierzcie mi, praca w warunkach, gdzie jedyna toaleta wylewa średnio co tydzień, wszędzie jest brudno i nie są stosowane zasady bhp, nie jest przyjemna.

Dokument dotyczył odpowiedzialności finansowej na grube myljony monet, a ja coraz bardziej bałam się, że mnie w coś wrobią, bo kamery były słabej jakości.

Nikt się nie przejął moim brakiem podpisu i współpracownicy podpisywali dalej.

Kierowniczka wzięła mnie na rozmowę i przy mnie, obok mojego nazwiska napisała poprawne. Na końcu dokumentu napisała adnotację do mojego numerku, że nazywam się tak i tak i że dokonała sprostowania. Po czym podpisała się.

Uśmiechnęłam się i podpisałam.

Usłyszałam, że "no i po co robiłam problem?". Odpowiedziałam, że przecież mogła tę adnotację zrobić już na początku.

Dowiedziałam się, że ona przez ten cały czas szukała w necie sposobu jak to rozwiązać. Nawet konsultowała to z prawnikiem :D Tyle czasu jej zmarnowałam!

A wystarczyło poprawić w Wordzie i wydrukować jeszcze raz np. Ale nie, bo już aż kilkanaście nazwisk było! Pracowników było ok. 60.

Materiał o tej placówce nadaje się na sąd pracy co najmniej, ale to państwowa firma, więc nie do ruszenia niestety :(

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (212)

#81946

(PW) ·
| Do ulubionych
Impreza. Pary, single. Towarzystwo częściowo się zna, częściowo nie.

Mój kolega powiedzmy Wojtek, jest singlem. Gadamy i w pewnym momencie podbija do nas dziewczyna, dajmy jej Gosia. Zaczęła flirt z Wojtkiem, on odpowiedział, ale nie flirtem, tylko miło, grzecznie z uśmiechem. Wszyscy z grupy wiedzieli, że nie podjął gry.

Dziewczyna jeszcze kilkakrotnie próbowała, mniej lub bardziej natrętnie podrywać Wojtka, ale ten nie reagował i zazwyczaj delikatnie krótkim "przepraszam" wycofywał się z rozmowy i dołączał do innej grupy.

W końcu niestety nachalność Gosi tak się dała we znaki Wojtkowi, że po prostu postanowił opuścić imprezę i pożegnawszy się z gospodarzami, wyszedł.

Kilka dni później spotkaliśmy się w knajpie i wywiązała się rozmowa na temat tej imprezy. Wojtek usłyszał, że:

od mężczyzn:
- Ej trzeba było bzyknąć, co by Ci szkodziło?
- Ja pie***lę, co ty kurde nie staje ci? Hehehe....
- Gośce "bolca potrzeba". Hehehe, to było widać.

Od kobiet:
- Mógłbyś jej nie odmawiać, przecież wiesz, że dawno nikogo nie miała (!!!)
- Przecież nie masz dziewczyny, więc się nie wykręcaj!
- Co z ciebie za facet, że cię nie interesują dziewczyny?
- No i co z tego, że ma kilka kilo za dużo? (Gosia nie ma nadwagi, Gosia jest otyła). Dyskryminujesz ją za to jak wygląda??!!
- Czy ty sobie zdajesz sprawę ile ją kosztowało przełamanie nieśmiałości i zagadanie do ciebie?

Dodatkowo Wojtek dowiedział się, że powinien się dwa razy zastanowić, zanim odmówi dziewczynie, bo jej może być przykro.

Wtedy Wojtek zwrócił się do facetów, z których dwóch też było singlami:
- A dlaczego wy jej nie poderwiecie?
Odpowiedź:
- No chyba sobie żartujesz.

Stwierdzam, że ludzie są nienormalni.

Czy naprawdę facet nie może po prostu nie być zainteresowany? Sam Wojtek jest wysoki i szczupły i takie dziewczyny też woli. Czy naprawdę czyni go to "męską szowinistyczną świnią?"

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 260 (304)

#81862

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie jestem jeszcze mamą, ale praktycznie wszystkie moje koleżanki już tak, więc większość imprez na jakie jestem zapraszana to imprezy dzieciowe. I na ostatniej z nich byłam świadkiem takiej oto sytuacji.

Ciepło, dzieci na dworze przed domem, impreza urodzinowa typowo. Są prezenty, tort, posiłek, zabawy w chowanego itp. W pewnym momencie dzwonek do drzwi. Gospodyni idzie otworzyć i...

G - Ooo, Magda, Patryczek, nie wiedziałam, że będziecie.
M - No wiesz nie dostaliśmy zaproszenia, ale wszyscy z okolicy tu są, więc pomyśleliśmy, że pewnie zapomniałaś nam powiedzieć ostatnio, że robisz urodziny synkowi.
G - (lekko zmieszana) - Tak tak, wejdźcie.

G wróciła do towarzystwa dorosłego i powiedziała, że najprawdopodobniej urodziny jej synka będą zepsute. Specjalnie nie dawała im znać o imprezie, ale dzielnica domków jednorodzinnych, wszyscy się znają, nie dało się ukryć.

I tak oto Patryczek, lat 6, dołączył do grupy. Dzieci też nie chciały się z nim bawić, ale nie było wyjścia.

1) Hasło: oglądamy ulubiony film solenizanta "Gdzie jest Nemo". Po kilkunastu minutach rozległ się ryk Patryczka, bo kogoś tam zabili na początku (nie znam fabuły wybaczcie). Mama nie mogła go uspokoić prawie do końca filmu. Jego wycie było słychać mimo bycia w drugim pokoju. Chłopak dostał po prostu spazmu. Oczywiście Magda na początku nie pomyślała, żeby z nim wyjść do osobnego pomieszczenia, dopiero inne mamy ją o to poprosiły. Reszta towarzystwa dokończyła film, ale widziałam, że solenizantowi jest trochę przykro. Nie do końca rozumiał, dlaczego kolega płacze i (jak się potem okazało) myślał, że to jego wina.

2) Podczas zabawy w berka Patryczek dostał szału, bo ktoś go tam poklepał wyznaczając na tego ganiającego. Kolejne spazmy były, gdy został znaleziony podczas zabawy w chowanego.

3) Tort był dzielony na wszystkich zaraz po odśpiewaniu "Happy birthday". Patryczek zaczął znowu wyć, bo on chce "sto lat". Solenizant, Pawełek, a właściwie pół na pół z "Paul", ze spuszczoną głową, ale jednak dobitnie powiedział, że woli "Happy birthday" i że nie lubi "sto lat", bo on będzie żyć dłużej niż sto lat! Towarzystwo dorosłe w śmiech, ciekawa logika jak na 7-latka, no ale mama Patryczka powiedziała, że moglibyśmy zrobić mu przyjemność i zaśpiewać. Pomysł się nie spodobał, bo połowa dzieciaków nie znała polskiego nawet. Potem Magda podeszła do Pawełka i (w jego urodziny!!) powiedziała tylko "widzisz, co zrobiłeś?" To tylko utwierdziło chłopca w poczuciu winy.

2) Prezent od Patryczka nie spowodował u solenizanta oczekiwanej reakcji, więc Patryczek zaczął wyć i bić! Pawełka krzycząc, że jest niedobry.

3) Tort był orzechowy tak w ogóle. Patryczek nie dość że wypluł, to jeszcze rzucił papierowym talerzykiem z krzykiem, że fuuu on nie będzie jadł tego gówna. Porcja tortu wylądowała w dmuchanym basenie. Magda miała tupet, serio. Zaczęła awanturę, że chyba powinniśmy wiedzieć, że są weganami i że Patryczek nie może tego jeść.

G - ale ten tort jest wegański.
M-słucham?
G - słyszałaś mnie. Tort jest wegański, a orzechy też są wegańskie, nie wiem czy wiesz.
M - ale mój synek ma alergię na orzechy!
G - a co mnie to obchodzi?

Towarzystwo zastygło. Gospodyni zagoniła dzieci na podwórko i zamknęła przeszklone drzwi pomiędzy salonem a ogrodem. Podeszliśmy wszyscy do wyjścia, Gospodyni zaprosiła nas oraz Magdę z Patryczkiem i zaczęła konfrontację.

G - posłuchaj mnie teraz uważnie. Specjalnie nie dawałam Ci znać o imprezie bo nie chciałam żebyście przychodzili. Twój syn nie umie bawić się z innymi i nie umie sobie radzić z większymi bodźcami jakimikolwiek. To nie pierwszy raz, kiedy odwala takie akcje. Kilka miesięcy temu na imprezie u Helen dostał szału, bo na stole jest królik. Ja z mężem szanujemy to, że nie każdy jest wege, ale Twój syn płakał nad zabitym zwierzątkiem jakby zabili mu ojca. A Ty zamiast zabrać go od stołu, to zaczęłaś awanturę z gospodarzami. Dodatkowo ostatnio na basenie, na który poszliśmy grupą, Patryczek płakał cały czas, bo zjeżdżalnie miały być żółte, a były niebieskie. Generalnie uważam, że Twój syn zaczyna mieć lekki autyzm, bo aż się cały trzęsie, kiedy coś nie idzie po jego myśli. Nie lubi dotyku, nie lubi jak ktoś do niego mówi nawet! Nie umie sobie radzić z bodźcami typu zmiana pogody. Potrafi dostać ataku złości, ba zamiast słońca jest deszcz. Dlatego bardzo Cię proszę, abyś już wyszła z synem i wróciła, kiedy będzie umiał żyć z innymi.

Wiedziałam, że Gospodyni ma rację. Co innego sporadyczne dziecięce fochy, a co innego w przypadku Patryczka. To dziecko, jakkolwiek miłe, nie umiało sobie poradzić z czymkolwiek. Potrafił nagle dostać ataku paniki, bo uzmysłowił sobie, że ma na sobie zieloną koszulkę, a miała być niebieska. Nie pytajcie o kontekst, ale pamiętam to jak dziś.

G - przykro mi Magda, ale nie radzisz sobie z własnym dzieckiem.

Magda z Patryczkiem wyszła oczywiście oburzona. Wygrażała się, że dyskryminujemy jej synka bo jest wrażliwy.

Reszta urodzin na szczęście się udała. Dzieciaki szybko zapomniały o Patryczku, tylko my dorośli zastanawialiśmy się nad tym, czy rzeczywiście Magda z Patryczkiem nie powinna pójść do psychologa.

EDIT:
Tata Patryczka siedzi wiecznie w pracy, więc synek wychowywany jest praktycznie tylko przez mamę. Moim zdaniem jest to autyzm, bo furia i szał do jakich dochodzi są inne niż te, które widziałam do tej pory. Trzęsienie się, bicie pięściami ścian aż pojawia się krew. Jak zostanie dotknięty to drapie to miejsce aż do czerwoności. Kiedy się złości, to tak potrafi się złapać za włosy, że je wyrywa. Przykre, że matka nie widzi problemu i uważa, że synek jest tylko wrażliwy. Jej zaniedbanie i bagatelizowanie problemu zniszczy to dziecko już za kilka lat. Przykre to.

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 195 (239)

#81882

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam rodzinę w UK. W ich mieście jest tak dużo Polaków, że jest polski kościół. Są też "polskie" tradycje.

Moja siostrzenica opowiedziała mi, że jej koleżankę w poniedziałek oblali chłopcy. Ale zmoczyli ją tak, że ledwo dziewczyna się pozbierała. Z kilku wiader podobno lali. Dziewczynka lat 13.

Co piekielnego? Dziewczynka miała okres, okulary, telefon w ręku i pompę insulinową.

Reakcja rodziców napastników? "To tylko zabawa, przecież to taka tradycja i to znaczy że ona im się podoba, żeby przestała robić z siebie ofiarę".

Ludzie myślcie :/

Z tego co wiem sprawa jest w toku, bo wszystko trzeba kupić. Telefon i okulary do wymiany, pompa... O wstydzie i upokorzeniu nie wspomnę.

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 198 (228)

#81719

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja Mama, lat teraz 57, jakiś rok temu w końcu wzięła się za siebie. Mająca od urodzenia problemy z wagą, od zawsze posiadająca kilkanaście kilogramów za dużo, w końcu osiągnęła to, o czym zawsze marzyła.

Ja, zawsze szczupła, przytyłam, w związku z czym zamieniłyśmy się garderobą, śmiejąc się przy tym. Oczywiście chodzi tu tylko o odzież wierzchnią, nie muszę chyba tego tłumaczyć. Wymianie podlegały kurtki, bluzki, bluzy, swetry itp. Wszystko w dobrym stanie, bo waga zmieniła nam się w pół sezonu praktycznie.

Koleżanki i znajomych Mama zawsze miała wyselekcjonowanych, ale od kiedy waży 30 kg mniej niż ja stało się coś, czego obie się nie spodziewałyśmy. Znajomi jakby się... zdematerializowali...

Usłyszałyśmy obie, ale szczególnie Mama, wiele przykrych słów. Mama dowiedziała się, że ma raka (!) i powinna się zbadać. To było najbardziej przykre. Zaczęto nam obu strasznie dosrywać, że jak niby można się tak utuczyć jak prosiak (ja) oraz wysuszyć (Mama). Kiedy opowiadałyśmy o zamianie ubrań, zostałyśmy okrzyknięte lumpeksem stulecia. Nagle obie wyglądamy po prostu strasznie wg opinii i wszyscy się z nas śmieją. Wiem, że w wieku 57 lat nie ma się jędrnej skóry, ale mimo wszystko jest bardzo dobre dla organizmu nieposiadanie nadwagi 20 kg, prawda? Dodam, że Mama nie umie sobie poradzić z tymi podśmiechujkami i bardzo to przeżywa.

Wszystko się wydało podczas kolejnej imprezy, na której jedna z (byłych już) koleżanek otwarcie prosto w oczy wypaliła, że takie osoby jak Mama powinny zostać pulchne już zawsze, a jak mają raka, to nie powinny się w ogóle pokazywać. I wtedy Tata wkroczył do akcji. Powiedział, że jego żona zawsze była i na zawsze będzie jedyną kobietą w jego życiu, niezależnie od tego ile ma kg. Było to szokujące, bo Tata jest na co dzień bardzo spokojnym człowiekiem. Mi aż łezka poleciała z dumy.

Chodziło o to, że Tata zawsze miał wiele adoratorek przez to, że czas jest dla niego łaskawy. Oczywiście było to wszystko w granicach przyzwoitości i dobrych zasad, ale teraz, kiedy Mama schudła, chętne panie zaczęły swoją zazdrość, złość i zawiść wylewać na nią, straciwszy nadzieję na "okazję".

O piekielnościach związanych z Tatą następnym razem.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (188)

#81237

(PW) ·
| Do ulubionych
Na mój polski numer próbował się dodzwonić numer spamowy. Mam aplikację, która to monitoruje, stąd wiem, że spam.

Nie odpuszczali, więc w końcu odebrałam. A co mi tam :)

[T] telemarketerka.
[J] ja.

[T] Dzień dobry Pani, nazywam się Anna Kowalska, dzwonię z firmy X i mam przyjemność poinformować Panią, że Pani numer został WYLOSOWANY (uwielbiam to słowo :D) wśród mieszkańców miasta Warszawa...

[J] (przerywam) Ale ja nie mieszkam w Warszawie. Nie wiem, skąd to założenie.

[T] Jak to?

[J] Tak to.

[T] Ale ja mam w systemie (!) że Pani mieszka w Warszawie.

[J] Nie interesuje mnie co ma Pani w systemie, to Pani system.

[T] A to gdzie ja się dodzwoniłam?

[J] Na telefon komórkowy proszę Pani, a nie stacjonarny.

[T] No tak, ale do jakiego miasta?

[J] No chyba Pani żartuje, że podam Pani moją lokalizację, może jeszcze adres?

[T] A dlaczego nie może Pani podać?

[J] Bo Pani nie znam. Poza tym, nie ma Pani tego w systemie?

Pani telemarketerka rozłączyła się.

Śmieszy mnie to trochę, a trochę martwi. Bo ilość tych telefonów dochodzi nawet do kilku dziennie :(

Przestrzegam, jeśli ktoś chce Wam za darmo wysłać zaproszenia np. na pokaz garnków, to te zaproszenia faktycznie mogą być niezobowiązujące, jak i sam pokaz. Ale adres już podajecie :/

call_center

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (116)

#67639

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym jak przez jedną samogłoskę mój znajomy stracił pracę.

Jak wiadomo często przychodzi nam pracować z ludźmi hmm... nie chcę napisać "głupimi", ale co najmniej takimi, którzy nie wiadomo jakim cudem dostali się na swoje stanowisko. Ma się wrażenie, że mają zawód "syn" lub "córka".

Jedną z takich współpracownic miał właśnie mój znajomy. Lalusiowata dziewczyna, za którą trzeba było wykonać całą pracę. Potrafiła wysłużyć się wszystkimi przy każdej czynności, sama spędzając czas ze swoim smartfonem. Nawet skserować trzeba było za nią. Wiadome było w biurze, że na nią na pewno nie można liczyć. Roboczo niech będzie jej Martyna.

Z kolei znajomemu któregoś razu po prostu puściły nerwy, bo było bardzo dużo pracy i nikt poza Martyną nie myślał o żadnej przerwie, papierosie, jedzeniu czy toalecie. Wszyscy pracują w pocie czoła i dodatkowe ręce do pracy są na wagę złota. Ręce, które teoretycznie powinny pracować, bo projekt był przewidziany na konkretną liczbę osób,a przy braku jednej, deadline był niemożliwy praktycznie do zrealizowania.

W takiej atmosferze mój znajomy poprosił Martynę o bodajze skserowanie czegoś (czy tam użycie faksu, drukarki, nie pamiętam). Martyna odmówiła wyjaśniając, że ona nie umie obsługiwać takich maszyn. Serio tak powiedziała.

Znajomy nie wytrzymał i niestety wypalił:
- No czy Ty naprawdę KU..A nie wiesz jak to zrobić???

Nastała cisza, po której Martyna skierowała się wprost do kierownictwa. Znajomy w tym czasie zdążył ochłonąć, wszyscy zrobili sobie przerwę. Po kilku minutach wchodzi szef i dialog nastąpił o taki:

S - szef Z - znajomy P - pracownicy (reszta grupy) M - Martyna

S - Nie będziesz wyzywał swoich pracowników!
Z - Słucham?
S - Przed chwilą Martyna powiedziała, ze jej ubliżyłeś, a to jest w tej firmie niedopuszczalne rozumiesz?? (podnosi głos)
Z - Chwileczkę, nic takiego nie powiedziałem!
M - A właśnie że tak! Nazwałeś mnie Ku..ą!
Z - Nieprawda!
M - Owszem!
P - Potwierdzamy wersję Z. Powiedział "kur.A", a nie "Kur.O".
S - A dlaczego użył tego słowa?
P - Szefie, jest napięta atmosfera, dużo pracy...
S - Widzę, że za dużo chyba, skoro więc nie radzicie sobie psychicznie z takim stresem, to może trzeba zmienić pracę? (żelazna logika - pozbyć się pracownika, bo jest za dużo roboty).
Z - Szefie to nie o to chodzi, ja..
S- Przeproś.
Z - Słucham?
S - Przeproś Martynę tu i teraz za to jak ją nazwałeś.
Z - Nie zrobię tego, bo tak nie powiedziałem. Nie mogłem tak powiedzieć, bo ja w ten sposób o Martynie nie myślę.
S - Mimo to przeproś (!)

Znajomy przekalkulował, że zabawa w przedszkole, a tak tu nastąpiła, jest mniejszym złem niż utrata pracy.

Z - (westchnął) Dobrze przepraszam.
S - A za co?
Z - Że wybuchłem na Martynę (zgodnie z prawdą)
S - Nie, nie za to masz przeprosić. I to pełnym zdaniem proszę.

Fantastyczny szef, doprawdy.

I wtedy nastąpiło coś, czego nie spodziewał się nikt w firmie. Znajomy pożegnał się uprzejmie, po czym opuścił salę. Następnego dnia kolejne cztery osoby z sześcioosobowej grupy przysłało mailem zwolnienia lekarskie. Piątym członkiem zespołu był znajomy. Martyna została więc sama.

Jak sobie poradziła tego nie wie nikt. Znajomego niestety czeka sąd, bo dyscyplinarka kiepsko wygląda w papierach :/

EDIT: haha! rozmawiałam wczoraj z tym znajomym i dowiedziałam się, że:
1) Jak wyszedł z pokoju to było już mniej więcej półtorej godziny po planowej godzinie końca pracy.
2) Za nadgodziny przez dwa lata pracy w tej firmie NIGDY nie otrzymał żadnych pieniędzy.
3) Jak sam przyznał, zaraz po wyjściu udał się do toalety, by następnie ubrać się i wyjść.
4) Wezwano znajomego do wyjaśnienia, dlaczego opuścił miejsce pracy. A z niego bystry chłopak :D Nie stawił się, lecz zadzwonił do najwyższej góry firmowej. I zdziwiony powiedział:
"Ależ jak to bez wyjaśnienia? Przecież mój przełożony jak mnie tylko zobaczył kazał mi iść do domu. Martyna, moja koleżanka, poszła po niego bo zobaczyła, że kiepsko wyglądam i chyba jestem chory. Przyprowadziła szefa i ten jak mnie zobaczył to rzeczywiście kazał mi pójść do domu. Wyszedłem, poszedłem jeszcze do toalety, pożegnałem się z ochroną i tyle. Jeszcze tego samego dnia udałem się do przychodni, gdzie otrzymałem zwolnienie, które do państwa przesłałem. W związku z tym nie rozumiem o co chodzi".
5) Wersję znajomego potwierdzono na kamerach, które rejestrują tylko obraz bez dźwięku. Wszyscy członkowie grupy poza Martyną potwierdzili wersję znajomego. Wystarczyło się wcześniej porozumieć;) A dlaczego wszyscy jak leci przysłali zwolnienia lekarskie? To proste: "wszyscy siedzieliśmy po 12 godzin w tym samym pomieszczeniu w pocie czoła, więc nie trudno było się zarazić.
6) Jak Martynka i jej projekt, tego nie wiem. Bo znajomy też nie wie. Siedzą wszyscy na razie na zwolnieniu.

szef przedszkolanka

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 792 (840)