Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

z_lasu

Zamieszcza historie od: 2 października 2013 - 16:00
Ostatnio: 16 października 2017 - 15:52
  • Historii na głównej: 18 z 20
  • Punktów za historie: 9135
  • Komentarzy: 315
  • Punktów za komentarze: 1633
 

#80171

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie o pseudo obrońcach zwierząt.

Mieszkam w lesie. Mam psa. Duże 35 kg bydlę. Mieszanka ON i labradora. Wygląda prawie jak ON, z charakteru prawie labek. Zaliże prawie na śmierć. Ale ma duże przywiązanie do terenu. Pilnuje i lubi oszczekać na intruzów. I jego zadaniem jest aby odstraszać mieszkańców lasu (nie lubię, jak dzik łazi mi po podjeździe albo jeleń zagląda przez okno).

Niemniej jednak mam świadomość, że można go udobruchać, przekupić. Bo to raczej przyjazne bydlę.
Niestety, zaczął się sezon grzybowy i po lesie pęta się kupę eko-oszołomów i pseudo obrońców zwierząt...
Teren mam ogrodzony siatką. Siatka niestety nie jest wysoka 140cm.
Pies mieszka na podwórku (nawet nie chce wchodzić do domu). Ma tam ocieplaną budę i zamykany kojec. Ale bardzo rzadko jest tam zamykany.

Niestety, moje bydlę bez rozbiegu potrafi przeskoczyć przez siatkę. W związku z tym, aby ograniczyć mu "szwendacza" i nie narażać postronnych ludzi na kontakt z dużym zwierzęciem, pies jest uwiązany. Ma długi "hol". Bez problemu sięga w każdy kąt podwórka. Dodatkowo jest wybiegany, bo (prawie) codziennie żona albo córka zabiera go na długi spacer. Jeżeli nie ma na to czasu, przynajmniej na krótki wypad za bramę. Generalnie jest najedzony, wybiegany, wyczesany i zadbany. Ma więcej miejsca, przestrzeni i ruchu niż większość miastowych psiaków. Dodatkowo ma stado zróżnicowane gatunkowo (ludzie i koty) oraz własne terytorium do "pilnowania".

Wczoraj wróciliśmy trochę później do domu. Jeszcze po drodze mówiłem córce, żeby od razu wzięła psa na spacer, bo za chwilę będzie ciemno...
Przyjeżdżamy, brama zamknięta, a psa nie ma. Chodziliśmy, wołaliśmy, ale jak kamień w wodę.

Po raz któryś z kolei, jakieś nawiedzone biedne stworzenie, przez siatkę odpięło karabińczyk i spuściło psa.
Obrońca uciśnionego zwierzaka zapewne nie wie, że do końca miesiąca nie można spuszczać psów w lesie ze względu na rozrzucone dla lisów szczepionki przeciw wściekliźnie.
Dodatkowo, trwa chyba sezon łowiecki, bo w lesie słychać strzały.
Cóż, w domu była panika, że pies już nie wróci.

Wrócił. Obity, ze złamanym żebrem i przetrąconą łapą.
Podsumowując. "Obrońca" naraził psa na:
- zatrucie rozrzuconymi szczepionkami,
- postrzelenie przez myśliwych,
- obicie przez osoby najnormalniej w świecie bojących się dużego psa,

Naraził mnie na:
- stratę zwierzaka,
- koszty związane z jego leczeniem,
- odpowiedzialność, gdyby pies kogoś pogryzł,

Naraził siebie, na to że duży obcy pies odgryzie mu dupę. Ale to akurat mu się należało.

Właśnie szukam kamery do monitoringu. Jakby ktoś miał jeszcze jakiś pomysł, to chętnie posłucham.

pseudo obrońcy zwierząt

Skomentuj (55) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (177)

#78669

(PW) ·
| Do ulubionych
Liga szkół podstawowych w sportach drużynowych - duże miasto wojewódzkie.
Przez cały rok szkolny dzieciaki jeżdżą na zawody, starają się, walczą. Są takie (jak moje) dla którego drużyna i rywalizacja są ważne.
Dzisiaj zakończyły się rozgrywki. W nagrodę dzieciaki dostały koszulkę (z nadrukami sponsorów), ołówek i opaskę odblaskową.

Żadnych pucharów, medali. Dla wszystkich niezależnie od miejsca na podium, lub poza podium - jednakowe śmiecie reklamowe.

Tak właśnie gasi się zapał dzieciaków. Żadne nie myślało o drogich gadżetach dla siebie, ale o pucharze dla drużyny i medalu.

Sprawdziłem - puchary za trzy miejsca, z grawerem - 50 zł za komplet.
medale - od 1,4zł za szt.
Miasto zaoszczędziło jakieś 200 zł...

sport amatorski

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 184 (198)

#78221

(PW) ·
| Do ulubionych
Skarpetka niedawno pisała o pracodawcy, który wymiksował się z problemu ciężarnych kobiet (#78211). Ja napiszę Wam o drugiej stronie medalu.

Moja znajoma nie wpadła na pomysł uciekania od problemu. Zatrudnia kobiety, w większości młode. Praca biurowa, bez dźwigania ciężarów (co najwyżej segregator i katalog), czasem spotkanie z klientem, zazwyczaj praca na słuchawce i z dokumentami. Zatrudnia na umowę o pracę, płaci nieźle.

Od kilku lat ma co najmniej jedną pracownicę w ciąży i jedną na macierzyńskim. Wliczyła to w koszty prowadzenia działalności. Zaciska zęby ze złości, zatrudnia na zastępstwo i płaci za kolejne zwolnienia, urlopy itp. Łata braki kadrowe jak potrafi.

Sama jest kobietą, matką, żoną - więc rozumie, że dzieci, że rodzina, że gorsze samopoczucie. Zazwyczaj wszystko jest bez zbędnego naciągania przywilejów. Kobieta rodzi, czasem pracuje w ciąży, czasem nie, wykorzystuje urlop macierzyński dłuższy lub krótszy, wraca do pracy.

I nie byłoby tej historii gdyby nie pani Joanna. Zaczęła pracę jeszcze w czasie studiów, została przeszkolona, była dobrym pracownikiem. Gdy przyszedł czas wyszła za mąż i zaszła w ciążę…
I zaczęło się.

Drugi miesiąc ciąży i zwolnienie. Przeciągnęła do porodu. Z pobieżnych obserwacji nie wynikało, że coś jej dolega. Ale ok. przyjmijmy, że zwolnienie było zasadne.

Macierzyński - normalnie należy się i pracodawcy nie kosztuje. Skończył się macierzyński. Prawem matki jest wykorzystanie urlopu wypoczynkowego. Miała 3 tygodnie zaległego. Ale za okres zwolnienia w ciąży naleciało jej znowu 3 tygodnie.

Ok, już za momencik już za chwileczkę wróci do pracy. (Pracownikowi na zastępstwo kończy się umowa).
A nie, jednak nie tak szybko. Po tygodniu urlop przerwany na zwolnienie lekarskie na siebie. 2 tygodnie.
Powrót na urlop wypoczynkowy. Tydzień urlopu i znowu przerwa. Tym razem na dziecko.
I taka zabawa trwała. W pewnym momencie dziewczyna poszła na stałe zwolnienie 180 dni czyli maksymalnie tyle ile można. Za czas zasiłków chorobowych i zaległego urlopu znów należał jej się urlop za prawie cały rok.

Ponieważ wiedziała, że wszyscy są na nią wściekli i pierwszego dnia po powrocie do pracy dostanie wypowiedzenie chciała się "dogadywać". Miało to polegać na rozwiązaniu umowy za porozumieniem stron, bez konieczności świadczenia pracy. Czyli jeszcze trzy pensje za siedzenie w domu.

Pracodawca się nie zgodził. Pani przychodziła do pracy. Była odsunięta od dokumentacji i klientów. Ale również od internetu, żeby za dobrze się nie bawiła. Dostała zadania porządkowe (w umowie zapis: wykonywać inne polecenia kierownika).

Twarda była, przychodziła do pracy. Pod koniec okresu wypowiedzenia przyniosła zwolnienie lekarskie. Druga ciąża. Umowa o pracę przedłużyła się automatycznie do czasu rozwiązania.
Czyli pracodawca zapłacił pracownicy:
Za zaległy urlop wypoczynkowy - i to ok.
Za 30 dni zwolnienia lekarskiego w okresie ciąży - i to jest mniej ok, ale do przeżycia.
Za urlop wypoczynkowy, który musiał naliczyć w czasie gdy pracownica była w ciąży, na zwolnieniu lekarskim (18 dni - czyli prawie miesiąc) - i to jest bardzo nie ok.
Za miesiąc zwolnienia po macierzyńskim.
Za urlop, który należy się za czas zwolnienia (13 dni).
Plus kolejne 18 dni za urlop, który będzie jej się należał za zwolnienie w drugiej ciąży.
Prawie pół roku płacenia pracownikowi za nic. Do tego dochodzą składki ZUS-owskie.
A ponieważ robota musi być zrobiona - trzeba zapłacić pracownikowi na zastępstwo.

I dzięki takim paniom zatrudnienie bezdzietnej kobiety w wieku rozrodczym to prawie jak gra w rosyjską ruletkę. Nie dlatego, że są gorszymi pracownikami a dlatego, że mogą wygenerować duże koszty.
Pół biedy, gdy interes idzie dobrze. Ale w gorszym momencie, gdy trafi się na więcej niż jedną z kreatywnym podejściem do własnych praw, zaczyna robić się nieciekawie.

pracodawcy i prawa pracownic

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 264 (290)

#76586

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka lat temu, gdy kupowaliśmy dom na całkowitym zadupiu, dokładnie sprawdziliśmy wszystko co się z tym wiąże. W tym plan zagospodarowania, własność ziemi wokół, zrobiliśmy wywiad dotyczący wywozu nieczystości, dostępności mediów, odśnieżania.
I żyliśmy sobie spokojnie przy wąziutkiej drodze gminnej, bez utwardzonej nawierzchni. Wprawdzie w planach było, że kiedyś będzie przed naszym domem biegła droga powiatowa, ale to "kiedyś" było bardzo nieokreślone. I jedynymi warunkami było odsunięcie ogrodzenia i infrastruktury domowej o ileś metrów od drogi.

Zawsze się cieszyłem, że choć droga lichej jakości, to zawsze odśnieżona na czas. Lepiej niż miasto, zawsze świtem, a później w miarę potrzeby jeszcze raz lub nawet dwa razy.
Dwie poprzednie zimy były mało śnieżne i nie zauważyłem, żeby coś się zmieniło. Ot, na końcu asfaltu postawili znak informujący, że mieszkam poza wsią, wysypali trochę tłucznia, żeby zasypać dziury.

Do wczoraj.
W nocy popadało. Rano nasza dróżka nieodśnieżona.
Wyjechałem - wieś odśnieżona.
Po wykonaniu kilku telefonów dowiedziałem się, że:
- panikuję, bo te kilka cm śniegu nie powinno utrudnić mi wyjazdu i mam nie zawracać dooopy,
- gmina przekazała drogę do powiatu, więc już nie musi jej odśnieżać,
- powiatowy zarząd dróg ma kategoryzację kolejności zimowego odśnieżania,
- 300 m drogi za wsią (i asfaltem) prowadzącej do 3 posesji nie ma żadnej kategorii, bo jest zbyt mało uczęszczana, żeby ktoś się tym przejmował.

Dzisiaj znowu pada... Zapakowałem szuflę do auta. Mam nadzieję, że wrócę do domu :)
A od wczoraj zastanawiam się jak to "ugryźć", żeby jednak te 300 m drogi kogoś interesowało.
Nawet nie chodzi mi o moją wygodę, choć ta jest istotna. Ale jeszcze za nami mieszka starsza, schorowana kobieta. I dla niej brnięcie przez śnieg po zakupy to katorga. A w razie potrzeby karetka nie dojedzie.

zima

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (176)

#76412

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o kurierze, aczkolwiek nie tylko on był piekielny.

Dawno, dawno temu z firmy kurierskiej przyjeżdżał do nas pan Zbyszek. Nigdy nie było z nim problemów. Zawsze na czas, zawsze miły, zawsze zorganizowany. Z naszym głównym magazynierem Pawełkiem ustawili sobie robotę tak, żeby każdemu było wygodnie.
Wówczas wychodziło od nas nawet 300 paczek dziennie i były to różne gabaryty - od kilograma do 30 kg.
Wszystko było ustawiane w okolicy rampy rozładunkowej. Duże pod ścianą, małe na wózku. Wszystkie etykietą adresową na froncie ściany, która powstawała z paczek.
Pan Zbyszek czytnikiem skanował paczuszki i ładował do samochodu. Zajmowało mu to 5-10 min maksymalnie. A był jeszcze czas na wymianę uwag o pogodzie :). Jeżeli była taka możliwość i potrzeba, chłopaki z magazynu pomagali w załadunku.

I pewnego razu pan Zbyszek zachorował. Było to na tyle poważne, że miało go nie być przez kilka miesięcy. Zdarzyło się to w czasie, gdy roboty było mnóstwo, a ilość paczek nie schodziła poniżej 100 szt. dziennie.
Dostaliśmy na zastępstwo jakiegoś młodzika. Nawet nie pamiętam, jak miał na imię. Od pierwszego dnia zaczął się zachowywać jak "Dyrektor Pojazdu". Wchodził bez "dzień dobry", coś burczał, nosem zahaczał o sufit.
Jedne z pierwszych słów do magazynierów były - "To mi zapakujcie paczki do samochodu". Pierwszego dnia Pawełek z rozpędu zapakował. Drugiego przepchnął wózek na rampę. Trzeciego zebrał dwa razy opieprz. Raz ode mnie, że załadunek to nie jego robota. Drugi raz od kuriera, że on tych pieprzonych ciężkich paczek nie będzie dygał sam.

I Pawełek się wkurzył. Głównie na kuriera. Następnego dnia znów był wysyłkowy Armagedon. Tylko w miejscu składowania paczek do wysyłki nie było ściany z etykietami na zewnątrz, tylko "usypana" pryzma, każda paczka z naklejką "ostrożnie" (to nie była dodatkowo płatna opcja wysyłki), każdą trzeba było wziąć do ręki albo przesunąć, żeby zeskanować.
Dodatkowo Pawełek postawił jednego do pilnowania (nie pomocy), żeby kurier nie rzucał paczkami.
Załadunek zajął kurierowi ponad godzinę. Pobawili się tak przez 3 dni. Czwartego dnia przyjechał inny kurier. Został do końca zastępstwa i wszystko wróciło do normy.

kurier v magazyn

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 267 (273)

#76119

(PW) ·
| Do ulubionych
Wiecie jak jest wyrównywany poziom (ocen) w szkole podstawowej mojej córki.

Poprzez zajęcia dodatkowe... też, ale to mało efektywne,

Poprzez ćwiczenia podstaw, powtórki, zadania domowe, ciekawe lekcje... nie - to wymaga od nauczyciela dużego zaangażowania.

Otóż niektórzy nauczyciele wymyślili sobie, że podzielą uczniów na głąby, zdolniejszych i wybitnych.

Słabi uczniowie, którzy generalnie nie radzą sobie z niczym dostaną zadania z serii "pokoloruj drwala" - 3-4 zadania z podstaw podstaw.

Ci "normalni" dostają drugi zestaw pytań - 5-8 zadań, strona formatu A4.

Ci wybitni dostają zestaw pytań na dwie strony A4.

Wszyscy piszą na jednej lekcji i teoretycznie z tego samego zakresu materiału, ale każda grupa ma inne zadania. W każdej grupie można dostać stopnie od 1 do 6.

I jak wytłumaczyć 11-latce, że jej czwórka z grupy wybitnej, jest jednak więcej warta, niż 4 a nawet 5 od głąbów?
Jak zmotywować do nauki skoro "spadając" do grupy niżej, piątkę a nawet szóstkę dostanie prawie nie wkładając w to pracy?

Oraz komu i jak skutecznie skopać doopę za takie "pedagogiczne" podejście do dzieciaków oraz skuteczny system demotywacyjny.
Nie wiem czy kierunek dyrekcja jest słuszny - zamiotą pod dywan.


Gimnazjum ją (chyba) ominie, ale będzie później z takimi czwórkowymi uczniami rywalizować o miejsca w szkole średniej a tam liczącym się kryterium jest świadectwo...

szkoła

Skomentuj (52) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 239 (271)

#75089

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie zna życia, kto nie mieszkał / nie pracował ze złodziejem.

Tak na fali historii o podkradaniu kosmetyków...
Uwaga, będzie obrzydliwie.

Piekielna (moja własna) siostrzyczka.

Kiedyś już o niej pisałem. Po drugiej ciąży + wypadku który przykuł ją na jakiś czas do łóżka przytyła i to znacznie. Siłownia, ćwiczenia, sauna itp. dawały rezultat ale powolutku. Zbyt wolno.

Znalazła magika/zielarza/dietetyka, który obiecał, że doprowadzi ją do wyglądu uznawanego za normalny w ekspresowym tempie.

I zaczął się reżim dietetyczny. Rozpisany jadłospis (w tym godziny posiłków), dieta dość droga, eliminacyjna, sprawdzanie reakcji na poszczególne składniki. Wizyty drogie, w sztywno określonych terminach, brak możliwości przełożenia.
Więc albo stosujesz dietę i dyskutujesz z magikiem o jej efektach, korygujesz to co złe, albo (przy odstępstwach) płacisz za kolejną wizytę mając niewiele do powiedzenia, albo wypadasz z kolejki i za miesiąc/dwa/kwartał, zaczynasz wszystko od początku.

Siostra się uparła, że da radę. Po pierwszych tygodniach spadek wagi był zauważalny, co dodatkowo motywowało.

Kobity zawistne są. I to, że inna zaczyna za dobrze wyglądać może okazać się katastrofą dla innej.

Nagle z firmowej lodówki zaczęły jej znikać posiłki. Raz, drugi, trzeci...
Ponieważ dieta eliminowała niektóre składniki nie dało się po prostu pójść do sklepu i kupić śniadanie. Ominięcie posiłku również zaburzało cały plan.

Siostra raz i drugi prosiła o zostawienie jej śniadania w spokoju. Zaproponowała przygotowanie dodatkowej porcji dla osoby potrzebującej. Jak grochem o ścianę. Siostra się trochę wku... zdenerwowała, bo cała sytuacja wyglądała jak złośliwość 6 stopnia. Dodatkowo generowała koszty, zniechęcała i niszczyła efekty dotychczasowej pracy.
Siostra ostrzegła głośno, że podbieranie jedzenia może skończyć się niezbyt przyjemnie dla podbierającego.
Na kilka dni kradzieże ustały. Ale zaczęły się znowu. Nieregularnie. Jednego dnia żarcie znikało. Dwa dni z rzędu nie. I znowu nie ma co jeść. Trzy dni ok. A czwartego wypadałoby wbić zęby w ścianę.

Moja siostra zawsze miała szatańskie pomysły...

Mój szwagier zazwyczaj spędza weekendy nad wodą mocząc "kija" w wodzie. Więc moja siostra "wiedźma" wpadła na szatański pomysł. Pożyczyła sobie trochę takiej zanęty z białych i czerwonych robaczków. Włożyła je w sam środek pysznej kanapki z żytniego pieczywa, sałaty, i piersi kurczaka. Całość owinęła folią spożywczą i wrzuciła do lodówki. Kanapka przeleżała 2 dni nim znalazła amatora. Miłe robaczki nie rozlazły się na całą kanapkę. Siedziały dokładnie w środku i czekały na "smakosza".

Rzygające dziewczę było słychać/widać/czuć w całej firmie.

A mojej siostrze już nigdy nie zginęło żadne jedzenie.

pracować ze złodziejem

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 462 (476)

#74111

(PW) ·
| Do ulubionych
Zainspirowany ostatnimi historiami takatamtala o podkradaniu klientów i zaniżaniu cen.
Tu wyższy szczebel wtajemniczenia: jak ukraść klientów samemu sobie.

Od lat szczenięcych mam przyjaciółkę Hankę. Razem okładaliśmy się łopatkami w piaskownicy, więc znamy się jak łyse konie. Hanka jest bardzo atrakcyjną kobietą, ale to raczej typ chłopczycy. Szpilki i filmowy włos na specjalne okazje. Na co dzień jeansy i mokasyny.

Hanka ma wykształcenie techniczne, ale siedzenie nad projektami zawsze ją nudziło. Sama o sobie mówi, że ma "żydowski łeb". Widzi pieniądze tam, gdzie nie widzi ich nikt inny, umie wszystko załatwić, każdego zna, a jak kogoś nie zna, to zna kogoś kto zna tą osobę :). Jej żywiołem jest sprzedaż. To ten typ, który sprzeda piasek na pustyni, a klient jeszcze będzie się cieszył że dostał luksusowy towar w atrakcyjnej cenie.

Hankę po studiach nosiło trochę po kraju i świecie. Pracowała w kilku fajnych miejscach. Kilka ładnych lat temu zaczęła częściej bywać w naszym Zadupiu Mniejszym i spotkała naszego kolegę z piaskownicy Tomka.

Tomek kończył tą samą uczelnię, ale po studiach wrócił do domu i przejął rodzinny interes. Taką manufakturkę, która ledwie ciągnęła.

Od słowa, do słowa dogadali się. Żeby nie przedłużać i tak długiego tekstu. Tomek produkował, Hanka sprzedawała. W krótkim czasie udało się rozbudować i zmodernizować zakład (Hanka zdobyła unijną kasę). W pewnym momencie zakład produkował towary w 80% na zamówienia Hanki. Hanka ładnie budowała rynek, zdobyła klientów zagranicznych. Firma Tomka ładnie się rozwijała.

Hanka nigdy nie była pracownikiem Tomka. Współpracowali na zasadzie firma < - > firma.
Kilka razy była rozmowa, że może zawiązaliby spółkę, ale zawsze to się rozmywało - bo firma rodzinna i rodzice będą kręcić nosem, bo dobrze jest tak jak jest... Mieli jakąś umowę, ale bardzo ogólną. Hanka jednak była właścicielką i współwłaścicielką kilku projektów i form, które były wykorzystywane do produkcji.

Hanka miała swoje biuro w budynku fabryczki. Tomek nie wcinał jej się do sprzedaży, ale sam chętnie prosił ją o przypilnowanie interesu, gdy wyjeżdżał na urlop. Więc ona znała od podszewki proces produkcyjny, pracowników i dostawców.
Przez kilka lat wszystko ładnie się kręciło. Oboje pobudowali domy, mieli solidne zaplecze finansowe. Pełna harmonia.

Z jednego z urlopów Tomek przywiózł Justynkę, która w ekspresowym czasie została jego żoną. Justynka jest od nas młodsza o ponad dekadę. Panie niespecjalnie przypadły sobie do gustu. Niby zachowywały się poprawnie, ale zaczęły się tarcia w firmie.
Kilkakrotnie Hanka zastała ją przy swoim komputerze. Niby miała odpalone tylko jakieś nieistotne strony w internecie, ale Hanka zabezpieczyła komputer hasłem i w krótkim czasie przerzuciła wszystko na laptopa, którego zabierała do domu.

Po powrocie z jakiegoś przedłużonego weekendu stwierdziła, że ma chyba paranoję, bo wydaje jej się, że ktoś grzebał w jej fakturach i zamówieniach. Wymieniła zamki i zaczęła zamykać biuro, gdy wychodziła.
Okazało się, że nie miała paranoi.

Justynka wymyśliła sobie, że to ona poprowadzi sprzedaż. Ale zamiast szukać nowych klientów postanowiła ukraść ich Hance i tym samym wyeliminować ją z gry. Wykradła adresy mailowe i kontakty do klientów i wysłała im ofertę w cenach, po których towar kupowała Hanka.
Kilka transakcji udało się Justynce przeprowadzić, ale bardzo szybko wszystko się wydało.
Hanka próbowała rozmawiać z Tomkiem, ratować współpracę. Ale on nie potrafił postawić się żonie. A Justynka podskakiwała i krzyczała, że sama potrafi sprzedać kilka razy tyle co Hanka.

Hanka zabrała swoje papiery, formy i projekty, które były jej własnością i wypowiedziała umowę. Żeby nie stracić klientów, zleciła produkcję gdzieś indziej.

Justynka jednak nie poradziła sobie ze sprzedażą. Tym bardziej, że Hanka dość szybko odzyskała swoich klientów. Tomek został z rozkręconą firmą, zobowiązaniami wobec pracowników oraz dostawców i bez sprzedaży.
Walczył przez prawie 3 lata i... sprzedał zakład Hance.

Oczywiście imiona zmieniłem, ale ta kobieta prosiła, żeby zwracać się do niej zdrobnieniem. Inaczej udawała że nie słyszy, albo strzelała focha.

handel

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 489 (501)

#68439

(PW) ·
| Do ulubionych
Potrzebowałem pełnych aktów urodzenia moich dzieci. Moje dzieci są jeszcze w wieku szkolnym (podstawówka i gimnazjum). Pojechałem do USC, wypełniłem stosowne kwity i czekałem.

Dzisiaj przyszły pocztą. Imiona i nazwisko się zgadza. I nic poza tym. Moja starsza córka jest starsza ode mnie o 5 lat. Młodsza to jeszcze przedwojenny rocznik.

urzędnicy i ich błędy

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 714 (736)

#67918

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie o tym, jak pewien pan doktor próbował się dowartościować.

Mieszkam na "Zadupiu Mniejszym". Do mojego domu nie dochodzi droga asfaltowa, 300 m dalej jest tabliczka z napisem "koniec świata" i można spotkać tam smoki :)
Miejsce zamieszkania wybraliśmy świadomie. I dobrze nam tu. Tym bardziej, że do cywilizacji jest niedaleko. Pracujemy w "Wielkim Mieście", dzieci tam chodzą do szkoły i tam zazwyczaj korzystamy z usług (w tym medycznych).

Ad rem.
Dwa miesiące temu na wewnętrznej stronie policzka zrobiła mi się bolesna ranka. Afta? Nie wiem, zignorowałem. Samo się zagoiło, ale w miejscu rany zaczęło coś rosnąć. Gdy zaczęło przeszkadzać, umówiłem się do naszej rodzinnej pani doktor. Rodzinna popatrzyła, pomedytowała i stwierdziła, że chirurg powinien poradzić. W przychodni, z usług której korzystamy, są gabinety specjalistyczne, więc pani doktor od razu poleciła chirurga, który powinien pomóc.
Okazało się, że termin do pana doktora prawie natychmiastowy. Zostawiłem skierowanie w rejestracji i spokojnie czekałem na wizytę.

W dniu wizyty, świadom, że może być krwawo :) ubrałem się luźno i sportowo.
Po wejściu do gabinetu wyłuszczyłem swój problem i wywiązał się dialog. J(ja), D (dohtor)
D zerkając na kartę, na której jest mój adres zameldowania:
- Nie z tym to nie do mnie. Ci wiejscy lekarze jak nie wiedzą do kogo wysłać to wysyłają do chirurga.
Nieco mnie to rozśmieszyło, ale próbuję czegoś się dowiedzieć.
J: - Panie doktorze, to ewidentnie jest do wycięcia, więc do kogo z tym jak nie do chirurga?
D: - Pani doktor z wiejskiej przychodni ewidentnie nie uważała na wykładach (hi, hi). Ale ci wiejscy lekarze tak mają. Ze wszystkim w obrębie głowy musi się pan zgłosić do laryngologa.
J (lekko zirytowany, ale i rozśmieszony absurdem sytuacji: - W takim razie proszę o skierowanie do laryngologa.
D: - Niech pan wróci do swojej WIEJSKIEJ przychodni i przekaże pani doktor, że by się douczyła i wypisała panu odpowiednie skierowanie.
J: - Wie pan, to skierowanie wypisała mi pana koleżanka piętro wyżej.
D: - Ups, ale jak to, miejsce zamieszkania...
J: - A nie słyszał pan doktor, że bogaci ludzie pracują w mieście, ale swoje posiadłości mają na wsi?*

Nie odpowiedział, wypisał skierowanie do laryngologa. Czekam na wizytę.
A w przyszłym tygodniu będę u rodzinnej i opowiem jej o zachowaniu kolegi, którego poleca.

* Nie uważam się za człowieka bogatego. Mam stabilną sytuację finansową. Moja "posiadłość" jest bardzo małorolna :) Ot, domek, ogródek, podwórko. Oboje z żoną pochodzimy z miasta. Ja z powiatowego, ona z Wielkiego Miasta. Ale to ani honor, ani ujma... Natomiast pan doktor ewidentnie miał jakiś kompleks :)

kompleksy

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 545 (599)