Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

takatamtala

Zamieszcza historie od: 26 czerwca 2012 - 15:59
Ostatnio: 9 czerwca 2018 - 20:37
  • Historii na głównej: 82 z 100
  • Punktów za historie: 32262
  • Komentarzy: 451
  • Punktów za komentarze: 2493
 
zarchiwizowany

#64011

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Moje mieszkanie pozyskałam z rynku wtórnego, razem z częścią wyposażenia po poprzednim właścicielu. W wyposażeniu tym była min. kuchnia. Mieszkanie jest w bloku z lat 80 ubiegłego wieku, a kuchnia- jak to mówią historycy sztuki- jest oryginalna z epoki.
Problem z niąjest taki, że kiedy się w niej piecze blokują się kurki od gazu i nie mogę wtedy normalnie gotować. Ale poza tym działa. Drugi problem to to, że w żadnym widocznym miejscu owa kuchnia nie ma numeru modelu (modela?), a jedynie widać nazwę firmy, więc nikt mi nie chciał do naprawy przyjechać.
W końcu znalazł się jednak facet (60+) który po znajomości ze starej pracy kumpla ojca (mojego) kolegi- pracującego w administracji- się pofatygował. Panów z normalnych serwisów AGD to widać przerastało.
Gość przyszedł, obejrzał i wydał wyrok.
-Jak Pani piecze, to blacha piekarnika od wewnątrz pod wpływem ciepła się wydyma i naciska od dołu na metalowe bolce do których przymocowane są kurki, dlatego się nie odkręcają.
-A co z tym zrobić?
-Nic. Kupić nową kuchnię. Albo nie kręcić kurkami jak się piecze, bo się rozszczelni kuchnia i będzie gaz się ulatniał.
-Ale to niebezpieczne- próbowałam apelować. Poza tym uwielbiam fachowców, którzy przychodzą a następnie opuszczają mnie ze stanem zastanym, bo nic się nie da zrobić póki nie wywalę na remont kuchni 10 000.
-A dzieci na mieszkaniu są?
-No nie ma.
-To jak wybuchnie będą mniejsze straty społeczne- i poszedł. Trzeba jednak mu przyznać, że nawet za fatygę nie skasował, tylko tak po znajomości od pana Marka.

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 14 (136)

#63728

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem osobą niewierzącą i wszyscy o tym wiedzą. Nie wdawajmy się w dyskusję dlaczego.
Jednak jakoś w społeczeństwie żyć muszę. Siedzę sobie spokojnie u rodziców na obiedzie a tu nagle ksiądz po kolędzie. Okazało się, że rodziciele zaprosili mnie specjalnie na godzinę, o której miał być. Ale mniejsza.

-Po prostu siedź. Nic nie musisz robić. Siedź i uśmiechaj się. Zrób to dla mnie - zaapelowano do mnie tonem narastającej histerii.
Więc siedzę i staram się wyglądać uprzejmie. Z jakiś powodów - o radości! - ksiądz zdecydował się rozmawiać głównie ze mną. Może dlatego, że byłam jedyną poniżej 60 roku życia.
-A męża ma?! - spytał się najwyraźniej mnie, bo druga "ona" w pokoju siedziała z mężem. Czy zwracanie się do kogoś w osobie trzeciej jest w ogóle poprawne?
-Nie, nie mam.
-A czego?
-Tak wyszło - odpowiadam uprzejmie. Na serio staram się nie zrobić rodzicom przykrości.
-A chłopaka ma? - znowu w trzeciej osobie.
-To prywatna sprawa.
-To może ma dziewczynę?!- no trochę mnie zatkało.
-Nie, nie mam - zirytowałam się - Pewnie jakbym miała, to by mnie ksiądz pod prysznicem z tej wody święconej z kropidła wymył?
-Nie, utopił.

Skomentuj (61) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 363 (835)

#63433

(PW) ·
| Do ulubionych
Poniedziałek rano - dzwoni telefon. Patrzę - ksiądz, który dostał ode mnie dokumentacje na pozwolenie na budowę dobre dwa miesiące temu. Wszystko rozliczone, o co może chodzić?

-Pani TTT, bo ja mam taki problem - rozpoczął po wstępnej wymianie uprzejmości - idziemy na dotacje Unijną i potrzebujemy projektu.
-Ale jakiego? Projektu czego?
-Tego projektu, który nam Pani zrobiła.
-Ale ksiądz dostał 5 egzemplarzy - przed oczami pojawił mi się metr sześcienny papieru, podzielony na 5 równych tomów, opieczętowany u strażaka, w sanepidzie (bo tam jeszcze świetlica była), u konserwatora zabytków i podpisany przez 7 osób opracowujących. Całkiem sporo pieczątek i podpisów.
-Ale to urząd zabrał. A ja potrzebuje takich egzemplarzy z pieczątkami do wniosku.
-Taaak... zabrał... jeden egzemplarz do konserwatora, dwa bodaj do budownictwa, a dwa powinien ksiądz dostać z powrotem.
-No tak, ale ja je rozdałem jako gratisy takim ludziom z Ameryki, którzy sponsorowali witraże.
TADAM- BASsss!!!

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 399 (523)

#63219

(PW) ·
| Do ulubionych
W pewnej zapa... niewielkiej wsi w pewnym rejonie Polski (sławnym z tego, że jest daleko od wszystkiego) na parafię przyszedł nowy ksiądz. Ani stary ani młody. Postanowił na początek panowania objechać swoje włościa.

W ramach gospodarskiego rzutu okiem dojechał do jeszcze bardzie zapa... niewielkiej wsi, w której był sklep spożywczy i gimnazjum z tabliczką "na sprzedaż". I jak się okazało dwa kościoły. "Ten nowy" i "ten drugi" strategicznie rozstawione 500 metrów od siebie, czyli w przeciwległych krańcach wsi, na przeciwległych górkach. Bo tu u nas wszystko jest na górkach.

Po inspekcji nowego poprosił o pokazanie starego. By do niego się dostać, musiał przejść opłotkiem, potem obok ujadającego psa na łańcuchu mieszkającego w beczce, po desce nad strumykiem i wspiąć się na górkę.
I wtedy się okazało, że tak właściwie to ma cerkiew. Co prawda z rzymskokatolickim krzyżem, ale w środku pełen ikonostas, polichromie i zardzewiała tabliczka z napisem "zabytek prawem chroniony".

Ksiądz obszedł obiekt i stwierdził, że na budownictwie to on się nie zna, ale chyba mu się kościół wali. No i na dodatek ten kościół był zbudowany z bali drewnianych ocieplonych pianką montażową do okien, co zafajdało trochę polichromie w środku. Grekokatolickie, ale ładne.
Kościół czy cerkiew, greko- czy rzymsko- katolicy, ksiądz stwierdził, że jakby nie było wiara siostrzana, będzie remontował.

I tu pojawiam się ja. W celu zrobienia dokumentacji na remont.
Jako, że żadnego obiektu, który ma wszystko krzywe i żadnego kąta prostego nie da się zmierzyć na raz, to byłam tam kilkukrotnie. I przy ostatnim razie stałam się świadkiem piekielności.

Otóż wieś wysłała petycje do biskupa, żeby księdza odwołać, bo doprowadził kościół/cerkiew do ruiny i źle gospodarzy. Przypomnę, że był proboszczem drugi miesiąc, z czego ja na obiekcie byłam już któryś tydzień.
Więc wysłali do biskupa prośbę o odwołanie proboszcza i podpisała się pod tym cała wieś, co strasznie biedny chłop przeżywał. Więc siedział i mi się skarżył na niesprawiedliwość świata, kiedy przyszła pani "od kluczy" i powiedziała, że to z tą petycją nie tak było.
Podobno pewna Pani Aktywistka przeszła się po wszystkich chałupach we wsi z kartką, "czy popiera się remont starego kościoła". Na kartce coś było napisane, nikt nie przeczytał, podpisało się wszystkie kilkanaście domów we wsi.

Dlaczego nikt nie przeczytał? Bo to jakby swojemu powiedzieć, że mu się nie ufa. Przecież tu oni wszyscy całe życie się znają. Poza tym Pani Aktywistka co miesiąc z jakąś kartką lata.
A ja mam tylko nadzieję, że dla dobra obiektu nie odechce mu się wszystkiego. Zwłaszcza, że tak naprawdę ma nowy kościół w tej wsi na 200 m2 i nic nie musi remontować.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 478 (542)

#63151

(PW) ·
| Do ulubionych
Kiedy słyszę historie o Powiatowym Urzędzie Pracy (zwanym pieszczotliwie PUPą) przypomina mi się epizod z własnego życia, kiedy to często bywałam tam jako petent. Konkretnie po to, żeby wydębić środki, a rozpoczęcie działalności gospodarczej.
Jaka PUPa jest każdy wie, więc daruje sobie opis poszczególnych etapów mojej drogi krzyżowej zwanej rekrutacją i przejdę do razu do piekielności.

Aby otrzymać dofinansowanie potrzebowałam dwóch żyrantów, którzy musieli PUPie udowodnić, że posiadają dochody na pewnym określonym poziomie. Kazano im zatem przedłożyć zaświadczenie o dochodach.
Jednym z żyratów był mój ojciec. Karnie poszedł do księgowej w swoim zakładzie pracy po odpowiedni świstek papieru, a następnie odbił się od drzwi PUPy, gdyż dowiedział się, że jego zaświadczenie jest nieważne. Bo brakuje na nim pewnych istotnych informacji, których PUPa wymaga. Konkretnie nie ma sformułowania "zakład pracy nie znajduje się w stanie upadłości".

Mój ojciec jest pracownikiem Wojewódzkiej Komendy Policji.

Księgowa na komendzie pośmiała się i dopisała zdanie długopisem. Zwyczajnie firmowy druk Policyjny nie zawierał tego sformułowania - nikomu chyba do głowy nie przyszło. Padło nawet stwierdzenie, że prędzej zlikwidują PUPę niż Policję.

PUPa zaświadczenia nie przyjęła, bo to nie wygląda poważnie takie popisane i dopiero przy tym drugim podejściu wydrukowała odpowiedni formularz, z którym Ojciec pomaszerował do Księgowej (po raz trzeci). I na szczęście ostatni.

I tak było ze wszystkim.

PUP

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 494 (540)

#63050

(PW) ·
| Do ulubionych
W ramach pracy często chodzę po kamienicach, trzymających się kupy z przyzwyczajenia. W wyniku licznych obserwacji doszłam do wniosku, iż wygląd i ogólny stan budynku jest taką emanacją umysłu właściciela/właścicieli. Zwłaszcza, że sama - studentem będąc - w podobnej kamienicy mieszkałam i poczyniłam już wtedy pierwsze obserwacje.

Była to wesoła kamienica czteropiętrowa, z trzema pietrami studentów. Zajmowaliśmy ze znajomymi pół mieszkania, drugie pół zajmowała "pani doktor". Co istotne dla historii: ona dostała oryginalną łazienkę (wyłożoną płytkami) połączoną z pokojem, my natomiast dwa pokoje i łazienkę wydzieloną ścianką działową w jednym z nich. O tym, że łazienka wydzielona jest z pokoju, świadczyła nie tylko grubość ściany, ale również parkiet na podłodze oraz zabite gipsokartonem pół okna (drugie pół było w pokoju).
Na dodatek łazienkę wydzielono "jakiś czas temu"- był to czas odpowiedni, by umywalka zamocowana w murze na dwóch kotwach zaczęła wypadać ze ściany i wisiała 5 cm od muru. Z zasady się na niej nie opieraliśmy, nie używaliśmy jej i myliśmy zęby w wannie.

Wszelkie prośby u właściciela, by coś z umywalką zrobić, żeby tak nie wisiała spełzały na niczym. Pan emanował na tą umywalkę umysłem. Kiedyś policzyliśmy między sobą, ile on na tej kamienicy ciągnie i wyszło nam, ze 30 koła miesięcznie na wszystkich osobach - a chodził gość po śmietnikach i wyciągał z nich przeróżne rzeczy, które znosił na swoje czwarte piętro. Sam też wyglądał jak menel. Brrr.

Więc mieliśmy w łazience pół okna, parkiet na podłodze i umywalkę trzymającą się bardziej na syfonie niż na kotwach. Zapomniałam dodać, że parkiet był agresywny. Rzucał się na człowieka, jak się wchodziło.
I na jednego mojego kolegę rzucił się ten na tyle skutecznie, że ten wyłożył się jak długi przez całą długość łazienki, po drodze zahaczając o umywalkę. Głową. Syfon nie wytrzymał, śruby chyba w ogóle nie stawiały oporu - kolega zatrzymał się na podłodze z twarzą w porcelanowej stłuczce szklanej.

6 godzin później, ze złamanym nosem, dwoma szwami i poziomym siniakiem przez pół twarzy wparował do właściciela i wywrzeszczał mu, co myśli o agresywnych parkietach rzucających się na ludzi oraz wiszących umywalkach zalewających ludziom łazienki śmierdzącym ściekiem z urwanego syfonu.

Następnego dnia pojawiło się w łazience linoleum. Było nieco większe od pomieszczenia, na dodatek felerna łazienka posiadała komin w rogu, więc ono się tak zaginało tworząc taką nieckę, ale to było nawet wygodne, bo łatwo się ścierało wodę zbierająca się w zagłębieniu. Nowej umywalki się nie doczekaliśmy, bo po co.

Ale nie o umywalce historia, tylko o emanacji umysłu właściciela na mieszkanie, więc może dotrę do meritum.

Po kilku dniach od "remontu" naszej łazienki spotykamy na korytarzu "panią doktor" zajmująca drugie pół mieszkania. I ona pyta się nas, czy nikt obcy się ostatnio nie kręcił po kamienicy, bo ona sobie kupiła kilka metrów linoleum ostatnio, żeby wyłożyć w aneksie kuchennym... Postawiła w naszym wspólnym przedpokoju (a mieszkanie było zamykane na klucz!) pojechała po taśmę dwustronną do montażu, wróciła i linoleum nie ma! Ukradł ktoś.

Przemieszkaliśmy tam do końca semestru i fru :)

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 599 (677)

#63007

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak się złożyło, że akurat w piątek postanowiłam pójść na aerobic. Ja wiem, że świat w piątek wieczorem imprezuje, ale po całym tygodniu ciężkiej pracy przy kompie marzyłam, żeby trochę się poruszać. Każdy, kto siedzi przez monitorem ciurkiem 12 godzin razy 5 to zrozumie.

Jako, że pod drugiej stronie ulicy mam szkołę ze salą gimnastyczną, a w tej sali zajęcia, to ubrana stosownie złapałam butelkę wody, karimatę, 10 złotych na wstęp i idę. Komórki nie brałam, bo po co, a poza tym w moich wypasionych legginsach kupionych specjalnie na tą okazję, nie ma kieszeni. W swetrze też nie ma kieszeni. Wszystko co miałam na sobie było obcisłe, oddychające i nie miało kieszeni, z wyjątkiem jednej, małej na klucze. A poza tym po diabła mi komórka na treningu?

Więc wsiadam do windy, żeby zjechać ze swojego 10. piętra w tych obcisłych legginsach, z karimata, woda i bez komórki o 19.30 w piątek....
...i światła gasną. Ciemno, cicho i lekko strasznie. Czubka nosa nie widać.
Namacałam panel z przyciskami, a na panelu ten guzik z dzwonkiem, o którym pamiętałam, że jest opisany jako alarm.
Wciskam. Spodziewałam się jakiegoś ryku syreny, czerwonego światła alarmowego, bohaterskiego ratownika z błyskiem w oku zjeżdżającego na linie przez właz w dachu windy...
A tu nic.
Dla pewności wcisnęłam jeszcze 666 razy. Dalej nic.
Tu dodam, że winda jest prawie moją rówieśniczką, ma za sobą historie podpalenia i zatrzymała się miedzy ósmym, a dziewiątym piętrem. Szybko w myślach policzyłam wysokość szybu pode mną i ta świadomość zmobilizowała mnie do działania!

-HAAAALOOOO!!! POMOCY!!! UTKNĘŁAM!!! WISZĘ W WINDZIE!!!- zacząłem wrzeszczeć jak co najmniej dama w opałach - RATUNKU!!!- dla zwiększenia efektu zaczęłam bębnić dłonią o metalowe drzwi windy.
Bębnię i bębnię.
-Pani nie bębni, światła nie ma - powiedział ktoś na korytarzu.
-Wiem - odrzekłam bystrze, pamiętając, że jak ostatnio nie było, to przez 3.5 h - Proszę mnie wypuścić!- dodałam, jakby to od tego biednego człowieka zależało.
-Niech Pani poczeka - i poszedł. Ale wrócił z pięcioma kolegami i zaczęli się naradzać. W końcu któryś zbliżył się do drzwi i mówi:
-Tam jest guzik, alarm, proszę go przycisnąć! - noszkurfa.
-On nie działa!!!
-Ale proszę sprawdzić! - po ponownym sprawdzeniu przycisk dalej nie działał- Tam powinien być numer na pogotowie windowe! Proszę go nam podać!
-Ale tu jest ciemno i nie mam komórki! - tu muszę dodać, że było to dla mnie osobiści wybitnie irytujące, bo mam tam numer do brata szwagra kolegi zięcia kumpla mojej przyjaciółki, który jest administratorem u nas na osiedlu, ma klucze do wind i by mnie wypuścił.

Wracając jednak do windy: w metalowych drzwiach jest pionowe okienko ze szkłem zbrojonym. Przez to okienko panowie zaczęli mi świecić swoimi komórkami i w ich nikłym świetle odkryłam, że numeru telefonu też nie ma.
-NIE MA!!!
-ALE PROSZĘ POSZUKAĆ! - panowie najwyraźniej uznali, że nie współpracuje.
-No nie ma!!! - w tej sytuacji zaczęli się naradzać. Wyszło im, że koło drzwi jest panel z przyciskiem wołającym windę i jak ten panel się odkręci to jest tam jakiś dzinks, który po przestawieniu odblokuje drzwi i oni mnie wtedy spomiędzy tych pieter wyciągną.

Więc zaczęli grzebać, a mi zaczęło robić się zimno. Po około godzinie było mi już porządnie zimno, siedziałam na karimacie na podłodze myśląc o życiu, panowie dalej nie mogli odkręcić panelu ("piekielne śrubki się zapiekły") a jeden z nich wpadł na to, żeby zadzwonić na 112.
-Ale czy jest zagrożenie życia? - spytała się pani dyspozytorka.
-Nie, no nie ma - popełnił facet strategiczny błąd.
-To nie przyjmujemy zgłoszenia, światło w końcu wróci.
-Ale ta kobieta tam godzinę siedzi.
-To proszę zadzwonić na pogotowie windowe.
-Ale nie mamy numeru telefonu - więc kobieta uprzejmościowo podała, choć nie musiała, bo nie ma zagrożenia życia.

Na pogotowiu windowym powiedzieli, że oni obsługują tylko miasto wojewódzkie, a nie nas, a w ogóle to na naszym osiedlu jest pogotowie techniczne PGMu i tam trzeba dzwonić. Jak facet zadzwonił do PGMu odezwała się automatyczna sekretarka, informując że administracja pracuje od siódmej do piętnastej w dni robocze.
Więc gość zadzwonił ponownie na 112, tłumacząc, że dalej jest problem. Pani dyspozytorka nie wykazała się ani zrozumieniem, ani współczuciem ani empatią.
W tym momencie facet dojrzał do dzwonienia bezpośrednio na straż pożarną, ale po 1.5 h światło wróciło, a ja wróciłam schodami na dziesiąte piętro, dziękując po drodze panom za pełne poświecenia dotrzymywanie mi towarzystwa.

Epilog: kilka dni później spotkałam "konserwatora dźwigu windowego", który sprawdzał, czy wszystko ok po tym "jak mu próbowali coś w dźwigu rozkręcać". Pan konserwator uświadomił mnie, że PGM ma pogotowie techniczne czynne cała dobę, ale numer wisi na PARTERZE na tablicy ogłoszeń. I to nie jest ten normalny numer, na który się dzwoni jak rura pęknie, bo to wtedy jest dział remontów i konserwacji, a nie dział techniczny. A przycisk ALARM nie działa, bo dzieciaki wciskały dla zabawy. Od siebie dodam, że włazu w suficie nie ma. Amerykańskie filmy kłamią.

Dama w opałach.

Skomentuj (53) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 692 (780)

#62575

(PW) ·
| Do ulubionych
"Pani jest uparta jak osioł"-usłyszałam niedawno od klienta, choć osobiście wolę nazywać tą cechę asertywnością. W tym konkretnym przypadku owa cecha bardzo mi się przydała- pozwoliła mi dziarskim krokiem ominąć minę, którą wyszykował ma mnie nieświadomy inwestor. Ale po kolei:

-(...)i jak Pani będzie przygotowywać tą dokumentacje na remont, to tu rurki, a tu płytki, okna wymienić, ściany wytynkować i docieplić strop miedzy piętrem a dachem bo nam wieje.
- A będzie remont dachu?
-Nie. My mamy tu takiego wykonawce który sypie granulat celulozowy między belki, bardzo fajne lekkie ocieplenie.
-No ok, ale to dociąży strop, który i tak ma 120 lat. Bez ekspertyzy konstruktorskiej się nie obędzie. Trzeba będzie odkryć belki...
-Co mi tu Pani mówi! To lekkie docieplenie jest! Wycina się otwór w tych cegłach i polepie co leżą na strychu i sypie się granulat taką rurą przez taką dmuchawę.
-Ja wiem, jak to wygląda, ale nikt się panu nie zgodzi na dociążenie stropu, póki nie zobaczy stanu belek. I jak znam moich konstruktorów to najpierw będą chcieli odciążyć strop wywożąc polepę i cegły.
-ALE TO SIĘ STRASZNY SYF NAROBI! TO LEKKIE OCIEPLENIE JEST! TEN WYKONAWCA NA SETCE KAMIENIC TO ZROBIŁ!
-Lekkie nie lekkie nikt mi się pod tym nie podpisze, że to nie załamie stropu. Za katastrofę budowlana jak ktoś zginie można iść siedzieć.
-Ale to lekkie dociążenie jest! On setkę kamienic zrobił.
-To może on ma swojego konstruktora który takie rzeczy firmuje.
Sytuacja dojrzała do telefonu do wykonawcy. Po zadaniu felernego pytania, "czy ma Pan konstruktora, który robi panu ekspertyzy wytrzymałości stropu" usłyszałam: "Ta Pani, ja setkę kamienic zrobiłem i nigdy nie potrzebowałem takich cyrków, tu chcą bo idą na dofinansowanie a to zabytek to chcą zgłaszać do urzędu remont". Witki mi opadły.

-To Pani nie wpisze mi tego ocieplenia?- spytał się Inwestor, który w tym momencie stracił nadzieję.
-Nie.
-Pani jest uparta jak osioł.
-Wiem. Ale nie wpiszę. Może Pan poszukać innego projektanta jak Pan woli.
-No nie no. To rób Pani wszystko inne poza tym stropem. Może to i dobrze, bo on już się w jednym miejscu załamał.
-?!!!
-O tam, nad korytarzem. Podwiesiliśmy sufit i nie widać, ale tam jest dziura na wylot.
-I PAN CHCIAŁ ŻEBYM JA ZAŁAMANY STROP DOCIĄŻAŁA?!!
-No ale nie tam gdzie jest złamany tylko dookoła.

baba na budowie

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 807 (841)

#62296

(PW) ·
| Do ulubionych
Firma dostarczająca mi internet doprowadza mnie do szału. Kiedy widzę na telefonie ich numer, to mam automatyczny wyrzut adrenaliny i szczękościsk.
Ale po kolei:

1) Z dotacji UE zamontowali mi światłowody w bloku w kwietniu. Kable poszły po korytarzu i chodził przedstawiciel handlowy z przedstawicielem spółdzielni, pytając się czy podciągać do mieszkań - też darmo. Podpisałam wtedy umowę na internet, który miałam mieć pierwszego czerwca.

2) Pierwszego czerwca kable wciąż nie były podciągnięte do mojego mieszkania. Zlikwidowałam poprzednie łącze, więc musiałam dogadać się z sąsiadem i podpięłam się pod jego wifi. Pan przedstawiciel handlowy nie pracuje już dla tej firmy. W ogóle pracuje dla innej firmy, która po prostu zajmowała się sprzedażą GłosNetu i już skończyli z nimi współpracę. Infolinia nie działa "nastąpił błąd połączenia, proszę spróbować później".

3) 26 czerwca o godzinie siódmej rano zapukali do moich drzwi robotnicy. Bez uprzedzenia, telefonu, niczego - oni będą podciągać mi światłowód do mieszkania, bo dostali zlecenie w trybie PILNYM. Podciągnęli, zainstalowali, internet działa. Przeprowadziłam rozmowę z panią na infolinii, której wytłumaczyłam, że nie będę płacić za czerwiec abonamentu i pani na to przystała.

3) Nie dostałam rachunku za czerwiec. Ani lipiec. W sierpniu zadzwoniłam i uprzejmie poprosiłam, żeby zaczęli mi wysyłać jakieś faktury. Nie dostałam faktury za sierpień.

4) We wrześniu dostałam monity z działu windykacji, że wiszę za instalację i trzy miesiące abonamentu. Na monitach nie ma nr konta. Dzwonię do działu windykacji (odbierają!). Pani wyśle duplikat faktury. Niestety - nie przychodzi to ani na maila ani na fizyczną pocztę. Dział windykacji dzwoni do mnie codziennie, strasząc mnie komornikiem. Za każdym razem inna pani. O ósmej rano w sobotę straciłam ostatecznie cierpliwość i z lekka nawrzeszczałam na kolejną męczącą mnie kobietę. Dostałam duplikat faktury na maila. Jednej faktury za jeden miesiąc. Ze złymi danymi osobowymi.

5) Po kolejnej rozmowie z infolinią udało mi się wyrównać wszystkie należności. Zmienić dane na fakturze i ustalić, że będą przesyłać mi wszystko na maila.

6) W międzyczasie zdarzają się liczne awarie, przez które po kilka godzin nie mam internetu. Infolinia jest wtedy wyłączona "wystąpił błąd połączenia, proszę spróbować później".

7) A dziś (PAŹDZIERNIK) zadzwoniła Pani z GłosNetu spytać się czy podciągnięto mi instalację światłowodową do mieszkania.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 382 (422)

#62092

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzwoni do mnie kolega - wykonawca - i pyta się o inwestora. Bo robi na mojej dokumentacji i pyta się co ja o nim myślę.

- Jak mu będziesz do ręki dawał długopis, to z pokwitowaniem - wyraziłam swoja opinię. - Niezależnie od tego, jak wykonasz robotę i czy w terminie, facet będzie niezadowolony i będzie się migał od płacenia. Zrób sobie listę sprzętu którą obaj podpiszecie, spisz z nim umowę, rób dokumentacje zdjęciowe. Jak będzie cię mógł wyrypać to cie wyrypie. Absolutnie żadnych ustaleń ustnych, chyba, że z dyktafonem - po wypowiedzeniu ostatniego zdania zrobiło mi się trochę głupio prawdę mówiąc. No bo jakby nie było wyszłam na pamiętliwego frustrata. Ale potem wspomniałam moja krzywdę i dodałam jeszcze - A jak możesz to zrezygnuj i uciekaj.
-No, nie bardzo mogę, ale dzięki - odrzekł kumpel niepocieszony.

Jakiś czas później spotkałam kolegę na ulicy i pytam się, jak mu poszło z tym inwestorem.
- Ty to za dobre zdanie o nim miałaś - wkurzył się od razu. - Pociągnąłem ostatni raz po elewacji pędzlem, przychodzę następnego dnia, a tu brama zamknięta. I stoi ochroniarz i mówi, że ma mnie na plac nie wpuszczać. A tam było moje rusztowanie, moje narzędzia, mój samochód! Wszystko czym zarabiam. Idę do gościa a on mi, że spartoliłem robotę i zajmuje mi mój sprzęt na poczet strat! Ja go pytam jakich strat, jak tu wszystko porządnie zrobione i przed terminem, a on mi, że MORALNYCH.
- I co zrobiłeś?
- Przyszedłem z Policją i musiał mi oddać, ale skurczybyk nie zapłacił. No i jesteśmy w sądzie.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 803 (825)