Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

vonavi

Zamieszcza historie od: 9 lipca 2016 - 14:10
Ostatnio: 6 października 2017 - 17:41
  • Historii na głównej: 8 z 14
  • Punktów za historie: 1644
  • Komentarzy: 26
  • Punktów za komentarze: 36
 

#79910

(PW) ·
| Do ulubionych
Kontynuacja historii http://piekielni.pl/79682.

Otóż po całej akcji stałem się "najgorszą szują w naszym dziale, której za grosz nie można ufać, i która jest winna temu wszystkiemu złu, które teraz na nie spadło" jak to określiły moje współpracownice.

W sumie spodziewałem się tego, ale jakoś usłyszenie tego w twarz trochę zabolało. A wszystko dlatego, że przełożona poleciała z roboty. Jak się okazało, nie była to pierwsza podobna akcja z tą firmą w jej wykonaniu, tylko że tak tuszowała wszystko, że ciężko ją było przyłapać i nigdy nie było bezpośredniego dowodu.

Już wszystko tłumaczę:

Przełożona zajmowała się zawsze bezpośrednio zleceniami z firmy X. I o ile początkowo wszystko wyglądało cacy, o tyle później jakoś zawsze były zaniżane faktury, które ma ta firma zapłacić. Zawsze miała usprawiedliwienie, ale i tak to komuś śmierdziało.

Szef miał zawsze to na uwadze, odkąd zaczęły wychodzić nieprawidłowości, ale ciągle czekał na dowody. Ponadto poza mną, który to przyszedłem tam jako ostatni ponad rok temu, przełożona miała wolną rękę w wybieraniu swoich podwładnych, co skutkowało tym, że podobierała sobie lojalne koleżaneczki, które przytakiwały jej na wszystko*.

Jej pech chciał, że firma X potrzebowała, żebyśmy jej pilnie wykonali to zlecenie w momencie, gdy ta była na urlopie. A jako że żadna z jej koleżanek-podwładnych nie chciała się tego podjąć ("Bo to przecież zlecenie dla przełożonej!”), to wziąłem je ja i praktycznie doprowadziłem do końca.

Gdy ona wróciła i przekazałem jej to do finalizacji, na szybko próbowała "naprawić szkody”, które ja wyrządziłem i przez to nie udało jej się wszystkiego dobrze zatuszować. Gdy sprawa wyszła na jaw, a ja, w sumie chcąc chronić swój tyłek, dałem im dowody na jej machlojki, wysypały się te pozostałe trupy z szafy i nasz szef podjął decyzję o pogonieniu jej dyscyplinarnie.

A czemu współpracownice z działu tak się na mnie uwzięły? Po pierwsze bo przełożona-koleżanka poleciała przeze mnie, a po drugie bo nowym (na razie tymczasowym) naszym przełożonym został gościu z działu kontroli, który zaczął brać się za porządki w naszym dziale i zauważył, że ja sam robię tyle ile 3 z nich przez ten sam czas i zaczął od nich więcej wymagać.

P.S. Przełożona była tak chętna do zajmowania się firmą X i robienia naszej firmy w wała z kasą, bo miała romans z właścicielem firmy X.


*Nie dostałem pracy przez znajomości, jak większość sobie pomyśli, ale przez jeden ważny papier, który zrobiłem w sumie z braku pomysłu w pewnym momencie na siebie.

praca

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 166 (174)

#79682

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja z pracy. Może mało piekielna, ale mnie wkurzyła.

Jakiś czas temu przeglądając papiery w pracy zauważyłem, że wkradł się dosyć pokaźny błąd w kwocie jednej faktury. Błąd na kilkadziesiąt tysięcy PLN. Normalnie pewnie bym na to nie wpadł, ale przed urlopem zajmowałem się tym zleceniem, a dzień przed moim wolnym przekazałem je mojej przełożonej. Z natury jeśli chodzi o takie coś to jestem perfekcjonistą więc wystarczyło tylko sprawę doprowadzić do końca, poprawnie wystawić fakturę i czekać na pieniądze.

Gdy zobaczyłem fakturę, zaczęło coś mi nie grać, bo kwota była dużo mniejsza niż ja ustalałem i zacząłem szperać w systemie jak to ostatecznie wyglądało. Po sprawdzeniu i podliczeniu wszystkiego okazało się, że kwota powinna być nawet wyższa niż ja ustaliłem, gdyż nastąpiły dosyć poważne zmiany. Po ponownym przeliczeniu i sprawdzeniu jeszcze raz korespondencji z tą firmą potwierdziło się moje pierwotne przypuszczenie. Piszę maila do przełożonej, że taka faktura na firmę X jest źle naliczona i że trzeba zrobić korektę. Dodatkowo załączam moje wyliczenia dlaczego mi tak wyszło.

W mailu zwrotnym dostaję informację, że wszystko jest dobrze, że mam się nie przejmować i że tak to zostawić. Napisałem, że w takim razie nie biorę odpowiedzialności jak dział kontroli wykaże, że miałem rację, na co dostałem odpowiedź że ok i że ona uważa, że nie ma żadnego problemu. Całą wymianę maili zachowałem sobie w razie czego. Zapytacie zatem gdzie piekielność?

Przedwczoraj dział kontroli wysmarował do nas maila, że kwota z umową i zamówieniem się nie zgadza i że chcą wyjaśnienia dlaczego tak jest. Ze swojej strony napisałem, że w dniu tym i tym zgłosiłem sprawę przełożonej, że jest tam błąd i zgodnie z zasadami naszej firmy załączyłem naszą konwersację na ten temat. Nie minęła godzina, a wpada do mnie przełożona i krzyczy, że chcę ją pogrążyć i zająć jej miejsce, że ja za ten błąd odpowiadam bo nie zauważyłem go wcześniej, że mam go wyjaśnić i że mi się jeszcze odpłaci za to, że tak robię jak tylko wróci z dywanu u prezesa.

Zostałem po prostu zjechany za to, że dobrze wykonuję swoją pracę i jestem dokładny.

praca

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 230 (232)

#79469

(PW) ·
| Do ulubionych
W weekend wpadł znajomy, który wrócił właśnie z urlopu i opowiedział mi taką historię, a która nawiązuje do jednej, która tu była. Publikuję za jego zgodą.

Pociąg InterCity startującego z dużego miasta na południu kraju, a jadącego prawie nad samo morze. Znajomy wsiadł do tego pociągu wracając ze swojego urlopu, gdyż uznał że dla niego i jego kobiety będzie to po pierwsze tańsze, a po drugie wygodniejsze. Do pierwszej stacji wszystko przebiegało bezproblemowo. W wagonie (dodam, że był bezprzedziałowy) dosyć spokojne, kilka osób sobie rozmawia ale na tyle cicho, że nikomu to nie przeszkadza.

Jednak wtedy wsiada piekielna rodzinka: matka z dzieckiem około 2-letnim, które na pierwszy rzut oka wyglądało na dziewczynkę a się okazało chłopcem, ojciec dziecka z naburmuszoną miną i ciotka klasyczna Dżesika z psem. Zapakowali się na miejsca przy stoliku i ojciec z Dżesiką pierwsze co zrobili to ruszyli do Warsu po "napoje", które okazały się piwem. I od tego zaczęła się piekielna podróż.

Dziecko raczej z nudów, gdyż przy nim nie było widać, żadnej zabawki zaczęło się wydzierać. I tak przez kilka następnych godzin średnio co 15-20 minut było słychać jego krzyk, wycie i w zasadzie próbę zwrócenia na siebie uwagi. Gdy tylko to mu się udało, to piekielny tatuś i ciotka Dżesika (którzy z każdą godziną byli coraz bardziej pod wpływem) to na dziecko krzyczeli, żeby się zamknęło, że następnym razem zostanie w domu z niańką i że ma im nie przeszkadzać.

Zapytacie co robiła matka? Ano tylko potakiwała na coś takiego. Gdy starsza kobieta siedząca prawie naprzeciwko nich w końcu zareagowała na to, żeby dzieciaka uciszyli i dali mu coś czym dziecko by się zajęło, to tatuś i Dżesika zjechali ją, że ma się nie wtrącać, że im też się nie uśmiecha jechać pociągiem ale nie stać ich na auto, że każdy był kiedyś dzieckiem i powinni rozumieć itp. Kobieta w końcu nie wytrzymała, coś im jeszcze odpowiedziała i poszła do Warsu, a za nią piekielny tatuś po kolejne butelki piwa.

I tak trwała dalej podróż przeplatana kolejnymi wyciami dziecka aż w końcu ktoś poszedł po kierownika pociągu. Znajomy jego interwencji nie słyszał, ale za to rodzice w końcu uspokoili dziecko i zaczęli się nim interesować. A raczej zaczęła matka, bo piekielny tatuś i Dżesika postanowili sobie w tym czasie w laptopie oglądać jeden z brutalniejszych amerykańskich seriali.

Znajomy wysiadł na swojej stacji po 5 godzinach podróży z nimi i ogromnym bólem głowy. I tylko dziecka szkoda, bo to nie jego wina że się nudziło, a rodzice i ciotka myśleli tylko o swoich tyłkach.

pkp ic kraków-szczecin pociąg piekielna rodzinka

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (121)
zarchiwizowany

#78014

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Odnośnie historii Morningstar o numerze http://piekielni.pl/77929 opowiem o swojej historii z ostatniego weekendu.

Wracamy z Lubą z weekendu u moich rodziców. Spokojnie sobie ciągniemy do przodu jedną z krajówek, która w tym akurat miejscu jest jednopasmowa. Długa prosta więc i dobre miejsce do wyprzedzania. Jedziemy sobie: jedno autko (chyba VW ale nie jestem pewien), ja i za mną jeszcze kilka samochodów. Pojawił się za nami też on: Pan i Władca szos w srebrnym Vivaro. Stwierdził, że nasza "stówka" na liczniku to dla niego za mało i postanowił nas wszystkich wyprzedzić. No i tak brał nas wszystkich za jednym wyprzedzaniem aż zamigała mu wysepka na drodze przed pasem do skrętu w lewo. Nie mógł jej brać po pasie do jazdy z drugiej strony bo jechały auta więc postanowił wcisnąć się przede mnie. Przyhamowałem dosyć mocno, żeby mu nie wjechać w "tyłek". Gościu jednak niczym nie zrażony zaraz jak lewoskręt się skończył postanowił dalej wyprzedzać jak szalony. Tylko co mu to dało na koniec? A no niewiele bo do miasta wojewódzkiego (które też było naszym celem) dojechałem tuż po nim (widziałem jak wysiada ze swojego auta przy jednym z domów na przedmieściach).

kierowcy dk5

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 32 (84)

#76989

(PW) ·
| Do ulubionych
Co do historii z mieszkaniem (#76946), to przypomniała mi się jedna z udziałem dwóch koleżanek z pracy mojego przyjaciela.

Jakiś czas temu zatrudniono u niego dwie dziewczyny do pracy na dwóch różnych działach. Jedną nazwiemy Adą, a drugą Martą. Obie kolegowały się dobrze jeszcze z czasów studenckich. Ada od studiów wynajmowała mieszkanie, w którym została nawet po podjęciu pracy. Marta dojeżdżała zawsze, ale stwierdziła, że musi sobie poszukać też czegoś na miejscu. Jako że w mieszkaniu Ady zwolnił się jeden z pokoi, to ta zaproponowała Marcie, by się tam wprowadziła. I Marta, i właścicielka były z tego układu zadowolone.

Jakiś czas później właścicielka mieszkania postanowiła je sprzedać. Poinformowała dziewczyny o tym i dała im czas ok. 3 miesięcy na znalezienie sobie czegoś, zaznaczając, że najlepiej będzie, jak sobie od razu coś poszukają, bo nie wiadomo kiedy znajdzie się kupiec, a wtedy wręczy im miesięczny okres wypowiedzenia (taki zapis widniał ponoć w umowie wynajmu). Ada ze swoim chłopakiem stwierdzili, że szukają sobie coś razem i spytali Martę, czy nie chce też się przyłączyć. Ta się początkowo zgodziła, jednak po jakimś czasie stwierdziła, że czułaby się niekomfortowo i najlepiej będzie, żeby każda szukała sobie czegoś na swoją rękę. Wszyscy się na to zgodzili. Ada ze swoim chłopakiem zaczęli więc szukać sobie kawalerki, co dosyć szybko skończyło się znalezieniem nowego mieszkanka. Co robiła w tym czasie Marta? Ano nic nie zrobiła. Nie poprosiła o pomoc w szukaniu, nie szukała nawet sama i po prostu sprawę sobie olała. Ada się wyprowadziła i zamieszkała z chłopakiem, a za jakiś czas właścicielka znalazła kupca, więc i Marta musiała się wyprowadzić.

Zapytacie gdzie piekielność: otóż gdy został jej tydzień do wyprowadzki, Marta miała do Ady pretensje, że razem nie szukały mieszkania, że jest zmuszona wrócić do swojej matki, że będzie musiała dojeżdżać do pracy z innej miejscowości oraz że w ogóle o niej nie pomyśleli. Po kilkudniowych pretensjach w tym stylu postanowiła się od Ady totalnie odciąć, udając, że jej nie zna. A ponoć była jej bardzo bliską przyjaciółką.

mieszkanie

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 148 (192)

#76461

(PW) ·
| Do ulubionych
Nawiązując do historii http://piekielni.pl/76386 dodam coś od siebie ale o przejazdach kolejowych.

Mała miejscowość, która jest miastem powiatowym. Ma to do siebie, że jest duże skrzyżowanie (a przydałoby się tam rondo) a kilometr za nim przejazd kolejowy z rogatkami. W godzinach szczytu krzyżówka się korkuje w taki sposób jak w wymienionej historii. Dodatkowo korek bardzo często potrafi sięgać przejazdu kolejowego.

Co robią kierowcy dojeżdżający do niego? Oczywiście wjeżdżają mimo, że nie ma możliwości zjazdu. A co robią, gdy ktoś zatrzyma się przed rogatkami widząc, że nie ma zjazdu? A no trąbią, żeby jechał albo nawet wyprzedzają. Sam tak kilkukrotnie zostałem potraktowany na tym przejeździe.

przejazd_kolejowy samochód przepisy

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (156)
zarchiwizowany

#76417

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Dużo historii o weselach się ostatnio pojawia to ja podzielę się jeszcze jedną, którą opowiadała nam siostra (S) mojej lubej i za jej zgodą ją publikuję.

Mąż siostry (nazwiemy go MS) ma znajomą (Z) z czasów licealnych z którą utrzymuje dobry kontakt. W dodatku kończyli studia na tym samym wydziale więc znajomość naturalnie się utrzymywała i tak pomimo upływu lat ciągle się utrzymuje. MS nigdy nie zabiegał o względy Z szczególnie, że ona była ze swoim partnerem (P) jeszcze od czasów gimnazjalnych i zawsze deklarowała do niego wielką miłość. Oczywiście jeśli jest wielka miłość to i musi być wielkie i w dodatku wspaniałe wesele. Ile to MS się nasłuchał o przygotowaniach to S nie potrafiła zliczyć. Oczywiście Z obiecała MS, że będzie zaproszony na wesele i dlatego jakieś pół roku przed nim Z razem z P przyjechali do mieszkania MS i S wręczyli zaproszenia. Oczywiście Z deklarowała, że będzie wesele wspaniałe, cudowne i o niebo lepsze niż wesele jej kuzynki o którym to opowiadała same negatywne rzeczy a w dodatku że u niej na weselu na pewno będą wszyscy się bawić. Po tym trajkocie pojechali do domu dalej szykować się do wielkiego dnia.

S i MS oczywiście zjawili się na tym weselu, odebrali swój zarezerwowany pokój i zaczęły się piekielności:
1) MS musiał zapłacić za pokój chociaż było obiecane ze strony Z, że tego robić nie będzie musiał. Na szczęście jakoś to przełknął.
2) Do kościoła musieli jechać ponad 50 km od sali a i znaleźć go nie było łatwo. Na szczęście zjawili się na 15 min przed rozpoczęciem ceremonii.
3) Po ślubie kawalkada jechała z taką prędkością, że można było ją uznać za jakiś grupowy wyścig samochodowy w dodatku po drogach po których prędkość większa niż 50 km/h była bardzo ryzykowna.
4) Nim wszyscy goście dotarli na salę młodzi byli już po życzeniach, szampanie, pocałunku i usiedli przy stole by zjeść obiad.
5) MS był przy swoim stole praktycznie jedyną osobą pijącą, gdyż mimo zapewnień Z, że ekipa jest taka co bardzo lubi pić nikt z tej ekipy nie pił.
6) Para Młoda do 2:30 w nocy (gdy S i MS się zwinęli do pokoju) zatańczyła ze sobą może 2 kawałki oprócz pierwszego tańca. Nawet MS więcej z Z tańczył.
7) Pomimo zapewnień, że rodzina jest z takich co lubi tańczyć na parkiecie oprócz S i MS stałych par było może ze 3 a i zawsze znalazły się jakieś 2 dodatkowe, którym akurat odpowiadał kawałek (a wesele na 120 osób). A S mówiła, że zespół grał naprawdę świetnie.
8) Pan Młody zniknął gdzieś na godzinę i nikt go znaleźć nie mógł. Poza tym był w takim stanie, że wesele mógł już skończyć o 21.
9) W sumie nie wiem czy piekielność to jest ale napiszę: S miała przez całe wesele wrażenie, że Z chyba wolałaby za męża MS, gdyż wydawało się, że zalotnie się do niego odnosi.
10) 3/4 gości ulotniło się przed 2. S i MS wyszli o 2:30, gdyż już mieli dosyć. Z później zarzekała się, że wesele skończyło się o 5.
11) Mimo, że się umówili na południową kawę Para Młoda się nie zjawiła i nie dała nawet szansy S i MS podziękowania, za zaproszenie na wesele. Później mieli jeszcze pretensje, że się z nimi nie pożegnali.

Tych piekielności ponoć było więcej ale te S najbardziej pamiętała. 2 lata później S i MS zorganizowali swoje, skromniejsze wesele ale za to do samego końca bawili się prawie wszyscy.

wesele

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -14 (22)

#74818

(PW) ·
| Do ulubionych
Niedziela w delegacji z pracy więc i tak muszę czekać do poniedziałku, żeby pozałatwiać sprawy i wrócić do domu.

Odpaliłem sobie na laptopie jeden z programów motoryzacyjnych o dziwnych sytuacjach na drodze i przy okazji jednej z takich sytuacji przypomniało mi się co się jeszcze lat parę temu działo w moim rodzinnym mieście na osiedlu, na którym się wychowałem. Ale do rzeczy.

Rzeczone osiedle na którym się wychowałem do dużych nie należało. Raptem z 5 krótkich bloków (po 2 klatki w każdym). Były jednak tam dwie spółdzielnie mieszkaniowe. Do pierwszej (która była naszą spółdzielnią) należał wjazd na osiedlowy parking (droga biegła wzdłuż jednego z bloków), do drugiej natomiast owy parking. Przez lat 20 z hakiem wszyscy się dogadywali: oni mogą wjeżdżać na parking przez nasz wjazd, my możemy tam sobie parkować. Wjazdu inaczej wytyczyć nie dało się gdyż obok były inne zabudowania. Wszystko było cacy do momentu gdy w spółdzielni nr 2 nie zmienił się Prezes.

Jako, że był to człowiek od niedawna mieszkający na tym osiedlu nie zdawał sobie spraw do końca jak sytuacja wygląda. Postanowił trochę w jego mniemaniu unormować sytuację z parkingiem i zakazał nam parkowania tam. Nikt sobie nic z tego nie robił do momentu, gdy pan Prezes nie zaczął wzywać straż miejską by zakładali blokady i inne tego typu rzeczy. A straż miejska była łasa na kasę (jak chyba wszędzie) to i mimo iż nieprawnie (jak się dowiedzieliśmy później) zakładała blokady na koła i nakładała mandaty. Nasz Prezes próbował interweniować u tamtego ale tamten był głuchy na prośby o rozmowę. Po kilku takich sytuacjach zwołano nadzwyczajne zebranie naszej spółdzielni, na którym wyjątkowo stawili się wszyscy (ja również z ciekawości z ojcem poszedłem). Zapadła decyzja: skoro wjazd jest nasz to montujemy tam metalowe blokady, a mieszkańcy naszej spółdzielni otrzymują po kluczu. Przez czas do zamontowania owej blokady wszyscy parkowali tak, żeby tamten Prezes nie mógł się do niczego przyczepić. Aż przyszedł dzień, w którym przyjechał majster i zamontował.

Jakież zdziwienie było ludzi wracających z pracy a nie mogących wjechać na parking przez tę blokadę. Jakiś czas później przyjechał i tamten Prezes i zobaczywszy co się stało domagał się rozmowy z naszym Prezesem. Zanim do spotkania doszło przed parkingiem nazbierało się dosyć dużo samochodów nie mogących nań wjechać. Jakież było zdziwienie gdy się okazało, że wjazd należy do naszej spółdzielni i że skoro nie zamierzają przestrzegać dawnego porozumienia to niech wytaczają sobie nową drogę.

W końcu Prezes drugiej spółdzielni skapitulował i pozwolił nam parkować na ich parkingu, a my obaliliśmy blokadę we wjeździe (jest tam jednak zamontowana do dziś w razie podobnych sytuacji w przyszłości)

absurdy drogowe parking

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 281 (301)

#74569

(PW) ·
| Do ulubionych
Lubej jakiś czas temu zmarł dziadek. W sumie był poczciwy staruszek. Jednak miał swojego ulubieńca - najmłodszego kuzyna lubej. Nie narzekała nigdy i nie wypominała po śmierci dziadziusiowi, że jej nie kochał, ale ogólnie było widać różnicę w traktowaniu kuzyna z traktowaniem reszty swoich wnuków (coś na zasadzie jak wszystkim dam jednego cukierka to ten dostanie ich trzy).

Tak się akurat stało, że dziadek wyciął swojemu ulubieńcowi numer i zmarł niecałe dwa tygodnie przed jego weselem. Jako, że do wesela był krótki termin to rodzina zastanawiała się czy nie odwołać zespołu. Rodzice przyszłej małżonki kuzyna uznali, że nie będzie odwoływania ani wesela, ani zespołu i że wszystko ma się toczyć tak jakby nic się nie stało, a młodzi na to przystali (co już w sobie było dla mnie piekielnością). Rodzina lubej jakoś się z tym pogodziła, ale większość uznała że po prostu sobie na weselu posiedzą.

Gdy przyszedł dzień pogrzebu dziadka, a było to dokładnie tydzień przed weselem, wszyscy ubrani na czarno udali się, by ciało pochować i odprawić modły za duszę zmarłego. Zjawili się wszyscy z wyjątkiem... ukochanego wnuka dziadunia i jego narzeczonej. Babcia lubej, a wdowa po dziaduniu to wyłapała, zresztą jak i reszta rodziny. Kilka dni po pogrzebie babcia postanowiła zadzwonić do wnuka dlaczego na pogrzebie się nie stawił.

Wiecie jaka była odpowiedź młodego? Nie było go, ponieważ nie chciał sobie psuć nastroju tak ponurym wydarzeniem na tydzień przed weselem, a poza tym to nie było nic ważnego. Babcia mało co zawału nie dostała.

babcia kuzyn wesele dziadek pogrzeb

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 255 (315)
zarchiwizowany

#74554

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia z podróży służbowej. Jako, że jeżdżę po kraju a i często do Niemiec zdarza mi się nocować w różnych hotelach. Są takie, z którymi firma ma umowy i po prostu wcześniej mi rezerwują wszystko a ja tylko zajeżdżam i się melduję. Są też takie, w których rezerwacje robię sam najczęściej przez jeden z portali do tego przeznaczonych. I wtedy właśnie zajechałem do hotelu w którym sam zrobiłem takową rezerwację. Dla dopełnienia historii dodam, że hotel nie miał swojego parkingu. Zaparkowałem na prywatnym parkingu niedaleko hotelu, poszedłem do recepcji i ustawiłem się za mężczyzną (nazwiemy go Kowalski) który w tym momencie się meldował. Jako, że miałem chwilę to w telefonie postanowiłem poszukać potwierdzenia rezerwacji przesłanej przez portal. Jednak pan Kowalski zwrócił moją uwagę bo dosyć głośno protestował i domagał się darmowego parkingu twierdząc, że tak mu obiecano na portalu przez który bukował (tak, to był ten sam portal w którym ja rezerwowałem). Recepcjonistka grzecznie tłumaczyła mu, że parkingu nie posiadają oraz, że nie doczytał informacji w portalu rezerwacyjnym na temat parkingu. Jako, że dosyć mi się spieszyło wtrąciłem się do rozmowy i powiedziałem, że faktycznie była tam ta informacja na ten temat. Pan Kowalski na mnie spojrzał i powiedział pełnym oburzenia głosem, że się mylę i że nigdzie nie było o tym mowy. Pokazałem mu w telefonie moje potwierdzenie rezerwacji, gdzie takowa informacja była i stwierdziłem, że niech sobie sprawdzi w swoim potwierdzeniu, bo też ją ma. Pan Kowalski postanowił sprawdzić włączając swojego laptopa. Ja w tym czasie się zameldowałem i poszedłem do pokoju. Gdy pół godziny później wychodziłem na kolację w miasto dopytałem Recepcjonistkę o to czy udało się sprawę rozwiązać. Była mi wdzięczna za wtrącenie się oraz powiedziała, że pan Kowalski kłócił się z nią od 10 min o to.

Ludzie zanim coś kupicie, zarezerwujecie, podpiszecie czytajcie wszystko dokładnie. A jak nie jesteście czegoś pewni to po prostu dopytajcie (jak chodzi o fejsbuczka i inne rzeczy to telefony nie gryzą ale jak trzeba zadzwonić to już niektórych strach oblatuje). Oszczędzi to stresu wam jak i osobie po drugiej stronie.

parking hotel

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 41 (111)