Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

vigilum

Zamieszcza historie od: 12 sierpnia 2013 - 17:56
Ostatnio: 26 czerwca 2018 - 8:49
O sobie:

Nie da się naprawić świata, choć próbuję.
Praca to moja pasja, z czystą przyjemnością zakładam mundur i ze zwykłej szarej osoby zmieniam się z Vigilum.
Popełniam błędy, jak wszyscy. Lecz każdego dnia uczę się być lepszym policjantem.

  • Historii na głównej: 13 z 13
  • Punktów za historie: 7125
  • Komentarzy: 48
  • Punktów za komentarze: 495
 

#82431

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielni obywatele...

Jadę sobie dziś rowerkiem do pracy. Droga podzielona na część dla pieszych i dla rowerzystów. Wszystko się zgadza dopóki na mojej drodze nie zastaję... samochodu. I to nie byle jaki - SUV nowszej generacji, w samochodzie Pan Kierowca [PK]. Gdy już byliśmy koło w zderzak to PK zaczął wycofywać powoli. Po chwili otwiera okno i z telefonem przy uchu pyta mnie, na jakiej on się ulicy znajduje, bo dzwoni na numer alarmowy, bo został pobity. Cóż... instynkt policyjny się odezwał, jednak nie zdradzając się zbyt mocno, delikatnie dopytuję się, o co chodzi. PK trochę do mnie, trochę do słuchawki opowiada, jak to został brutalnie pobity przez dwóch mężczyzn, którzy oddalają się w przeciwnym kierunku. A on jest inwalidą I grupy i jak to tak można?!

I rzeczywiście widzę idących spokojnie spacerkiem dwóch mężczyzn [M], jakoś nie uciekają. PK dalej lamentuje do słuchawki, więc ja podjeżdżam do M, legitymując się proszę, aby poczekali do przyjazdu patrolu, żeby wyjaśnić sprawę. M opowiedzieli mi, jak to PK SUV-em jechał sobie drogą przeznaczoną jedynie dla ruchu pieszych i rowerzystów z dość dużą prędkością, o mały włos ich nie potrącają. Jeden z nich dość wyraźnie okazał swoje niezadowolenie, przez co PK wyszedł i panowie w paru słowach i kilku poszturchiwaniach wyjaśniali sobie, co komu nie pasuje, następnie się rozeszli. PK do samochodu, a M dalej przed siebie.

Kto był piekielny? Sądzę, że PK, który jak się potem okazało wcale nie miał grupy inwalidzkiej, a zamiast tego był orzecznikiem w ZUS-ie... taki szczególik, jednak uznał, że jest ponad przepisami prawa i znaki go nie obowiązują.

kierowcy

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 218 (228)

#79703

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś chcę poruszyć jeden szczegół, z którym spotykam się w historiach na tym portalu i irytuje mnie on coraz bardziej.

Chodzi o stwierdzenie rozpoczynające lub kończące historię:
"to mój pierwszy wpis, przepraszam za błędy, bądźcie wyrozumiali". Aż chce mi się zapytać - to przy drugiej/trzeciej/entej historii błędów nie zrobisz? Do którego wpisu można robić błędy?

Każdy robi jakieś błędy, to normalne, literówki zdarzają się bardzo często, jednak do tego się nie czepiam. Jednak jeśli ktoś nie czyta przed wysłaniem najeżonej błędami historii lub w przypadku wątpliwości nie sprawdza prawidłowej pisowni, to już dla mnie szczyt lenistwa.

Dbajmy o nasz piękny, lecz trudny język. Nie dajmy się stłamsić "madkom kture majom horom curkie i nie wiedzom o co fszysdkim hodzi z tom ortograwiom". Bądźmy dumni, że umiemy posługiwać się naszym pięknym językiem już od pierwszej historii na piekielnych.

piekielni

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 227 (337)

#76828

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w policji. Jakiś czas temu przyszło mi zamienić uroki patrolowania ulicy na papierki. Mimo to zdarza mi się jeszcze jechać na interwencję czy kolizję.

Historia z Nowego Roku. Moja służba skończyła się o 6:00, było co robić, więc i zmęczenie mnie po pracy zmogło. Około godziny 7:30 z pierwszego snu wyrywa mnie telefon. To N., studiowaliśmy razem jakiś czas temu, obecnie nazwać nasz kontakt sporadycznym to duże nadużycie. W skrócie - N. dzwoni jak coś chce. Odbieram i słyszę słowotok:
[N] No cześć, Vigi - wszystkiego najlepszego w Nowym Roku - sprawę mam i musisz, ale to MUSISZ mi pomóc!
[V] O co chodzi?
[N] A bo wiesz, Sylwester, popiło się, ale niewiele, jakiegoś szampana, parę kieliszków, ale to wcześniej, a teraz jest potrzeba jechać, no muszę no, myślisz, że już mogę jechać? Ile mam we krwi? No chyba umiecie coś takiego wyliczyć! A jak nie, to o której mogę ruszyć? Bo najlepiej to teraz, a wiesz co? To może ty mnie ubezpieczaj, jak mnie złapią, to ja do ciebie zadzwonię i z nimi pogadasz, żeby mnie puścili, bo się przecież przyjaźnimy, prawda?...
[V] N., jest NOWY ROK! jest po 7:00, a ja śpię... Jak się piło, to się nie jeździ! Siedź w domu, prześpij się, albo znajdź trzeźwego kierowcę.
[N] No ale Vigi.... ja muszę! Bo nie ma komu!
[V] N., to nie mój problem...
[N] No wiesz? Tak się zachowujesz? A co z naszą przyjaźnią? Jak mnie złapią i prawko zabiorą, to będzie twoja wina!

Tu z mojej strony połączenie zostało zakończone. Czemu o tym dziś piszę? Wczoraj wpadliśmy na siebie z naszym wspólnym kolegą ze studiów. Co mi powiedział? Że N. obrabia mi cztery litery, że ta policja mnie okropnie zmieniła i nie można liczyć na moją pomoc.

Jak to skomentować? Jak najbardziej, jeśli mogę komuś pomóc lub coś poradzić z racji mojego zawodu, to bardzo chętnie pomagam. Jednak nie wezmę odpowiedzialności i nie nadstawię karku za kogoś praktycznie obcego i bezmyślnego. Cała sytuacja do oceny użytkowników.

policja

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 326 (336)

#72019

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu przyszło mi zamienić uroki patrolowania ulicy na papierki. Mimo to zdarza mi się jeszcze jechać na interwencję czy kolizję.

Dziś może nie konkretna historia, ale piekielność naszego polskiego prawa. Chodzi o "przymusowe leczenie alkoholików".

Problem wielu rodzin. Głowa rodziny - osoba (zarówno mężczyźni, jak i kobiety) nadużywa alkoholu. Ładne sformułowanie, za którym kryją się najróżniejsze definicje - od coweekendowego chlania, bo "po pracy się należy, cały tydzień haruję, a ty mi zabraniasz się napić?!", do ciągłego rauszu, picia dzień w dzień, braku pracy, awantur, załatwiania potrzeb fizjologicznych pod siebie i wstydu przez sąsiadami.

Tak więc trzeźwa połowa związku, po wyczerpaniu już wszystkich próśb, gróźb, nacisku rodziny, zaczyna szukać pomocy w instytucjach. Gminna Komisja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych zaprosi na spotkanie, powie, że osoba pije za dużo i poleci spotkania AA. Co jeśli osoba ma to gdzieś, bo przecież jak twierdzi - nie ma problemu z alkoholem? Ano "przymusowe" leczenie.

Wiecie, jak to naprawdę wygląda? Sąd kieruje osobę na leczenie, zaklepuje miejsce w ośrodku, wyznacza termin i godzinę stawiennictwa w celu odbycia 7-tygodniowego leczenia. Jeśli osoba się nie zgłasza, to my (policja) musimy taką osobę tam zawieźć, trzeźwą i spakowaną na pobyt. A największa piekielność? Taka osoba podpisuje kwit, że nie wyraża zgody na leczenie i często wychodzi z budynku szybciej niż my, zanim podbijemy wszystkie nasze papierki. Taka osoba wraca do domu bez żadnych konsekwencji i dalej ma problem z alkoholem.

Osoby są często nam znane, bo już nie raz z nami jeździły. Zazwyczaj czekają już uśmiechnięte i spakowane, bo "po co mam wydawać pieniądze na autobus, jak wiem, że wy mnie zawieziecie".

W Polsce nie można wyleczyć kogoś na siłę. I mimo że cała procedura trwa dosyć długo, to bez zgody osoby można sobie całe starania wsadzić w... kapcie. Bo konstytucja gwarantuje wolność. Brawo przepisy!

policja

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 190 (214)

#71955

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu przyszło mi zamienić uroki patrolowania ulicy na papierki. Mimo to zdarza mi się jeszcze jechać na interwencję czy kolizję.

Dziś historia o pewnym małżeństwie, z którym przeprawy mieliśmy w rożnych konfiguracjach.
Żona to atrakcyjna kobieta koło 40., pracująca jako kelnerka (podobno), często na noce, albo po kilka dni.
Mąż to alkoholik, dostał gospodarkę z hektarami i trzodą po rodzicach, otrzymywał dopłaty z Unii, z których połowa szła na przelew. Facet wykształcony i inteligentny, po trzeźwemu można było z nim pogadać, ale po wódce...

Kłopoty w rodzinie były od zawsze. On pił, awanturował się, potrafił ją i szarpnąć, chociaż najczęściej to po wypiciu spał. Ona korzystając z jego niedyspozycji zostawała po godzinach w pracy, w celach towarzyskich z gośćmi, za co miała napiwki, które pozwalały jej przetrwać miesiąc, w razie gdyby mąż przepił więcej niż zwykle.

Mąż jak się o tym dowiadywał, to znów zapijał smutek i wszczynał awanturę, bo żona mu się puszcza. Interwencje policji kończyły się albo rozmową z mężem na miejscu po której on dopijał w samotności resztkę butelki i zasypiał, albo zabraniem na wytrzeźwiałkę, gdy był bardziej pobudzony. Żona była informowana, że ma się zgłosić na policję aby złożyć zawiadomienie o znęcaniu się. Nie korzystała z tej opcji. Po wizycie policji było kilka dni spokoju. Później od nowa, picie i awantura. Sytuacja jakich wiele w naszym kraju, więc czemu o tym piszę?
By uzmysłowić czytelnikom, że policja czasem w takich przypadkach jest bezradna.

Pani Żona jak pijactwo trwało już kilka dni, szła do GOPSu i żaliła się na swoją sytuację. Panie z GOPSu wysłuchiwały tych historii, użalały się nad nią, sporządzały tzw. Niebieską Kartę dotycząca przemocy w rodzinie oraz pisały zawiadomienie do prokuratury. Prokuratura po rozpatrzeniu zawiadomienia, wysyłała je do nas. My po jego otrzymaniu w ciągu kilku dni kontaktowaliśmy się z Żoną, aby ta stawiła się do nas na przesłuchanie.

I tu zaczynały się schody, bo od jej wizyty w GOPSie do naszego kontaktu z nią mijał około tydzień (droga urzędowa pisma). Po tygodniu małżeństwo już było pogodzone, bo Mąż się przestraszył, odstawił butelkę, zaczął się interesować gospodarstwem i dawać pieniądze na życie. A to jeszcze w ramach bonusu kupił jej jakiś samochód po okazyjnej cenie, a to kuchnie odmalował, teściowi drzewo porąbał, no inny człowiek normalnie. Ona odmawia zeznań, czego my się czepiamy. No to my swoje czynności i tak prowadzimy, chociaż rodzina nie chce się wtrącać, sąsiedzi jak zwykle nic nie widzą, nic nie słyszą.

Po 2-3 tygodniach Żona dostaje od nas decyzję o odmowie wszczęcia dochodzenia albo o jego umorzeniu. I co? I źle! Bo on się wczoraj znowu upił i znowu była awantura i dlaczego my tu nie chcemy jej pomóc... Takich sytuacji było ze trzy. W końcu po poważniejszej awanturze i szarpaninie, Żona zgłosiła w nadrzędnej jednostce znęcanie się, mąż dostał trzy miesiące tymczasowego aresztu. Jednak na pytanie, czy zgłaszała wcześniej znęcanie na policję odparła że tak, wielokrotnie, policjanci z posterunku wszystko wiedzą co się u nich dzieje, ale nic z tym nie robią i nie chcą jej pomóc...

Uprzedzę pytania - Żona dałaby radę się wyprowadzić, sama się utrzymać, co też kilkukrotnie czyniła w przeszłości. Wynajmowała mieszkanie na 2-3 miesiące po czym wracała do męża, bo on złote góry obiecywał, poza tym to mąż, któremu ślubowała na dobre i złe, w zdrowiu i w chorobie...
A tak naprawdę, to po rozwodzie nie miałaby nic. A jak mąż się zapije, to cały majątek będzie dla niej.

Tak więc jak się dzieje jakaś tragedia rodzinna, sąsiedzi nagle chętnie opowiadają co się działo, choć wcześniej "nic nie widzieli", to pytanie "to gdzie była policja? Gdzie były inne organy zobowiązane do pomocy rodzinie?" Wydaje mi się nie na miejscu. Bo byli - bezradni. Ja nic na siłę zrobić nie mogę. Bo czasami się po prostu nie da pomóc.

policja

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 333 (337)

#59238

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś krótko, ale nadal nie ogarniam ludzkiej bezmyślności.

Patrol miasta, godzina ok. 1:30 w nocy, na jednej z posesji w centrum miasta zauważamy wysokie ognisko i czarny dym.
Panowie jakby nigdy nic palili oponę od Stara. Smród nie do zniesienia. Jednak uczestnicy "ogniska" nie rozumieją naszej interwencji:

- Oj tam, oj tam, to tylko opona, wcale tak nie śmierdzi. Różne rzeczy ludzie palą, a wy się jednej oponki czepiacie. Poza tym dym leci nad naszą posesję, a nie gdzieś obok. Szkodliwe czynniki? Toć nie ma ich tam tak dużo. Jeśli wam to tak przeszkadza, to zalejemy wodą. Mandat? Ale za co? To już ogniska na posesji rozpalić nie można?

Ocenę pozostawiam Wam, drodzy czytelnicy. Mi ręce opadły...

policja

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 526 (642)

#59239

(PW) ·
| Do ulubionych
Z serii - czemu ludzie wzywają policję:

1) "Bo żona mnie zdradza..."
Awantura domowa, zadzwonił mąż, ale to żona płacze, jest roztrzęsiona i wystraszona. Mąż twierdzi że żona go zdradza, żona twierdzi że spotkała się w sprawie pracy. Mąż pokazuje nam nagranie jak śledził żonę, zza jakichś krzaków. Żona odstrojona, z dekolcikiem, uśmiecha się do eleganckiego pana, ale jedyne co to elegancki pan całuje ją na przywitanie i pożegnanie w rękę. No ale przecież to jest dowód - żona się puszcza! Żona twierdzi że nie wspomniała o spotkaniu, bo mąż by awanturę wszczął i jej nie puścił... A my jak na meczu tenisa - mąż - żona - mąż - żona. W końcu radzimy państwu terapię małżeńską, a jeśli nie to rozstanie, skoro im tak źle. I tu nagle cisza. Oni się nie rozstaną. Bo jak podzielić majątek? A dzielić byłoby co - wielki dom, psy z rodowodem na zadbanym podwórku, nowe drogie samochody na podjeździe. To czego państwo oczekują od policji? - w zasadzie już niczego...

2) "Bo konie nie dają nam przejść..."
Nowy Rok, a że było w tym roku ciepło tak więc grupa studentów wynajęła sobie na wsi, nad wodą domek. Jednakże jedna para musiała się ulotnić tuż po imprezie, także spakowani zaczęli iść w stronę przystanku. Przy drodze w ogrodzeniu pasły się konie. Widocznie też miały udaną noc, bo stukot kółeczek o asfalt pobudził je i zaczęły stawać dęba. I co robi w takiej sytuacji człowiek? No pewnie że dzwoni na policję... Przyjechaliśmy, dla świętego spokoju podwieźliśmy. Bo podobno właściciel jeszcze bardziej zły niż te konie.

3) "Bo na parapecie siedzi jaszczurka..."
Starsza pani z bloku zadzwoniła że na parapecie od zewnętrznej stronie okna siedzi jaszczurka, a ona się boi. Trudno, pojechaliśmy. Pani czeka na schodach, my staramy się tłumaczyć, że jaszczurka nie jest raczej staruszkożerna i jak sama wlazła to i sama zejdzie. A starsza pani - no jak to? Ta jaszczurka ma z metr długości!! Jak się okazało, sąsiadowi legwan wyszedł na spacer...

policja

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 783 (843)

#56566

(PW) ·
| Do ulubionych
Dawno moje historie nie gościły na portalu. Trochę urlopu, trochę spokoju. Ale dziś dwie historie, z dwóch różnych służb, które łączy jedna osoba - Pani Lekarz Pogotowia [LP]. Po informacji która właśnie do mnie dotarła ledwo siedzę, bo tak mnie trzęsie. Cóż- policjanci też mają uczucia, też przeżywają robotę.

#1
Wezwanie do DPS (Dom Pomocy Społecznej), mężczyzna po alkoholu dostał świra, uderza głową o ścianę, atakuje współmieszkańców. Gdy przybyliśmy na miejsce trzymało go 6 chłopa. Trochę go ogarnęliśmy - kajdanki na ręce, przyblokowane ciało - pielęgniarka dała mu zastrzyk na uspokojenie i koleś powoli odpływa, chociaż jeszcze walczy z nami. Została rozcięta głowa. My gościa wziąć nie możemy, dzwonić po karetkę, niech go opatrzy. W załodze znalazła się właśnie piekielna [LP]. Z pretensją, czemu my go nie weźmiemy (przepisy nie pozwalają - jest on pod opieką DPS, my nie mamy prawa go zabrać bo nie ma podstaw - kwalifikuje się d na Oddział Psychiatryczny, a nie na dołek). Tłumaczymy jej to raz, drugi, trzeci... ALE TO WY POWINNIŚCIE GO WZIĄĆ!!! cóż... chociaż pielęgniarka była ogarnięta i jej tam tłumaczy jak krowie na rowie. Udało się, chyba zakumała. Gościu bełkocze że on się nie da zszyć. I koniec. Nie jest ubezwłasnowolniony, więc ma prawo. [LP] zaciera ręce, zabiera torbę i wio do karetki. A kierownik DPS-u za nią tłumaczyć jej, że on nie może zostać z taką raną na głowie w DPS-ie. Kolejna batalia.

W końcu z wielkim trudem biorą go do szpitala żeby założyć opatrunek i przygotować do transportu na Oddział Psychiatryczny, który jest w sąsiednim powiecie. [LP] żąda od nas, abyśmy asekurowali karetkę, jadąc za nimi radiowozem. My nie możemy podjąć takiej decyzji jako patrol, musi to ogarnąć nasz dyżurny. I [LP] nie może tego zrozumieć. Tłumaczę ja, tłumaczy kolega z patrolu, tłumaczy pielęgniarka, kierowca karetki, lekarz dyżurny, recepcjonistka, sprzątaczka... W międzyczasie koleś z DPS-u zaczyna śpiewać. Oby też nie zaczął jej tłumaczyć. [LP]: Ale jak to? To co ja mam teraz zrobić? Podpowiadamy - kobieto, zadzwoń do dyżurnego naszego i powiedz że jest taka potrzeba. I kobieta dzwoni! hurra! ale do dyspozytora 112... Zaczynamy znowu tłumaczyć że to trzeba do naszego dyżurnego - pan z wąsami co siedzi na komendzie w czarnym fotelu i dzisiejszej nocy rządzi i dzieli zasobami komendy. Patrzy się [LP] na nas podejrzliwie. I nagle się pojawił kolejny problem - jak ona ma się z nim skontaktować? Każde dziecko zna numer 997. [LP] gdzieś ominęła ten etap. W końcu udało się, dyżurny wydał nam dyspozycję, pojechaliśmy i wróciliśmy z nadzieją, że z tą kobietą nie będziemy mieć już nic wspólnego...

#2
... jednakże moje wrodzone szczęście mi na to nie pozwala. Kolejna służba, skład inny, noc andrzejkowa, ludzie się bawią. Jedziemy, patrzymy - facet [F] leży na asfalcie. Podbiegamy do niego - pijany, ale nie żul. Normalnie ubrany, okularki i nowy telefon leżą obok. Nie reaguje na wołanie, oczy jakieś tak dziwnie otwarte. Kolega wzywa karetkę, ja usiłuję złapać kontakt z człowiekiem, ocenić ewentualne obrażenia. Po dłuższej zaczyna się ruszać, wydaje jakieś jęki - dobra nasza - żyje. I nagle dostaje drgawek - nie jestem lekarzem, nie umiem fachowo ocenić czy to padaczka alkoholowa czy coś innego. Po chwili drgawki ustępują, pan zaczyna wracać do świadomych, sadzamy go na chodniku, opieramy o murek, usiłujemy się z nim dogadać. Przyjeżdża karetka. Kto z niej wychodzi? tak.... to ona... [LP]. Rzut oka na siedzącego [F] i jak nie zacznie nas opier...lać (wybaczcie, inaczej tego nie mogę nazwać) po co my wezwaliśmy karetkę skoro człowiek pijany siedzi i nic mu nie jest? [LP] nawet nie obejrzała [F], zadała mu jedno pytanie - i nie, nie brzmiało ono "jak się pan czuje?" czy też "co się stało?". Brzmiało ono "czy podpisze mi pan papier że nie chce pan pomocy lekarskiej i przewiezienia do szpitala?" [F] był już tak w szoku, że nagryzmolił szlaczek wciśniętym długopisem w rękę. I [LP] wpakowała się w karetkę i pojechała. My [F] odwieźliśmy do domu. Gdzie piekielność? Tą informacją która dziś do mnie dotarła brzmi - w poniedziałek [F] zmarł z powodu rozległego krwiaka głowy, który prawdopodobnie powstał w wyniku uderzenia głową w asfalt przy upadku w sobotnią noc.

I teraz siedzę i gdybam - a może jakby [LP] wzięła go do szpitala to [F] by żył? A może my mogliśmy coś więcej zrobić? Jakim cudem taka osoba jak [LP] jeździ w karetce która ma ratować życie innym?

P.S. przypomniał mi się jeszcze jeden dialog ze szpitala w historii #1:
[LP] A gdzie ten opiekun z DPS-u co z nami jechał w karetce?
[kierowca] Pani doktor, ale oprócz rannego nikt więcej z DPS-u nie jechał...

policja

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 695 (743)

#54104

(PW) ·
| Do ulubionych
Z serii "do czego służy policjant?" Dwie historyjki.

#1.
Patrol pieszy, wolnym spacerkiem ogarniamy osiedle. Idziemy chodnikiem, ale nie takim z płyt, tylko takim zalanym asfaltem. Jako że wiosna to była, piasku po zimie wszędzie pełno, również na chodniku. Przechodzi obok nas Dziadek [D} i prosi o taką oto interwencję:

[D] Piasek i piasek, zróbcie coś z tym!
[P] Ale co my mamy z tym piaskiem zrobić?
[D] No niech go nie będzie! Niech on zniknie! Bo na chodniku leży gdzie porządni ludzie chodzą!
[P] Ale z tym do zarządcy drogi się proszę udać, albo do spółdzielni mieszkaniowej, której bloki stoją przy tym chodniku.
[D] Byłem! Ale mówią, że to nie ich chodnik. A jak powiem policji to na pewno coś zrobicie. Do jutra tego ma nie być! Bo pójdę do komendanta! - rzucił na odchodne.

Zmieszaliśmy się bardzo, bo akurat tego dnia nie wzięliśmy ani kubełka ani zmiotki, pokiwaliśmy głowami w pełnym zrozumieniu i ruszyliśmy dalej zapiaszczonym chodnikiem.

#2
Historia dzisiejsza, patrol rowerowy. Wyjeżdżamy zza szkoły (rok szkolny się zaczął to wagarowicze i nieletni palacze są na tapecie). Na teren szkoły wjeżdża się bramą z furtką. My przemknęliśmy przez furtkę, brama zamknięta. W stronę bramy podjechało piękne czarne BMW, a z niego wygląda Szanowna Pani [SzP]. Wsiadamy na rowery, a ona do nas:

[SzP] Ej! otwórzcie mi bramę!
Rozglądamy się czy to aby na pewno do nas.
[SzP] No otwórz mi bramę!
[P] Przykro mi, nie jestem odźwiernym.
[SzP] No to co! Otwieraj bramę!
[P] Jestem policjantem na służbie i wykonuję obowiązki służbowe. Pani może wysiąść i sama otworzyć sobie bramę.
[SzP] Nie mogę wyjść, bo tu samochód stoi zaparkowany i nie otworzę drzwi!
[P] To cofnie pani troszkę i da pani radę wyjść - i odjeżdżamy.
[SzP] No co za bezużyteczni ludzie! Policja powinna pomagać! Powinna SŁUŻYĆ!! A nie, takie chamstwo! Sprzedawać pietruszkę się nadajecie!!!

Tak więc już na szczęście wiem, w jakim zawodzie się sprawdzę gdyby policja mi się odwidziała. Pani oczywiście dała radę wysiąść z samochodu i otworzyć sobie bramę wjazdową.

policja

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 529 (689)

#53512

(PW) ·
| Do ulubionych
Świeżynka, interwencja z tych bez dobrego wyjścia z sytuacji.

Policję wzywa dziewczyna lat 19, nazwijmy ją Kasią, dobrze znana lokalnej policji, lecz od tej złej strony - w wieku 11-12 lat uciekała z domu i jeździła ze starszymi chłopakami po zabawach, wymyślała pobicia gdy nie chciała iść do szkoły lub zgłaszała zgwałcenia po tym uprawiała seks z chłopakami bez zabezpieczenia, tak "na wszelki wypadek" *. Jednym słowem - nic dobrego. Urodziła niedawno dziecko, którego ojciec jest typowany niczym numerki w totolotku. Kasia zgłasza że jej matka, nie chce jej wypuścić z domu na spacer z dzieckiem.

Na miejscu sajgon. Obydwie kobiety drą się na siebie, wyzywają od ku.., dzi..., szmat itd. Babcia dziecka nie chce wypuścić córki, bo jak to stwierdziła "zostawi dziecko u koleżanki a sama pójdzie się ku**wić". Badamy kobiety na trzeźwość - trzeźwe. Matka nie ma ograniczonych praw rodzicielskich, jest dorosła więc może ze swoim dzieckiem iść gdzie chce. Babka nie może tego zdzierżyć, stara się wyrywać nosidełko z dzieckiem, a gdy córka opuszcza mieszkanie, biegnie do drugiego pokoju, wyrywa jakiś kabel i... zaczyna się nim dusić dociskając do szyi. Kolega z patrolu ledwo jej ten kabel odciągnął, wtem ona się wyrywa i biegnie na balkon (4 pięto) żeby skoczyć. W ostatniej chwili udało mi się chwycić niedoszłą samobójczynię. Kobieta krzyczy że nie ma po co żyć, że to nasza będzie wina jak jej wnuczce coś się stanie, że ona się zabije dziś, wszystko będzie na nas, że jak powtórzy się sprawa z Sosnowca, to ona nas udupi. W końcu w związku z tym, że pani zagrażała swojemu życiu, zwinęliśmy ją na komendę. Lekarz, który przyjechał z karetką, decyduje że pani jedzie na obserwację psychiatryczną.

W trakcie oczekiwania na karetkę nasłuchaliśmy się, że to my jesteśmy wszystkiemu winni, że ona nam życzy aby nasze dzieci też takie były, nie mamy duszy, serca i sumienia. Ona się będzie modlić, aby spadły na nas plagi egipskie.

Podsumujmy - rozumiem kobietę, bo jej córka Kasia nie nadaje się na matkę. Jednakże prawo nie daje nam możliwości zabronienia jej wyjścia na spacer z własnym dzieckiem, gdy jest trzeźwa i ma pełne prawa do opieki nad nim.

W mojej pracy najgorsze są takie sytuacje, w których nie ważne co zrobię, to i tak będzie źle.

* Przy przesłuchaniach w obecności psychologa Kasia zawsze przyznawała się do kłamstwa.

policja

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 634 (694)