Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

z_lasu

Zamieszcza historie od: 2 października 2013 - 16:00
Ostatnio: 18 stycznia 2017 - 12:52
  • Historii na głównej: 15 z 17
  • Punktów za historie: 8449
  • Komentarzy: 244
  • Punktów za komentarze: 1166
 

#76586

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka lat temu, gdy kupowaliśmy dom na całkowitym zadupiu, dokładnie sprawdziliśmy wszystko co się z tym wiąże. W tym plan zagospodarowania, własność ziemi wokół, zrobiliśmy wywiad dotyczący wywozu nieczystości, dostępności mediów, odśnieżania.
I żyliśmy sobie spokojnie przy wąziutkiej drodze gminnej, bez utwardzonej nawierzchni. Wprawdzie w planach było, że kiedyś będzie przed naszym domem biegła droga powiatowa, ale to "kiedyś" było bardzo nieokreślone. I jedynymi warunkami było odsunięcie ogrodzenia i infrastruktury domowej o ileś metrów od drogi.

Zawsze się cieszyłem, że choć droga lichej jakości, to zawsze odśnieżona na czas. Lepiej niż miasto, zawsze świtem, a później w miarę potrzeby jeszcze raz lub nawet dwa razy.
Dwie poprzednie zimy były mało śnieżne i nie zauważyłem, żeby coś się zmieniło. Ot, na końcu asfaltu postawili znak informujący, że mieszkam poza wsią, wysypali trochę tłucznia, żeby zasypać dziury.

Do wczoraj.
W nocy popadało. Rano nasza dróżka nieodśnieżona.
Wyjechałem - wieś odśnieżona.
Po wykonaniu kilku telefonów dowiedziałem się, że:
- panikuję, bo te kilka cm śniegu nie powinno utrudnić mi wyjazdu i mam nie zawracać dooopy,
- gmina przekazała drogę do powiatu, więc już nie musi jej odśnieżać,
- powiatowy zarząd dróg ma kategoryzację kolejności zimowego odśnieżania,
- 300 m drogi za wsią (i asfaltem) prowadzącej do 3 posesji nie ma żadnej kategorii, bo jest zbyt mało uczęszczana, żeby ktoś się tym przejmował.

Dzisiaj znowu pada... Zapakowałem szuflę do auta. Mam nadzieję, że wrócę do domu :)
A od wczoraj zastanawiam się jak to "ugryźć", żeby jednak te 300 m drogi kogoś interesowało.
Nawet nie chodzi mi o moją wygodę, choć ta jest istotna. Ale jeszcze za nami mieszka starsza, schorowana kobieta. I dla niej brnięcie przez śnieg po zakupy to katorga. A w razie potrzeby karetka nie dojedzie.

zima

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (Głosów: 167)

#76412

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o kurierze, aczkolwiek nie tylko on był piekielny.

Dawno, dawno temu z firmy kurierskiej przyjeżdżał do nas pan Zbyszek. Nigdy nie było z nim problemów. Zawsze na czas, zawsze miły, zawsze zorganizowany. Z naszym głównym magazynierem Pawełkiem ustawili sobie robotę tak, żeby każdemu było wygodnie.
Wówczas wychodziło od nas nawet 300 paczek dziennie i były to różne gabaryty - od kilograma do 30 kg.
Wszystko było ustawiane w okolicy rampy rozładunkowej. Duże pod ścianą, małe na wózku. Wszystkie etykietą adresową na froncie ściany, która powstawała z paczek.
Pan Zbyszek czytnikiem skanował paczuszki i ładował do samochodu. Zajmowało mu to 5-10 min maksymalnie. A był jeszcze czas na wymianę uwag o pogodzie :). Jeżeli była taka możliwość i potrzeba, chłopaki z magazynu pomagali w załadunku.

I pewnego razu pan Zbyszek zachorował. Było to na tyle poważne, że miało go nie być przez kilka miesięcy. Zdarzyło się to w czasie, gdy roboty było mnóstwo, a ilość paczek nie schodziła poniżej 100 szt. dziennie.
Dostaliśmy na zastępstwo jakiegoś młodzika. Nawet nie pamiętam, jak miał na imię. Od pierwszego dnia zaczął się zachowywać jak "Dyrektor Pojazdu". Wchodził bez "dzień dobry", coś burczał, nosem zahaczał o sufit.
Jedne z pierwszych słów do magazynierów były - "To mi zapakujcie paczki do samochodu". Pierwszego dnia Pawełek z rozpędu zapakował. Drugiego przepchnął wózek na rampę. Trzeciego zebrał dwa razy opieprz. Raz ode mnie, że załadunek to nie jego robota. Drugi raz od kuriera, że on tych pieprzonych ciężkich paczek nie będzie dygał sam.

I Pawełek się wkurzył. Głównie na kuriera. Następnego dnia znów był wysyłkowy Armagedon. Tylko w miejscu składowania paczek do wysyłki nie było ściany z etykietami na zewnątrz, tylko "usypana" pryzma, każda paczka z naklejką "ostrożnie" (to nie była dodatkowo płatna opcja wysyłki), każdą trzeba było wziąć do ręki albo przesunąć, żeby zeskanować.
Dodatkowo Pawełek postawił jednego do pilnowania (nie pomocy), żeby kurier nie rzucał paczkami.
Załadunek zajął kurierowi ponad godzinę. Pobawili się tak przez 3 dni. Czwartego dnia przyjechał inny kurier. Został do końca zastępstwa i wszystko wróciło do normy.

kurier v magazyn

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 259 (Głosów: 263)

#76119

(PW) ·
| Do ulubionych
Wiecie jak jest wyrównywany poziom (ocen) w szkole podstawowej mojej córki.

Poprzez zajęcia dodatkowe... też, ale to mało efektywne,

Poprzez ćwiczenia podstaw, powtórki, zadania domowe, ciekawe lekcje... nie - to wymaga od nauczyciela dużego zaangażowania.

Otóż niektórzy nauczyciele wymyślili sobie, że podzielą uczniów na głąby, zdolniejszych i wybitnych.

Słabi uczniowie, którzy generalnie nie radzą sobie z niczym dostaną zadania z serii "pokoloruj drwala" - 3-4 zadania z podstaw podstaw.

Ci "normalni" dostają drugi zestaw pytań - 5-8 zadań, strona formatu A4.

Ci wybitni dostają zestaw pytań na dwie strony A4.

Wszyscy piszą na jednej lekcji i teoretycznie z tego samego zakresu materiału, ale każda grupa ma inne zadania. W każdej grupie można dostać stopnie od 1 do 6.

I jak wytłumaczyć 11-latce, że jej czwórka z grupy wybitnej, jest jednak więcej warta, niż 4 a nawet 5 od głąbów?
Jak zmotywować do nauki skoro "spadając" do grupy niżej, piątkę a nawet szóstkę dostanie prawie nie wkładając w to pracy?

Oraz komu i jak skutecznie skopać doopę za takie "pedagogiczne" podejście do dzieciaków oraz skuteczny system demotywacyjny.
Nie wiem czy kierunek dyrekcja jest słuszny - zamiotą pod dywan.


Gimnazjum ją (chyba) ominie, ale będzie później z takimi czwórkowymi uczniami rywalizować o miejsca w szkole średniej a tam liczącym się kryterium jest świadectwo...

szkoła

Skomentuj (52) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 232 (Głosów: 262)

#75089

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie zna życia, kto nie mieszkał / nie pracował ze złodziejem.

Tak na fali historii o podkradaniu kosmetyków...
Uwaga, będzie obrzydliwie.

Piekielna (moja własna) siostrzyczka.

Kiedyś już o niej pisałem. Po drugiej ciąży + wypadku który przykuł ją na jakiś czas do łóżka przytyła i to znacznie. Siłownia, ćwiczenia, sauna itp. dawały rezultat ale powolutku. Zbyt wolno.

Znalazła magika/zielarza/dietetyka, który obiecał, że doprowadzi ją do wyglądu uznawanego za normalny w ekspresowym tempie.

I zaczął się reżim dietetyczny. Rozpisany jadłospis (w tym godziny posiłków), dieta dość droga, eliminacyjna, sprawdzanie reakcji na poszczególne składniki. Wizyty drogie, w sztywno określonych terminach, brak możliwości przełożenia.
Więc albo stosujesz dietę i dyskutujesz z magikiem o jej efektach, korygujesz to co złe, albo (przy odstępstwach) płacisz za kolejną wizytę mając niewiele do powiedzenia, albo wypadasz z kolejki i za miesiąc/dwa/kwartał, zaczynasz wszystko od początku.

Siostra się uparła, że da radę. Po pierwszych tygodniach spadek wagi był zauważalny, co dodatkowo motywowało.

Kobity zawistne są. I to, że inna zaczyna za dobrze wyglądać może okazać się katastrofą dla innej.

Nagle z firmowej lodówki zaczęły jej znikać posiłki. Raz, drugi, trzeci...
Ponieważ dieta eliminowała niektóre składniki nie dało się po prostu pójść do sklepu i kupić śniadanie. Ominięcie posiłku również zaburzało cały plan.

Siostra raz i drugi prosiła o zostawienie jej śniadania w spokoju. Zaproponowała przygotowanie dodatkowej porcji dla osoby potrzebującej. Jak grochem o ścianę. Siostra się trochę wku... zdenerwowała, bo cała sytuacja wyglądała jak złośliwość 6 stopnia. Dodatkowo generowała koszty, zniechęcała i niszczyła efekty dotychczasowej pracy.
Siostra ostrzegła głośno, że podbieranie jedzenia może skończyć się niezbyt przyjemnie dla podbierającego.
Na kilka dni kradzieże ustały. Ale zaczęły się znowu. Nieregularnie. Jednego dnia żarcie znikało. Dwa dni z rzędu nie. I znowu nie ma co jeść. Trzy dni ok. A czwartego wypadałoby wbić zęby w ścianę.

Moja siostra zawsze miała szatańskie pomysły...

Mój szwagier zazwyczaj spędza weekendy nad wodą mocząc "kija" w wodzie. Więc moja siostra "wiedźma" wpadła na szatański pomysł. Pożyczyła sobie trochę takiej zanęty z białych i czerwonych robaczków. Włożyła je w sam środek pysznej kanapki z żytniego pieczywa, sałaty, i piersi kurczaka. Całość owinęła folią spożywczą i wrzuciła do lodówki. Kanapka przeleżała 2 dni nim znalazła amatora. Miłe robaczki nie rozlazły się na całą kanapkę. Siedziały dokładnie w środku i czekały na "smakosza".

Rzygające dziewczę było słychać/widać/czuć w całej firmie.

A mojej siostrze już nigdy nie zginęło żadne jedzenie.

pracować ze złodziejem

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 452 (Głosów: 466)

#74111

(PW) ·
| Do ulubionych
Zainspirowany ostatnimi historiami takatamtala o podkradaniu klientów i zaniżaniu cen.
Tu wyższy szczebel wtajemniczenia: jak ukraść klientów samemu sobie.

Od lat szczenięcych mam przyjaciółkę Hankę. Razem okładaliśmy się łopatkami w piaskownicy, więc znamy się jak łyse konie. Hanka jest bardzo atrakcyjną kobietą, ale to raczej typ chłopczycy. Szpilki i filmowy włos na specjalne okazje. Na co dzień jeansy i mokasyny.

Hanka ma wykształcenie techniczne, ale siedzenie nad projektami zawsze ją nudziło. Sama o sobie mówi, że ma "żydowski łeb". Widzi pieniądze tam, gdzie nie widzi ich nikt inny, umie wszystko załatwić, każdego zna, a jak kogoś nie zna, to zna kogoś kto zna tą osobę :). Jej żywiołem jest sprzedaż. To ten typ, który sprzeda piasek na pustyni, a klient jeszcze będzie się cieszył że dostał luksusowy towar w atrakcyjnej cenie.

Hankę po studiach nosiło trochę po kraju i świecie. Pracowała w kilku fajnych miejscach. Kilka ładnych lat temu zaczęła częściej bywać w naszym Zadupiu Mniejszym i spotkała naszego kolegę z piaskownicy Tomka.

Tomek kończył tą samą uczelnię, ale po studiach wrócił do domu i przejął rodzinny interes. Taką manufakturkę, która ledwie ciągnęła.

Od słowa, do słowa dogadali się. Żeby nie przedłużać i tak długiego tekstu. Tomek produkował, Hanka sprzedawała. W krótkim czasie udało się rozbudować i zmodernizować zakład (Hanka zdobyła unijną kasę). W pewnym momencie zakład produkował towary w 80% na zamówienia Hanki. Hanka ładnie budowała rynek, zdobyła klientów zagranicznych. Firma Tomka ładnie się rozwijała.

Hanka nigdy nie była pracownikiem Tomka. Współpracowali na zasadzie firma < - > firma.
Kilka razy była rozmowa, że może zawiązaliby spółkę, ale zawsze to się rozmywało - bo firma rodzinna i rodzice będą kręcić nosem, bo dobrze jest tak jak jest... Mieli jakąś umowę, ale bardzo ogólną. Hanka jednak była właścicielką i współwłaścicielką kilku projektów i form, które były wykorzystywane do produkcji.

Hanka miała swoje biuro w budynku fabryczki. Tomek nie wcinał jej się do sprzedaży, ale sam chętnie prosił ją o przypilnowanie interesu, gdy wyjeżdżał na urlop. Więc ona znała od podszewki proces produkcyjny, pracowników i dostawców.
Przez kilka lat wszystko ładnie się kręciło. Oboje pobudowali domy, mieli solidne zaplecze finansowe. Pełna harmonia.

Z jednego z urlopów Tomek przywiózł Justynkę, która w ekspresowym czasie została jego żoną. Justynka jest od nas młodsza o ponad dekadę. Panie niespecjalnie przypadły sobie do gustu. Niby zachowywały się poprawnie, ale zaczęły się tarcia w firmie.
Kilkakrotnie Hanka zastała ją przy swoim komputerze. Niby miała odpalone tylko jakieś nieistotne strony w internecie, ale Hanka zabezpieczyła komputer hasłem i w krótkim czasie przerzuciła wszystko na laptopa, którego zabierała do domu.

Po powrocie z jakiegoś przedłużonego weekendu stwierdziła, że ma chyba paranoję, bo wydaje jej się, że ktoś grzebał w jej fakturach i zamówieniach. Wymieniła zamki i zaczęła zamykać biuro, gdy wychodziła.
Okazało się, że nie miała paranoi.

Justynka wymyśliła sobie, że to ona poprowadzi sprzedaż. Ale zamiast szukać nowych klientów postanowiła ukraść ich Hance i tym samym wyeliminować ją z gry. Wykradła adresy mailowe i kontakty do klientów i wysłała im ofertę w cenach, po których towar kupowała Hanka.
Kilka transakcji udało się Justynce przeprowadzić, ale bardzo szybko wszystko się wydało.
Hanka próbowała rozmawiać z Tomkiem, ratować współpracę. Ale on nie potrafił postawić się żonie. A Justynka podskakiwała i krzyczała, że sama potrafi sprzedać kilka razy tyle co Hanka.

Hanka zabrała swoje papiery, formy i projekty, które były jej własnością i wypowiedziała umowę. Żeby nie stracić klientów, zleciła produkcję gdzieś indziej.

Justynka jednak nie poradziła sobie ze sprzedażą. Tym bardziej, że Hanka dość szybko odzyskała swoich klientów. Tomek został z rozkręconą firmą, zobowiązaniami wobec pracowników oraz dostawców i bez sprzedaży.
Walczył przez prawie 3 lata i... sprzedał zakład Hance.

Oczywiście imiona zmieniłem, ale ta kobieta prosiła, żeby zwracać się do niej zdrobnieniem. Inaczej udawała że nie słyszy, albo strzelała focha.

handel

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 483 (Głosów: 495)

#68439

(PW) ·
| Do ulubionych
Potrzebowałem pełnych aktów urodzenia moich dzieci. Moje dzieci są jeszcze w wieku szkolnym (podstawówka i gimnazjum). Pojechałem do USC, wypełniłem stosowne kwity i czekałem.

Dzisiaj przyszły pocztą. Imiona i nazwisko się zgadza. I nic poza tym. Moja starsza córka jest starsza ode mnie o 5 lat. Młodsza to jeszcze przedwojenny rocznik.

urzędnicy i ich błędy

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 711 (Głosów: 733)

#67918

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie o tym, jak pewien pan doktor próbował się dowartościować.

Mieszkam na "Zadupiu Mniejszym". Do mojego domu nie dochodzi droga asfaltowa, 300 m dalej jest tabliczka z napisem "koniec świata" i można spotkać tam smoki :)
Miejsce zamieszkania wybraliśmy świadomie. I dobrze nam tu. Tym bardziej, że do cywilizacji jest niedaleko. Pracujemy w "Wielkim Mieście", dzieci tam chodzą do szkoły i tam zazwyczaj korzystamy z usług (w tym medycznych).

Ad rem.
Dwa miesiące temu na wewnętrznej stronie policzka zrobiła mi się bolesna ranka. Afta? Nie wiem, zignorowałem. Samo się zagoiło, ale w miejscu rany zaczęło coś rosnąć. Gdy zaczęło przeszkadzać, umówiłem się do naszej rodzinnej pani doktor. Rodzinna popatrzyła, pomedytowała i stwierdziła, że chirurg powinien poradzić. W przychodni, z usług której korzystamy, są gabinety specjalistyczne, więc pani doktor od razu poleciła chirurga, który powinien pomóc.
Okazało się, że termin do pana doktora prawie natychmiastowy. Zostawiłem skierowanie w rejestracji i spokojnie czekałem na wizytę.

W dniu wizyty, świadom, że może być krwawo :) ubrałem się luźno i sportowo.
Po wejściu do gabinetu wyłuszczyłem swój problem i wywiązał się dialog. J(ja), D (dohtor)
D zerkając na kartę, na której jest mój adres zameldowania:
- Nie z tym to nie do mnie. Ci wiejscy lekarze jak nie wiedzą do kogo wysłać to wysyłają do chirurga.
Nieco mnie to rozśmieszyło, ale próbuję czegoś się dowiedzieć.
J: - Panie doktorze, to ewidentnie jest do wycięcia, więc do kogo z tym jak nie do chirurga?
D: - Pani doktor z wiejskiej przychodni ewidentnie nie uważała na wykładach (hi, hi). Ale ci wiejscy lekarze tak mają. Ze wszystkim w obrębie głowy musi się pan zgłosić do laryngologa.
J (lekko zirytowany, ale i rozśmieszony absurdem sytuacji: - W takim razie proszę o skierowanie do laryngologa.
D: - Niech pan wróci do swojej WIEJSKIEJ przychodni i przekaże pani doktor, że by się douczyła i wypisała panu odpowiednie skierowanie.
J: - Wie pan, to skierowanie wypisała mi pana koleżanka piętro wyżej.
D: - Ups, ale jak to, miejsce zamieszkania...
J: - A nie słyszał pan doktor, że bogaci ludzie pracują w mieście, ale swoje posiadłości mają na wsi?*

Nie odpowiedział, wypisał skierowanie do laryngologa. Czekam na wizytę.
A w przyszłym tygodniu będę u rodzinnej i opowiem jej o zachowaniu kolegi, którego poleca.

* Nie uważam się za człowieka bogatego. Mam stabilną sytuację finansową. Moja "posiadłość" jest bardzo małorolna :) Ot, domek, ogródek, podwórko. Oboje z żoną pochodzimy z miasta. Ja z powiatowego, ona z Wielkiego Miasta. Ale to ani honor, ani ujma... Natomiast pan doktor ewidentnie miał jakiś kompleks :)

kompleksy

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 542 (Głosów: 596)

#66332

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielna siostrzyczka.
Mam młodszą siostrę, która w młodości trenowała jedną z dyscyplin zaliczanych do sportów walki. Miała nawet jakieś osiągnięcia. Potem skończyła studia, zaczęła pracę, urodziła dzieci. Dzieci rodziła późno, jej rówieśnice miały już dzieci w wieku szkolnym, gdy ona spacerowała z wózkiem.

Tak się złożyło, że druga, późna ciąża była prawie w całości przeleżana. Dodatkowo jej praca wymaga przesadzania tyłka z krzesła do samochodu i z powrotem na krzesło. A czasem spędza w niej 10 godzin. Na dodatek nie tak dawno Młoda miała wypadek i znów spędziła w łóżku i na rehabilitacji kilka miesięcy. I w ten sposób "nabiła" sobie trochę nadprogramowych kilogramów. Trochę duże to "trochę".

Gdy już wróciła do jako takiej sprawności fizycznej stwierdziła, że "coś" z tym trzeba zrobić. Tym bardziej, że kondycję miała zerową. Kupiła karnet na siłownię i zaczęła pocić się, żeby zgubić te nadprogramowe kg. Gdy pewnego pięknego razu po intensywnym treningu i wizycie w saunie uzupełniała płyny, usłyszała jak jakaś na oko 18-20 latka wskazując na nią, stwierdziła do swoich koleżanek, że gdyby się tak spasła to siedziała by w domu nie pokazując się na oczy normalnym ludziom.

O mojej siostrze można powiedzieć różne rzeczy, ale nie to, że potrafi trzymać język za zębami. Rzuciła okiem na dziewczynę i powiedziała, że gdyby miała taki nos (długi i haczykowaty) to od dziecka zbierałaby na operację plastyczną. Dziewczę zaczerwieniło się i ruszyło z łapami na moją siostrę. Ta zrobiła drobny unik (lata treningów) i dziewczę wylądowało na ścianie. Powtórzyło się to jeszcze 2 razy, zanim dziewczyna została odciągnięta przez swoje koleżanki.

Rzecz działa się w pomieszczeniu monitorowanym, dodatkowo świadków było trochę. Dziewczę dostało propozycję nie do odrzucenia - albo rezygnuje natychmiast na piśmie z karnetu, albo zostaje wezwana policja i zgłoszona czynna napaść.
I wydawało się, że sprawa się zakończyła.

Moja siostra od lat zleca jednej z firm prace na grube tysiące. Jest to niewielka firma rodzinna, zlecenia załatwia dobrze, za rozsądną cenę. Dodatkowo szefowa, rówieśniczka mojej siostry, doskonale się z nią dogaduje. Do tego stopnia, że panie chodzą razem na kawę czy dzwonią do siebie z ploteczkami.

Ostatnio ta firma obchodziła jakiś jubileusz. Moja siostra, jako bardzo dobry klient i prawie przyjaciółka właścicielki została zaproszona na imprezę jubileuszową. Właścicielka przedstawiła jej swoją córkę, studentkę zarządzania, która kiedyś przejmie rodzinny interes.
Tak, nie mylicie się. To była ta panienka z siłowni.
Mówiłem, już, że moja siostra ma niewyparzoną gębę? Stwierdziła, z uśmiechem, że już się znają, i dziewczę z pewnością z radością przekaże matce szczegóły znajomości.

Kilka dni później najpierw dziewczę zadzwoniło z przeprosinami, później jej matka.
Zlecenia pozostały bez zmian, znajomość się utrzymała, ale dziewczę dostało "po uszach".
Jest nadzieja, że dwa razy pomyśli zanim wystartuje do kogoś z głupim komentarzem i łapami.

między kobietami

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 570 (Głosów: 650)

#65303

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia bankowa.
Konto firmowe już od jakiegoś czasu prosiło się o zmianę. W listopadowy długi weekend, korzystając z mniejszego ruchu w firmie, zachęceni rankingami w internecie postanowiliśmy otworzyć konto w "Dobrym Banku"*. Banku zagranicznym, z tradycjami...
I powiem wam jedno - totalna porażka.

Dla pełnego obrazu - firma mieści się poza miastem, z rzadka nawiedzają nas "kitwciskacze", więc mamy ten komfort, że większość usługodawców wybieramy sami, bez zbędnych nacisków.

Falstart nr 1. W internecie wyszukaliśmy placówkę najbliżej nas. Placówka widmo. Wszyscy zapomnieli, że tam była, ale adres nadal dumnie widnieje na stronie internetowej banku.

W tym momencie powinniśmy odpuścić, ale uparte z nas ludki. Nie po to siedzieliśmy, porównywaliśmy, żeby tak szybko się poddać.

Druga placówka w centrum miasta. Dokumenty w garści, zasady znamy. Pewnie wchodzimy do środka.
Falstart nr 2.
Pani nie może nam założyć konta "od ręki". Awaria systemu, ona na kasie, kolega zajęty, wprowadzanie danych do systemu trwa 1,5 godziny (?????). Ona nie ma czasu.(???!!)
Jestem w stanie uwierzyć w brak czasu, choć w placówce nie było tłoku. Nie byliśmy umówieni, ktoś mógł mieć zaplanowane spotkanie, ale bez przesady, odsyłanie klienta który przynosi pieniądze? (Przypomnę, chcemy konto, na które będą wpływać nasze pieniądze, nie interesuje nas kredyt, limit kredytowy ani żadne inne produkty bankowe).
Pani może nas umówić za 2 dni. Prosi o dokumenty firmy. I tu zonk. Jednym z PKD** firmy jest sprzedaż internetowa. Żeby założyć konto firmowe z taką działalnością w "Dobrym Banku" potrzebna jest zgoda centrali. A centrala się zazwyczaj nie zgadza. Bo to działalność wysoce ryzykowna. Cóż, w czasach gdy duży procent obrotu (zarówno hurtowego jak i detalicznego), to obrót internetowy, brak produktów dla takich klientów, to dopiero ryzyko...

Poczuliśmy się jak złodzieje. Bank (a raczej pracownicy i zarząd) zakłada, że firma działająca od 10 lat, gdzie jednym z zakresów działalności jest sprzedaż przez internet to banda złodziei i oszustów robiąca przekręty.
Co więcej, usłyszeliśmy, że zmiana PKD (np. rozszerzenie działalności, bo taką mieliśmy w planach) może skutkować wypowiedzeniem umowy...

W odpowiedzi na nasze wątpliwości, czy pracownik wie co mówi, usłyszeliśmy, że to dobry,konserwatywny bank z tradycjami.... Wszystko pretensjonalnym, z wyższością w głosie, mówił arogancki pryszczaty gówniarz, który z konserwatywną, profesjonalną obsługą klienta ma tyle wspólnego co ja z lotami na księżyc.
Nie wiem co chciał osiągnąć. Wywołać u nas poczucie niższości? kompleksy? Niespecjalnie mu się to udało. Produktu dla nas brak. I nawet zaplecze w postaci marmurów i hebanowych biurek miał marne :)

Rozumiem, że wizerunek banku mógłby ucierpieć, gdyby konto miała u nich agencja towarzyska albo bar ze striptisem. Choć (chyba?) istnieje coś takiego jak tajemnica bankowa :)

Tych numerów PKD mieli więcej - wydrukowane 2 strony A4. Nie wnikaliśmy jakie jeszcze zakresy działalności nie pasują do konserwatywnego "Dobrego Banku". Uciekliśmy z szybko i tych "konserwatystów" będziemy omijać z daleka. :)

Konto założyliśmy gdzieś indziej. Miły profesjonalny doradca załatwił wszystko (łącznie z dostępem do internetu, serwisu telefonicznego i pełnomocnictwami) w 40 minut w sympatycznej atmosferze, przy kawie.
Nie interesowało go PKD, czy i kiedy zmienimy rodzaj prowadzonej działalności.
Mam nadzieję, że ma wysoką prowizję za nowego klienta.

I tak do dzisiaj mnie zastanawia. Czy w sektorze bankowym jest już tak dobrze, że można olać i obrazić potencjalnego klienta, przynoszącego do banku swoje pieniądze?

*Dobry Bank - pierwsze litery nazwy są identyczne
PKD** - numerki statystyczne wpisane do rejestru działalności gospodarczej, które określają rodzaj prowadzonej działalności gospodarczej. Kiedyś, gdy za każdy wpis płaciło się, wpisywało się maksymalnie dużo tych numerków, żeby oszczędzić na aktualizacjach. Teraz zmian można dokonać ich bezpłatnie, elektronicznie.

"Dobry Bank"

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 277 (Głosów: 325)

#65324

(PW) ·
| Do ulubionych
Gdzieś niżej pisałem o bezrobotnym sąsiedzie. Wczoraj poprosił mnie o podwózkę do Wielkiego Miasta na spotkanie z doradcą zawodowym.
Zawiozłem i godzinkę spędziłem z nim w przybytku zwanym PUP-em. Z ciekawości zacząłem przeglądać oferty tego przybytku. Dawno się tak nie ubawiłem. Same kabaretowe kawałki:

Oferta Nr 1.
Elektryk z uprawnieniami do 15 kV.
Pełen etat na 3 zmiany.
Uwaga uwaga zawrotne 2200 brutto (praca na Zadupiu Większym, więc dojazd trudny).
Zaraz, ile kosztuje "punkt" elektryczny w domu, przy układaniu instalacji? A to są uprawnienia "wysokoprądowe".


Oferta Nr 2.
Grafik komputerowy - pełny etat - 1750 (tyle to byle jaki wyciąga w tydzień na fuchach w naszym Zadupiu Mniejszym, przy średnim zaangażowaniu w szukanie ofert).

I mój faworyt - Oferta Nr 3.
Główny Księgowy w Sp. z o.o. - duża firma usługowo produkcyjna (oczywiście w Zadupiu - gdzie wszędzie daleko), pełen etat.

Prowadzenie pełnej księgowości (przy produkcji i usługach, wyjątkowo upierdliwa sprawa) + odpowiedzialność przed US, ZUS i innymi "Janosikami" za UWAGA, UWAGA 1750 - 2000 brutto.

Było tego więcej.

Zastanawiam się tylko, czy geniusze przygotowujący te oferty naprawdę liczą na znalezienie "jelenia"? Sam jestem pracodawcą. I naprawdę, nie przyszło mi nigdy do głowy szukanie wyspecjalizowanych pracowników za "półdarmo". Jeżeli mnie nie stać na zatrudnienie specjalisty, zlecam wykonanie usług na zewnątrz. Mogę przyjąć za najniższą i przyuczyć. Ale pracownik nie wymagający nadzoru, nie może zarabiać minimum. Poza tym szukanie co miesiąc nowego pracownika, bo ten który już coś wiedział znalazł lepiej płatną pracę, jest wyjątkowo kosztowne.

A może jestem idiotą, i należy wykorzystywać sytuację?

praca

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 599 (Głosów: 661)