Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

welcomeTOmyWORLD111

Zamieszcza historie od: 26 września 2011 - 20:59
Ostatnio: 13 lipca 2017 - 23:27
  • Historii na głównej: 11 z 12
  • Punktów za historie: 2574
  • Komentarzy: 122
  • Punktów za komentarze: 300
 
Pierwszy i mam nadzieję, że ostatni grill jakiego robimy u siebie. Ludzie są tacy upierdliwi...

Mam 4 koty, 3 z nich to są kotki - wysterylizowane w tym roku. Generalnie żaden kot nie powinien jeść jedzenia "dla nas", a po sterylizacji wcale.
Pan weterynarz uczulił nas, że teraz po sterylizacji jakieś kiełbaski nie kiełbaski szkodzą dwa razy bardziej, a najczęściej koty po sterylizacji cierpią na problemy z układem moczowym i nerkami, między innymi przez niewłaściwą dietę.

Poprosiłam na początku, wytłumaczyłam, odpowiedziałam na wszystkie pytania grzecznie i ładnie, a i tak znalazły się osoby co rzucały kotom skórki od kiełbas bądź i całe kawałki. Kiełbasa, która jest nasolona, naszpikowana chemią + jeszcze posypana przyprawą przez nas. No szlag jasny by to.
I co najlepsze tego procederu dopuszczała się w szczególności moja mama. Na moje uwagi próbowała to obrócić w żart:
"No a co ja zrobię jak się na mnie patrzą i tak proszą".
Zaraz tatuś z wujkami popierają, że przecież od jednej skórki kotu nic się nie stanie... Jak grochem o ścianę.

Poparła mnie jedynie bratowa, której psiak bardzo cierpiał po urlopie u jej mamusi. Mamusia skarmiała pieseczka paróweczkami i szyneczką, aż psinka nie mogła się załatwić, bo się zapchała czy jakoś tak.
Oczywiście "ci młodzi to dzisiaj pierdzielą głupoty, kiedyś psy i koty jadły wszystko i było dobrze, a teraz że zaraz nie mogą".

Ręce opadają.

PS. Nie mogłam kotów zamknąć nigdzie na czas grilla, bo ojciec od razu się darł "że mu zasrajo pomieszczenia gospodarcze, a on nie będzie sprzątać... i kto to urwa widział kota w lato zamykać".

grill rodzinka

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (190)
Ojciec część 2.
Dla lepszego obrazu sytuacji możecie zapoznać się z poprzednią historią o moim ojcu: http://piekielni.pl/75383

Ostatnio z przyczyn takich, a nie innych musiałam wrócić do domu rodzinnego. Problemu jako takiego z tym nie było, wiedziałam za to, że będzie ciekawie i szybko tego pożałuję ;)

Sytuacja 1.
W domu pod tym względem nic się nie zmieniło: ojciec dalej nie myje rąk po korzystaniu z toalety. Raz po raz mył po 2 (pozwalało mi to sądzić, że mył ręce tylko jeśli się pobrudził) jednak obecnie nie robi tego wcale.
Mówcie co chcecie, ale ja nawet nie potrafię mu podać ręki wiedząc, że pół godziny temu był w toalecie... Dzisiaj przez okno w kuchni widziałam, że odlewa się tuż koło ławek w ogródku (stał może z dwa kroki od nich). Zapytałam się czemu nie poszedł gdzieś dalej, na ubocze podwórka gdzie nikt nie chodzi bo tutaj często chodzimy boso.
" A po co mam iść dalej, jak mi się chcę to robię". Aha, ja wiem że panowie są nauczeni lać od razu gdy im się zachce, no ale to już chyba lekka przesada. A później ja sobie tam siedzę czytając książkę i zastanawiam się który pies musiał się tutaj załatwić, że wali moczem...

Sytuacja 2.
To jest taki typ, co nawet jak się nie zna to się zna. W jego mniemaniu jest specjalistą w każdej dziedzinie, a profesorowie mogą się chować. Lekarze się nie znają, on wie lepiej. Mechanik się nie zna, on wie lepiej. Informatyk się nie zna, on wie lepiej itd.

Jestem jedną z nielicznych osób która pracuje w wymarzonym zawodzie i serio sprawia mi to przyjemność. Nie ograniczam się do wiedzy zdobytej w podstawie programowej lecz zakrawa to o lekkie zboczenie zawodowe, każdy artykuł, analizy wszystko wchłaniam z ciekawością dziecka ;)

Czasami ojciec głośno myśli i się zastanawia, zdarzyło się, że pytał się o sprawę która zahacza o moją robotę. Chętnie mu odpowiadam i nawet tłumaczę w jaki sposób to działa itd.

Oczywiście nie daje mi wiary, podważa moje słowo, pomimo że jego argumenty są inwalidami. Często nie słucha dokładnie co mówię, źle rozumuje i wykłóca się - potrafi przeinaczyć każde słowo i po czasie wypominać mi, że wcale tak nie mówiłam. Serio, jak z dzieckiem. Kończy się obrażaniem mnie, lecą ku*wy ch*je, jestem złośliwa i robię go głupim.

Wystarczy, że spotka kogoś kto pracuje w tej branży, zada mu to samo pytanie - dostanie tą samą odpowiedź i próbuje mi wcisnąć, że ja mówiłam inaczej. Oczywiście przy tym znajomym. Najlepsze jest to, że słowa mężczyzny nigdy nie podważy, nawet jak ma wątpliwości wyraża je w normalny sposób. Kobieta nie ma szans, nawet jak by była ekspertem w danej profesji to on i tak będzie twierdził, że się gówno zna bo on wie lepiej.

Pomijając, że czujesz się wtedy jak gówno bo miesza cię z błotem i rzuca kąśliwe komentarze na twoją płeć to niszczy mi reputację. Niestety sporo znajomych to mniejsi bądź więksi przedsiębiorcy... Jeśli mój ojciec opowiada kłamliwą historyjkę z moim udziałem, kłamiąc na temat tego co powiedziałam stawia mnie to w złym świetle. Automatycznie wieść się rozchodzi, a ja później mam opinię głupiej baby co to wzięła się za męski zawód - niestety w takim przypadku trzeba ciągle udowadniać, że ma się jaja nie mniejsze od facetów z którymi się pracuje. Tatuś nie pomaga.

Sytuacja 3.
Jaśnie pan sam sobie kanapki nie zrobi. Babcia ze strony matki, uczyła swoich synów podstawowych rzeczy jak sprzątanie po sobie, gotowanie (jak na tamte czasy to na prawdę full wypas). Za to matka mojego ojca robiła wszystko za niego. Objawia się to teraz tym, że jaśnie pan musi mieć podane posiłki pod sam nosek, kawę mu trzeba robić, koszulki prasować i nawet nie wie gdzie ma gacie.
Ma 60 parę lat i mieszka w tym domu od urodzenia, a nawet nie wie gdzie są szklanki. Oczywiście jak otwiera kolejno szafki to lecą urwy i uje, że matka to ujowa gospodyni nic urwa w tym domu znaleźć nie można. Matka czasem chciałaby sobie gdzieś pojechać - nie jeździ bo ojciec jej zabrania, a z drugiej strony tak jej to weszło, że sama twierdzi, że ojciec sobie nie poradzi i będzie się wściekał. Jak zostaje z nim sama w domu to o tych samych godzinach dzwoni do mnie mama i przypomina, że powinnam teraz ojcu kawę zrobić.

Sytuacja 4.
Co roku znajomi chcą wyciągnąć moich zgredów na kilka dni. Nad morze, nad jezioro, do lasu, w góry, na Mazury, do jakiegoś ładnego miasta w Polsce. Mama by chciała, ale ojciec nie. Bo co to, ja tu jeziora u siebie nie mam? A co to ja miasta nie widziałem? A co to, tutaj jakieś złe drzewa mamy?
Ponieważ myśleli, że to z powodu pieniędzy postanowili wykupić dwa dni w spa dla moich rodziców. Prezent dali im na święta "a jedźcie i odpocznijcie trochę, tyracie na tej roli, dwa dni to świetna sprawa". Nie pojechali... Mama chciała, ale ojciec twierdził, że on tutaj też może sobie zrobić spa, wrzuci błoto do starej wanny i mama może sobie zrobić kąpiel błotną. Matula sama nie pojedzie bo to równoznaczne ze zdradą i nastąpiłaby obraza majestatu. Bo przecież dzi*ka jakaś imprezowała by tylko i wyjeżdżała - to nic, że mama 40 lat nigdzie nie była poza naszym rodzinnym miastem.

Sytuacja... ostatnia. Na tę chwilę nie mam już siły dalej pisać, po prostu jasny szlag mnie trafia jak przypominam sobie te sytuacje.
Niektórzy znają ten stan, gdy będąc w pracy nie mają czasu nawet na kawę, a co dopiero odbieranie telefonu.
Np. Jestem sobie w pracy, młyn mam niesamowity, swój telefon zostawiłam w samochodzie i nawet nie miałam czasu po niego pójść. Służbowy się urywał, a skrzynka mejlowa przegrzana do czerwoności - tak bywa. Wyszłam z pracy i w samochodzie widzę, że dzwonił ojciec. 15 razy. Oddzwaniam:

Ojciec drze się: urwaa ile można do ciebie dzwonić babo, czemu urwa nie odbierasz telefonu. Dzwonię chyba ze sto razy, i nic cisza urwa, wszystko masz w dupie, jak się dzwoni do ciebie to się urwa odbiera. (i tak w kółko przynajmniej 4 razy)

Ja: Byłam w pracy, a telefon zostawiłam w aucie. Co chcesz?

Ojciec: w aucie urwa, to się urwa zabiera ze sobą telefon, ja tu urwa dzwonie i nie odbierasz (dalej mówił to samo co w wypowiedzi 1)

Ja: Przestań na mnie krzyczeć, masz w notesie służbowy trzeba było dzwonić na służbowy (na odczepne, i tak by się nie dodzwonił bo miałam zajęte cały dzień ;))

Ojciec: ty urwa myślisz, że ja mam czas szukać po jakichś pie*dolonych zeszytach, po co masz urwa telefon urwa (dalej to samo co w wypowiedzi 1)

Ja: zadzwoń jak się uspokoisz, mam dosyć furiatów na dziś...

Mówiłam, że jak ojciec jest na podwórku to nie ma przy sobie telefonu i wtedy można się dobijać nawet cały dzień?
PS. Powyższa sytuacja pasuje również do innych opcji nieodbierania telefonu:
- wyjdę z biura bez telefonu, a sprawa w innej części firmy przeciągnie się trochę dłużej
- spotkanie z szefem bądź kimś innym
- rozmawiam z klientem przez telefon (przez 10 minut ojciec potrafi narobić 20 połączeń)

A po co dzwoni?
- zepsuł mu ciągnik... 700 metrów od domu i mam przyjechać i go zawieźć do domu po klucze.
- do której jestem w pracy
- co robię
- kupić ci bułki?
- mam mu wydrukować jakiś tekst
- mam poszukać jakiś ofert na alledrogo

Tak, dzwoni tylko po to. Drze się do telefonu jak opętany. Oduczyłam się odbierać od niego telefony gdy w pobliżu znajduje się ktokolwiek, a przestałam to robić gdy kiedyś odebrałam telefon przy szefie, wszystko było słychać - tak się darł.

Szef tylko się zapytał czy jestem nękana telefonicznie przez jakiegoś klienta bo jeśli tak to zerwiemy z nim umowę. "Bo porządna firma nie współpracuje z chamami" Powiedziałam, że to pomyłka i jestem brana za kogoś innego... Przecież nie powiem, że ojciec wpadł w szał bo nie odebrałam telefonu, a on się chciał tylko zapytać do której jestem w pracy.

dom rodzinny

Skomentuj (60) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 212 (258)
Nienawidzę załatwiać urzędowych spraw, ale parę lat temu czekał mnie mały rajd i ostatnio za sprawą dyskusji na temat tolerancji przypomniała mi się jedna akcja.

Okazało się, że brakuje mi jakiegoś dokumentu i tamtego dnia nie załatwię sprawy. Pogodziłam się z tym, rozumiem panią i obiecałam przyjść następnego dnia. Zanim wyszłam pojawił się ON. Osobnik o czarnym kolorze skóry. Przyszedł w tej samej sprawie co ja. I usłyszał to samo co ja, bo również nie miał przy sobie tego świstka. I się zaczęło...
- Bo co, bo jestem czarny? To rasizm, odmawia mi pani udzielenia pomocy bo jestem czarny! Ja to zgłoszę! Ten kraj jest zacofany! Brakiem dokumentu się pani zasłania, a to chodzi o to że pani nienawidzi czarnych!

Ja przerażona, obie panie przerażone. Nawet włączyłam się do tej dyskusji, że również nie załatwiłam z tego powodu sprawy i żeby nie robił hałasu bo takie są przepisy i każdy jest wobec nich równy. Wpadł jakiś kierownik, jak usłyszał o co chodzi to mnie wyprosił, a w międzyczasie rzekł do tego faceta: proszę poczekać zobaczymy co da się zrobić. Na odchodne usłyszałam z ust biednego czarnoskórego, że "białe suki to powinny mieć zakaz wychodzenia z domu".

Wróciłam tam następnego dnia. Urzędniczki mnie poznały, nawet kierownik był ( w oczy mi się nie spojrzał). Podaję dokument i zaczynam temat: Wie pani, to był rasizm.
(Pani X): wiem, dlatego jakoś to załatwiliśmy
(ja): nie proszę pani, nie wobec niego. Wobec mnie. Nie załatwiłam sprawy od razu tylko dlatego, że jestem biała.
(Kierownik): co pani zrobi, rzuci taki tekstem o policji, a już mieliśmy problemy z nim w innym dziale i po prostu chcemy uniknąć kłopotów...

No tak, prawo w tym wypadku działa tylko w jedną stronę. Ja go nazwać czarnuchem nie mogę bo pójdę siedzieć, a on może mnie nazywać białą suką i jest wszystko w porządku. Słyszałam już o wielu nadużyciach w tej kwestii i uważam, że wykorzystywanie tego przywileju powinno odbywać się w innych okolicznościach... A nie do zastraszania i bezkarności.
Także pamiętajcie: biały człowiek (z pakietem: hetero + katolik) nie ma żadnych praw.

urząd

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 194 (244)
Hałas ostatnio jest o dziewczynie pobitej przez koleżanki. Dodam swoje 3 grosze, jak to wyglądało u mnie.

Jedna dziewczyna z klasy stała się kozłem ofiarnym. Cicha, spokojna, trochę miała problemy z emocjami. W sensie łatwo się denerwowała, ale jak wykazała rozmowa z jej dawnymi znajomymi, to wszystko przez rodzinkę: mamusia z tatusiem mieli ją w czterech literach, bo liczył się tylko jej starszy brat. Koleżanka była ciągle wyzywana, nawet oddychała źle. O tym jednak dowiedzieliśmy się po skończeniu szkoły.

Wracając... Wiadomo jak to jest w nowej klasie, docieranie się różnych środowisk, uczniów z różnych szkół/klas. Niestety ona jedna nie przeszła "testu". Tym bardziej, że była z bardzo daleka i nikt jej nie znał. Dziewczyna próbowała cały czas jakoś żyć z klasą, polubić się z nimi, niestety poza kilkoma jednostkami reszta z niej szydziła. Wiecie: śmichy chichy, podczas gdy ona coś czytała albo odpowiadała na lekcji. Trochę też dziewczę było zagubione i nieśmiałe, trochę wolniej ogarniała - ale podejrzewam, że to efekt wspaniałego zachowania rodziców i traktowania jej jak śmiecia.

Problem zauważyła jedna z nauczycielek, z którą mieliśmy zastępstwo (bo oczywiście reszta nie zauważała, nie wiem czy nie chcieli czy faktycznie byli ślepi) i powiadomiła wychowawczynię, i panią pedagog. Efekt?
Wychowawczyni przyszła na lekcję, popatrzyła się na nas i zapytała się:
- Czy jest jakiś problem w tej klasie?
Wiadomo, że nikt się nie przyzna.
- Kasiu, czy w tej klasie ktoś ci dokucza?
<facepalm> Co miała niby odpowiedzieć? Przed klasą, wśród której połowa to "oprawcy".

Następnego dnia wpadła pani pedagog, rozdała kartki a4, jakaś anonimowa ankieta. Pojawiły się pytania w stylu:
- Lubisz się uczyć? - kto w klasie najbardziej dba o wygląd?
- Kto się najmodniej ubiera?

I... to wszystko. Problem został, raz było lepiej raz gorzej. Rodzicom nic nie powiedziano, zresztą i tak mieli to w d... O tyle dobrze, że u nas nie dochodziło do żadnych rękoczynów, a już na pewno nie ze strony dziewczyn bo byłyśmy tylko we trzy i ja nic do niej nie miałam, ani druga koleżanka też nie. Dopiero jak sprawiłyśmy kazanie tym belzebubom, to się trochę ogarnęli. I do samego końca poza normalnymi klasowymi docinkami miała spokój.

Ale tamta dziewczyna nie miała koleżanek, które jej pomogły. A reakcja szkoły była taka sama, bo nikt mi nie wmówi, że było inaczej. To bardzo powszechne i niestety smutno mi jest, że to się dzieje i nadal nikt nie reaguje.

szkoła

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (159)
Matura niedługo! Kuzynka pisała niedawno próbną. To co mi opowiadała o tegorocznych maturzystach z jej szkoły to jakieś przegięcie.

1. Na egzamin telefonu nie wolno nawet wnieść - wydawać by się mogło, że jasne i bez mówienia. Na spotkaniu z dyrektorem było podkreślane kilka razy: telefon zostawiamy w szatni albo oddajemy zaufanemu nauczycielowi, podobnie jak inne wartościowe rzeczy. Dyrektor podkreślał, że najbardziej zależy mu na zachowaniu zasad obowiązujących podczas matury właściwej - czyli nie ma lipy. Poopowiadał sobie trochę o zasadach i poszedł.

Mimo to, podczas czytania przepisów na próbnej kilkudziesięciu uczniów na przypomnienie o telefonach, poderwało się z miejsc i poszło je odnieść do szatni. Zamieszanie, czas zmarnowany.

To jeszcze nic, w szatni nie starczało miejsc na kurtki, Dlatego na koniec sali wniesiono wieszaki i można tam było zostawić jedynie kurtki, torby miały być w szatni. Nauczyciele już mają rozdawać arkusze i nagle jedna dziewczyna wypaliła:
- A telefon w kurtce może być?
- W szatni owszem.
- Ale ja mam tutaj na sali... to ja pójdę wyciszyć.
Kazali jej wynieść. Przy okazji okazało się, że kilka osób zrobiło tak samo.

2. Jak egzamin to wiadomo, że bez dowodu tożsamości wejść się nie da. Legitymacja, dowód... może i być prawko. Wychowawcy jeszcze przypominali, dyrektor mówił: trzeba zabrać, szybciej pójdzie, a dwa - jak teraz weźmiecie, to lepiej będziecie o tym pamiętać na właściwej. Bo wtedy to już będzie warunek.
Mimo to, połowa uczniów nie miała. Jak się trafił w komisji nauczyciel, który miał z nimi lekcje no to spoko. Już wszedł, bo co mieli przedłużać.

3. Logiczne chyba również jest, że nie wolno ze sobą rozmawiać podczas egzaminu. Mimo to, uczniowie pożyczali sobie długopisy, linijki, słowniki. A było mówione... jak chcesz słownik to ręka w górę. Jak coś ci się skończyło: ręka w górę. To były pojedyncze przypadki, bo od razu dostawali reprymendę i nikt więcej tego nie robił. No ale ludzie...

Dla niektórych może to się wydawać głupie, niemożliwe, ale jednak tak jest. I pomyślcie, że przez takich kretynów cała szkoła może mieć przerwany egzamin. Przecież na właściwej nikt nie będzie pobłażał, tym bardziej, że jest przynajmniej jeden nauczyciel z zewnątrz.

szkoła matura

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 200 (268)
Temat świeży.
Ostatnio wydałam moje dwie kamizelki odblaskowe zupełnie obcym ludziom. Jak do tego doszło?

Szalała śnieżyca, jechałam sobie wolno i starałam się nie wpaść w poślizg. Z naprzeciwka jechało auto które miało źle ustawione światła mijania (swoją drogą to również olbrzymia piekielność) i oślepiało mnie. Postanowiłam się zatrzymać.

Nie ma za co, panowie piesi którzy szli sobie brzegiem jezdni bez żadnego oświetlenia czy odblasku. Kolesie wcale nie chcieli tych kamizelek, powiedziałam że albo biorą albo dzwonię na policję.

Tak tylko przypomnę, że mamy jedno życie i nie jesteśmy cyborgami.

w drodze do domu

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (174)
Kupiłam sobie kiedyś półbuty, takie coś a'la adidasy w popularnym sklepie z butami na D. Zapłaciłam 100zł i zadowolona z nich wróciłam do domu.

Niecały miesiąc później zauważyłam, że brudzą mi skarpetki i trochę piachu czułam, ale nic nie wylatywało. Żeby dojść do samochodu muszę przejść ścieżką z piasku, więc pomyślałam, że może mi się nabrało - chociaż sama średnio w to wierzyłam.
Zaczęły się deszcze - zaczęło mi się robić mokro, bynajmniej nie na widok przystojniaka, lecz nieprzyjemnie, bo w butach i to od deszczu. Coś mnie tknęło i zaczęłam je dokładnie oglądać. Na podeszwie było pęknięcie. Szybka decyzja, reklamacja bo kasy szkoda, a buty ładne. Poszłam w tym celu do sklepu.

Spotkałam jedną panią i jednego chłopaka, którzy byli z podobnym problemem jak ja. Pani ekspedientka powiedziała, że w tym miesiącu nie ma tygodnia by ktoś nie przyszedł i nawet powód ten sam. Jednocześnie poinformowała nas, że nie warto, bo odpowiedź jest zawsze taka sama: w tych butach się nie chodzi po deszczu.

Żeby nie niskie temperatury to zaprawdę powiadam Wam, że nosiłabym cały rok trampki za dychę od chińczyka. Najstarsze wytrzymały mi już 3,5 sezonu wiosenno-letniego i pomimo kilku prań nie wyglądają jakby chciały odejść na emeryturę.

galeria

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 163 (205)

#75383

(PW) ·
| Do ulubionych
O moim tatusiu, który zmotywował mnie do szybkiej wyprowadzki i bezstresowego życia.

1.Oszczędny aż do... smrodu

Wiadomo, na gospodarstwie częściej klepie się biedę niż żyje w raju (mówię tutaj o skromnych rolasach co to mają ledwie 10-30 hektarów) ale mój ojciec od paru lat przesadza i to ewidentnie. Myje się raz na tydzień (przy dobrych wiatrach) i teraz wyobraźcie sobie, że ten człowiek rano i wieczorem spędza przynajmniej godzinę w oborze pełnej świń i krów + wyrzucanie im obornika. CODZIENNIE. Dla tych co nie mają rozeznania powiem tylko, że aby złapać całą gamę zapachów takiej obory wystarczy stanąć na chwilę w progu. Nie wyobrażacie sobie jak ten człowiek śmierdzi, jak śmierdzi w pokoju rodziców, najgorzej zimą bo po 16 już przychodzi do domu i ogląda TV do późnej nocy.
To nie wszystko, sposobem na oszczędzanie jest również niespłukiwanie po sobie wody w toalecie oraz nie mycie po TYCH czynnościach rąk. W toalecie śmierdzi coś na wzór publicznej/szkolnej czyli zwyczajnie moczem i kałem. Wstyd kogokolwiek przyprowadzić. Oczywiście szczotka do toalety gryzie.
Pilot od telewizora się strasznie klei, nawet nie chcę wiedzieć od czego.

2. Zabunkrowany w swoich racjach

"ja tak mówię i tak masz robić" najbardziej znienawidzona kwestia w moim życiu. Ojciec jest typem choleryka-dyktatora, jeśli on tak chce to tak musi być i koniec kropka. Będzie się z Tobą kłócił i wszelkie argumenty będą się od niego odbijać jak piłeczka kauczukowa od ściany. Nie wygrasz, a tylko dorobisz się wrzodów albo refluksu żołądka.
Ciężko wybrać najlepszą sytuację opisującą ten punkt bo jest ich zbyt wiele... Po przełożeniu opon okazało się, że na jednej z nich mam dość spory balon. Stwarza on duże zagrożenie w trakcie jazdy, nawet gdy jedzie się wolno. Koniecznie chciałam wymienić tą oponę, a w sumie 2 bo jeśli ktoś się orientuje opony muszą być takie same na jednej osi. Takiej samej nie znalazłam więc trzeba wymienić dwie, koszt: 120zł. Jako wtedy uczennica bez grosza, zapytałam się ojcu czy pożyczy mi te 120 zł na wymianę.

Usłyszałam, że opona jest dobra i jeszcze mogę pojeździć z 5 lat na niej! Jak się jeździ wolno i bezpiecznie to nie ma prawa się nic stać! Opona jednym z ważniejszych elementów bezpieczeństwa?! kto ci takich durnot naopowiadał? Jak się jeździ spokojnie to nie ma prawa się nic stać!
To było tak w skrócie, mama ukradkiem pożyczyła mi te pieniądze i dokonałam wymiany. Dodam fakt, że w tamtym czasie woziłam pełen samochód ludzi do szkoły. Nie wyobrażam sobie wypadku z powodu wadliwej opony gdy jadę sama, a gdzie tutaj pełne auto... No ale przecież wystarczy jechać 50km/h (3/4 trasy to droga krajowa, pełna tirów).

3. Jesteś złośliwa

To o mnie, rzekomo robię wszystko na złość i w ogóle jestem taka wredna. Kiedy najczęściej to słyszę? Oprócz codziennych sytuacji... Gdy szukamy czegoś w internecie. Kiedyś ojciec chciał kupić kombajn, podał mi wszystkie interesujące go parametry, które wpisałam gdzie trzeba i zaczęło się.
- jak mi rano Jurek szukał to tutaj były inne ogłoszenia
- już koniec? Na pewno nie, kłamiesz mnie, wczoraj jak oglądałem z Jurkiem to było więcej!
- Jurek znajdywał lepsze, ty nie umiesz szukać
- jak sobie szukasz to umiesz znaleźć a mi specjalnie nie chcesz pokazywać
Teksty te wypowiedziane ze złością, wręcz wściekłością. Ludzie wierzcie mi, że nie robię tego specjalnie. Co by mi to dało? Wpisuję to co go interesuje i pokazuję każde ogłoszenie, jeszcze doczytuję za niego niektóre info, spisuję numery, no normalnie full wypas, niczym to się nie różni od szukania "dla mnie". I tak jest za każdym razem, koniec końców jestem wyzwana od najgorszych, niewdzięczna i złośliwa, szukam nie to co trzeba, nie znalazłam nic interesującego. Chodzi zaś pół godziny i słyszę jaką jestem wstrętną córką bo nic ciekawego mu nie znalazłam i on na komputerze Jurka widział lepsze, do tego przeklina niesamowicie. A mi się wtedy chce tylko płakać.

+ Uprzedzam pytania; a sam nie może szukać? Ojciec nie zna się na komputerach i wcale nie chce tego zmieniać.

4. Cisza i spokój

Największy spokój jest gdy jedzie do swojej pracy dorywczej i nie ma go przynajmniej 8 godzin. W domu panuje cisza i spokój, nikt się nie denerwuje, można spuszczać wodę w toalecie bez obawy o krzyk: "ku*wa wiesz ile to kosztuje" i można sobie spokojnie porozmawiać (ojciec nie umie rozmawiać, umie tylko krzyczeć i przeklinać). Niezależnie czy wraca z pracy czy z podwórka od razu na wejściu zaczyna swój wściekły monolog pełen przekleństw i wyrzutów jaką jesteśmy złą rodziną, jak matka źle prowadzi dom.

Nadmienię tutaj, że wystrój domu nie zmienił się odkąd pamiętam czyli od 25 lat... Nawet remontu nie było. No może mama raz dostała jakiś wazon na imieniny czy coś, to jedyne co doszło do wystroju. Mimo to, każdego dnia (od 3-4 lat) mama ma awantury, że dom jest ZAGRACONY! On nie ma gdzie przejść, najlepiej jakby nic nie było na korytarzu (bo przecież szafka na buty zajmująca mniej niż połowę korytarza to za wiele) i w pokojach to samo! Powiedzcie... Czy szafa na ubrania, stół, krzesła i łóżko to pokój zagracony? Tak schludnego domu nie widziałam u nikogo... Nawet ozdoby w stylu wazonów i innych dupereli nie mają miejsca u nas w domu. Mimo to awantury są. Kilkugodzinne narzekanie i wściekanie się o to. Przekleństwa, ubliżanie, obrażanie, wyzywanie, obarczanie winą. Każdego dnia.

Chyba starczy na tą historię. Oczywiście tego jest więcej.

dom rodzinny

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 344 (372)
zarchiwizowany
Historię dedykuję wszystkim tym, którzy za brzydkie parkowanie naklejają naklejki z męskimi narządami na samochody.

Ja nienawidzę "mistrzów parkowania". Tak jak chyba większość, jak nie wszyscy i sama byłam za tym, żeby naklejki takowe przyklejać. Lecz historia, która przydarzyła się mojej siostrze otworzyła mi umysł na drugą stronę medalu. To tak w skrócie.

Siostra parę lat temu upatrzyła sobie wymarzone autko. Odkąd jej tylko wpadło w oko nic tylko o nim gadała. Miała wybrany rocznik, model, wygląd, dodatki, kolor no dosłownie wszystko. Wiecie jak jest trudno znaleźć takie auto... No część z Was wie. Siostra przez długi czas pracowała w weekendy, a niekiedy i w tygodniu po szkole byleby starczyło na auto marzeń. W końcu uzbierała (byliśmy w szoku jej wytrwałości) i rozpoczęła poszukiwania żmudne i trudne. Ale znalazła, szczęśliwa była niesamowicie, grzebała przy nim, pucowała, chuchała i dmuchała.

Pewnego razu jej dobry kolega, który pomagał jej nie raz, zapytał się czy pożyczy mu auto. Jego w naprawie, a on miał wizytę u lekarza w sąsiednim mieście. Wizyta wyczekana bo po pół roku. Siostra nie miała nic przeciwko, pomogła znajomemu. Kolega nie mógł znaleźć miejsca do parkowania więc krążył trochę po mieście, a że wyjechał "tak akurat" to czas go gonił. W końcu znalazł miejsce, niefortunne bo obok mistrza parkowania. Chcąc nie chcąc zaparkował tyle na ile pozwolił mu mistrzu obok i pobiegł do doktora. Kiedy wrócił auto siostry (oraz mistrza obok) było obklejone naklejkami "karny ch*j za ch*jowe parkowanie" i piękny rysuneczek na nich. Przynajmniej po jednej naklejce na szybie, drzwiach itd.

Ja rozumiem, sama nie lubię takich ludzi i uważam, że należy ich upominać. Ale na litość Boską, czy to nie może być zwykła papierowa kartka wsadzona za wycieraczkę? Tylko naklejka, której nie sposób zdjąć z karoserii czy szyby. Nie wiem co to był za klej, ale ustrojstwo pomimo zdjęcia naklejek nadal tam jest. Wygląda na prawdę mocno nieestetycznie, takie kleiste plamy do których lepi się dosłownie wszystko.

Powiedzcie mi jaka jest pewność, że mistrzu jest swoim autem? Krzywdzicie wtedy niewinną osobę. Dlatego jeśli jesteś jedną z tych osób, które kleją auta to następnym razem zastanów się dwa razy czy tego chcesz. Bo to jest po prostu niszczenie mienia, niekiedy niewinnej osobie. Nie polecam widoku załamanej dziewczyny, która przez tyle czasu i z takim uporem szukała swojego idealnego autka.

parking

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -7 (29)
Po pracy wpadłam na zakupy do pewnego dużego sklepu z owadem w kropki. Jak wiecie są tam bułki i inne dobrodziejstwa, również te słodkie w postaci drożdżówek czy pączków.
Miałam nadzieję, że nie będę miała okazji tego zobaczyć...

Stoi chłopaczek lat około piętnaście i wybiera pączki, ale jak... każdego maca ręką wcale nie odzianą w żadną foliową rękawiczkę czy chociażby torebkę. Zrobiło mi się aż niedobrze gdy pomyślałam ile razy dziennie odwiedzał toaletę w szkole i ile razy mógł nie myć rąk - no nieważne, sam fakt. Stałam przez chwilę i patrzyłam jak każdy pączek jest przez niego zmacany, a do foliówki włożył dopiero dwa. Zwróciłam mu uwagę na co on z oburzeniem odparł:
- ja tylko sprawdzam czy świeże są i miękkie.

Wytłumaczyłam mu, że na specjalnym uchwycie obok leżą torebeczki foliowe które spokojnie można nałożyć na rękę i dotknąć sobie pączusia jeśli mu tak bardzo zależy. A on dalej jak mantrę powtarzał: ja tylko sprawdzam czy miękkie, ręce mam czyste!
Jedna z pracownic zainteresowała się naszą rozmową i podobnie jak ja upomniała młodzieńca i powiedziała, że powinien kupić teraz wszystkie które dotknął, na co on zostawił te pączki i głosem jakby miał się zaraz rozpłakać:
- pie*dolę, nie chcę już ich

Nie mam pojęcia jak zakończyła się ta sprawa, ponieważ wróciłam do swoich zakupów ale jedno wiem: choćbym umierała z głodu nie kupię nigdy niczego wystawianego w taki sposób w sklepach.

sklepy

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (197)