Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

takatamtala

Zamieszcza historie od: 26 czerwca 2012 - 15:59
Ostatnio: 9 czerwca 2018 - 20:37
  • Historii na głównej: 82 z 100
  • Punktów za historie: 32264
  • Komentarzy: 451
  • Punktów za komentarze: 2493
 

#54847

(PW) ·
| Do ulubionych
Ja, moje mokre buty i trzy siaty zakupów czekamy na windę. Czekamy i czekamy. Ciche buczenie, stuk przyjechała, zatrzymała się. Otwieram drzwi i już zamierzam wpakować się do środka, gdy pod wyciągniętą ręką przebiega mi coś różowego i wzrostu w okolicach metra.
Wchodzę do windy, trzymając cały czas drzwi, bo dziecko okazuje się być z babcią (chyba), więc czekam, żeby starsza pani wsiadła.
Drzwi się zamykają, stuk, jedziemy i...

Babcia do dziecka: Jak ty się zachowujesz?!!! Matka cie nie nauczyła, że się dorosłych puszcza przodem?!!! W lesie Ciebie wychowali?!!! Durna jesteś... (i tak dalej w ten deseń).
Dziecko stoi ze spuszczoną głową i słucha nic nie mówiąc, oczy szkliste, warga drży, a babcia pięć pieter pod rząd je wychowuje.
Ja nic nie mówię, bo wiem, że nic dobrego z tego nie będzie, ale myślę sobie, że jak starsza pani jest taka dobrze wychowana to mogła odpowiedzieć coś na moje "dzień dobry".
Winda staje, starsza pani otwiera drzwi, dziecko stoi jakby je przyspawali do podłogi.
- No co jak kołek stoisz? Ruszże się! - wrzasnęła i wypchnęła dziecko. Oczywiście pierwsze.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 609 (703)
zarchiwizowany

#55117

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Dawno, dawno temu, zapewniwszy sobie jakieś tam dochody postanowiłam wyprowadzić się z domu. Desant został wykonany sprawnie i- po raz pierwszy w życiu- zamieszkałam zupełnie sama. Bez rodziców, współlokatorek, brata i podobnych. Pierwszej nocy odbyła się impreza, a drugiej nie mogłam spać, bo wydawało mi się, że się do mnie włamują. W moim zupełnie pustym mieszkaniu słychać było jakieś nieokreślone stuki i odgłosy, z których każdy budził mnie ze snu, interpretowany jako ostrzeżenie przed złodziejem/ gwałcicielem/ mordercą (niepotrzebne skreślić).

Po tygodniu podskakiwałam na każdy niespodziewany odgłos. Nie chciało mi się też wracać do domu- bo po co. Siedziałam znajomym na głowie i wszyscy mieli mnie dość, bo zrobiłam się nerwowa.

- Przygarnij se coś- podsunęła mi koleżanka, mając na myśli chłopa, ale pomyślałam sobie, że zanim sobie jakiegoś oswoje na tyle, żeby mógł się się wprowadzić, to wcześniej zwariuje na tej swojej pustelni.
Przygarnęłam sobie wiec kota, jako że był opcją mniej kłopotliwą. Dachowca ze schroniska. Odtąd wszystkie nieokreślone odgłosy były zwalane na niego i mogłam spać spokojnie.
Nieoczekiwanie (dla mnie przynajmniej) okazało się, że całe mnóstwo ludzi ma problem z moim kotem. Zaczęło się od:
- "zostaniesz starą panną, z piątką kotów".
- "on jest brzydki, dlaczego nie wzięłaś sobie rasowego"
- "ja nie będę u Ciebie nic jeść, bo będzie z sierścią"

i dalej, chór ciężarnych koleżanek:

- "ja do ciebie nie przyjdę bo ty masz kota". Zaświadczenie od lekarza, że kot jest "czysty" i nie wychodzi oraz argument, że jest karmiony tylko karmą sklepową nie trafiał.

a potem:

- "jak to nie kupujesz skórzanej kanapy? Kot podrapie? No wiesz- urządzać mieszkanie pod kota- zupełnie ci odbiło, pozbądź się go"
- z wymianą glinianych doniczek na plastikowe to samo
- i z wymianą ciemnych dywanów na jasne, bo kot biały i nie ma tego koszmarnego problemu ze sierścią przy jasnych- to tym bardziej
- a jak wrzuciłam zdjęcie z siebie z kotem na fb to już w ogóle
- ale to i tak było niczym, w porównaniu ze stopniem zdziwaczenia,jaki u mnie zdiagnozowano kiedy przyznałam się, że wydaje 100 zł miesięcznie na kota
- i kiedy rozmawiałam z koleżanką- kociarą (szczęśliwą posiadaczką 7 miu) o tym jakie one są śmieszne
- i jeszcze an dodatek sprzątam mu kuwetę ręcznie, co dla każdego normalnego człowieka jest uwłaczające
- a podrapane dłonie świadczą w ogóle o tym, że to psychol, i jak ja mogę na takie rzeczy pozwalać
- poza tym każdy lepiej ode mnie wie jak wychować mojego kota
- i on mnie w ogóle nie kocha. Koty nie potrafią...
-... i zje mnie po śmierci.

Jako, że jestem mistrzem biernej agresji i upartego, milczącego oporu kot dalej jest a znajomości zweryfikowały się same z siebie, bez żadnego podejmowania drastycznych decyzji z mojej strony. Po prostu jakoś tak wyszło, że ludzie najbardziej nieprzyjaźnie do niego nastawieni tak na prawdę tolerowali mnie a nie akceptowali. Ot ciekawostka :)

Skomentuj (47) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (342)

#54054

(PW) ·
| Do ulubionych
W pracy często spotykam osoby, które obracają dużymi sumami pieniędzy. Większość z nich dorobiła się majątku samodzielnie i teraz z niego korzysta wg. uznania, z mniejszym lub większym wdziękiem.
Staram się nie być zawistna, miewam tylko smutne momenty autorefleksji nt. cech, których poskąpiła mi natura, a które ludziom pozwalają zdobywać dziki majątek. Jakby ktoś mnie spytał, o jakie cechy mi chodzi to bym wymieniła pewnie pracowitość i "ogarnianie urzędnicze" w pierwszej kolejności.
W każdym razie: osoby "dorobione" posiadają również inne cechy charakteru, owocujące dość zaskakującymi sytuacjami.

Dziś np. zauważyłam aspekt osobowości mojego inwestora, którego się nie spodziewałam.
Jedziemy do księgowej wystawić fakturę. Księgową mamy wspólną, bo ta pani przerabia pół miasta.
Wchodzimy do biura, mówię pani księgowej co, jak i dlaczego, inwestor siedzi i się nudzi.
Kreci się na krześle i nagle wypala:
- A wie pani, ja takie tujki posadziłem koło jednej posesji, muszę je dzisiaj podlać, a mieszkam w X (takie Beverly Hills 10 km pod miastem), nie będę do domu wracał po wodę. Mogę u pani napełnić kranówką kilka butelek po mineralnej?
- Oczywiście - księgowa się trochę zdziwiła. Ja siedzę i nic nie mówię, zastanawiając się, na której to z licznych posesji on nie ma własnej wody podciągniętej.
Poszedł. Wraca. Siedziałam tyłem do wejścia, więc najpierw usłyszałam, że coś się tłucze, więc się obracam.
...więc wraca. Trzymając w każdej ręce z pięć pustych butelek po mineralnej - tych dużych, chyba 5l. i jeszcze dwie pod pachami. Ciężko mu było wpasować się w drzwi z tym wszystkim.
Księgowa okazała się asertywna.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 489 (559)
zarchiwizowany

#53368

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jako, że nie jestem osobą religijną o wszelkiego rodzaju świętach= dniach wolnych od pracy dowiaduje się zwykle koło godz. 7mej rano, przed sklepem w którym to mam zamiar kupić jedzenie dla kota.

Zwykle mam potem problem, a kot żywi się rozmrożonym filetem albo jakimś kurczakiem, więc on ze swojej strony tego typu sytuacje uwielbia :)
Na szczęście moja rodzina jest absolutnie świadoma tego aspektu mojej osobowości, więc jakąś godzinę po moim porannym czołowym zderzeniu z państwem świeckim w praktyce mam telefon od babci zapraszającej mnie na obiad.

Tam też zdążałam wczoraj o godzinie dwunastej.
A, że było gorąco, letnie słoneczko w zenicie, ubrana byłam w zwiewno- przewiewną sukienkę łopoczącą malowniczo na wietrze, a trzymającą się jedynie na górnych krągłościach.
Muszę tu dodać, że kościoły mam w mieście tak strategicznie rozmieszczone, że chcąc dostać się z jednego miejsca w mieście do drugiego stale się jest 200 m od co najmniej jednego takiego przybytku, a 500 m od dwóch i kapliczki.
Więc idę i łopoczę sobie na wietrze myśląc o rzeczach przyjemnych i przyjemniejszych i nagle przede mną wyrasta BABON.
A że szłam osiedlowym chodnikiem zatarasowała mi przejście. Chcę tu dodać, że nie byłam na terenie żadnej świątyni, a jedynie jakaś jedna była za winklem, a druga majaczyła na horyzoncie.
Tak więc: stanęła w wojowniczym rozkroku w poprzek ścieżki w swoich butach na słupkach i dalej, że jestem:
- ladacznica
- bezbożnica
- i źle wychowana
- i jak ja w ogóle śmiem tak do kościoła w święty dzień itd.

Jako, że mnie zirytowała, bo nie lubię być publicznie nazywana wywłoką warknęłam jej, że święta to jest sobota i pomknęłam szybko trawniczkiem na przełaj w moich butach na koturnach, żeby w łeb czymś nie dostać.
Od razu zaznaczam, że sobota jest tak samo dla mnie dniem roboczym jak poniedziałek. I niedziela.
Ale niesmak pozostał.

Po południu, już w domu, pewne subtelne zmiany w atmosferze mieszkania dały mi do zrozumienia, że mój kot zrobił mi w toalecie artefakt.
Z pogodnym fatalizmem zabrałam się więc do wykopków, artefakt wrzuciłam do reklamówki, reklamówkę do śmietnika, a że śmietnik w tym momencie się zapełnił to wszystko razem postanowiłam wyrzucić.
Nie nie mogłam poczekać do następnego dnia bo mi:
- śmierdzi
- nie wystawiam worków na balkon bo tak robią menele
- ani na korytarz bo to chamstwo

Idę więc do wiaty śmietnikowej a tu Babon, w butach na słupkach, nie ten sam ale podobny, jednak poglądy miał zbliżone i wyartykułował je tak samo.

Szczerze- miałam w nią ochotę walnąć tym workiem, ale ominęłam ją po prostu i wyrzuciłam to co miałam wyrzucić.
Nie moja wina, że mój kot produkuje się nie tylko w dni robocze, ale i od święta.

Czuje sie jak ofiara prześladowania religijnego.

Osiedle

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 23 (87)

#52318

(PW) ·
| Do ulubionych
Wybraliśmy się ze znajomymi na "Dni miasta R", na koncert. R. ma może 5tys. mieszkańców, jedno gimnazjum z zespołem boisk na którym odbywał się taki typowy festyn: scena, piwko, kiełbaski itd. Wszystko ładne ogrodzone na wejściu bramki i ochrona.
Stojąc w przydługiej kolejce do biletów (wcale nie tanich i o których nigdzie nie było mowy- ale to sławna na całą Polskę kapela gra- i to w takim R.!) mieliśmy okazję zobaczyć, jak ochrona tworzy "nową jakość" bezpieczeństwa.

Generalnie ja rozumiem, że szklanych butelek się nie wnosi, własnego alkoholu też nie, ale żeby dzieciom chipsy zabierać? Dorosłym papierosy?
Ejże.

Imprezy plenerowe

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 337 (509)

#50896

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu zaczęło mi się coś dziać z oczami. Okresowo jednym okiem widziałam na czerwono a drugim na niebiesko (jak w starych okularach 3D) co powodowało bóle głowy. Na dodatek pojawiały mi się w polu widzenia czarne kropki.

Doszłam więc do wniosku, że mam jaskrę i obwieściłam rodzicom, że ślepnę - czym wywołałam zresztą lekki popłoch w rodzinie. Jako, że mówimy o moich czasach nastoletnich można mi wybaczyć podobną diagnozę, a że były to lata, kiedy nie mieliśmy jeszcze dostępu do internetu - rodzicom, wiary w tą jaskrę.

Wybraliśmy się więc w tempie ekspresowym do lekarza okulisty - po jakiejś wielkiej znajomości - żebym nie zdążyła kompletnie oślepnąć.
Lekarz po badaniu obwieścił Mamie, że jestem podręcznikowo zdrowa. Ja na to - wykazując się brakiem kultury, co z resztą zostało mi wypomniane, bo wtrącam się w rozmowę dorosłych - że nie jestem, bo to nienormalne tak widzieć.
Na to lekarz, że dwukolorowe widzenie sobie wymyśliłam, żeby zwrócić na siebie uwagę, a czarne kropki to stąd, że mam ZAJOBA. Podobno dostaje ataków nerwowych i wtedy widzę te kropki. Jak wariaci w szale, który nie widzą co czynią.

Ta głęboka diagnoza z pewnością miała coś wspólnego z moimi trampkami (czarnymi, z zamalowanymi pisakiem na czarno białymi elementami), czarnymi dżinsami i czarna koszulką przełamaną gustownie akcentem czerwonego napisu o treści nihilistycznej. Podręcznikowy ZAJOB.
Wskazaniem lekarskim było, żebym przestała być nerwowa.
Niestety moje życie jako nastolatki pełne było dramatu i niewysłowionego bólu egzystencjalnego, więc objawy nie znikały. Na szczęście Mama czuła wewnętrzny niepokój wynikający z mocnego przeświadczenia, że jak lekarz nie wie co powiedzieć, to mówi o nerwicy.

Po miesiącu picia melisy zaprowadziła mnie do innego okulisty.
Starszego pana od lat na emeryturze.
Który stwierdził, że oczy mam zupełnie zdrowe :) Jednak po obwieszczeniu tego faktu siadł naprzeciwko mnie i zamyślił się głęboko. Siedzi i się patrzy. Ja też siedzie i się na niego patrzę - w dwukolorze.
- A panienka ma taką łabędzią szyję - powiedział w końcu, ujął moją głowę w swoje wielkie dłonie i szybkim ruchem pociągnął do góry, próbując równocześnie najwyraźniej skręcić mi kark. Strzeliło tak, że aż echo poszło.
- Przeszło? - spytał się łagodnie. Kontrolnie popatrzyłam przez każde z oczu z osobna i uradowana odrzekłam:
- Przeszło!
- Panienka ma długą szyję i mało ćwiczy. Kręgi szyjne wyrodnieją i naciskają na nerw (jakiś tam), stąd takie widzenie. Trzeba zrobić takie ćwiczenia (pokazał) i uprawiać sporty, takie jak pływanie - po czym pochylił się w moim kierunku i dalej się patrzy.
- Te czarne kropki, teraz panienka widzi?
- Tak.
- Panienka ma długie rzęsy i jak panience drga powieka, to wchodzą w pole widzenia. To przez brak magnezu. Raz na tydzień tabliczkę czekolady z orzechami i przejdzie.

I przeszło :)

Lekarze prywatni.

Skomentuj (50) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1426 (1500)
Centra historycznych miast mają tą piękną właściwość, że robią się w nich korki. Zwłaszcza, jeśli przez miasto przepływa rzeka i są w nim tylko dwa mosty. Te korki mają też to do siebie, że są tylko "w jedną stronę" czyli DO centrum, w drugą pas jest wolny. Wynika to też z tego, że zawsze pojawi się jakaś ciężarówka, która nie może przepchać się przez światła bo nikt jej nie chce puścić.

Stoję więc w takim korku. 10 minut w tym samym miejscu, na horyzoncie 250 m przede mną upragnione światła i most. Żar leje się z nieba a ja w granatowym aucie mam saunę za dramo. Silnik wyłączony, bo po co ma chodzić.
Ruszyło się- alleluja! Przede mną pojawiło się 2 m miejsca. Zanim zdążyłam zastartować auto 2 m miejsca zniknęło- jakiś niecierpliwy człowiek wpakował się w nie samochodem, wykonując w 90% manewr wyprzedzania. 90%, bo cały się nie zmieścił - "tyłek" mu wystawał na pas "z miasta".

Więc siedzę dalej i widzę, że gościa nosi. Na dodatek "z miasta" pojawił się jakiś szczęśliwiec który przedarł się przez światła, stanął przed nim i trąbi. Tamten nie ma się jak przestawić. Przez kolejne 5 minut, zanim coś się ruszyło zrobił się sznureczek 5ciu aut pełny wkurzonych, spoconych ludzi. Wszyscy trąbią. Ktoś wysiada z auta i ale rezygnuje z tłumaczenia i pali papierosa.
Po tym pełnym emocji okresie czasu niecierpliwy człowiek dał radę ruszyć się o metr i schował "tyłek".
Stoimy dalej.
Mucha, leżąca na grzbiecie obok mojej kierownicy ruszyła nogą, więc chyba jeszcze tak jakby żyje. Ja osobiście kontempluje bratki posadzone wzdłuż drogi, bo zieleń uspokaja.
...
Dojechaliśmy do miejsca, gdzie nasz pas dzielił się na dwa- można było skręcić w lewo na pas na inne światła. Gość dwa auta przede mną najwyraźniej tam się kierował, bo wjechał tak pół na pół, robiąc coś nieco ponad metr miejsca na naszym pasie. Niecierpliwemu człowiekowi więcej nie było trzeba- ruszył z rykiem silnika pół na pasie pół po poboczu... na których rosły bratki. Już nie rosną.

Zyskał tym bezcenne trzy metry.
25 minut później oboje przejechaliśmy przez most na tych samych światłach.
By utknąć na następnych za mostem.

Ruch uliczny.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 438 (562)
zarchiwizowany

#44353

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Kolega z pracy znalazł na jednym z głupkowatych portali (mam nadzieje) sfingowany screen ogłoszenia o prace. W wielkim skrócie: "zatrudnię feministkę do noszenia węgla".

W związku z powyższym przypomniała mi się historia, która opowiedziała mi moja niepełnosprawna znajoma. Osoba z bardzo dużą nadwagą ze względu na hormony, chodząca o kulach z kolanami wygiętymi w charakterystyczne X. Osoba, która uciekła na studia z wiejskiej chaty bez centralnego ogrzewania, za to z węglową kuchnią na której gotuje się wodę.
Znajoma mieszka w akademiku cały rok na okrągło, ale na święta wypada rodzinę odwiedzić. Jako późne dziecko ma rodziców po 60-tce, ojciec alkoholik, syn kontynuujący tradycje rodzinne, a matka w zasadzie współuzależniona i z mentalnością ofiary.
Na dodatek ojciec zapalony myśliwy kupił do domu trzy zamrażarki, żeby mieć gdzie dziki trzymać, ale żonie pralki już nie kupił, bo niepotrzebna.
No i koleżanka przyjeżdża, a matka w lament jaka ona biedna i w ogóle wstyd, że nienagotowane, że w domu zimno, że rzeczy nie uprane ( ręcznie w takiej dużej metalowej miednicy) a ona siły tego węgla i drzewa tachać nie ma. A ojciec z synem kontynuują tradycje rodzinne i śpią.

No to znajoma- wzorowa córka, kobieta o kulach z trudem wchodząca po schodach, jeśli są bez barierki- dalej wiadrami ten węgiel tachać. No, jednym wiadrem. Przy akompaniamencie matki, jaka ona biedna, poczciwa i pracowita, ta znajoma.

Plusem jest to, że koleżanka zdaje sobie sprawę, że to tak nie powinno wyglądać i już na stałe zaczepiła się w większym mieście.

Skomentuj (78) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 71 (207)
zarchiwizowany

#39819

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Z okazji pewnej rodzinnej okoliczności musiałyśmy z mamą wysłać bukiet pocztą kwiatową. Wybrałyśmy co chcemy kupić, przyszło do wypisywania bileciku. Zdecydowałam się na oryginalne:
-"Od rodziny Nowaków".
Na co ekspedientka:
-Przez jakie u?
No i stoję jak ta idiotka i zastanawiam się gdzie w "Nowak" jest "u/ó".
-Przez ó z kreską- mama wykazała się lepszym refleksem- i oba "w"!

Kwiaciarnia

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 70 (164)
zarchiwizowany

#34305

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jestem samotną, bezdzietną osobą koło trzydziestki- tyle tytułem wstępu.
Miałam drobny wypadek samochodowy. Ale nie na tyle, żeby autko nie było na chodzie.
Dzwonie do Ojca, który jest właścicielem auta.
Ja: Tatooo...
Tata: No słucham...
Muszę Ci coś powiedzieć... Ale mnie nie zabij...
Tata (z nadzieją w głosie): Jesteś w ciąży?

rodzina

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 256 (366)