Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

vonGoethe

Zamieszcza historie od: 30 czerwca 2015 - 16:17
Ostatnio: 29 września 2017 - 10:55
  • Historii na głównej: 9 z 9
  • Punktów za historie: 1697
  • Komentarzy: 22
  • Punktów za komentarze: 126
 

#80199

(PW) ·
| Do ulubionych
Centrum pewnego miasta w Polsce wschodniej. Skrzyżowanie w kształcie litery "T". Z prosto biegnącej ulicy, mającej pierwszeństwo przejazdu, w uliczkę podporządkowaną skręca samochód kierowany przez młodą dziewczynę. Uliczka podporządkowana jest wąska i jednokierunkowa; tuż za skrzyżowaniem można z niej skręcić na parking.

Są godziny szczytu komunikacyjnego. Uliczka zatłoczona, a na parkingu istne kłębowisko. Dziewczyna chce wjechać na parking, jednak wjazd jest chwilowo zatarasowany. Tak więc chwilę czeka na otwarcie drogi, jednocześnie przyblokowując jednokierunkową ulicę.

Po sposobie jazdy dziewczyny widać, że jest początkującym kierowcą. Prowadzi auto dość niepewnie, jednak zgodnie z zasadami ruchu drogowego.

Za dziewczyną w uliczkę skręca kierowca audi. Chłopak ma około dwudziestu lat; mniej więcej tyle, co jego samochód. Gość wygląda jak stały bywalec techno-disco imprez we wszystkich wsiach w promieniu sześćdziesięciu kilometrów. Z auta dobiega jakaś adekwatna do jego stylu muzyka.

Kierowca audi musi poczekać, aż dziewczyna usunie się na parking. Tymczasem kłębowisko aut wciąż blokuje wjazd. Piętnaście sekund oczekiwania to za dużo: gość otwiera szybę i wrzeszczy do dziewczyny przed nim.

- NO JEDŹ DZI*KO!

Chwilę potem wjazd na parking pustoszeje, a kobieta rusza, odblokowując uliczkę. Kierowca audi odjeżdża w swoim kierunku, zapewne będąc przekonanym, że wszyscy świadkowie wydarzenia czują podziw dla jego siły i pewności siebie.

Biłgoraj

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 89 (115)

#80052

(PW) ·
| Do ulubionych
Przez kilka lat pracowałem jako księgarz.

Zasadą naszej księgarni było, że nie przyjmujemy nieuzasadnionych zwrotów. Powody są oczywiste i raczej każdy powinien je rozumieć, więc nie będę się na ten temat rozwodził. Jeśli okazało się, że z jakichś powodów książkę sprzedano uszkodzoną, to klient oczywiście odzyskiwał pieniądze; w przeciwnym wypadku - o ile nie był nadto roszczeniowy - mógł zakupiony wolumin wymienić na inny tytuł w tej samej cenie.

Pewnego czasu pojawiła się w naszym przybytku starsza kobieta. Lubiła tytułować nas per "złotko", "skarbie", "przystojny młody panie", "słodka młoda pani". Zwyczajem jej było kupować jakiś album krajoznawczy za około 20 złotych, a po pewnym czasie wracać z uprzejmą prośbą o wymianę na inny tytuł. Pierwsze razy przeszły niezauważone, w końcu jednak charakterystyczna dama zaczęła być dla nas rozpoznawalna. Kiedy po raz n-ty chciała wymienić zakup, od koleżanki z personelu otrzymała odpowiedź negatywną. Szok klientki był tak duży, że wyszła bez słowa.

Ze dwa dni później zadzwonił telefon. Kontaktowała się owa dama, a słuchawkę podniosła wspomniana koleżanka.

- Dzień dobry, pani jest taaaka uprzejma, kiedy tak sobie z panią rozmawiam. Bo ja mam taką prośbę, chciałabym wymienić jedną książeczkę, tylko proszę powiedzieć, kiedy nie będzie tej zimnej blondynki...
- Szanowna pani, ja w tej księgarni jestem jedyną blondynką.
- Yy, do widzenia.

Kobieta zaczęła nas nachodzić i czaić się w kątach, obserwując, kto obsługuje lokal. Po kolei zaczepiała kolejnych członków załogi, a u każdego na swoje pytanie otrzymywała odpowiedź odmowną. W końcu trafiła i na mnie.

- Nie mogę uwierzyć, pan jest tak dobrze wychowany, taki miły, rzadko się zdarza, żeby młodzi ludzie tacy byli!
- Dziękuję, a o co konkretnie chodzi? - Zapytałem tak, jakbym nie wiedział.
- Bo - usłyszałem konspiracyjny szept - ja chciałam wymienić książkę na inną.
- Nie wymienię.
- Ale ja pytałam i - kobieta rozejrzała się, czy nikt nie podsłuchuje - otrzymałam zgodę od kierownictwa.
- A ja książki nie wymienię, bo nadużyła już pani naszej uprzejmości.
- Ale mam pozwolenie, niech mi pan uwierzy, nie kłamałabym tak wspaniałego, młodego człowieka.
- No to dzwonimy - odrzekłem. Szybko połączyłem się z osobą decyzyjną i otrzymałem potwierdzenie odmowy. - Pani w dodatku próbuje mnie oszukać.
- Ale mnie się ta książka nie podoba, chcę ją wymienić i już!
- To proszę następnym razem dokładnie oglądać towar przed zakupem.
- Ale ja jej nie chcę i ją tu panu zostawiam i żądam pieniędzy w takim razie, to oburzające!
- Sugeruję udać się do biblioteki, nie księgarni. Tam można pożyczać i oddawać do woli.
- To szczyt prostactwa, co ten człowiek sobą prezentuje, chamstwo, zostawiam książkę, wychodzę, nie chcę żadnych pieniędzy i więcej tu nie wrócę! - klientka zaczęła krzyczeć. W kolejce stało już chyba z dziesięć osób.

Dwa dni później - wbrew szumnej zapowiedzi - zobaczyłem ją znów. Tym razem truchtała do "zimnej blondynki", najwyraźniej błagalną kolejkę zaczynała od nowa.

- Moje złotko drogie, kochanie, bo ja mam taką prośbę...

złotko drogie

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (152)

#80048

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem przewodnikiem muzealnym. Placówka jest dość specyficzna, stanowi ją nieczynny zakład przemysłowy. Ekspozycja to oryginalne wyposażenie, nie ma nowoczesnych "wodotrysków" pokroju multimedialnych gadżetów czy innych kącików dla dzieci.

Pewnego dnia sprzedawałem bilety i zbierałem grupę do wejścia. W pewnym momencie podszedł do mnie około czterdziestoletni mężczyzna.

- Dzień dobry. Czy tam w ogóle warto iść? Jest tam coś ciekawego?
- Kwestia gustu, proszę pana. Moim zdaniem miejsce warto poznać, aczkolwiek nie każdego interesuje akurat taka tematyka - odparłem. "Naganiaczem" ludzi nie jestem, staram się poważnie traktować klienta.
- A jest tam coś interesującego dla sześciolatka? Przyjechałem z żoną, jest z nami jeszcze Kacperek, nie ma kto z nim zostać.
- Nie mam nic przeciwko wzięciu ze sobą dziecka. Ale uczciwie uprzedzam, że dzieci najczęściej zaczynają się nudzić i hałasować. Miejsce jest szare i ciemne, łatwo się ubrudzić. W ciągu godziny zwiedzania trasy większość czasu poświęcona jest na słuchanie opowieści przewodnika.
- A bilety ile kosztują?
- 10 złotych dla jednej osoby.
- Hmm... To w sumie dziecka nie zainteresuje raczej. Proszę tylko dwa bilety w takim razie.
- Czyli zostawią państwo dziecko same sobie? - Poczułem się zaskoczony.
- Nie, Kacperek idzie z nami. Ale on się nie będzie interesował, więc jemu biletu kupować nie trzeba.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 237 (237)

#79619

(PW) ·
| Do ulubionych
Przez kilka lat pracowałem jako księgarz. Ogólnie wspominam to miło. Niemniej przez ów czas miałem okazję dokładnie zapoznać się z tym, jaki pokład buractwa stanowi niemała część społeczeństwa.

Ta historia miała miejsce w pierwszych miesiącach minionej kariery, gdy jeszcze byłem studentem i dopiero początkującym pracownikiem.

Pewnego dnia rozmawiałem z klientką na temat jakiejś książki. Jakiej - nie pamiętam i dziś to już nieważne. W pewnym momencie próg księgarni przekroczyła pewna kobieta. Okulary, blond włosy; lat miała - mniej więcej - czterdzieści kilka. Podeszła do mnie i, wykonując agresywne machnięcie ręką, powiedziała:

- Coś o Jack... nie.

Oczywiście nie padło ani "dzień dobry", ani "przepraszam", ani nawet "spier...j". Ot, kobieta bezpardonowo wchrzaniła się w cudzą dyskusję.

- Przepraszam, nie usłyszałem, bo rozmawiam z inną osobą; czy mogłaby pani powtórzyć? - zapytałem, siląc się na uprzejmość.
- No o Jacksonie coś, nie rozumie pan!?
- Czy chodzi o książkę o Michaelu Jacksonie? Bo nazwisko Jackson jest dość popularne, zresztą są też tacy autorzy...
- No nie rozumiesz, o Jacksonie coś!

Odwróciłem się, żeby na chwilę przeprosić tę klientkę, z którą rozmawiałem dotąd. Wściekła kobieta wobec takiej zniewagi odwróciła się i wyszła z lokalu. Po kilku sekundach ludzie na ruchliwej ulicy - w tym także klienci w okolicznych lokalach - usłyszeli wrzask obrażonej przeze mnie damy.

- Nie idźcie do tej księgarni, bo gość tam jest niedoje...ny!

Od ciekawskich spojrzeń przechodniów zza drzwi przez kilka minut, dość ciężko było mi się uwolnić.

cała Polska czyta dzieciom

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (136)

#74496

(PW) ·
| Do ulubionych
Ja wiem, że to u nas sytuacja nagminna. No ale weź tu człowieku się powstrzymaj, żeby cię szlag nie trafił.

Autostrada A4, wczorajszy wczesny wieczór, okolice Tarnowa, jezdnia w stronę Krakowa. Wraz z kilkoma innymi kierowcami wyprzedam kolumnę ciągników z naczepami, potocznie mówiąc TIRów.

Jest nas może pięciu, ja ostatni. Kolumna ciężarówek długa, więc chwilowo "okupujemy" lewy pas. Nie blokujemy go; wprawdzie manewr musi chwilę potrwać, niemniej wyprzedzanie idzie dość sprawnie.

W pewnym momencie dogania mnie burak w zielonym "landż rołwerze". Mimo, że doskonale widzi sytuację, to usilnie jedzie w odległości kilku metrów za mną. Moja prędkość to jakieś 145 km/h, czyli według ustawy i tak za dużo.

Długie światła autostradowego janusza migają mi w lusterkach, a ja pod nosem mamroczę przekleństwa: co niby do cholery mam zrobić? Wskoczyć w kolumnę TIRów, wprost przed maskę innemu kierowcy? Czy czekać, aż on skasuje mi samochód?

Między ciężarówkami jedzie wóz osobowy. Jego kierowca - korzystając z tego, że odstępy między mną i autami przede mną są raczej rozsądne - nagle włącza kierunkowskaz i wbija się przed moją maskę. Ponieważ auto ma mniej zrywne, to ja jestem zmuszony wcisnąć hamulec. Bałwan za mną zdążył zareagować, niemniej odległości nie zmniejszył: długie światła dalej co rusz migają w moim lusterku.

W końcu kolumna TIRów się kończy, zjeżdżamy na prawy pas, a spieszący się za mną - niczym wypuszczony z boksu wyścigowy koń - wyskakuje do przodu. Kiedy macham mu ręką, sugerując, że czas zacząć trochę myśleć, to przez sekundę widzę, jak coś tam wykrzykuje pod nosem.

Obok matoła siedziała kobieta, a jego "budzące niezwykły respekt" auto miało łódzkie tablice EL.

autostrada A4 po raz kolejny

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (194)

#73015

(PW) ·
| Do ulubionych
Godziny wczesnowieczorne. Wracam z pracy, wstępuję do oddziału Poczty Polskiej. Zamierzam wysłać list polecony.

Jak zwykle wita mnie spora kolejka. Grzecznie się ustawiam na końcu ogonka; chcę kupić kopertę na list, aby potem ją zaadresować i - odstawszy kolejkę po raz drugi - nadać w okienku. Nic nie poradzę: adresowania przy okienku nie lubię, bo przedłuża to czas obsługi i działa na nerwy innym.

Mimo, że to XXI wiek i w miastach stoją automaty z batonikami, napojami, kawą, prezerwatywami, zabawkami, zniczami oraz innymi bzdurami, to na pomysł wynalezienia pocztowego automatu do kopert nikt nie wpadł. Oddzielnego okienka na zakup takich rzeczy poczta też oczywiście nie ma. Samodzielne stojaki, z których brało się koperty i podobne artykuły, zostały usunięte: Janusze biznesu kradli te cenne, warte kilkadziesiąt groszy artefakty.

Po bez mała półgodzinie zdobywam upragnioną kopertę, staję z boku i adresuję. W międzyczasie słucham, jak starszy pan chce w okienku zrobić wpłatę na 240 tysięcy złotych. Pani rozpoczyna próby dokonania transakcji, jednak "w komputerze pokazuje się jakieś coś i ona się boi, bo to dużo pieniędzy".

Zostaje już tylko jedno okienko wolne. Ale działa w tempie mocno spowolnionym, bo obie panie, typowe relikty czasów schyłku PRL-u - nie ubliżam, tylko beznamiętnie stwierdzam fakt - razem próbują opanować ów złowrogi komputer, w którym wciąż wyskakuje zagadkowe "jakieś coś".

Ogólnie oddział ma cztery okienka, ale zawsze działają tylko dwa. Co z pozostałymi? Ot, w jednym stoi pokaźnych rozmiarów obraz rozradowanego papieża w cenie jakiejśtam; w drugim piętrzą się zwały gazet piszących o ogródkach działkowych, małych pieskach, cudach i objawieniach, gotowaniu oraz ekscytującym życiu gwiazd telewizji.

Około 45-letnia pani z kolejki chce pomóc poczmistrzyniom, więc dzwoni do "Michała, który się na komputerach zna", może "on coś pomoże". Niestety, tajemniczy Michał nie jest w stanie na odległość opanować pocztowego oprogramowania.

Kolejka wlecze się jak trup za pogrzebem. W okienkach, gdzieś za opartym o mydło "Biały Jeleń" obrazkiem papieża - tym razem w wersji kieszonkowej - co chwilę piskliwym głosem dzwoni telefon. Panie muszą go odbierać, jednocześnie mając na głowie wciąż nieopanowany komputer i rosnący tłum petentów.

Po kolejnej półgodzinie stania i obserwowania tej szopki mój list został nadany; zajęło to niecałą minutę. Tak, dla tej minuty czekałem godzinę.

Wychodząc, słyszę słowa dwóch konsultantów Banku Pocztowego, którzy siedzieli i bezczynnie zabijali czas. "Świetny obrót, przez cały dzień mieliśmy jednego klienta."

Ja nie winię za ten syf obu pań z okienka (ogólnie całkiem miłych), obu bankowców, listonoszy ani nikogo, kto tam haruje. Ja im współczuję. A szefowi i menadżerom tej instytucji chciałbym napisać wiadomość, która może ich zaskoczyć: na pocztę nie chodzę kupować książek o zdrowym odżywianiu, bateryjek Duracell, wesołych malowanek, szamponów ani podobnego badziewia; ja - jak i inni klienci - chodzę tam, by wysłać lub odebrać przesyłkę. Może usuńcie osoby zajmujące się zamawianiem i dostarczaniem tego "gorącego towaru", a zwolnione etaty przeznaczcie dla młodych i życiowo zaradnych (!) pracowników, którzy zasiądą w pustych dotąd okienkach. Urzędy pocztowe przestaną wyglądać jak odpustowe bazary, a sprawność obsługi się zwiększy. Naprawdę, na tym tylko zyskacie.

list wysyłamy

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 322 (340)

#72035

(PW) ·
| Do ulubionych
Istnieje sobie pewne duże miasto w południowej Polsce. W mieście tym znajduje się, co zresztą nie powinno nikogo dziwić, ulica o ruchu jednokierunkowym. Jej przebieg jest, nieco upraszczając, równoleżnikowy i niespełna jednokilometrowy.

Alejka wiedzie przez centrum, ruch po niej odbywa się w stronę wschodnią. Ogólnie nie ma tam zbyt dużo przestrzeni, wielu kierowców parkuje auta; niemniej znalazło się miejsce na wąski, lecz dobrze oznaczony kontrapas rowerowy. To tyle tytułem wstępu.

Wiozę się po tej uliczce rowerem w stronę wschodnią. W pewnym momencie mijam gościa w wieku średnim jadącego równolegle w tym samym kierunku. Z tym, że on toczy się po kontrapasie, czyli pod prąd. Nie mam czasu ani chęci na dyskusje, więc olewam sprawę: nie dzwonię na faceta ani nie uświadamiam go słownie.

Ale on krzyczy, żebym zjechał na kontrapas, "bo tak się jeździć powinno".

Niby dlaczego?

Otóż u wjazdu w uliczkę minęliśmy stojący radiowóz policyjny. Panowie zatrzymali owego rowerzystę i skierowali na zapchany, wąski kontrapas, tłumacząc, że tak będzie prawidłowo.

Są dwa wytłumaczenia. Albo policjanci sobie pożartowali, a gość to wziął na serio, albo - po prostu - ci panowie byli piekielnymi tłukami.

rowerem jedziemy

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (167)

#70933

(PW) ·
| Do ulubionych
31 października 2015 roku, okolice godziny jedenastej wieczorem na autostradzie A4 w okolicach węzła Sędziszów Małopolski, jezdni w kierunku Rzeszowa.

Spokojnie jadę osobowym peugeotem, na tempomacie mam wbite 110km/h, radio gra A Perfect Circle - prawdziwa drogowa sielanka. W bezpiecznej, ale też nie jakiejś wielkiej odległości przede mną z podobną prędkością toczy się inne osobowe auto. W pewnym momencie lewym pasem zaczyna mnie wyprzedzać kolejna osobówka, której kierowca za jednym zamachem chce minąć wóz przed nami. Ot, jak to na autostradzie.

Chwilowo wyjechaliśmy z jesiennej mgły, tak więc na wyprzedzanie można sobie było pozwolić.

Standardowa procedura: rzut oka w lewe lusterko, czy wyprzedzający nie jedzie zbyt blisko. Jest w porządku, więc równo trzymam się swojego pasa.

Na pasie pobocza nikogo nagle pojawiającego się z tyłu nie oczekiwałem. To był błąd.

W pewnym momencie z prawej słyszę hałas, a autko pod wpływem nagłego ruchu powietrza odbija mi w lewo. Niemal wprost na wyprzedzającego.

Co się okazało? Jakiś mistrz kierownicy nie mógł wytrzymać tego, że musi poczekać na gościa, który wyprzedza nas po lewej. W swojej logice postanowił, iż śmignie obok mnie pasem awaryjnym. Następnie wbił się na mój pas, bezpośrednio przed maskę. Kolejnym wyczynem było szybkie zajechanie lewego pasa wyprzedzającemu mnie kierowcy po to, by wyprzedzić wóz nas poprzedzający.

Trwało to ułamki sekundy; gość miał tak dużą prędkość, że nawet nie zdążyłem odczytać rejestracji ani ogarnąć marki auta. Złotego koloru karoseria to jest wszystko, co pamiętam. Zdolności i nerwy musiał mieć niezłe, za to rozum chyba trochę mniej rozwinięty... No nic - pomyślałem - nie pierwszy to taki i nie ostatni.

Parę minut później znów zaczyna się głęboka mgła i zupełny brak widoczności, a ja zwalniam do 40-50km/h. W pewnej chwili mijam jadącego lewym pasem fiata. Lewym pasem... w kierunku przeciwnym.

To, że go minąłem, oznacza, iż obaj mistrzowie autostrady przejechali obok siebie bez konsekwencji. Ale wizji ich bliskiego spotkania dość długo nie mogłem wyrzucić sobie z głowy.

autostrada A4

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 279 (289)

#68245

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka dni temu jechałem samochodem przez nieco rozciągniętą wieś na Biłgorajszczyźnie. Było już po zmroku. Niemniej latarnie, które - ze względu na oszczędności - są uruchamiane dość późno, jeszcze nie świeciły.

Na kilkukilometrowym odcinku minąłem ponad trzydziestu (tak, od pewnego momentu zacząłem liczyć) rowerzystów. Wiecie, ilu z nich, mimo prawie całkowitej ciemności, posiadało jakiekolwiek oświetlenie swojego pojazdu?

Tylko jedna kobieta, która jechała w kierunku przeciwnym do mojego. Reszta osób na swoich jednośladach nie miała nawet światełek odblaskowych. A o sprawnych lampach to chyba nikomu z nich się nie śniło... Mimo tego hordy owych gnojków (dużą ich część stanowiła młodzież w wieku podstawówkowo-gimnazjalnym... acz nie całość, bo dorosłych również nie brakowało!) dziarsko przemierzały rowerami jezdnię stosunkowo ruchliwej drogi wojewódzkiej.

Jak wielkim matołem być trzeba, żeby - wiedząc, jak sytuacja wygląda z punktu widzenia kierowcy auta - jeździć w taki sposób? Bo w to, że owi rowerzyści wiedzą, jakie zagrożenie stanowią, nie wątpię. Aż tak upośledzeni to chyba nie są. Temat ten przecież wiele razy był wałkowany, a w aktualnościach co rusz mamy opisy kolejnych wypadków. Mówi się o nim w mediach, w szkole, w normalnie funkcjonujących domach. Nawet ostatni osioł by już go zrozumiał.

Ciekawe, co musi się stać, żeby w końcu ktoś zaczął o tym poważnie myśleć. Może jakaś ciężarówka powinna przetrącić jadącą nieoświetloną, kilkunastoosobową kolumnę? Wtedy dopiero ludzie zauważą temat? Rzecz jasna, że nikomu podobnego wypadku nie życzę.

Gdybym takiemu rowerzyście przypadkiem zrobił krzywdę, to mimo zachowania przepisowej prędkości miałbym duże problemy. Nie tylko musiałbym słuchać rozszalałej rodziny ("Jezusie Maryjo, całe życie miał przed sobą, dopóki ten morderca w samochodzie nie najechał, kolejny wariat za kierownicą..."), ale i żarłbym się wyrzutami sumienia. O konsekwencjach prawnych nawet nie wspominam.

Nie chcę generalizować, bo - przykładowo - w dużych miastach prawie wszyscy rowerzyści jeżdżą prawidłowo oświetleni. W mniejszych zdarza się różnie, choć z reguły też nie bywa źle. Ale we wsiach i różnych zaściankach w tym temacie jest istna tragedia.

PS: Żeby nie wypaczać przekazu od razu nadmieniam, iż do rowerzystów żadnego uprzedzenia nie mam. Swoją maszyną codziennie przejeżdżam kilkanaście kilometrów przez centrum jednego z wielkich miast. Ale jazdy po ciemku bez świateł sobie nie wyobrażam.

rowerzyści drogi w Polsce

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 205 (259)

1