Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

takatamtala

Zamieszcza historie od: 26 czerwca 2012 - 15:59
Ostatnio: 18 października 2017 - 12:31
  • Historii na głównej: 73 z 92
  • Punktów za historie: 30583
  • Komentarzy: 420
  • Punktów za komentarze: 2224
 
poczekalnia

#80423

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Pojawiła się niedawno historia o nieoczekiwanym skutku, jaki przyniosło użyczenie drukarki komuś, żeby wydrukował sobie CV.
Przypomniało mi całkiem podobne zdarzenie.
Było to na samym finiszu mojego życia studenckiego. Miałam już wtedy na koncie całkiem sporo fuch. Głównie inwentaryzacji, ale też trochę projektów graficznych (bo w końcu Corel to też program wektorowy, więc taki uproszczony Auto Cad z kolorkami- połowa grafików padła teraz na zawał). Z tych projektów graficznych to min. robiłam broszurę dla pewnego koła naukowego materiałoznawców i całe opracowanie graficzne ich prezentacji na konferencji.
Oczywiście ile razy coś robiłam tyle razy gadałam o tym ze znajomymi na piwie.

No i przychodzi do mnie "przyjaciółka" i prosi o użyczenie drukarki, żeby wydrukować CV. No to drukuj.
Poszłam sobie zalać zupkę chińską (zjeść obiad)- jak wróciłam okazało się, że wydrukowała pół ryzy papieru. Już miałam wyartykułować, że chyba powinna się dorzucić do ryzy, gdy spojrzałam na nieszczęsne CV.
Nazwa koła naukowego była napisana samymi dużymi literami, więc od razu rzuciła się w oczy.
8 na 10 robót z podpunktu "doświadczenie" to były moje roboty.
Zamurowało mnie.
Na moje pytające spojrzenie usłyszałam "w CV się zawsze kłamie".
No i wzięła te 200 (sic!) CV i poszła je rozsyłać. Za pół ryzy zwróciła, za tusz nie "bo pożyczam ci aparat cyfrowy, a akumulator można ładować tylko określoną ilość razy, więc mi go zużywasz".
Z dzisiejszego punktu widzenia wiem, że powinnam wtedy zweryfikować tą znajomość, ale wtedy sobie pomyślałam, że nie można tak przekreślać kogoś, z kim znasz się 10 lat. Że ma fazę i jej minie.
Nie minęła, przeszła w eskalację.
W każdym razie- od tego czasu po skończonej robocie biorę referencje na których jest nr. tel. do zleceniodawcy. Żeby nie było.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 83 (95)

#80275

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak zmienić sobie salon w kryptę.

Jest sobie kamienica. Kamienica ma elewację frontową od południa, a podwórkową od północy. Ścianę wschodnią ma w granicy działki i kiedyś stał tam sąsiad, ale aktualnie działka jest pusta. Niemniej jednak jest to ściana w granicy działki.

Mierzę sobie coś tam na podwórzu, obok mnie administrator stoi i pali fajkę.
Zaczynam rysować tę elewację podwórkową i co widzę?
Na drugim piętrze - i tylko i wyłącznie na drugim - cała część po lewej (czyli mieszkanie przy ścianie szczytowej wschodniej) jest ocieplona. I nie ma okna. Na długości całego mieszkania (bo wiem, gdzie klatka się zaczyna).

- Panie Zbyszku, a tam facet sobie okno zamurował?
- Ta, zamurował. Cyrki z nim były - i tu trzeba zauważyć, że na elewacji wschodniej, tj. w granicy, na wysokości drugiego piętra właśnie, widać zamurowane okno i placki po kleju.
- Ale to on w ogóle nie ma okna w tamtym pokoju?
- Nie, nie ma.
- Ale jak to?
- A tak to, pani Talu, że on ma tam salon i mu nie pasowało okno tam gdzie było, więc sobie je zamurował w ścianie północnej, a wybił we wschodniej. Od sąsiada, w granicy. Bez nadproża. Jeszcze pożyczył rusztowanie i wlazł na tamtą działkę i ocieplił sobie tylko swoje mieszkanie. A tu - wskazał zamaszystym ruchem ręki pan Zbyszek sąsiadujące z nami zasieki - jest więzienie. I na niego z tego więzienia donieśli. Znaczy się kierownictwo. No i dostał nakaz zamurowania okna z Nadzoru.
- Ale panie Zbyszku, nie można nakazać komuś zamurowania okna, jeśli jest to jedyne okno doświetlające pomieszczenie.
- Nie można, pani Talu, gdyby on samowolnie, bez poinformowania administracji nie zamurował tamtego okna w północnej ścianie. Ale administracja o tym NIE WIEDZIAŁA - znaczące spojrzenie - więc obciążając pana od samowoli, zamurowała okno i usunęła samowolne ocieplenie.
- I się nie odwoływał?
- No odwoływał, ale dostał nakaz przywrócenia stanu pierwotnego od Nadzoru, czyli ma se to okno w ścianie północnej wybić. Tylko, pani Talu, nawet jeśli wybija się okno tam gdzie było, to...
- ... trzeba mieć pozwolenie na budowę...
- ... które kosztuje i administracja nie zamierza tych kosztów ponosić. A tamten też nie. Więc chciał młotem sam sobie to okno wybić, więc go POINFORMOWAŁEM, że sam go zgłoszę do Nadzoru, bo ja go, pani Talu, powyżej uszu mam - zaciągnął się fajką i wypuścił smugę dymu. - No i mamy z nim proces, a on najwyraźniej nie rozumie, że ja mu to ocieplenie ze ściany północnej mogę w każdym momencie zerwać. I mi pyskuje - zdenerwował się pan Zbyszek. - Jakim trzeba być debilem, żeby naprzeciwko okien kierownictwa więzienia, na działce, która ma 72 właścicieli i na której wiadomo, że nie można uzyskać zgody od właścicieli na wejście w teren, STAWIAĆ RUSZTOWANIE i jeszcze przebijać okno W GRANICY, kiedy wiadomo, że nie można w granicy okien robić.
- I to jeszcze bez nadproża.
- Dobrze, że mi ściana nie popękała. To bym miał - zakończył pan Zbyszek, odpalając fajkę od fajki. - Niech se dziad siedzi po ciemku - pokręcił głową. - Administracja to nie jest zawód dla ludzi o słabych nerwach, pani Talu. Oj nie.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 173 (197)

#80238

(PW) ·
| Do ulubionych
Mamy w naszym Piekiełku Muzeum.
Nasze Muzeum organizuje rożne eventy.
Np. kręcą teledysk na dachu.
Albo robią koncert muzyki alternatywnej.
Albo odczyt wierszy (współczesnych).
Albo wypiekają w miniaturowych piekarnikach (podobnych jak do hybryd) muffinki na lekcjach muzealnych dla dzieci. W pomieszczaniach dawnej czytelni przy bibliotece, która to czytelnia została na miejsce zorganizowanych "warsztatów" zlikwidowana.
A czego Muzeum nie robi?

Nie robi kwerend archiwalnych w swoich zbiorach, BO NIE - zarządzeniem dyrekcji do odwołania. Nie pozwala korzystać z biblioteki, bo zamknięto ją dla osób postronnych i mogą jej używać tylko pracownicy. Nie można samemu zrobić kwerendy, bo nikt nie będzie tej osoby postronnej pilnował czy nie kradnie. Nie ma elektronicznego katalogu zbiorów. Nie ma pełnego katalogu zbiorów, nawet analogowego. Część zbiorów leży w magazynach nieskatalogowana.
Dlaczego? Bo tak.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 100 (120)

#80142

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia znajomego.

Mierzył kamienicę i wylądował w mieszkaniu... no, nie żula, ale starszego gościa, który miał problem z ogarnianiem domu. Zapach podobno wyciskał łzy z oczu. W mieszkaniu mnóstwo gratów i trzy koty.

Obmiary robi się dalmierzem laserowym. Wiadomo, jak koty reagują na laser i czerwona kropkę, więc kolega poprosił gościa, żeby gdzieś zamknął te koty.

Na koniec jeszcze pan zażądał policzenia, ile ma metrów w mieszkaniu - bo wie, ile ma, ale jak kolega policzy więcej i podniosą mu czynsz, to on go pozwie, administrację pozwie i wszystkich pozwie.

Rozkukuryczył się facet, więc kolega wyjął komórkę i mu tam pi razy drzwi policzył. Chwilę to trwało.

Wychodząc, kolega tak z głupia frant pyta się: "a gdzie pan zamknął koty?”- bo wszystkie drzwi otwarte, a kotów nie ma.

Facet zniknął w łazience i kolega usłyszał tylko „urfa".

Gość zamknął koty w pralce. Jeden jeszcze trochę się ruszał. Reszta się podusiła.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (163)

#79998

(PW) ·
| Do ulubionych
W zestawie survivalowym każdej osoby mieszkającej w wielkiej płycie jest wiertarka udarowa. Mam więc na stanie takową.

Przychodzi kuzyn i rzecze:
- Pożycz wiertarkę.
- A po co ci?
- Bo muszę otwór w ścianie wywiercić - osoba mało czujna zakończyłaby wymianę zdań na tym fascynującym etapie. Ale że wiertarka jest - że tak powiem - Nasza ale nie Moja, postanowiłam pociągnąć temat.
- W jakiej ścianie?
- W garażu - trzeba tu dodać, że kuzyn posiada garaż przytulony do górki(bo u nas wszędzie są górki) solidnym murem oporowym.
- A udaru potrzebujesz, żeby wiercić w tym murze oporowym, tak?
- No tak. Chce se półki powiesić.
- Zrób se samonośne. Spalisz wiertarkę. Ten mur ma takie parametry, że się nie wwiercisz.
- Na samonośne idzie więcej materiału.
-A na dziury w murze oporowym więcej wiertarek - kuzyn pobuczał, pofuczał i poszedł.

Na następnym obiedzie rodzinnym wyszło, że wujek został pozbawiony w ciągu tygodnia dwóch wiertarek. Jednej konwencjonalnej, drugiej z udarem - a po pociągnięciu tematu wyszło, że doszło do tego przed rozmową ze mną.
Ludzie powinni uczyć się na błędach :/

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 166 (178)
zarchiwizowany

#79564

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Przeglądałam tablicę na FB i mi się przypomniało.
Szłam kiedyś ulicą ze znajomym. Późne niedzielne popołudnie było, pusto wszędzie cicho wszędzie bo to nie było duże miasto.
Idziemy, a po pustej ulicy hula wiatr i nagle wyskakuje jak spod ziemi jakaś kobieta.
-Czy ja mogę pożyczyć od Pani telefon?!- palce rozczapierzone, szaleństwo w oczach, włos potargany. Ale z ubrania powiedziałbym że dwie półki finansowe wyżej od mojej skromnej osoby.
-A dlaczego?- spytałam na wydechu bo mnie zassało z wrażenia.
-Bo mojego psa pogryzł inny pies i on za chwilę się wykrwawi, a tu weterynarza nie ma ale jest numer na drzwiach, a ja nie wzięłam telefonu jak wyjechałam z domu.
Historia ta trzymała się kupy, bo w aucie leżał pies wielkości cielaka- chyba dog-i wyglądał dość smutnie na mordzie a dookoła szyi miał zawiązaną jakąś dość przekrwawioną szmatę. No i byliśmy pod gabinetem weterynarza.
-Ta daj se spokój. Chodź- zajęczał znajomy.
Dałam jej telefon a pani dzwoni.
-Widzisz, nikt nie odbierze w niedziele popołudniem- znajomy jęczał dalej, całkiem jak mój dwuletni bratanek jak chce jajko niespodziankę w supermarkecie. Pani dzwoni. Jak na złość znajomemu weterynarz odebrał.
Pani z histerią w głosie powiedziała to samo co mi i zaczęła domagać się przyjazdu weterynarza tudzież, że dowiezie zwierze do weterynarza.
Weterynarz powiedział jej, że jest po godzinach pracy i proszę przyjść w poniedziałek. Pies wytrzyma co pani histeryzuje.
- Co z ludzie, czy go nie obowiązuje sumienie, przecież każde życie trzeba ratować- rozryczała się pani bo jej weterynarz rzucił słuchawką.
-A nie ma Pani jakiegoś znajomego lekarza?-spytałam a znajomego szlag trafił.
-Ta weź se daj spokój. Chodź. Nie przyjmie to nie przyjmie.
-Ale życie trzeba ratować- pani się program zapętlił.
-To proszę ratować sobie jutro rano. W godzinach pracy lekarza- warknął znajomy.
-Ale przyzwoitość...- pani płacze.
-Ten pan prowadzi własną działalność gospodarczą i ma prawo przyjmować klientów kiedy mu się tylko podoba. Sami głosowaliście za uwolnieniem rynku to teraz ponoście konsekwencje wolności którą daliście przedsiębiorcom.
-Ale...- pani szczęka opadła.
-Co ale! Co ale! Mamy kapitalizm! Każdy może robić co chce i nie ma pani prawa wymagać od weterynarza, żeby przyjeżdżał kiedy PANI się podoba, bo on jest sam sobie panem i przyjeżdża kiedy MU się to podoba. Takiej Polski chcieliście to macie.
-Ta weź wyluzuj- odetkało mnie, bo dog dalej leżał w aucie- Przecież ty lubisz psy. Sam masz psa- dodałam właściwie bezmyślnie, jakby jego empatia mogła pomóc owej pani.
-A ty nienawidzisz psów!
-Ale nie na tyle, żeby dać się jakiemuś wykrwawić- właściwie to nie tyle nienawidzę, co wolę jak między mną a psem jest zachowany pewien dystans. I najlepiej, żeby gdzieś na tym dystansie było ogrodzenie na dwa metry i właściciel psa.
-Ale co ja mam zrobić. Co ja mam zrobić-pani dalej traci głowę.
-No chodź. Co tu będziesz sterczeć bez sensu. Tak teraz świat działa, tak chcieliście żeby działał więc macie wolność rynkową, każdy robi co chce i nie ma moralności- w tym momencie moje myśli zaczęły biec dwutorowo. W jednej strony goniły w piętkę nad krwawiącym dogiem a w drugiej pojawiło mi się nieśmiałe pytanie, czy przed transformacją ustrojową w każdym małym mieście było pogotowie weterynaryjne. Nie żebym ja albo znajomy mogliśmy to pamiętać.
-Może jakaś pielęgniarka koleżanka...- wydukałam.
-MARYSIA!- wrzasnęła Pani i pobiegła do auta- Dziękuję- dodała i odjechała z piskiem opon.
-I widzisz, nawet nie oddała ci za połączenie- pi...da.
To był moment, kiedy zaczęłam weryfikować tą znajomość.

W każdym razie przypomniało mi się, bo znajomy został przewodniczącym okręgu w tym swoim niewielkim mieście i szykuje się na radnego. I wcale nie z lewicy tylko z partii, która zaczyna się na W a kończy na Ć. Partii pana, który ma nazwisko na K z ostatnią literą N .
PS. Oddała telefon. oddała :)

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 36 (108)

#78308

(PW) ·
| Do ulubionych
Z cyklu: jak podnieść architektowi ciśnienie jednym pytaniem.

- A po co ja mam płacić pani za jakieś papiery i nieść je do urzędu, skoro w środku budynku mogę robić co chcę?
Spytał się właściciel stodoły na 90m kw. która składa się z 12 drewnianych słupów, dachu i oblicówki drewnianej.

- Ale pan zamierza wyburzyć budynek i zbudować nowy, murowany na jego miejscu.
- No i co? Nie wolno mi?
- No tak po prostu nie wolno. Za duży jest, żeby to było na zgłoszenie do urzędu, możemy robić to przebudową...
- Ale ja w środku mogę robić co chcę!
- To nie jest do końca prawda. Poza tym pan przecież nic nie robi w środku obiektu tylko burzy CAŁY budynek i buduje nowy, z pustaków, z nowym fundamentem i nowym dachem. To jest przebudowa. Na to trzeba mieć pozwolenie na budowę! Inaczej to będzie samowola.
- Ale ja wybuduje nowy w środku starego i ten stary z zewnątrz potem rozbiorę! I co mi Pani zrobi, hę? Hę?

No mogłabym zadzwonić do nadzoru, ale świnia nie jestem. Tylko po uj w ogóle się do mnie fatygował i mnie fatygował na swoje zadupie.

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 224 (238)
zarchiwizowany

#77781

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Czasami człowiek jeździ tu i ówdzie i np. siedzi w jednym przedziale z osobą którą nie zna.
Czasami te osoby zaczynają opowiadać rożne rzeczy. Czasami opowiadają bardzo dziwne rzeczy.
Przypadkowy Towarzysz Podróży: ...a w zeszłym roku w lecie miałem próbę samobójczą.
Ja: ???!
PTP: Rzuciłem się pod samochód. Ale dużo mi się nie stało, odbiłem się od maski i tylko zdarło mi skórę po lewej stronie ciała, żebra miałem obite, ryjem przesmarowałem trochę.
Ja: A tomograf ci robili?
PTP: Nie byłem w szpitalu.
Ja: Jak to nie byłeś? Po wypadku się zawsze wiezie poszkodowanego do szpitala! Zawsze!
PTP: Nie chcieliśmy pał wzywać. Facet z auta powiedział, że zamkną mnie w psychiatryku na obserwację, że dostane żółte papiery, że nie chce mi życia pie...lić. Odwiózł mnie do domu. Spoko koleś był.
Ja: Nie spoko koleś tylko on to we własnym interesie zrobił. Zatrzymaliby mu prawo jazdy jakby ciebie wzięli na obserwację. I miałby to we własnych papierach jako potrącenie.
PTP: Ale przy próbie samobójczej?
Ja: No z tego co wiem, to by mu potem oddali ale najpierw miałby zatrzymane. On nie był spoko, we własnym interesie to zrobił.
PTP: Może. Ale JP na 100%. Przecież nic mi się nie stało.

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 17 (123)

#77531

(PW) ·
| Do ulubionych
Pojawiło się ostatnio trochę historii z PUPy - czyli Powiatowego Urzędu Pracy.
Szczególnie spodobała mi się ta, w której ktoś musiał napisać biznesplan, żeby dostać się na szkolenie z pisania biznesplanów- w ramach dofinansowania do rozpoczęcia działalności.
A więc- ja również, swego czasu uczestniczyłam w takim szkoleniu. PUPa uważa mnie pewnie za swój sukces i dowód efektywności, bo dofinansowanie dostałam, rozliczyłam i firmy nie zamknęłam.
W każdym razie- wtedy (7,5 lat temu) przysługiwało bezrobotnej osobie jedno bezpłatne szkolenie w roku. A że zarejestrowałam się tylko po to, żeby dofinansowanie otrzymać to od razu wpisałam się na szkolenie pt "ABC Biznesu".
Szkolenie składało się z siedmiu dni po 8 h w proporcjach: 1 dzień prawa, 1 dzień księgowości, 5 dni BHP.
Po dniu prawa stwierdziłam, że świat jest straszny i przerażający, po 8 h robienia rozliczeń uznałam, że będę zatrudniać księgową a po BHP napisałam skargę.

A napisałam skargę bo facet był absolutnie kopnięty.

Z zarzutów takich dotyczących generalnie irytującego stylu bycia to:
- Stawiał stoper, który cykał bardzo głośno i wydzwaniał na 45minut lekcji i 15 minut przerwy. Jak dzwonił, to gość przerywał w połowie zdania i kontynuował od tego przecinka co przerwał na następnej lekcji. Myśmy tam siedzieli na du..e plackiem cały boży dzień, więc byliśmy " w ciągu", ale to były szkolenia łączone i przychodzili np. ludzie z kursu na wózek widłowy w środku dnia na opis ratowania człowieka przy oparzeniu i wychodzili po trzeciej minucie filmu o połknięciu środków żrących. Nie było bloków tematycznych, po prostu facet mówił ciurkiem i jedne grupy wchodziły, inne wychodziły a on sobie mówił nie przejmując się np. wyczerpaniem jakiegoś bloku tematycznego dla danej grupy.
- Mówił modelując głos z bardzo niska do bardzo wysoka. W cyklu dwuminutowym. 8h przez 5 dni. Oszaleć można było.
- Puszczał film a potem robił wykład dublując treść filmu i pokazując plansze dotyczące tego co na filmie. Cały czas modulując głos.

Ale tak właściwie skarga poszła bo facet ilustrował wykłady historyjkami:
-puenta: "osobę po wypadku należy pocieszać aż do przyjazdu ratowników" zilustrował opowieścią o kobiecie która w wyniku wypadku samochodowego nabiła się damską częścią ciała (waginą) na pedał hamulca.
-puenta: "świętowanie imprez powinno odbywać się poza miejscem pracy" zostało zilustrowane opowieścią o kobiecie, która była nauczycielką i jak miała urodziny, to koledzy zaczęli ją podrzucać na rękach i nabiła się wiadomą częścią ciała na wieszak.
-puenta: "należy przechowywać substancje żrące w oryginalnych opakowaniach" została zilustrowana opowieścią, jak kobieta postanowiła się podmyć tam na dole wodą z butelki która była kwasem solnym przechowywanym w nieoryginalnym opakowaniu.

I tak 8 h. przez 5 dni.
No i napisałam tą skargę. No i co?
Teściowa mojego brata jest nauczycielką i wysłali ją na szkolenie BHP bo coś tam. Tak, w tym roku. I siedzimy na obiedzie i ona zaczyna opowiadać:
- Wy nie wiecie co ja przeżyłam w tym tygodniu. Jakiego ja miałam wariata na szkoleniu BHP i co on opowiadał...- czyli dalej wariat mieli ludziom mózgi siedząc w tej samej instytucji.
Rok po mnie dwoje moich znajomych szło po to samo dofinansowanie, to mieli zupełnie inny program (min. wysłali ich na praktyki do firm o podobnym profilu działalności), ale musieli za nie płacić.
Trzy lata później koleżanka szła i miała tylko jeden dzień z wszystkimi blokami.
I szukaj sensu człowieku.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 178 (206)

#77355

(PW) ·
| Do ulubionych
Opowieść nie tyle o babie na budowie, co babie w procesie okołobudowlanym.
Dostaję telefon, że mam przyjść "na dywanik" do Inspektora Nadzoru, bo coś tam.
Inspektor Nadzoru to ktoś, kto na budowie reprezentuje interes Inwestora. Inwestor nie musi znać się na budownictwie - jak już się do tego sam przed sobą przyzna (bo wszyscy znają się na budownictwie), to może taką osobę zatrudnić, żeby pilnowała jakości wykonywanych prac. Przy pracach z dotacji Inspektor Nadzoru jest obowiązkowy.

Otóż pan Inwestor Nadzoru ma uwagi do "projektu" - jak mi napisał w mailu stosując cudzysłów. Szłam więc na to spotkanie już z pewnym nastawieniem.
Jak pojawiłam się na miejscu, rozłożył mój projekt z uwagami napisanymi CZERWONYM DŁUGOPISEM na egzemplarzu dokumentacji Inwestora. Moje nastawienie się pogłębiło.

Otóż sprawa banalna. Dach z ostatniej historii. 120 lat i remont w postaci wymiany pokrycia i impregnacji więźby.
IN: Czy pani W OGÓLE mierzyła ten dach?
Ja: Nie potrafię robić inwentaryzacji inaczej - telepatycznie jeszcze nie ogarniam.
IN: To jakieś bzdury są.
Ja: Dach jest zmierzony rzetelnie - moje nastawienie pogłębia się.
IN: Wszystkie elementy maja ten sam przekrój. Jakby pani wiedziała jak się dach konstruuje, to by pani nie rysowała mieczy i krokwi w wymiarze 17x17! Jeszcze jestem w stanie uwierzyć, że słupy, ale że i płatwie, i słupy, i murłaty - wszystko 17x17?! Pani sobie jaja robi?
Ja: Ja wiem, jak się dach konstruuje, ale może oni nie wiedzieli. Ja rysuję co jest w naturze.
IN: Tu są krokwie w rozstawie 200 cm!
Ja: Bo one w naturze są w rozstawie co 180-200 cm (co jest logiczne, skoro są dwa razu za grube).
IN: Połowa elementów jest przeskalowana!
Ja: To chodźmy zobaczyć dach.
IN: Ja nigdzie z panią chodzić nie będę! - ale drzeć mordę przy Inwestorze i sugerować, że spartaczyłam zapłaconą robotę to może?
Ja: To proszę popatrzeć na zdjęcia - bo ja zawsze fotografuję dach w całości i po kolei wszystkie typy złączy ciesielskich na dachu. I zapobiegawczo wzięłam pendrive.

I wyszło na moje. Tzn. że ktoś cały dach zbudował z jednego rodzaju belki. Widać było jak na dłoni: miecz wchodzący w słup tej samej szerokości, stojący na tramie tej samej szerokości, podtrzymujący płatwie o kwadratowym przekroju TEJ SAMEJ SZEROKOŚCI.
Z punktu widzenia ekonomii idiotycznie, ale kto bogatemu zabroni?

Inspektor Nadzoru coś tam pomruczał i zaczął przyczepiać się do kosztorysanta. Kosztorys poprawiony był czerwonym długopisem na każdej po kolei pozycji.
Uj nie Inspektor.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 267 (285)