Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

takatamtala

Zamieszcza historie od: 26 czerwca 2012 - 15:59
Ostatnio: 9 czerwca 2018 - 20:37
  • Historii na głównej: 82 z 100
  • Punktów za historie: 32262
  • Komentarzy: 451
  • Punktów za komentarze: 2493
 

#74110

(PW) ·
| Do ulubionych
Wiele sklepów sprzedających meble kuchenne ma swoich projektantów, którzy ustawiają w tych kuchniach meble na wymiar.
W jednym z takich sklepów pracowała - dajmy jej - Narcyza. Jej zadaniem było projektować klientowi kuchnie na wymiar, razem z doborem płytek, oświetlenia itd.

Generalnie sprzedawcy sprzętu i osprzętu okołobudowlanego bardzo cenią sobie współpracę z wszelkiej maści projektantami, bo wiedzą, że taki projektant może im przeprowadzić do sklepu klienta.
No i pojawiła się pani klientka z Panem Projektantem Od Lat Na Rynku. Pan Projektant robił jej willę pod miastem i w tej willi zaprojektował kuchnię na elementach z tegoż sklepu, w którym zaopatrywał się od lat i którego ofertę znal na wylot.

Starsi sprzedawcy na widok Pana Projektanta co prawda dywanu czerwonego nie rozłożyli, ale wszelkie rozmowy nie były prowadzone "na sklepie" tylko w gabinecie kierownika przy kawie i ciastkach, na wygodnych skórzanych kanapach, a feralna Narcyza jako młodszy sprzedawca latała w tę i z powrotem z wycenami, wzornikami i ową kawą.
Feralna Narcyza, żeby zrobić wycenę dostała wszelkie materiały takie jak rzuty i dane klientki przy okazji też.
A po godzinach pracy przygotowała kontrofertę. Za ułamek ceny Pana Projektanta. I została przyjęta.

Miłość między panem Projektantem a sklepem "Kuchnie na wymiar" ,zakończyła się z hukiem i ze skargą do centrali sklepu. Po wpisaniu w google "Kuchnie na wymiar - Piekiełko", pełne pasji wpisy Pana Projektanta wyskakują pod wszystkimi stronami z opiniami. Narcyza wyleciała z roboty jak z procy, ale stwierdziła, że to dobrze, bo ta praca i tak była poniżej jej kompetencji, a ona się w niej dusiła, nie mogąc rozwinąć skrzydeł swojej kreatywności.

Obrażony Projektant na budowę willi wysyła asystenta, a z klientką porozumiewa się drogą mailową.

A Narcyza za projekt kuchni wzięła 500 zł.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (202)

#74208

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję przy opracowywaniu dokumentacji na pozwolenie na budowę.

Siedząc na konsultacjach u starszego kolegi, który jest konstruktorem poskarżyłam mu się, że klient mnie się czepia. Generalnie stwierdził (klient), że inwentaryzacja zrobiona jest nierzetelnie, bo na widokach elewacji zaznaczyłam inną ilość felców na blasze na dachu niż jest w rzeczywistości. Muszę się tu przyznać, że nieszczęsne felce na widoku elewacji są zaznaczane tylko po to, żeby było wiadomo czym ten dach jest pokryty i ewentualnie w jaki sposób ta blacha tam leży (czy pasami czy w karo np.), więc jak rysowałam rzeczony widok to na ilość felców nawet nie spojrzałam. Nie żeby to miało jakikolwiek wpływ na wykonawcę, który i tak położy blachę jak mu wypadnie...

Starszy kolega po fachu pokiwał ze współczuciem głową i podzielił się podobnym doświadczeniem:
-Pani sobie wyobrazi: sylwester.
Przedstawiają mi faceta i mówię mu czym się zajmuję. On się pyta nad czym ostatnio pracowałem.
No to mówię: na budynku takim a takim.
A on na to: "każdemu kto pracował na tym budynku trzeba by w mordę dać". Zatkało mnie.

No to patrzę na faceta, czy mi zaraz nie przymaści, ale jakoś się nie przymierza więc się pytam: dlaczego.
A on na to: że drzwi powinny zamykać się bezszelestnie po lekkim pchnięciu i delikatnie na zawiasach chodzić, a w budynku takim a takim nie dość że klamki niewygodne i w dłoń kują, to jeszcze trzeba te drzwi ciągnąć i zamykają się z głośnym klikiem. Skandal.

A- pani Talu- ja na tej robocie, na budynku takim a takim to mało nie osiwiałem. Tam były pęknięcia konstrukcyjne przez wszystkie kondygnacje, nowa klatka schodowa, nowy dach, windy, uzgodnienia z sanepidem i strażakiem, trupa nazisty w piwnicy znaleźliśmy i miałem zamkniętą budowę dwa tygodnie... Jak ja to skończyłem, to się czułem jakbym swoje życie odzyskał. I mi przychodzi taki koleś i na sylwestrze mówi, że ten budynek to skandal, bo mu drzwi ciężko chodzą.

Mnie to drzwi interesowały o tyle, żeby były przeciwpożarowe, miały samozamykacz i szerokość odpowiednią.
No i oczywiście okazało się, że koleś sprzedaje drzwi w jakimś markecie budowlanym.

Z tego taki wniosek pani Talu- jak ktoś chce się przpie.. przyczepić to się przyczepi.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 205 (243)

#74078

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję przy opracowywaniu dokumentacji na pozwolenie na budowę.

Każda dokumentacja - nawet jeśli opisuje prace typu szpachlowanie i malowanie - musi mieć projekt zagospodarowania działki i opis tego projektu. W praktyce wygląda to tak, że jest to mapka, na którym zaznaczam budynek i granice działki, a w opisie odnoszę się do konkretnych, wyszczególnionych w rozporządzeniu punktów. Jest ich 11.

Jeśli więc robię dokumentację na szpachlowanie i malowanie to czeka mnie absurdalne wypełnianie podpunktów typu: ilość powierzchni biologicznie czynnej nie ulega zmianie. Ilość m2 użytkowych budynku nie ulega zmianie. Itd.

Jednym z tych podpunktów jest odniesienie do rozporządzania w sprawie ochrony grzybów i ptaków. Generalnie rozporządzenie mówi, że ptaków nie można zabijać, gniazd niszczyć, a stanowisk grzybów usuwać, CHYBA ŻE są na materiałach budowlanych i przyczyniają się do ich korozji.
Więc w felernym podpunkcie stoi:

"W rozumieniu Rozporządzenia Ministra Środowiska z dnia 9 października 2014 r. w sprawie ochrony gatunkowej grzybów i rozporządzenia Ministra Środowiska z dnia 9 października 2014 r. w sprawie ochrony gatunkowej roślin, jako prace polegające na usuwaniu roślin i grzybów niszczących materiały budowlane prace są dozwolone".

I nikt jeszcze dotąd tego zapisu mi nie kwestionował. Podejrzewam też, ze nikt go nie czytał, tylko sprawdzali czy jest.

I jest poniedziałek. We wtorek o rano trzeciej jadę na szkolenie na tydzień. Jest 15.15. Zapierniczałam cały zeszły tydzień, żeby z czystym sumieniem wyjechać z miasta a tu telefon. Na wyświetlaczu WYDZIAŁ BUDOWNICTWA.
Cały przedurlopowy dobry nastrój poszedł się paść.

- Tu Renata Piekielna z Wydziału. Pani Talu, mam tu dokumentację na Piekielną 1 i musi pani kilka rzeczy w niej wyprowadzić - Piekielna 1 to dokumentacja na malowanie i szpachlowanie klatki schodowej. Normalnie takie prace nie idą na pozwolenie, ale ten budynek jest zabytkowy - Niech Pani przyjdzie do nas jutro, to porozmawiamy.
- Ale ja wyjeżdżam na tydzień na szkolenie - jęknęłam. Babę zatkało.
- To proszę przyjść teraz - a była 15.15!!!

To przyjechałam i co słyszę?
Na końcu nieszczęsnego punktu o grzybach i ptakach napisałam "prace są dozwolone" a powinno być "dopuszcza się". Mam tą stronę wydrukować z poprawką. Na jutro. Bo jej pojutrze mija termin wydania pozwolenia.

I pierwszy raz wylądowałam u naczelnika, gdzie bazując na mej niskiej wiedzy humanistycznej, przekonywałam gościa, że "prace są dozwolone" i "dopuszcza się" to to samo.
Na co Pan naczelnik, że nie to samo. I mam przedrukować. Bo mi nie wydadzą pozwolenia.
Jak chcę, to mogę ich pozwać.

No to podmieniłam stronę i dokumentacje następnego dnia zaniósł dziadek.
I jak tu nie pałać żądzą mordu.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 283 (295)

#73556

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję przy opracowywaniu pozwoleń na budowę.
W zależności od zakresu prac na budynku, potrzebuję współpracować z konkretnymi branżystami (konstruktor, sanitarny, drogowiec etc). Jako że jesteśmy tu na końcu wszechświata, każdy ma tu swoją działalność gospodarczą i we własnym zakresie krwawi co miesiąc ZUS-em.

Dzwoni do mnie Kosztorysant [K] i mówi, że jest fajna fucha - przetarg na stronie gminy Piekiełko, taki a taki zakres, tylko oferty składa się do piątku rano, czyli JUTRO RANO trzeba ją wysłać.
No to odpaliłam zakres i dzwonię po branżystach. Bo cena projektu jest sumą cen branżystów i oczywiście moją + 10% na dojazdy, mapy i takie tam.

Pod dwóch godzinach mam już od nich deklaracje i dzwonię do kosztorysanta, który jest właśnie na terenie w gminie Piekiełko, na oglądzie budynków będących przedmiotem przetargu.

Ja: K, jest problem: Asia, z którą zawsze współpracuję jest na wakacjach i nie da mi wyceny. Potrzebuję [nazwa branży].

Dodać tutaj muszę, ze jest to branża mocno specjalistyczna i trzeba do niej posiadać uprawnienia. Na dodatek są to osoby zapracowane jak diabli i może się zdarzyć, że akurat nikt w tym sezonie nie będzie miał mocy przerobowej.

K: A to super się składa. Bo ja tutaj jestem na oglądzie i jest tu taka młoda i napalona, nigdy nie robiła pozwolenia na budowę - świeżo ściągnięta z rusztowania.
Ja: No ale co to za babka?
K: Miejscowa, wygodna do współpracy będzie. Napisze te swoje programy i się ją przyuczy do roboty.
Ja: No to daj ją do telefonu.

Więc pogadałam z laską, ustaliłyśmy ile mam na nią przewidzieć w płatnościach, co ma konkretnie zrobić i następnego dnia wysłałam ofertę.
I wygrałam.

Jako uczestnik przetargu mam prawo zapoznać się z innymi ofertami. Siedzę w gminie Piekiełko, wertuję sprawozdanie po przetargu i co widzę? Że moja nowa branżystka wystartowała z ofertą w połowie mniejszą od mojej. Tak, w rozmowie z nią wspomniałam, ile mniej więcej będę deklarować.
Odpadła ze względu na brak referencji.

Dzwonię do K.i mówię mu, że ta pi... osoba złożyła własną ofertę. K. nic nie rozumie.
Dzwonię do tej pi.... osoby i pytam się jej, czy ona uważa to za moralne postępowanie.

Oczywiście, że tak, bo ona ma swoją własną działalność gospodarczą i miała prawo złożyć ofertę. Oczywiście, że złożyła o połowę mniejszą niż ja, bo to kapitalizm jest i mogłam jej nie mówić ile składam. Niech ja się nie martwię, ona by sobie znalazła branżystów, którzy zrobiliby jej w tej cenie. Tego kwiatu pół światu. Do nikogo nie dzwoniła, po co, skoro nie wygrała. I o co mi chodzi, skoro ja wygrałam. Teraz zrobimy dokumentację razem (!!!).
A tak w ogóle to mam jej nie oceniać, bo ja jej nie znam, a ona jest MAMĄ i ma WŁASNĄ FIRMĘ i też musi się utrzymać na rynku. I nie po to zakładała firmę, żeby jej ktoś mówił co ma robić (!!!). I mam jej nie mówić, że jest niemoralna, bo ja nic o niej nie wiem. I ona miała prawo złożyć ofertę, bo nie miałyśmy umowy pisemnej, tylko ustną.

No to jej zrobiłam kapitalizm w praktyce i wywarczałam jej do słuchawki (przez szczękościsk), że jakby nie wydawało jej się, że jest sprytna, to by jej firma miała zlecenie i nie musiałaby się martwić innymi branżami, tylko by zrobiła swoją cześć opracowania i miałaby spokój. A tak nic nie będzie miała.
I nagle okazało się, że nasze ustalenie ceny przez telefon jest wiążące i ja MUSZĘ ją zatrudnić, bo inaczej mnie pozwie.
No to szczęść Boże.
Czekam na pozew.
Asiu - wróć...

PS Dopadła mnie ostatnio na terenie i kazała się przeprosić.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 294 (322)

#73793

(PW) ·
| Do ulubionych
Opracowuję dokumentację na pozwolenia na budowę.
Jest taki typ klienta - urzędowy kombinator.
Taki klient przychodzi po dokumentację, płaci za nią, ale ma jakiś organiczny strach przed pchnięciem jej normalną drogą w urzędzie. I kombinuje.

Część piekielnych czytelników dziwi się pewnie w tym momencie, dlaczego mnie to wku... irytuje, skoro płaci.

No bo potem dostaje telefony od pani Bożenki z urzędu typu:
- Pani Talu, mam Pani dokumentacje z 2014 r. i trzeba ją zaktualizować do dzisiejszych wymogów formalnych - chodzi o wygląd okładki i typ opisu budynku. Teraz trzeba odnieść się do podpunktów z rozporządzenia,a kiedyś można było wszystkie informacje ciurkiem zamieścić w litym tekście.

ALBO:
- Pani Talu, mam Pani dokumentacje z 2011, 2013 z lipca i grudnia na fundamenty, dach i strop. A facet mi złożył na jednym piśmie. To jak? Scali to pani w jedną aktualną czy kazać mu wycofać, niech złoży na trzy osobne a Pani będzie te trzy osobne aktualizować?

Wiem, że są biura, które zadzwoniłby w tym momencie do klienta i powiedziały, że nie będą tego robić bez dopłaty ALE wiem, że jak im jeden raz tą dokumentacje odrzucą, to te budynki im zgniją i się zawalą, bo oni się zrażą "bo zapłacili a nie załatwione". I tak niestety zachowuje się większość prywatnych właścicieli zabytkowych obiektów.

Więc potem siedzę jak ten kiep i kleje te daty, wymieniam strony i numeruje po raz drugi i staram się nie irytować i powtarzać sobie, że ja jestem po to, żeby oni ten remont przeprowadzili i ja mam im pomóc, a nie zainkasować kasę i zostawić ich na pastwę własnego oślego uporu.

No i siedzę właśnie nad takim kolesiem, który chce ocieplić budynek razem z dachem. Jako, że muszę docieplić więźbę, to nakładam na nią dodatkowe obciążenie czyli muszę być pewna, że ta więźba to wytrzyma. Czyli wysyłam na miejsce konstruktora, żeby mi tą więźbę obejrzał i zaopiniował. Inwestor konstruktora nie wpuszcza, bo on żadnego konstruktora nie potrzebuje.

Tłumacze, że to do pozwolenia. On na to, że to będą prace bez pozwolenia. Ja na to, że to zabytek i nie ma na zabytkach prac bez pozwolenia. Na to on, że w takim razie mam przewidzieć tylko "impregnacje dachu" i śmieje mi się jełop w twarz i widzę, że on to docieplenie dachu zrobi bez pozwolenia! No niby nie mój problem ale jak mu się ugnie albo pierdo... zawali?

Więc mu mówię, że i tak płaci za dokumentacje, że umowę podpisaliśmy i to, ze ja zatrudniam konstruktora to go dodatkowo nie obciąża, bo to moje koszta które brałam od początku pod uwagę. To ja mam mu teraz robić aneks do umowy i policzyć tysiąc taniej!

Ja na to, że nie i daje mu dokumentacje z konstruktorem, który liczy na mojej inwentaryzacji, z ociepleniem dachu bo tak mam w umowie.

A facet - płacąc i odbierając ode mnie dokumentacje- ze mściwą satysfakcją w głosie:
- A ja i tak nie zaniosę tego do Urzędu miasta!
Czyli w 2018 czeka mnie kolejny telefon od Pani Bożenki.

Skomentuj (45) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 255 (277)

#73311

(PW) ·
| Do ulubionych
Znajoma ma mieszkanie w Dużym Mieście, które nie dość, że jest geograficznie daleko od naszej Prowincji, to jeszcze się oddala. Jak kupowała mieszkanie 10 lat temu, to Duże Miasto było 3-4 godziny pociągiem od naszego, a teraz jest się 6. Jako mieszkaniec Prowincji, Koleżanka odczuwa zwierzęcy i obezwładniający strach przed jeżdżeniem samochodem po Dużym Mieście, bo ma wrażenie, że każdy na nią trąbi i chce ją rozjechać.
W związku z powyższym, w przypadku problemów z mieszkaniem czas reakcji mojej Koleżanki jest dość wydłużony.
Koleżanka mieszkanie wynajmuje. Odpowiedzialnym, pracującym trzem kobietom. Przynajmniej tak się przedstawiły.

Od momentu wynajęcia mieszkania wszystko było źle. Mieszkanie nieposprzątane (koleżanka po poprzednich lokatorach posprzątała sama, ale ugodowo stwierdziła, że widać mają wyższe standardy), materace w łóżkach wyleżane, a drzwiczki w szafkach skrzypią. Raz na miesiąc ojciec koleżanki - jako emeryt na chodzie - jeździł drzwiczki dokręcać i przetykać odpływy. Bo lokatorki nie potrafią i te rury są jakieś dziwne, że się zapychają. Z tych rur, drzwiczek i materacy to się jeszcze koleżanka śmiała.
Mniej się śmiała, jak do niej zadzwoniły o 19, że gaz się ulatnia z junkersa. Kazała im zakręcić zawór i udało jej się dopiero rano ściągnąć jakiegoś fachowca... który niczego nie stwierdził.
Za to lokatorki stwierdziły, że ze względu na standard mieszkania należny im się obniżka czynszu. Koleżanka nie obniżyła.

Nie śmiała się już w ogóle, gdy tydzień później dostała SMS, że w łazience ulatniał się czad, one wszystkie wylądowały na pogotowiu, a na mieszkaniu interweniowała straż pożarna. O godzinie gdzieś 16.30. W piątek.

Z duszą na ramieniu Koleżanka zadzwoniła do administratora, ale było już zamknięte. W panice zadzwoniła do straży pożarnej, gdzie miła pani poinformowała ją, że owszem - była interwencja na mieszaniu pod tym adresem, ale nie stwierdzono ulatniania się czadu, a zainstalowany przez koleżankę czujnik też nic nie zarejestrował. Tzn. lokatorki twierdziły, że pikał jak głupi, ale gdy straż przyjechała, czujnik nie pikał i czadu nie było.
Koleżanka zadzwoniła więc do jednej z lokatorek, która odebrała słabym głosem, bo leżała w szpitalu na obserwacji. Na pytanie w którym, nie potrafiła odpowiedzieć, bo ją pogotowie zabrało, a ona ledwo żywa nie zarejestrowała nazwy szpitala. A potem wysłała SMS, że teraz to już trzeba im obniżyć czynsz, po takich przeżyciach.

Koleżanka wiedziona przeczuciem dowiedziała się, które dwa szpitale miały w piątek ostry dyżur i zadzwoniła do obu. Wyłuszczyła sytuację, podała dane lokatorek i spytała się, czy tu je przywieźli, bo podobno struły się czadem, a ona się martwi. Dowiedziała się, że nikogo takiego nie przywieziono, ale dostała też jakiś numer na centralę, na którym rejestruje się wszystkie interwencje ze wszystkich szpitali - gdyby zawieziono je gdzieś, gdzie akurat nie było ostrego dyżuru.
Nie bardzo chcieli jej nic powiedzieć na centrali, ale jak podała dane osobowe lokatorek i wytłumaczyła o co chodzi, to pani na rejestracji sprawdziła, że nikt taki nie został przewieziony do żadnego szpitala i takiej interwencji nie było.

To był ten moment, kiedy razem z ojcem emerytem wsiedli w pociąg o trzeciej, by być na mieszkaniu o dziesiątej i zastać lokatorki w piżamach. Na pytanie, co robią w mieszkaniu, skoro były na obserwacji w szpitalu usłyszała, że je wypuszczono. W sobotę rano. Kiedy niby przyjęto je w piątek wczesnym popołudniem.
Na proste stwierdzenie, że to niemożliwe, lokatorki wyjaśniły jej, że się przesłyszała i one były w szpitalu z czwartku na piątek, a nie z piątku na sobotę.

Po tej odpowiedzi, Koleżanka tak się zatroskała losem lokatorek i ich zdrowiem, że wypowiedziała im mieszkanie.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 488 (504)

#72966

(PW) ·
| Do ulubionych
Wyobraźcie sobie dwie drogi biegnące równolegle. Pomiędzy nimi dwa rzędy działek budowlanych z domami w niewielkim oddaleniu od drogi. Domy typu willa międzywojenna. Za domami ogrody.
Teraz wyobraźcie sobie, jak jeden pan dzieli działkę na pół i na tej wydzielonej z ogrodu stawia dom. Powstają trzy domy w rządzie, w tym jeden w środku pierzei. Powiedzmy: Piekielna 6A, 6B i Niebiańska 6. Jako, że każda działka musi posiadać dojazd, wydziela mu się drogę z drugiej połowy podzielonej, oryginalnej działki (czyli 6A). Administracyjnie wydziela. Droga prowadzi do ulicy, przy której budynek ma adres- czyli Piekielnej.

I teraz facet zaczyna kombinować. W starym domu 6A mieszkają rodzice, fajnie by było mieć ogród między 6A a 6B, droga zajmuje prawie całą zieleń działki 6A, poza tym każdy budynek ma gdzieś przód a gdzieś tył, więc fajnie by było mieć w elewacji południowej taras przy ogrodzie a w północnej drzwi od garażu. Tylko, że elewacja północna skierowana jest do Niebiańskiej.

Poszedł więc facet do dwóch emerytek z Niebiańskiej 6 i spytał się, czy może jeździć przez ich działkę do siebie do garażu. Za drobną opłatę.
One się zgodziły, a on wybudował dom skierowany tarasem do ogrodu, a garażem do środka pierzei. Administracyjnie wydzielona droga nigdy nie zaistniała tak na prawdę.
Jedyne czego facet nie przewidział, to to, że mu emerytki umrą. I że ktoś kupi Niebiańską 6. I że zaora bitą drogę, która tamten 20 lat jeździł do garażu, postawi ogrodzenie i zasadzi tuje.

Jakby przewidział, to by pewnie ten kawałek działki kupił, podpisał umowę na służebność czy zabezpieczył się jakkolwiek. A nie zabezpieczył.
-I wyobraź sobie- opowiada mi kumpel- że ja rano wstaje, a ten d...ek leje mi wrzątkiem po tujach! Ja na niego z mordą a on do mnie "oddawaj mi drogę". Ja mu na to, że 5 lat byliśmy w sądzie i przegrał i moje ogrodzenie w prawie stoi. I żeby sobie drzewo wyciął ze swojego dojazdu koniecznego. To on mi, że ta droga jeszcze tu wróci i wylał mi szambo w nocy na trawnik. To na na niego dzielnicowego, a tamten: to nie moje szambo. No to ja doniesienie o popełnieniu przestępstwa, a tamten mi mówi, że mnie pozwie o nękanie. I tak 5 lat.

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 364 (382)

#72916

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu miałam włamanie do mieszkania. Oczywiście standard, policja, przesłuchanie i po jakimś czasie umorzenie śledztwa z powodu niewykrycia sprawcy.

Tak się składa, że miesiąc przed włamaniem miałam remont. Podczas przesłuchania oczywiście podałam namiary na firmę remontową - właściciel jest OK i to znajomy, ale ja wiem, kogo on zatrudnia? Powiedziałam mu (tzn. znajomemu) o tym, żeby nie padł z wrażenia, jak mu policja stanie w drzwiach, po co ma się facet niepotrzebnie denerwować.
Spotykam go ostatnio na budowie i pytam, czy dużo miał przeze mnie nieprzyjemności.
- Nikt nie przyszedł ani o nic nie pytał.

Badum-tsss.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 287 (315)

#72526

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu okradziono mi mieszkanie. Wyjechałam z domu na szkolenie dokładnie na 36 godzin i wystarczyło.

W każdym razie- za niedługo będę musiała ponownie wyjechać, na równie zatrważający okres czasu i idea zamknięcia domu na cztery spusty i zostawienia go samemu sobie jakoś tak mnie niepokoi. Głównie dlatego, że poprzednim razem dwa zamki i drzwi antywłamaniowe jakoś nie pomogły.
Szukam więc osoby, która przesiedzi u mnie w domu od 12 w południe do 23 dnia następnego.

Nie chodzi o to, żeby ciurkiem siedziała z patelnią w garści i nożem ceramicznym pod ręką. Tylko, żeby było widać, że ktoś jest w domu.

Zwróciłam się wiec do członków rodziny, którzy są na emeryturze.
- Nie, bo u ciebie nie ma telewizji i nie ma co robić- zgadnijcie drodzy piekielni, dlaczego nie ma telewizora.

Zwróciłam się do koleżanki:
- Nie, bo jak zostawię auto po twoim blokiem to na pewno mi zdewastują.

Zwróciłam się do kolegi:
-A co ja tam będę robił cały wieczór, jak ty bierzesz laptopa ze sobą, a kompa nie ma?- kompa nie ma z tego samego powodu co telewizora.

I tak w ogóle- czy ja nie przesadzam? To tylko jeden wieczór.

Ostatecznie na mieszkaniu śpi kolega, który stwierdził, że będzie uczył się do egzaminu. Na szczęście lampkę biurkową mam.

PS. A wnerwia mnie to tym bardziej, że dziś umorzyli mi śledztwo.

Skomentuj (58) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 327 (385)

#72368

(PW) ·
| Do ulubionych
Zajmuję się przygotowywaniem dokumentacji na pozwolenia na budowę.

Formę i zawartość takiej dokumentacji określa Prawo Budowlane. Interpretacji tych zapisów jest tyle, co urzędników w Wydziałach Budownictwa w całej Polsce - ale przepis obowiązuje jeden.

Żeby nie było prosto - i żeby człowiek się nie przyzwyczajał - co chwilę nam to paskudztwo nowelizują, i trzeba potem zmieniać wszystkie sztampowe okładki, oraz grzebać w podpunktach opisów i dopisywać idiotyzmy typu: "wykonanie kolorystyki elewacji nie wpływa na powstawanie szkód górniczych w terenie".
Za każdym razem jak nowelizują, to trzeba sobie dodrukować to co znowelizowali i powymieniać strony, ewentualnie podklejać wiersze do wydruku. Chyba, że ktoś lubi czytać PDF - ja nie lubię.

W każdym razie - siedzę, pracuję, neurony trzeszczą, czacha dymi, kawa dymi- a tu telefon.

- Czego? - spytałam, tylko oczywiście nie tak, bo kulturalnie, ale w tym sensie.
- DzieńdobryczydodzwoniłemsiędofirmyTTTbiuroarchitektoniczne?

Łojesusmaria - myślę sobie - znowu telesprzedaż.

- Taaaak - odpowiadam ostrożnie.
- Mam dla waszej firmy znakomitą ofertę- normalnie zamieniam się w słuch - znowelizowane Prawo Budowlane! W twardej oprawie! - nie wiem po co ta twarda oprawa. Chyba tylko, żeby dziurę w ścianie wywalić, jak się cholerstwem rzuci w szale - W niezwykłej, okazyjnej cenie! Tylko dziś!!! Czy jest pani zainteresowana?

Rzuciłam z ukosa okiem na leżącego na stole, poklejonego, wiele razy przebindowanego i sfatygowanego Frankenstaina... Z podklejonymi wierszami i pomalowanymi korektorem uchylonymi przepisami. Którego sobie wydrukowałam sama. Z PDFa. Ściągniętego z netu, za darmo. Ze strony Internetowego Systemu Aktów Prawnych. Aktualizowanego własnoręcznie na podstawie Dzienników Ustaw.

- No...nie... wiem... - powiedziałam bez przekonania, bo uderzyła mnie miałkość prawa i niepewność jutra.
- ... na kredowym papierze, dostarczane kurierem do domu i to wszystko, tylko dziś za 50% ceny!!!- przywrócił mnie głos w słuchawce do rzeczywistości.
- A ile to jest 50% ceny? - zainteresowałam się tak z zupełnej ciekawości, bo moje wrodzone skąpstwo nie pozwoliłoby mi wydać pieniędzy na ładniejszą wersję czegoś co już miałam.
- Normalnie to 800 zł... - aha - ...ale dziś i specjalnie dla Pani tylko 400!!!

Tu prychnęłam śmiechem, a facet się rozłączył, bo go chyba uraziłam.
Zła kobieta jestem.
Ale serio - 400 zł za coś, co jest dostępne w necie za darmo i będzie ważne maksymalnie dwa lata, zanim znowu czegoś nam tam nie zmienią?

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 339 (351)