Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

takatamtala

Zamieszcza historie od: 26 czerwca 2012 - 15:59
Ostatnio: 9 czerwca 2018 - 20:37
  • Historii na głównej: 82 z 100
  • Punktów za historie: 32262
  • Komentarzy: 451
  • Punktów za komentarze: 2493
 

#76856

(PW) ·
| Do ulubionych
Przeglądanie skrzynki mailowej dostarcza mi ostatnio sporo emocji. Samych niespodziewanych.
Przychodzi mail z tytułem "podanie o praktyki".
A w mailu "...jestem uczniem technikum budowlanego (...) kce odbyć praktyki w Państwa Firmie...".
Ech...

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (211)

#76780

(PW) ·
| Do ulubionych
O mało nie padłam ofiarą wyłudzenia.

Ale po kolei: wielu wykonawców skarżyło mi się, że mojej firmy nie ma w internecie i gdy np. mają zapytania do dokumentacji, to nie mogą nigdzie znaleźć mojego nr tel. To pouzupełniałam się po różnych serwisach. I wtedy się zaczęło.
W ciągu miesiąca dostałam:

- wezwanie do zapłacenia podatku za pracę w Wielkiej Brytanii (nigdy tam nie pracowałam)
- rachunek za prąd na firmę (a prąd mam na osobę fizyczną)
- mandat za niezarejestrowanie bazy danych (moja skrzynka mailowa automatycznie zapisuje maila każdej osoby do której pisze i to ta baza danych niby miała być zarejestrowana).

Ale to wszystko nic, bo nie było poważne i wystarczyło to ignorować.
O mało nie dałam się naciągnąć w bardziej idiotyczny sposób.

15.12.2016 zadzwonił do mnie telemarketer i zaprosił mnie na 7 dni testowego korzystania z platformy wiedzy o prawie polskim. Jako, że byłam świeżo po dyskusji w urzędzie, czy teren chowalny cmentarza można uznać za biologicznie czynny (można), a Prawo Budowlane jest częściej interpretowane niż Biblia i w każdym urzędzie inaczej pomyślałam sobie "czemu nie".
I to był błąd.

Facet telefonicznie przeprowadził mnie przez rejestrację na serwisie, trzy razy zapewnił, że tydzień za darmo, a potem po prostu albo się zdecyduję albo nie i miało być ok.
Tylko, że nie mogłam przeglądać treści je...ego serwisu, bo nie miałam nr klienta i hasła, a ich pomoc techniczna nie odpowiadała. Pomyślałam sobie, ze nowy serwis, mają problemy techniczne i właściwie to tyle.

No nic. Tydzień się skończył. Święta przyszły, sylwester minął.

05.01.2017 w czwartek o 15.00 siedzę sobie i siorbię kawę, gdy nagle przychodzi mi sms: "faktura taka, a taka na konto takie, a takie jest płatna do 9.01.17. wartość faktury 1500 zł".
O mało nie oplułam monitora.

Próbuję zadzwonić na numer, z którego przyszedł sms. Kilka razy. Za każdym razem odrzucają po drugim sygnale. No to odpisałam sms: nie mam dostępu do faktury. Proszę o kontakt, bo nie mogę zanieść faktury do księgowej w celu rozliczenia".
I zadzwonili 30 sekund później.

No i okazało się, że przeprowadzając skuteczną rejestrację na tym serwisie, podpisałam z nimi umowę, a oni żadnego okresu próbnego nie mają.

Aha.
Babsztyl jeszcze w swojej bezczelności śmiał twierdzić, ze wysłano mi fakturę i umowę na maila 15.12, a skoro nie odstąpiłam od umowy w ciągu przepisowych 2 tyg., to umowa jest wiążąca. Potem w swojej bezczelności wysłali mi DUPLIKATY z datą 15.12. A skoro zobaczyłam je na oczy 05.01, to byłam już pod dwutygodniowym terminie. I poinformowali mnie, że jak nie zapłacę, podadzą mnie do e-sądu i naślą na mnie komornika.

Trzy ataki szału później zrobiłam to co każda rozsądna osoba by zrobiła: poszłam na piwo i poskarżyłam się wszystkim znajomym jaki świat jest okrutny.
Dowiedziałam się, że ten rodzaj przekrętu nazywa się na Pobieraczek, bo był kiedyś taki serwis, który ten model przekrętu stosował. Że mam stawić jakikolwiek opór i się odpieprzą.

Toteż następnego dnia: uzbrojona w wydrukowaną korespondencję (1 mail z umową i fakturą z 05.01) i daty rozmów, oraz wydrukowany KRS naciągaczy (firma zarejestrowana pod koniec października zeszłego roku na ulicy na Ł. w Krakowie, na polu z kontenerami wg. google), ruszyłam do prawnika. Uznałam, że opór z pieczątką prawnika będzie wyglądać poważniej niż opór napisany własnoręcznie.

Prawnik wysłuchał mnie i mówi: wszystko zależy od tego co było w rozmowie. Zażądamy przekazania nam nagrań, ale oni mogą ich nie wysłać i od razu wystąpić do e-sądu, który na podstawie samej faktury wyda wyrok. Pani musi tego pilnować i od razu się odwołać. Wtedy to, że my wysłaliśmy pismo o nagrania, a oni nie odpowiedzieli, będzie działało na pani korzyść. Ale muszę Panią ostrzec, ze to różnie może być.

A było tak, że jak naciągacze dostali pismo od prawdziwego prawnika, to od razu anulowali mi tą fakturę. A tych nagrań nie wysłali.
Siedzę więc u prawnika i mówię mu: zgłośmy próbę wyłudzenia na policję. Niech ich ścigają.
A on mi na to: ale Pani nie jest poszkodowana.
Ale czy próba wyłudzenia nie rożni się tym od wyłudzenia, ze jest nieudana?

Owszem, ale mamy domniemanie niewinności i musielibyśmy udowodnić, że pracownik z premedytacja wprowadził Panią w błąd a oni nigdy nie zamierzali świadczyć Pani usług. Oni powiedzą, że pracownik był młody i dostał naganę, a reklamacja została przyjęta. Uznając Pani reklamację i anulując tą fakturę zabrali Pani argument i mogą się w dochodzeniu bronić... brakiem profesjonalizmu.
A to, że regulamin na początku przewidywał okres próbny, a jak patrzyłam na niego 05.01, to nie to nie jest oszustwo?
Jest, ale policja w ramach działań operacyjnych musiałaby udowodnić, że regulamin został zmieniony.
Z punktu widzenia prawa, dopóki nie udowodni się, że jest inaczej - to doszło do nieporozumienia.

Tak więc: skoro nie mam wyroku sądu, nie mogę podać danych firmy ani ich serwisu.
Po prostu jak ktoś będzie do was dzwonił z ofertą darmowego testowania serwisu poświęconemu prawu, to od razu pieprznijcie słuchawką. Oszczędzicie sobie nerwów.

PS. Niemniej jednak powiedzieć komuś, kto dzwoni do ciebie z mordą o niezapłaconą płatność "proszę kontaktować się z moim prawnikiem" - to zadziwiające uczucie.

naciągacze

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 223 (235)

#76451

(PW) ·
| Do ulubionych
Wigilia.
Opowieść ku przestrodze.

Ludzi przy stole multum i nagle Jedyny Lekarz w Rodzinie:
JLwR: A co babcia taka czerwona na twarzy?
Babcia: A tak od rana mnie dusi, w głowie łomoce, cała spocona jestem - khe khe - czas umierać...
JLwR: A leki na ciśnienie dzisiaj babcia brała?
Babcia: A brałam, brałam.
JLwR: W skroniach babci pulsuje? W uszach szumi? - w tym momencie ciocie biegają szukając ciśnieniomierza.
Babcia: A szumi, szumi. Słuch już nie ten - ciocie znajdują ciśnieniomierz i starają się babci zmierzyć ciśnienie. Wujek chce dzwonić na pogotowie.
Babcia: Ta, nie dzwońcie, na mnie już szkoda zachodu, khe khe, na każdego przyjdzie czas.
JLwR: A jakie te leki i kiedy babcia brała?
Babcia: No rano do torebki wrzuciłam.
JLwR: Ale kiedy babcia łykała?
Babcia: Ja ich nie łykam, bo przeczytałam ulotkę i tam jest dużo skutków ubocznych.
Ciotka: MÓWIŁA MAMA, ŻE BRAŁA!
Babcia: Bo wzięłam. Mam ze sobą. Są w torebce.

Badum tssss.

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 413 (431)

#76301

(PW) ·
| Do ulubionych
- A wie pani, pani Talu - zaczął znajomy wykonawca tak w ramach okołobudowlanych ploteczek - ...reklamację ostatnio miałem.
- Zdarza się. A podstawy były?
- I były, i nie były - westchnął, lekko przewracając oczami. - Ale z jedną uwagą facet rozłożył mnie na łopatki.
- ? - zainteresowałam się uprzejmie.
- Że rury w łazience krzywo chłopaki zamontowali.
- ?! - wyraziłam swój szok i niedowierzanie.
- Jak mi gość to przez telefon powiedział, to wezwałem chłopaków i się pytam, co tam narobili. A oni: że ściana jest otynkowana na glac, a w części płytki i rur nie widać. To myślałem, że może po skosie przez ścianę puścili, a nie pod kątem prostym, jak Pan Bóg przykazał. Są takie urządzenia, że przez tynk rury wykrywa. Ale się zarzekają, że jest prosto, a nie na skos przez ścianę. I wie pani, o co gościowi chodziło?
- ?!!
- Na zamontowanej baterii położył poziomicę i wyszło mu, że między rurką z ciepłą i zimną wodą jest 2 stopnie pochyłu, znaczy się odchyłu od poziomu.
- Aha - skomentowałam. Na to bym nie wpadła. - I co pan zrobił? - spytałam wyobrażając sobie pana Piotra, który dostaje ataku apopleksji nad tą baterią w tej łazience.
- Skorygowałem. Kluczem. Obyło się bez wykuwania rur i poziomowania ich. Powiedziałem facetowi, że muszą mieć trochę spadku, żeby woda leciała. Ale facet zniżkę i tak chciał. A potem ja mam wrzody i nadciśnienie.

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 194 (226)

#76148

(PW) ·
| Do ulubionych
Dom z ogródkiem - marzenie wielu.
Znajomi odziedziczyli takiż dom po wuju. Ochom i achom nie było końca, jak zawsze było jednak pewne "ale":
- Wuj był bardzo religijny?
- Bez przesady. Normalnie religijny - odrzekł znajomy.
- To skąd macie kapliczkę w ogrodzie?
- No postawił. Właśnie zastanawiamy się czy jej nie wykopać i nie przestawić bliżej ogrodzenia, bo tak w środku ogrodu to głupio - się chłop zakłopotał.
- No właśnie: bo ten ogród ma wgląd od ulicy, jak obsadzę to żywopłotem, żeby ludzie w głąb nie patrzyli to nie będę miała pół ogrodu- zwierzyła się jego szlachetna małżonka.
- A ona jest w kulcie?
- Ta, ludzie nam kwiaty pod ogrodzenie przynoszą, modlą się, procesje się zatrzymują...

Czyli dyskretne wyburzenie odpadało. Zresztą znajomi religijni ludzie są.

- A ona taka specyficzna...
- No tak jakby w stylu zakopiańskim... niby... - była to konkretnie rura fi50 zalana betonem, na niej trójkątna skrzynka pokryta blacha falistą z Maryjką w środku. Maryjce towarzyszyła lampka biurkowa oświetlająca ją od spodu. Prąd do lampki ciągnięty był z domu.
- Założyłam żarówkę ledową- dodała szlachetna małżonka kolegi.
Jakiś czas później, w ramach około budowlanych ploteczek z pewnym inż. weteranem licznych pozwoleń na budowę rozmowa zeszła na tą konkretną działkę i kapliczkę.
- A ten facet co to ją postawił to też był aparat!
- ?
- Chcieli mu pół działki odebrać w latach 70. pod drogę do nowego osiedla, ale postawił sobie kapliczkę i od razu sprawa padła. Opór społeczny, rozumie pani.
Acha :)

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 300 (350)

#75364

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio trafiłam na bardzo fajny blog pt. "Pani swojego czasu". Trafiłam i czytam każdy post jak prawdziwe objawienie. Ostatnio zaczęłam przeglądać archiwum i znalazłam wpis pt. "ludzie, dla których nie warto tracić czasu" (http://www.paniswojegoczasu.pl/czas-weekendu/ludzie-ktorych-warto-tracic-czasu/).
Jeden z wymienionych typów to "człowiek nie-da-się"... i każde zdanie autorki oczywiście jest trafne ... ale...

ALE:
Kwestia sumienia.
Kiedyś, czyli jakieś 7 lat temu wylądowałam w knajpie ze znajomymi. No i siedział tam taki znajomy znajomych- typowy człowiek "nie-da-się".
Zaczęłam z nim gadać: wyszło na to, że jest bezrobotny i nie ma pomysłu jak ten stan zmienić. Jako, że byłam właśnie po założeniu własnej firmy i przeszłam całe piekło... wróć! - proces otrzymywania dofinansowania z PUP. to zaczęłam opowiadać co jak i dlaczego i którędy.

-Ale ja nie mogę wziąć takiego dofinansowania.
-No ale dlaczego?- spytałam się przychylnie chętna służyć świeżą wiedzą i pomocą.
-Bo jedyny biznes, który mógłbym prowadzić to kafejka internetowa - pragnę przypomnieć, ze 7 lat temu był 2009 r.
-Ale kafejki internetowe to już się zamyka, teraz to każdy internet ma w domu.
-Ale moja kafejka byłaby nastawiona tylko na gejmersów. Na ludzi grających w gry MMORPG - po polsku: czyli chodziliby wirtualnym elfem waląc wirtualne potwory kijem, żeby wypadło z nich złoto i żeby mogli kupić lepszego kija do zabijania lepszych potworów. I tak drużynowo.
-Noo... jeśli uważasz że jest na to rynek...- zaczęłam ostrożnie, bo co ja tam wiem.
-Ale nie mogę tego zrobić z powodów religijnych!- dodam tu, że jestem osobą niereligijną i nie jestem na bieżąco ze stanowiskiem kościoła do gejmersów - Bo w tych grach używa się magii - dodał w odpowiedzi na moje pytające się spojrzenie - i ktoś mógłby się tą magią zainteresować, a to prosta droga do satanizmu. Nie wybaczyłbym sobie, gdyby ktoś przeze mnie wpadł w sidła Szatana!
-A ty nie wpadniesz?- spytałam się z automatu, bo właściwie chciałam się już tylko z tej rozmowy ewakuować.
-Nie, no ja jestem dorosły i mam silną wiarę.

I tu właściwie mogłaby skończyć się ta opowieść... gdyby...
...gdybym nie spotkała się ostatnio ze znajomymi i nie nawiązała się folgowaniu sobie w uzależnieniach.
I z przeszłości zostało wywołane widmo tamtego kolesia właśnie.

-Facet tak uzależnił się od gier, że nie spał po kilka dni, a potem odsypiał kilka godzin. I tak miesiącami. I nie spał tyle, że dorobił się trwałych uszkodzeń neurologicznych i ma narkolepsję. W ogóle nie śpi normalnie 8 godzin jak inni ludzie, tylko zasypia np. na minutę, a kilka minut normalnie funkcjonuje. Nie kontroluje tego w ogóle. I tak całą dobę. Normalnie rentę na to ma. I siedzi w domu i napierdziela dalej na kompie.

I tak sobie przypomniałam o tym facecie, czytając wpis na blogu PSC.
Pewnie jakbym go wyśmiała, to nic by nie zmieniło. Ale jeśli wszyscy pokiwali głową i odeszli... no to stało się to co się stało.
Za każdym razem jak o tym facecie pomyślę, odczuwam niejasny wyrzut sumienia, choć widziałam go tylko raz...

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (205)

#75415

(PW) ·
| Do ulubionych
Zawodowo opracowuje dokumentacje na pozwolenie na budowę. Jest to w gruncie rzeczy branża prosta jak budowa cepa, dlatego tyle ludzi się nią zajmuje. Dlatego też niestety zajmuje się nią dużo polityków i urzędników, wiec co chwile nam nowelizują prawo budowlane i komplikują wszystko co się da.

W wyniku tego chaosu (który tak naprawdę nie dotyczy stricte prac budowlanych, tylko samego tworzenia dokumentacji pozwalającej na wykonanie prac) powstaje wiele dokumentów z okolic budownictwa.

Jednym z takich dokumentów jest AUDYT ENERGETYCZNY. Ze względu na mój osobisty poziom irytacji będę na to mówić TO-TO.
TO-TO zamawiają różne wspólnoty mieszkaniowe, żeby iść po środki na termoizolację. Jeszcze pół biedy jak mówimy o bloku.

Ale czasami TO-TO zamawiają zabytkowe kamienice. One nic innego nie chcą, tylko ocieplić sobie styropianem elewację podwórkową. W tym momencie autor audytu mówi: ale to nie będzie spełniać warunków. Na to wspólnota: ale my mamy na elewacji frontowej aniołki, gzymsy i kolumnienki i inne takie.
Na to autor audytu: na to są sposoby.

Potem taki twór trafia do mnie i ja mam na podstawie wytycznych z audytu zrobić dokumentacje na parce budowlane.
Biorę TO-TO do ręki i czytam:
A) 25 cm od podwórza- spoko, da się zrobić.

B) Elewacja frontowa z detalem- 25 cm od wewnątrz. To są te ich sposoby.
Dzwonię do członka wspólnoty i tłumaczę mu:
1) będzie miał mniejsze mieszanie
2) ne powiesi szafki na tej ścianie
3) moje ulubione: żeby nie było przenikania ciepła trzeba to ocieplenie pociągnąć 1 m na ścianach poprzecznych w głąb pomieszczenia. Czyli pomieszczenie będzie 0.5 m węższe na głębokość metra od ściany zewnętrznej.
To jest ten moment, kiedy inwestor przeżywa chwilę grozy i pyta się, czy nie da się bez tego wywinięcia. Da się, tylko wtedy nie będzie tych energetycznych osiągów.

C) ocieplenie dachu przez położenie 35 cm wełny na stropie. No super. Pięknie.
Tylko wełna mineralna MA SWÓJ CIĘŻAR. Mój konstruktor twierdzi, że 35 cm wełny to 60 kg na m2. I to jest ciężar, który musi znieść istniejący, często ponad stuletni strop!
"Pani Talu, ja Pani się pod tym nie podpisze, że ten strop wytrzyma"- mówi mi konstruktor- "Musiałbym obejrzeć belki w całości"
I dzwonię do Inwestora z kultowym "nie da się". chyba, że zdejmą te cegły i ta polepę z więźby, wszystko odsłonią, potem wymienią belki i wzmocnią strop, położą z powrotem cegły i polepę i na to tą wełnę, ale osobiście nie polecam.

Tu pada kolejne kultowe pytanie: to jak się nie da, to dlaczego w audycie tak jest.
No audyt jest robiony przez branżystów sanitarnych albo jakiś rzeczoznawców po kursach i oni nie wiedzą, co to oznacza dociążyć konstrukcję. Dla nich to jest proste działanie matematyczne- bilans ciepła wypromieniowanego z budynku przed i po ociepleniu.

Tego, czy to jest realne, wykonywalne, wygodne w użytkowaniu i opłacalne to już nie biorą pod uwagę. A kasę inkasują. I jak Inwestor przychodzi do nich z morda, to rozkładają ręce i mówią: przepisy i matematyka.

I to jest piekielne. Moim zdaniem.

Skomentuj (50) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 274 (288)

#75271

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam na zapadłej prowincji. Za moją miejscowością kończy się cywilizowany świat, a wrony zawracają na rogatkach, bo boją się o swoje życie.
Nie jestem tu jednak uwięziona. Mogę się swobodnie przemieszczać.

Postanowiłam się więc przemieścić na weekend do Dużego Miasta, w odwiedziny do rodziny i znajomych. Co istotne, na wyprawę tą wzięłam ze sobą tylko gotówkę, bo moje konto w chwili obecnej świeci pustką.
Nie przyszło mi do głowy, że moje Piekiełko i Duże Miasto dzieli przepaść cywilizacyjna, która wyklucza wykorzystanie gotówki.
Jednym słowem - wyszła ze mnie prowincja.

Po raz pierwszy wyszła, gdy zajrzałam do jakiegoś salonu prasy i wyciągając nieszczęsną gotówkę do sprzedawczyni mówię:
- Poproszę bilet godzinny, cały.
- Nie prowadzimy, są automaty na przystankach i w autobusach.

Do automatu na przystanku nawet nie podeszłam, bo zobaczywszy mój autobus z odległości 100 metrów, ruszyłam pędem i wskoczyłam do środka pojazdu o mało nie przytrzaskując sobie plecaka zamykającymi się drzwiami.
Po tym efektownym wejściu na pokład, lekko zasapana stanęłam przed automatem z odliczoną co do grosza należnością za bilet i tu nastąpiło koleje zetknięcie się z przepaścią cywilizacyjną.
Nie było otworu na monety.
Pytam się wiec babki obok (obciach!) jak się to to obsługuje.

-To jest na kartę miejską - której ja oczywiście nie posiadam. Idę do kierowcy i chcę kupić bilet.
-Nie prowadzimy, jest automat.
-Ale ja nie mam karty miejskiej!
-Można zbliżeniowo na normalna kartę płatniczą - żeby się nie tłumaczyć, że nic na niej nie mam, to skłamałam, ze nie mam przy sobie.
-To proszę wysiąść! - obciach nr 2.

Wracam do automatu. Nie podobało mi się wysiadanie w szczerym polu 5 km od celu podróży, więc mówię do dziewczyny, która stała przy automacie: (obciach nr 3).

-Przepraszam Panią, mam tylko odliczoną gotówkę, a nie mam karty miejskiej. Kupiłaby mi Pani bilet, ja Pani oddam w gotówce, mam odliczone.
Popatrzyła na mnie tak, jakbym co najmniej żebrała.
-Nie mam nic na karcie miejskiej - obciach nr 4. Poprosiłam inna osobę obok.
-Pani da mi spokój - stoję jak idiota przy automacie. W wyobraźni odgrywam scenę kłótni z kanarem, któremu będę się tłumaczyć, że nie mogłam kupić biletu.
-Ja Pani kupię bilet! - zaoferowała się STARUSZKA, siedząca dwa siedzenia dalej. Podała mi kartę, kupiłam sobie co trzeba i oddając jej kartę oraz drobne, tłumaczę się:

-Przepraszam - nie wiedziałam, że tu się nie da normalnie kupić biletu. Ja z daleka przyjechałam...
-To widać - prychnęła laska nr1, którą prosiłam o pomoc i która nie miała nic na karcie.
Hmf.

Przepaść cywilizacyjna.

Skomentuj (54) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 373 (391)

#74871

(PW) ·
| Do ulubionych
Trafiło się zlecenie na trzy obiekty hurtem w tej samej okolicy. Dzwonię do osób zajmujących się obiektami, umawiam się i jadę.

Umówiłam się w wszystkimi trzema, żeby zrobić pierwszy obmiar. I tak będę jeździć kilka razy, ale pierwszy obmiar należy zrobić tak dokładnie jak się da, a potem jeździ się już tylko domierzać i rozwiązywać wątpliwości, odpowiadać na pytania branżystów etc.

Więc jadę do pierwszego księ... osoby, której mam zrobić dach i konserwację murów. Wcześniej mówiłam o której będę, ile mi to zajmie, pytałam: czy jest dostęp swobodny, światło na miejscu, czy drabina będzie czy mam przywieźć - wszystko będzie, nie ma problemu.

Przyjeżdżam, parkuję pod obiektem, wysiadam z auta i widzę na horyzoncie oddalające się plecy osoby zajmującej się obiektem.
Dogoniłam, witam się i pytam czy idziemy na budynek.
- Pani sama pójdzie, tam wszystko otwarte - trochę mnie to zdziwiło, zazwyczaj takie osoby zajmujące się obiektem lubią sobie pogadać, przedstawić listę życzeń i aspiracji a tu nic.
Zauważył, że się zdziwiłam.
- Bo ja się umówiłem ze strażakami w sąsiedniej wsi. Pani mówiła, że nie potrzebuje asysty - no nie potrzebuję. Ale ze mną też się umówił, nie? Spytałam się czy budynek otwarty, a wszystko przygotowane.
No przygotowane.

Idę na obiekt a tam: nie ma drabiny, ja nie wiem gdzie właz na dach, włączniki światła nie działają. Właz znalazłam, ale wisi na nim kłódka.
Dzwonię do osoby zajmującej się obiektem. Mówię, że jest problem.
- No, ja Pani teraz nic nie zrobię, bo zajęty jestem. Obiekt jest otarty - i trach słuchawką. No drzwi są otwarte. Poza tym nic więcej. Znalazłam bezpieczniki i je włączyłam, pojawia się światło, mierzę.
Po 20 MINUTACH słyszę jakieś odgłosy podejrzanie przypominające dzwonienie kluczami.

Lecę na łeb na szyję, żeby mnie nie zamknęli.
W drzwiach jakaś baba okręca właśnie klamkę łańcuchem. Od zewnątrz.
-O, Pani tu jest. Proszę wyjść, bo zamykam.
-ALE JA JESZCZE NIE SKOŃCZYŁAM.
-Ale jak to? Ja muszę matkę ze szpitala odebrać.
-To ja zostawię obiekt otwarty, albo proszę dać mi kluczę, to sama zamknę i zostawię klucze gdzie potrzeba.
-Tak nie można, ja jestem osoba zaufana, a Pani to nie wiem.
-ALE JA NIE SKOŃCZYŁAM.
-JA MUSZĘ MATKĘ PO CHEMIOTERAPII ZE SZPITALA ODEBRAĆ, A PANI MI JESZCZE PROBLEMY ROBI- dzwonimy do osoby zajmującej się obiektem. Nie odbiera - skubaniec.
-PROSZĘ WYJŚĆ BO PÓJDĘ PO KOŚCIELNEGO!

No to wyszłam.
Zła jak osa dzwonię do kolejnej osoby zajmującej się drugim obiektem, który mam mierzyć i mówię, że będę wcześniej.
Nie ma problemu.
Na miejscu drabina jest, 3 przedłużacze po 50 metrów i osoba zajmująca się obiektem, z pytaniem, jak ja ten remont widzę, bo on musi społeczność na to przygotować.
Jakoś robienie tej drugiej dokumentacji sprawniej mi idzie.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 289 (303)

#74593

(PW) ·
| Do ulubionych
Niektórzy po prostu nie potrafią znieść cudzego szczęścia. nawet najmniejszego.
Ciotka moja miała bardzo kiepskie pół roku. M.in. znaleziono jej guzy w tarczycy i teraz chodzi na biopsje co jakiś czas, miała poza tym masę innych problemów.
Ale zdarzyła jej się też miła rzecz- została babcią. I to pierwszy wnuk. Wnuk wyczekany, wytęskniony i wymarzony.
Jak większość chyba normalnych osób postanowiła się pochwalić koleżankom z pracy i pokazać wywołane zdjęcia maleństwa.
Przyszła więc- pokazuje, opowiada że 3.5 kg i coś tam coś tam, a na to koleżanka z pokoju:
-Po co ty te zdjęcia pokazujesz i cieszysz się jak głupi do sera, jak to nie twój wnuk.
-?!!!
-Bo babcią się zostaje jak się ma wnuczkę, a jak się rodzi chłopiec to się jest co najwyżej żoną dziadka i matką ojca dziecka.
Jak do cioci dotarło to co usłyszała, to spytała się, czy wg. koleżanki matką się jest jak się ma córkę, a jak syna to nie?
No nie, można być matką syna, ale nie jest się babcią jak synowi rodzi się syn. Logiczne nie?
Koleżanka wnuki ma i to obojga płci i całe biurko zastawione ich zdjęciami.
Więc ciotka się pyta, czy ona nie jest babcią swoich, że tak powiem męskich wnuków.
Na to tamta, że ona jest ich babcią, bo została babcią w ogóle jak jej się urodziła wnuczka (jako pierwsza).
Ciotka machnęła tylko ręką, bo co tu gadać.
Do bycia babcią poczuwa się dalej.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 295 (309)