Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

takatamtala

Zamieszcza historie od: 26 czerwca 2012 - 15:59
Ostatnio: 19 czerwca 2018 - 21:44
  • Historii na głównej: 82 z 100
  • Punktów za historie: 32270
  • Komentarzy: 451
  • Punktów za komentarze: 2493
 
zarchiwizowany

#79564

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Przeglądałam tablicę na FB i mi się przypomniało.
Szłam kiedyś ulicą ze znajomym. Późne niedzielne popołudnie było, pusto wszędzie cicho wszędzie bo to nie było duże miasto.
Idziemy, a po pustej ulicy hula wiatr i nagle wyskakuje jak spod ziemi jakaś kobieta.
-Czy ja mogę pożyczyć od Pani telefon?!- palce rozczapierzone, szaleństwo w oczach, włos potargany. Ale z ubrania powiedziałbym że dwie półki finansowe wyżej od mojej skromnej osoby.
-A dlaczego?- spytałam na wydechu bo mnie zassało z wrażenia.
-Bo mojego psa pogryzł inny pies i on za chwilę się wykrwawi, a tu weterynarza nie ma ale jest numer na drzwiach, a ja nie wzięłam telefonu jak wyjechałam z domu.
Historia ta trzymała się kupy, bo w aucie leżał pies wielkości cielaka- chyba dog-i wyglądał dość smutnie na mordzie a dookoła szyi miał zawiązaną jakąś dość przekrwawioną szmatę. No i byliśmy pod gabinetem weterynarza.
-Ta daj se spokój. Chodź- zajęczał znajomy.
Dałam jej telefon a pani dzwoni.
-Widzisz, nikt nie odbierze w niedziele popołudniem- znajomy jęczał dalej, całkiem jak mój dwuletni bratanek jak chce jajko niespodziankę w supermarkecie. Pani dzwoni. Jak na złość znajomemu weterynarz odebrał.
Pani z histerią w głosie powiedziała to samo co mi i zaczęła domagać się przyjazdu weterynarza tudzież, że dowiezie zwierze do weterynarza.
Weterynarz powiedział jej, że jest po godzinach pracy i proszę przyjść w poniedziałek. Pies wytrzyma co pani histeryzuje.
- Co z ludzie, czy go nie obowiązuje sumienie, przecież każde życie trzeba ratować- rozryczała się pani bo jej weterynarz rzucił słuchawką.
-A nie ma Pani jakiegoś znajomego lekarza?-spytałam a znajomego szlag trafił.
-Ta weź se daj spokój. Chodź. Nie przyjmie to nie przyjmie.
-Ale życie trzeba ratować- pani się program zapętlił.
-To proszę ratować sobie jutro rano. W godzinach pracy lekarza- warknął znajomy.
-Ale przyzwoitość...- pani płacze.
-Ten pan prowadzi własną działalność gospodarczą i ma prawo przyjmować klientów kiedy mu się tylko podoba. Sami głosowaliście za uwolnieniem rynku to teraz ponoście konsekwencje wolności którą daliście przedsiębiorcom.
-Ale...- pani szczęka opadła.
-Co ale! Co ale! Mamy kapitalizm! Każdy może robić co chce i nie ma pani prawa wymagać od weterynarza, żeby przyjeżdżał kiedy PANI się podoba, bo on jest sam sobie panem i przyjeżdża kiedy MU się to podoba. Takiej Polski chcieliście to macie.
-Ta weź wyluzuj- odetkało mnie, bo dog dalej leżał w aucie- Przecież ty lubisz psy. Sam masz psa- dodałam właściwie bezmyślnie, jakby jego empatia mogła pomóc owej pani.
-A ty nienawidzisz psów!
-Ale nie na tyle, żeby dać się jakiemuś wykrwawić- właściwie to nie tyle nienawidzę, co wolę jak między mną a psem jest zachowany pewien dystans. I najlepiej, żeby gdzieś na tym dystansie było ogrodzenie na dwa metry i właściciel psa.
-Ale co ja mam zrobić. Co ja mam zrobić-pani dalej traci głowę.
-No chodź. Co tu będziesz sterczeć bez sensu. Tak teraz świat działa, tak chcieliście żeby działał więc macie wolność rynkową, każdy robi co chce i nie ma moralności- w tym momencie moje myśli zaczęły biec dwutorowo. W jednej strony goniły w piętkę nad krwawiącym dogiem a w drugiej pojawiło mi się nieśmiałe pytanie, czy przed transformacją ustrojową w każdym małym mieście było pogotowie weterynaryjne. Nie żebym ja albo znajomy mogliśmy to pamiętać.
-Może jakaś pielęgniarka koleżanka...- wydukałam.
-MARYSIA!- wrzasnęła Pani i pobiegła do auta- Dziękuję- dodała i odjechała z piskiem opon.
-I widzisz, nawet nie oddała ci za połączenie- pi...da.
To był moment, kiedy zaczęłam weryfikować tą znajomość.

W każdym razie przypomniało mi się, bo znajomy został przewodniczącym okręgu w tym swoim niewielkim mieście i szykuje się na radnego. I wcale nie z lewicy tylko z partii, która zaczyna się na W a kończy na Ć. Partii pana, który ma nazwisko na K z ostatnią literą N .
PS. Oddała telefon. oddała :)

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 38 (110)
zarchiwizowany

#77781

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Czasami człowiek jeździ tu i ówdzie i np. siedzi w jednym przedziale z osobą którą nie zna.
Czasami te osoby zaczynają opowiadać rożne rzeczy. Czasami opowiadają bardzo dziwne rzeczy.
Przypadkowy Towarzysz Podróży: ...a w zeszłym roku w lecie miałem próbę samobójczą.
Ja: ???!
PTP: Rzuciłem się pod samochód. Ale dużo mi się nie stało, odbiłem się od maski i tylko zdarło mi skórę po lewej stronie ciała, żebra miałem obite, ryjem przesmarowałem trochę.
Ja: A tomograf ci robili?
PTP: Nie byłem w szpitalu.
Ja: Jak to nie byłeś? Po wypadku się zawsze wiezie poszkodowanego do szpitala! Zawsze!
PTP: Nie chcieliśmy pał wzywać. Facet z auta powiedział, że zamkną mnie w psychiatryku na obserwację, że dostane żółte papiery, że nie chce mi życia pie...lić. Odwiózł mnie do domu. Spoko koleś był.
Ja: Nie spoko koleś tylko on to we własnym interesie zrobił. Zatrzymaliby mu prawo jazdy jakby ciebie wzięli na obserwację. I miałby to we własnych papierach jako potrącenie.
PTP: Ale przy próbie samobójczej?
Ja: No z tego co wiem, to by mu potem oddali ale najpierw miałby zatrzymane. On nie był spoko, we własnym interesie to zrobił.
PTP: Może. Ale JP na 100%. Przecież nic mi się nie stało.

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 19 (125)
zarchiwizowany
Czasami, jak się ładnie poprosi, to Urzędzie nie trzeba czekać 60 dni tylko powiedzmy 30. Trzeba przyjść, wyjaśnić, że się człowiekowi śpieszy, trochę się popłaszczyć, powiedzieć jakie to ważne i dotacja unijna i pani w banku i uśmiechać się tak długo, że aż twarz boli...
I jak się już dostanie telefon od Pani w Urzędzie, że papier gotowy, to się mówi Inwestorowi: idź pan do tego Urzędu i odbierz go, żeby pocztą zawiadomienia nie słali, bo jaka jest poczta każdy wie.
I idzie taki Inwestor do tego Urzędu, odbiera ten papier od tej obłaskawionej i ulitowanej Urzędniczki... I jełop patrzy na te dwie kartki A4 i wypala:
- I co? tak trudno to było w jedną godzinkę przed południem napisać? Tak trudno było?- w mściwą satysfakcją w głosie pyta, zamiast normalnie jak człowiek podziękować, że zrezygnowała kobita z tej trzeciej kawy i okazała resztkę serca, żeby dotacji osioł nie stracił.
Jełop.

Skomentuj (49) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 179 (261)
zarchiwizowany

#70217

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ulica Anielska ma trzy pasy. Pas prawy skrajny idzie pod górę, a lewy skrajny z górki. Przed skrzyżowaniem z Piekielną dochodzi środkowy do zjeżdżających na lewo (czyli w Piekielną), a za skrzyżowaniem środkowy pas jest dla tych włączających się z Piekielnej w Anielską. Ten pas prowadzi pod górkę. No i są światła- dlatego, że Anielska jest długa, prosta i prowadzi z górki. Ludzie lubią rozwijać na niej prędkość podświetlną.
Stoję sobie jakieś 10 m od skrzyżowania i klnę w duchu na Dziada, który powoli i mozolnie gramoli się autem na wysoki krawężnik za znakiem zakazu. Zapala się zielone, dziad jeszcze z dwie sekundy blokuje ruch, objeżdżam jego wystającą d..pe i wjeżdżam na skrzyżowanie na moim ZIELONYM z przyzwyczajenia się rozglądając.
I daje po hamulcach. I widzę, jak centymetry od mojej maski, prędkością podświetlaną przejeżdża samochód. Środkowym pasem. Przeznaczonym dla MNIE, bo włączam się do ruchu z Piekielnej skręcając w lewo.
Wszystkie auta po klaksonach.
Przejechał. Ruszyłam i zaparkowałam sobie zaraz za skrzyżowaniem, bo mnie zimny po oblał, ręce i nogi mi się trzęsły.
Ktoś puka w okno.
Otwieram.
-Z Panią wszystko w porządku?
-No tak...- ale mi trochę słabo, bo do mnie dociera, że jakby ten dziad się wcześniej nie gramolił przy parkowaniu, to by się ten wariat tnący pod prąd wbił się w drzwi kierowcy. Albo jakbym go nie zauważyła- i gdyby moje auto jak nigdy nie stanęło w miejscu- to by mi zahaczył nos i na bank by ktoś z nas wpadł na ludzi przy światłach, czy auta stojące na czerwonym z obu stron skrzyżowania. A przejechał mi na centymetry...
-Ja sobie jeszcze chwilę posiedzę...
-Ale on z górki pod prąd na czerwonym jechał- naskarżył starszy Pan.
-Ale monitoringu nie ma? Gdzie tamten w ogóle jest?
-Ta jaki monitoring. Uciekł na następnym skrzyżowaniu w prawo w Posepną.
-Blach pan nie widział?- nie, pan nie widział. Pozostałe auta spokojnie pojechały na swoim zielonym a pieszy się rozeszli.
Wysiadłam z auta i ostatnie 500 m do celu podróży poszłam pieszo.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 52 (146)
zarchiwizowany

#70109

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ocieplają mi blok. W grudniu.
Siedzę sobie i pracuje przy kompie. Zasłony mam zasunięte, bo mieszkanie na 10. piętrze odzwyczaiło mnie od ludzi patrzących mi do domu. Nagle słyszę zza (zewnętrznej) ściany:
-Ty, a to dobrze tak w grudniu tynkować? Rano mroź był.
-To nie jednorodziny. Tynkuj nie gadaj.

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 7 (41)
zarchiwizowany

#70020

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia Krolewny o wątpliwym poziomie serwowanego doświadczenia artystycznego- drogą wolnego skojarzenia- przypomniała mi pewną historię.
Otóż mieszkam w mieście, które jest nieduże, ale swoją kropkę na mapie ma. Przez tą kropkę chyba od czasu do czasu znajduje się na trasie różnych będących w trasie zespołów. W takim przypadku miasto sięga do swoich "zasobów" i robi im koncert w jednej z trzech lokalizacji: na scenie na zamku, na scenie w kinie albo w knajpie "Piekiełko".
W piekiełku ląduje cała muzyka która nie jest muzyką klasyczną i recitalem śpiewanej poezji JPII.
Piekiełko jest sklepioną krzyżowo piwnicą pod urzędem miejskim, pomalowaną na żółto i różowo, z szerokim na 1.5m filarem podtrzymującym sklepienie 2 m od sceny. Posiada podest na 10 cm robiący za scenę, pluszową kotarę w kolorze czerwonego wina i napis "Centrum kultury i nauki Piekiełko" wycięty ze styropianu nad sceną.
Piekiełko zasłynęło kiedyś tym, że na koncercie punkowym rozstawili krzesełka pod sceną, bo im się pomyliło z wieczorem jezzowym.
Na codzień w Piekiełku sprzedaje się frytki, pierogi i piwo, a lokalem zajmuje się najemca, ale na czas koncertu przychodzi - KHEM- miastowa ekipa koncert obsługiwać. Ustawiają głośniki, podpinają kable, ustawiają JEDEN reflektor, który oświetla scenę i przyscenie do stopnia jasności pomieszczenia biurowego, światłem stałym i żółtym.
-Moja mama miała tu wieczorek poetycki w zeszłym tygodniu i ten sam reflektor się świecił- wyjawił mi kolega kiedy sączyliśmy piwo czekając na Kwasożłopy.
-Przynajmniej wynieśli krzesełka- pocieszyłam go, bo trenuje się w byciu optymistą.
Czy pamiętacie, że 2 m od sceny jest szeroki na 1.5 m filar? A wiecie co jest na czole tego filaru, od strony sceny właśnie? Wiecie? Panel z kontrolkami jest!
Więc grają sobie Kwasożłopy, reflektor się świeci, publiczność sobie poguje bardzo starając się nie wpadać na zespół (bramki? jakie bramki?) i nagle światło zaczyna migać. Myślę sobie: "niemożliwe! Ktoś zaczął robić lightshow! Może własnego człowieka przywieźli i miga teraz tym jednym reflektorem do rytmu". Po czym światło zgasło. Ale nagłośnienie działa, zespół gra niewzruszenie udając że wszytko ok, pogujący tłum i tak poguje na ślepo, żeby nie widzieć tego różowego i żółtego na ścianach, bo to psuje nastrój.
Ktoś od zaplecza się przeciska, dopada panelu z kontrolkami i światło znowu jest.
-PROSZĘ DUPAMI NIE WPADAĆ NA PRZYCISKI!- wrzeszczy do pogującego tłumu. Kwasożłopy grają. Facet sobie idzie. Światło gaśnie. Facet wraca- NIE WPADAĆ MÓWIĘ- po czym został staranowany prze wielbiciela miejskiej kultury i sam zgasił światło szlachetną częścią ciała.
Doszło do niego sedno problemu i postanowił go rozwiązać. Stanął tyłem do zespołu, oparł się ramionami o filar i siłą autorytetu swoich 100 kg bronił przełączników własnym ciałem przez cały koncert. I z całym swoim poświeceniem obronił! Reflektor nie mignął i nie ruszył się już ani razu.
To natomiast co dzieje się po koncercie wymaga osobnego akapitu:
WSZYSTKIE normalne knajpy po to robią koncert, żeby sprzedać dużo piwa i zarobić trzy razy tyle co przez cały tydzień.
W Piekiełku po koncercie wychodzą panie z odkurzaczami i mopem i przeganiają gości z kąta w kąt, bo trzeba ogarnąć, a koncert już się przecież skończył, no! Więc wszyscy goście się wynoszą do prywatnej knajpy obok i czają w oknie na wychodzące zespoły.
PS. Na szczęście przed kolejnym koncertem panel z kontrolkami przenieśli.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 157 (253)
zarchiwizowany
Koleżanka właśnie wymieniła gumy w aucie i w ramach opowieści okołosamochowodych zaserwowała taką historię.
Skończywszy 18 lat ona i dwie inne koleżanki postanowiły zrobić sobie prawo jazdy. Na którymś etapie tego przedsięwzięcia (kto by pamiętał na którym) idzie się do lekarza, by ten potwierdził, że jest się na tyle fizycznie sprawnym by ten samochód prowadzić.
Do gabinetu weszły trzy, bo prawko robiły trzy i im wszystkim trzem PANI doktor kazała się od pasa w górę rozebrać do rosołu. Każdej za osobnym przepierzeniem. Stanęła sobie widząc je wszystkie trzy (ale one siebie nie widziały zza parawanów), przeprowadziła z nimi wywiad, potem badanie neurologiczne pt. "czy umie pani wystać na jednej nodze", pozwoliła im się ubrać i z podbitym zaświadczeniem wysłała w świat.
Dopiero jak dziewczyny wyszły, dotarło do nich, że wydarzyło się coś dziwnego.

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -7 (27)
zarchiwizowany

#65694

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Żona kolegi zięcia sąsiada po pół roku bezowocnego poszukiwania pracy stwierdziła, że sytuacja dojrzała do tego, żeby się samozatrudnić. Po szybkim ogarnięciu opcji dofinansowań z PUPy i PROWu uznała, że założy spółdzielnię socjalną.
Kiedy spytałam czym to to jest usłyszałam: "musi być 6 bezrobotnych, dostajemy każda z nas dofinansowanie, wydajemy je wg. kosztorysu, a potem zatrudniamy siebie nawzajem". Acha.
W każdym razie- dziewczyny się między sobą dogadały. Wymyśliły bar typu mleczny z cateringiem. Bar potrzebuje kuchni z zapleczem a kuchnia potrzebuje mieć projekt adaptacji ze zmianą sposobu użytkowania, uzgodniony w sanepidzie, u strażaka i bhpowca... I tu z polecenia sąsiada zięć powiedział koledze który powtórzył żonie, że ja tanio i szybko mogę coś takiego ogarnąć:)
One niby w tej spółdzielni były równorzędne, ale jak w każdym stadzie musiała pojawić się samica alfa i wyszło na to, że to rzeczona żona.
W praktyce (a byłam przerażona wizją rozmowy z szóstką inwestorów na raz) wyglądało to tak, że zawsze byłą owa rzeczona żona i ktoś jeszcze z reszty. A że byłam na miejscu często, to szybko poznałam całą "drużynę". Z wyjątkiem jednej dziewczyny- "Aśki", z zawodu księgowej.
Gdy na żarty poruszyłam temat moje rozmówczynie zrobiły się lekko czerwone i wyznały, że mają z laską problem... bo raz, że w ogóle się nie pojawia, dwa: że trzeba do niej jeździć na głęboką wieś z dokumentami żeby cokolwiek podpisała, trzy będą same własnymi ręcami lokal remontować bo mają kasę tylko na urządzenia i nie liczą, że Aśka będzie z nimi przysłowiowe płytki kładła.A wywalić jej z całej inicjatywy nie mogą, bo muszą być w tym składzie przez rok.
Jak przyszło o zdawania dokumentacji- w atmosferze ulgi, przekroczenia kamienia milowego całego przedsięwzięcia itd- odbywającego się przy ciastku i piwku- to też Aśki nie było. Aśki nigdy nie było.
Dziewczyny wystartowały z działalnością 2.01.15- po ciężkim remoncie robionym systemem gospodarczym. Aśki na otwarciu nie było.
10.02 przyniosła chorobowe od lekarza, ze względu na szósty tydzień ciąży.
"Nawet nie udawała, że to z zaskoczenia"- skończyła mi relacjonować żona kolegi zięcia sąsiada.

Skomentuj (48) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 166 (256)
zarchiwizowany
Pracuję przy opracowywaniu pozwoleń na budowę. Ze względu na stosunkowo małe doświadczenie w zawodzie, nie do końca potrafię jeszcze rozmawiać z Inwestorami tak, żeby wyszło dobrze dla pacjenta tj. budynku.
Zdanie: kolorystyka elewacji na kamienicy, z której skuto sztukaterię. Przewiduje się wykonanie nowej sztukaterii z gotowych elementów styropianowych. W grę wchodzą : opaski okienne, podparapetniki, gzymsy i...
-...bonie?
-A czym są bonie?
- Na parterze w kamienicach takie wypukłe poziome pasy na 40-60 cm. Miały udawać ciosy kamienne, tak żeby nadać budynkowi ciężaru i powagi. Ja osobiście rekomenduje bonie, bo wszystkie sąsiednie kamienice mają.
-Ale my mamy parter kompletnie zmieniony- chodzi o to, że pozamurowywali sobie okna i w niektórych otworach okiennych zrobili drzwi. Na parterze był sklep spożywczy a tam nie może być dostępu światła słonecznego, dlatego pozbyli się okien. Po roku sklep zbankrutował a parter wygląda do d...uszy. Inwestorzy nie chcą jednak przywrócić stanu pierwotnego.
-Owszem, ale można zminimalizować ten efekt. Takie bonie są bardzo ładne, będzie lepiej komponowało się z otoczeniem- brnę- poza tym one są ze styropianu. To co prawda 5 cm ale jakiś efekt izolacji termicznej będzie- i tu jak się okazało strzeliłam sobie w stopę.

Na następnym spotkaniu inwestorzy ogłosili mi, że mieszkania z pierwszego i drugiego piętra przegłosowały tych z parteru i boni nie będzie. Bo dlaczego tamci mają mieć minimalną termoizolacje a góra nie, skoro wszyscy mają taką sama opłatę na fundusz remontowy od metra.
Mogłam się zamknąć.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (217)
zarchiwizowany

#64011

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Moje mieszkanie pozyskałam z rynku wtórnego, razem z częścią wyposażenia po poprzednim właścicielu. W wyposażeniu tym była min. kuchnia. Mieszkanie jest w bloku z lat 80 ubiegłego wieku, a kuchnia- jak to mówią historycy sztuki- jest oryginalna z epoki.
Problem z niąjest taki, że kiedy się w niej piecze blokują się kurki od gazu i nie mogę wtedy normalnie gotować. Ale poza tym działa. Drugi problem to to, że w żadnym widocznym miejscu owa kuchnia nie ma numeru modelu (modela?), a jedynie widać nazwę firmy, więc nikt mi nie chciał do naprawy przyjechać.
W końcu znalazł się jednak facet (60+) który po znajomości ze starej pracy kumpla ojca (mojego) kolegi- pracującego w administracji- się pofatygował. Panów z normalnych serwisów AGD to widać przerastało.
Gość przyszedł, obejrzał i wydał wyrok.
-Jak Pani piecze, to blacha piekarnika od wewnątrz pod wpływem ciepła się wydyma i naciska od dołu na metalowe bolce do których przymocowane są kurki, dlatego się nie odkręcają.
-A co z tym zrobić?
-Nic. Kupić nową kuchnię. Albo nie kręcić kurkami jak się piecze, bo się rozszczelni kuchnia i będzie gaz się ulatniał.
-Ale to niebezpieczne- próbowałam apelować. Poza tym uwielbiam fachowców, którzy przychodzą a następnie opuszczają mnie ze stanem zastanym, bo nic się nie da zrobić póki nie wywalę na remont kuchni 10 000.
-A dzieci na mieszkaniu są?
-No nie ma.
-To jak wybuchnie będą mniejsze straty społeczne- i poszedł. Trzeba jednak mu przyznać, że nawet za fatygę nie skasował, tylko tak po znajomości od pana Marka.

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 14 (136)