Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

zaszczurzony

Zamieszcza historie od: 1 czerwca 2011 - 18:23
Ostatnio: 3 maja 2018 - 22:59
Gadu-gadu: 11909198
O sobie:

Chcesz poznać szczura bliżej?Bez obaw!Tu bywam:
GG:11909198
www.facebook.com/zaszczurzony - tu FP Zaszczurzonego. ;) Zapraszam. ;)
Mój blog: http://ratgod.blogspot.com/
---
FAQ:
-Czy pójdę na piwo/zaproszę do swojej stacji?
Nie.
-Czy kobieta powinna iść na RM?
Przejdź się po wszystkich miejscach gdzie zatrudnia się RM,sprawdź w ilu zatrudniają kobiety.
-Coś mi się zrobiło-co to?
Nie wezmę odpowiedzialności za twoje zdrowie.
-Dlaczego dziennikarze szukali cię na piekielnych?
Przez jedną z historii.
-Nie przyjechaliście!Czemu!?
RM nie odpowiada za odmowę wysłania karetki.
-Za nieudzielenie pierwszej pomocy coś grozi?
Pierwszej pomocy - nie, pomocy ogólnie Art.162.KK i 93.KW.
-Czemu nie wystawiliście mandatu za bezpodstawne wezwanie?
Ratownik medyczny NIE MOŻE wystawić żadnego mandatu.

  • Historii na głównej: 151 z 163
  • Punktów za historie: 164598
  • Komentarzy: 1826
  • Punktów za komentarze: 15088
 

#16082

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z allegro. Jestem bardzo cierpliwym, spokojnym człowiekiem, acz nie do końca miłym i zdarza mi się mieć specyficzne poczucie humoru.

Opisywałem tu kiedyś, że moja dziewczyna w pewnym czasie bardzo schudła, wtedy też uprosiła mnie żeby za duże ciuchy sprzedać na allegro. Pomyślałem: "Dlaczego nie? Dołoży sobie do nowych ciuchów". I pomysł w sumie byłby bomba, gdyby nie spotkanie z jedną z klientek. Ponieważ ani ja ani moja dziewczyna nie mamy czasu latać na pocztę to jedyny odbiór jaki proponowaliśmy to odbiór osobisty. Znalazła się pani, która się zdecydowała, a nawet była zachwycona pomysłem.

Klientka ta kupiła cały karton ciuchów, zachwalała przez maila do mojej dziewczyny, że piękne, że niezniszczone, że tanio itp. Generalnie to było kilka wiadomości dziennie. Na końcu każdego było przypomnienie: "Proszę pamiętać, ja w piątek będę w pani mieście i przyjadę po nie! Niech pani ich nie sprzedaje komu innemu!". Dzień kiedy klientka kupiła te ciuchy to była sobota, a tak się złożyło, że w czwartek moja dziewczyna musiała wracać do Wrocławia (jakieś tam sprawy z uczelnią), a wrócić miała w niedzielę. Chcąc nie chcąc zostałem z misją specjalną obsłużenia klientki, a że w czwartek miałem służbę (kończącą się w piątek ok 8) moja dziewczyna zadzwoniła do klientki żeby nie przyjeżdżała wcześniej niż o 9 bo może nikogo nie zastać. Na to pani stwierdziła, że o 9 będzie idealnie i będzie punktualnie.

Piątek.
Pomijając, że do piątku moja luba otrzymała XX wiadomości na temat tego, że się pani nie może doczekać odbioru bo ciuszki takie niezniszczone/ładne/ma nadzieje, że pachnące(!?), to leciałem z pracy szybko żeby być przed 9.
8:45 jestem w domu. W pełnym mundurze, zmęczony po nieprzespanej nocy (dużo wyjazdów), ale pomyślałem, że nie będę się kładł ani przebierał bo nie chciałbym żeby klientka zastała mnie w takim stanie, ile to w końcu mogło trwać? 30 minut? Przemęczę się.
Usiadłem na kanapie i czekam pstrykając kanały w TV. 9, 9:30, 10... W pewnym momencie mimowolnie zasnąłem. Obudził mnie dzwonek do drzwi, na który ktoś namiętnie naciskał.
Otwieram, za drzwiami klientka zamiast "dzień dobry" rzuca:

-Miał być pan kobietą!
Pierwsze co mi przyszło do głowy:
-Przepraszam, wcisnęła się pani akurat w takie dni, że w sobotę jeszcze byłem kobietą, a teraz już jestem po operacji i jak widać, jestem mężczyzną.

Myślałem, że pani zwyzywa mnie za naigrywanie się z niej, ale odpowiedziała tylko, że "nie wie jak można rezygnować z bycia kobietą!"...
Zaprowadziłem ją do ciuchów, które moja dziewczyna starannie poskładała i powkładała do kartonu. Pani otworzyła karton i zaczęła niedbale wyciągać ciuchy, każdy oglądała i... rzucała na ziemię. Po wyrzuceniu ostatniego ciucha złapała się w pasie i patrzy na mnie, więc i ja na nią spojrzałem i tak przez chwile sobie patrzymy na siebie, aż tu nagle pani wypala:

-No sprzątniesz to?
-!?
-Nie kumasz co gadam!?
-Dlaczego mam sprzątać? To pani ciuchy, kupiła je pani...
-Klient twój pan!!
-No niestety, nie w moim przypadku...
-Jak to? Jestem twoim panem!
-No przykro mi, ale naprawdę nie.

Pani zrzuciła karton ze stołu i naburmuszona rzuciła do mnie:

-Wiesz co? I tak nie chcę tych ciuchów, jak doszyłaś ku*sa to nie wiem co z tym robiłaś! Nie chcę pieniędzy, potraktuj to jako zapłatę za usługę seksualną!
-???!!!

Wyszła... Stałem jeszcze chwilę oniemiały myśląc, że to wydarzenie to tylko pod wpływem porannej drzemki, ale nie, sytuacja faktycznie miała miejsce - stwierdziłem to patrząc po pokoju usłanym ciuchami...

Ku mojemu zdziwieniu popołudniu dzwoni moja dziewczyna, że dziękuje mi bo dostała pozytywny komentarz od tej pani, choć nie rozumie pierwszej części jego treści:
"Super, pani trochę dziwna, ale trudno!! Wszystko miło i szybko, polecam!"

Allegro

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 926 (984)

#15565

(PW) ·
| Do ulubionych
Monika1212 w swojej historii zahaczyła o ciekawą rzecz. Mianowicie chodzi o grupkę ludzi zwaną "gapie". My w swoim kręgu ratowniczym nazywamy taką grupę zwyczajnie SĘPY.
Sępy mają to do siebie, że dzielą się na kilka rodzajów.
1. Obserwatorzy - którzy z daleka (najczęściej z okien) przyglądają się sytuacji,
2. Komentatorzy - którzy łażą i snują hipotezy na temat tego jak doszło do wypadku oraz oczerniają naszą pracę "udowadniając" zebranym, że nie znamy się na tym co robimy,
3 . Dokumentatorzy (znani też jako Azjaci, wiadomo dlaczego) - którzy robią zdjęcia i filmiki komórkami na youtube,
oraz niestety najrzadsza grupa:
4. Podglądacze-pomagacze - którzy chodzą, oglądają co się dzieje, ale też dzwonią po pogotowie i udzielają czasami pierwszej pomocy - tę grupę BARDZO lubimy, niestety tej drugiej części zazwyczaj brakuje.

Oczywiście występują też mieszanki typu "komentator obserwator" (wykrzykuje z okien swoje racje na całą dzielnicę) albo "komentator dokumentator" (łazi nam pod nogami, komentuje wszystko co widzi, najczęściej krytycznie do tego podchodzi i robi zdjęcia np. świecąc nam fleszem po oczach).

Decydując się na jazdę do wypadku trzeba uzbroić się w cierpliwość i odporność na krytykę, bo przecież sępy lepiej wiedzą jak powinno się pomagać (grupa komentatorów), oraz kręcą się pod nogami żeby mieć fajne ujęcia na YT (dokumentatorzy).
Nawet nie wiecie jakie to dla nas piekielne i przykre jak dojeżdżamy na miejsce, a sępy mają już setki zdjęć, już zdążyli do połowy znajomych MMSy powysyłać, a poszkodowanym NIKT nie udzielił pomocy. Najczęstszą przyczyna zgonów przy wypadkach jest brak tej pierwszej pomocy... Pogotowie nie jest w stanie być na pstryknięcie palca, a złote minuty bardzo często decydują o przeżyciu poszkodowanego.

Ale po co... Lepiej narzekać, że pogotowie za długo jechało...

Pogotowie

Skomentuj (60) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 619 (727)

#15542

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia ta wydarzyła się kilka lat temu. Byłem nowicjuszem w zespole pogotowia. Nie do końca obeznałem się jeszcze w technice rozmowy z pacjentami, a zwłaszcza z... samobójcami.

W mojej karierze, do tej pory, spotkałem już mnóstwo osób chcących się zabić, usiłujących się zabić, a nawet takich, które już to zrobiły. W pamięci szczególnie utkwił mi pewien 19latek, o którym chcę teraz napisać. Piekielną, aczkolwiek skuteczną, osobą okazuje się tu być kolega z karetki.

Dostaliśmy wezwanie do lekko wstawionego nastolatka, który grozi, że skoczy z balkonu (11 piętro). Szczerze mówiąc, sama treść wezwania tak mnie przeraziła, że w pierwszej chwili w ogóle nie chciałem tam pojechać (wyobraziłem sobie masakrę jaką zobaczę po tym, jak on skoczy i ogarnął mnie strach - nie uwierzycie pewnie, ale dla ratowników to też niezbyt przyjemny widok). W ostateczności jednak zostałem siłą wpakowany do budy i pojechaliśmy. Na miejscu najpierw staliśmy na dole ze strażakami, którzy właśnie rozstawiali płachtę, aby młodego złapać. Później jednak kolega pociągnął mnie na górę, bo poproszono nas o pomoc, policjanci wymyślili, że młodego złapią, a my podamy mu coś na uspokojenie - taki pomysł tuż po tym jak policyjny psycholog nic nie zdziałał (serio, nie zawsze jest tak jak w filmach akcji, że policyjny psycholodzy zawsze dają radę).

U góry okazało się, że to impreza, a jej członkowie zostali wyprowadzeni na korytarz, więc zebrało się sporo gapiów (z czasem zaczęli dochodzić sąsiedzi), którzy cały czas próbowali wejść do środka przez to zwiększali tylko nerwowość atmosfery.

Zostałem oddelegowany przez kolegę do jednego z pomieszczeń, aby przygotować zastrzyk. "W porządku" myślę sobie, wolę to niż stanie z nimi przy tym balkonie, ale po przygotowaniu się postanowiłem jednak tam pójść.
To co zobaczyłem, a właściwie usłyszałem, wprawiło mnie w osłupienie.
Psycholog cały czas próbował udowodnić temu chłopakowi, że jego życie jest piękne, choć dla mnie to nie miało sensu, bo przecież go nie znał, a młody nie chciał rozmawiać stojąc cały czas na balustradzie i trzymając się tylko linki od prania... Na to kolega odepchnął psychologa i zanim ktokolwiek zdążył zareagować rzucił:

-Widzisz jak tu jest wysoko? Jak zlecisz i przeżyjesz ja ci nie dam nic przeciwbólowego. - Po czym oparł się o drzwi balkonowe, skrzyżował ręce i czekał.
Wszyscy zamarli. A młody odwrócił się, spojrzał z przerażeniem na mojego kolegę i... Zszedł z balustrady oddając się w nasze ręce.
Odwieźliśmy go do szpitala, tam przyjęli go na oddział psychiatryczny. Nigdy więcej go nie spotkałem.

Z jednej strony byłem na kolegę wściekły, ale z drugiej podziwiałem jego odwagę. Kto wie co by się stało, gdyby przechwycenie nastolatka nie wyszło i wyleciałby?

Pogotowie

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1069 (1135)

#15283

(PW) ·
| Do ulubionych
Niedawno byłem oddać krew w dzień "między" - czyli po pierwszej służbie i przed drugą. Jestem honorowym krwiodawcą od wielu lat. Następnego dnia obudziłem się bardzo słaby, prawdopodobnie przemęczenie połączone z oddaniem prawie 500ml krwi zrobiło swoje. Jakby było mało na zgięciu zrobił mi się potworny siniak ponieważ przeuprzejma pani pielęgniarka raczyła przebić mi żyłę na wylot - olaboga, kolejne wkłucie robiłem sobie sam...

Na moje nieszczęście ledwo po przyjściu do pracy wezwanie. No nic, jedziemy. Starsza kobieta zasłabła. Na miejscu kucnąłem przy pani, badam, aż tu nagle łup! Niespodziewany atak na mnie. Przewróciłem się na ziemię i spojrzałem w stronę domniemanego sprawcy.

-Co jest, do cholery!?
-Jak co!? Narkomanów do mojej mamy żeście przysłali!? - zwrócił się w stronę kolegi.
-Panie, uspokój się pan, jacy narkomani?
-Widzę co ma na łapie! - wskazuje na moją rękę.
-Jestem krwiodawcą! Nie ćpunem!
-Ja już wiem jaki krwiodawcą! - łup mnie drugi raz jakimś kijem od szczotki.
-Zwariowałeś pan! - kolega stanął w mojej obronie - Zaraz zgłoszę napaść na ratownika! - wykrzykując to wyrwał kij napastnikowi. Ja wykorzystałem okazję i zerwałem się na równe nogi. Kolega obezwładnił syna pacjentki, a ja dałem znać kierowcy, aby wezwał odpowiednie służby przez radio.
W tym czasie zająłem się pacjentką, która przez stres związany z naszą kłótnią dostała hiperwentylacji. Kolega wyprowadził agresywnego chłopaka do innego pokoju. Ja razem z kierowcą znieśliśmy panią do karetki i próbowaliśmy ją uspokoić.

Przyjechała policja, zabrała nieznośnego synalka.
Czekam na jakieś wezwanie w sprawie przesłuchania...

Nie wiem co tym ludziom w głowach się roi...

Pogotowie

Skomentuj (72) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 894 (980)

#14878

(PW) ·
| Do ulubionych
Przypomniała mi się historia, całkiem niedawna, przy wezwaniu do bólu w klatce piersiowej w środku nocy. Pojechaliśmy P (bo teraz przeniesiono mnie na stałe na te karetki), na miejscu najpierw my byliśmy piekielni... Wieżowiec z tych "starszych" i ma ten model domofonu bez kodów, tylko na guziczki i obok numery mieszkania czy nazwiska. A że ciemno było, żadnego światła przed klatką to kolega potknął się o próg i... Ręką trzasnął prosto w domofon i sie podtrzymał, czego efektem było zadzwonienie do kilku mieszkań z pierwszych pięter, a później odprowadzanie nas morderczymi spojrzeniami kiedy szliśmy przez klatkę.

Ale nic, pocieszamy się tym, że za chwilę uratujemy komuś życie i poczujemy się lepiej. Docieramy na odpowiednie, czwarte, piętro. Otwiera nam pani, lat 53, trochę zaniedbana, mieszkanie wygląda jakby było utrzymywane przez osobę słabo przejmującą się brudem, ale nie nam oceniać. Siadamy z panią na kanapie (choć najpierw musieliśmy zgarnąć tonę rzeczy), pytamy co się dzieje, wyciągamy sprzęt, próbujemy badać... Dziwiliśmy się bo pani nie zdradzała żadnych fizycznych objawów.
J - ja, P - pani, K - kolega.

J - Może mi pani jeszcze raz, na spokojnie, powiedzieć, co pani dolega?
P - Brak pieniędzy...
J - Znaczy... Miałem na myśli tak fizycznie. Bo wygląda pani na nienaganny stan zdrowotny, nic niepokojącego nie widzę.
P - To przez brak pieniędzy...
K - Przez brak pieniędzy czuje się pani dobrze?
P - Tak. Nie stać mnie na alkohol, narkotyki, papierosy... Nawet na bilet, taksówkę czy własny samochód - wszędzie pieszo...
J - To dość zdrowy styl życia... Ale interesują mnie w tej chwili pani dolegliwości fizyczne.
P - Mam taką jedną dolegliwość...
J - Jaką?
P - Fizycznie brakuje mi pieniędzy... Nie mam ich.

Załamałem ręce. Rozmowa z taką osobą wykańcza psychicznie, miałem wrażenie, że za chwilę zapyta czy może my jej damy.

J - Ale proszę pani, na zgłoszeniu mam, że ma pani bóle w klatce piersiowej??
P - Bo mam...
J - No to proszę mi opisać to...
P - Serce mnie boli... Jak pomyślę ile trzeba zapłacić, a jak mało zostało...

Okazało się, że pani bardzo chciała się wygadać na temat swoich problemów finansowych, a ból w klatce piersiowym był metaforycznym bólem - jak to czasem się mówi "aż mnie serce boli, gdy o tym pomyślę"... Zrezygnowani podsunęliśmy jej dokument o dobrowolnej rezygnacji z pomocy i udaliśmy się do karetki. Wklepaliśmy na terminalu, że jesteśmy wolni i chwilę tam postaliśmy w milczeniu.

Do końca służby jakoś tak trzymał nas taki melancholijny nastrój...

Pogotowie

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 755 (833)

#14761

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem ratownikiem i historia będzie dotyczyła wypadku, który wydarzył się dwa lata temu. Będzie krótko i konkretnie.

Późna godzina, zgłoszenie o zderzeniu TIRa z osobówką. Nam w "przydziale" przypadł kierowca ciężarówki... Kompletnie pijany. I tak, to on spowodował wypadek. Jednak sprawiedliwość działa i pan nie wyszedł z wypadku cało, a z połamanymi i lekko zmiażdżonymi kończynami dolnymi. Druga strona medalu? Był tak pijany, że... W ogóle nie czuł bólu. W złości, że tacy idioci wsiadają za kółko nie podaliśmy mu żadnych leków przeciwbólowych. A co! Był na tyle głupi żeby wsiąść za kółko niech cierpi.

Niestety plan naszej małej "zemsty" nie podziałał bo pan dopiero pod szpitalem zakomunikował nam, że, cytuję: coś go trochę noga pobolewa...

Smutne jest to, że jak jeździmy do wypadków z udziałem kierowców pijanych to zazwyczaj tylko oni otrzepują się i odchodzą... Aż się ma ochotę ręcznie połamać takich.
Podobno głupi ma zawsze szczęście... Nigdy nie będę szanował osoby, która po "tylko piwie" wsiada za kółko. Nigdy. Za często jeżdżę do wypadków po "tylko piwie/lampce wina/kieliszku wódki/szklance whisky". Chcecie czy nie, to prawdziwa plaga i prawdziwa piekielność.

Pogotowie

Skomentuj (56) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 729 (955)

#14674

(PW) ·
| Do ulubionych
Opowiem Wam jeszcze jedno zdarzenie z parkingu mojego bloku. Miało miejsce jakiś rok temu.
Parkuję na parkingu niedaleko domu. Połowa moich sąsiadów też raczy stawiać tam swoje samochody. Ogólnie parking jest bardzo duży jak na taki międzyblokowy (normalnie stawiają 20-30 miejsc i koniec, oczywiście o ile postawią aż tyle).

Był to koniec miesiąca, byłem prawie kompletnie spłukany po zapłaceniu rachunków i życiu cały miesiąc, a jakby było mało szef zapowiedział, że wypłata będzie przesunięta na początek następnego miesiąca, a nie na koniec tego... Wściekły jechałem do pracy i nagle policjant popyla za mną na motorku i każe mi zjechać. Moja wściekłość skoczyła ze trzy poziomy wyżej, bo teraz to spóźnię się do pracy. Okazało się, że... Nie mam tylnej tablicy rejestracyjnej! Zaskoczony tym faktem zacząłem tłumaczyć, że nie mam pojęcia jak to mogło się stać.
Jeszcze tego samego dnia pojechałem na komisariat i chciałem, że tak powiem, podpytać jak dorobić taką tablicę. Policjant jednak wytłumaczył mi, że lepiej wyrobić nowe, bo nie wiadomo co ze starą, kto ją używa itp. "Fakt" - pomyślałem. Ktoś będzie przekraczał granicę z kilogramem koki na mojej tablicy i mnie będą ścigać. ;) I zaczęło się, wyrabianie tablic, papierki, dokumenty, zaświadczenia - ogólnie cyrk na kółkach. W dodatku kosztowy jak na moja kieszeń po miesięcznym życiu i przesuniętej wypłacie... Moja wściekłość znów podskoczyła kilka poziomów. Tyle zmarnowanego czasu, pieniędzy, paliwa i nerwów...

Jakiś czas później spotykam panią Jolkę, mamę Bartusia (tak, tego samego co w innej historii), jej nos zawsze dziwnym trafem znajduje się tak wysoko, że widać dokładnie, co ma wewnątrz i chętnie "pufa" na wszystko co się jej nie podoba. Innymi słowy to idealna pacjentka dla otolaryngologa. ;) Zaczepia mnie na klatce:

J - Panie Piotrze, niedawno wyjeżdżałam na lotnisko, wie pan, ja jeżdżę często na wakacje. I niechcący przy wyjeżdżaniu z parkingu puknęłam panu w tył samochodu...

Tu moje oczy zaczęły zdradzać objawy chęci mordu.

J - ... i chyba lekko pękło panu to-to takie od tablicy. Ale rozumie chyba pan, że ja się spieszyłam na wakacje!

Nadal się nie odzywałem, ale moje pięści zaczęły zaciskać się w bojowym nastawieniu...

J - Każdy by to zrozumiał, że ja nie mogę przejmować się takimi rzeczami. Poza tym, pfff, co tam się mogło stać? Zaproszę pana na kawę KIEDYŚ i będzie po sprawie!

Moje zęby coraz mocniej we wściekłości zagryzały wargi...

J - W sumie mogłam panu to powiedzieć zaraz po powrocie, jakieś dwa tygodnie temu, ale po co! No i kto, ja? Ja miałabym iść na to pana piętro, taki kawał (!) drogi? Przecież nikt by MI takich rzeczy nie kazał robić, pan także, prawda?

Tu niestety coś we mnie pękło... Poziom mojej wściekłości skoczył na niebezpiecznie wysoki poziom...

Ja - Pani Jolu, do ku... nędzy. Pomijając fakt, że tylko dzięki miłemu policjantowi nie dostałem mandatu i tego ile godzin spędziłem na komisariacie dopytując się co dalej, anulując stare tablice i martwiąc się, że na nich ktoś właśnie przemyca jakiś towar no i oprócz tego, że zmarnowałem tyle czasu na wyrabianie nowych, w nerwach i wydałem resztę pieniędzy jakie w ogóle miałem bo jest koniec miesiąca i nie mam za co teraz żyć bo pani nie chciało się wejść dwa piętra w górę, a wcześniej była pani łaskawa pier... w moje auto nie informując mnie o tym to rzeczywiście, NIC SIĘ KU... NIE STAŁO!

Pani Jolka uniosła swą głowę w charakterystyczny dla siebie sposób, pufnęła tak, że wnet smarki wyleciały jej z nosa i dodała:

J - Człowiek chce być miły dla sąsiada, na kawę go zaprasza, a ten co?! Wymagania i wymagania! Tak myślałam, że życie wśród tak nisko ustawionych ludzi będzie błędem! Jak można tak do mnie!? TAKIM TONEM!? Do mnie!?
Ja - Co mi da pani kawa, ku...!? - panienka pufnęła dwa razy niczym byk gotowy do walki, a ja dodałem sobie pod nosem - Kawę, ku... Ze szczerego złota chyba...
J - Jak tam można!? Pfff...!

I poszła.

No tak, a przecież chciałem klęknąć i pocałować ją w stopy i przepraszać z całego serca, że ośmieliłem się mieć tablicę rejestracyjną, w którą raczyła uderzyć... Tak myślę, czy nie powinienem dosłać jej bombonierki za tę sytuację...?

Sąsiedzi

Skomentuj (55) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 951 (1051)

#14656

(PW) ·
| Do ulubionych
Swego czasu miałem samochód marki BMW, ale z tych starszych modeli ponieważ bardzo lubię takie kanciaste "mordki" w samochodach. BMW 7, rocznik 1987. Wspaniały wóz i jak się okazało niezniszczalny. ;)

Miałem takiego sąsiada, Bartka, który BARDZO (naprawdę bardzo) lubił przechwalać się swoim, cytat: "super nowym, super drogim i super super" Reno Megan. Codziennie pucował go przed blokiem puszczając przy tym muzykę dość głośno, a przy okazji darł się aż ptaki uciekały (tzn. śpiewał, a przynajmniej próbował). Bartusia nikt nie lubił bo wiecznie wszczynał awantury ("a to pani na pewno dotykała mój samochód, mam ślady palców na masce, jestem pewien, że są pani!" i podobne akcje). Co ważne dla historii pod moim blokiem znajduje się uliczka wewnętrzna, ci zainteresowani ruchem drogowym wiedzą, że wyjeżdżając z takiej uliczki trzeba zachować szczególną ostrożność i przepuszczać wszystkich wokół. Bartuś miał modę parkować w tej uliczce (była tuż pod oknami, wszyscy lepiej mogli podziwiać jego wspaniały wóz), a ja raczej parkowałem na pobliskim parkingu, żeby do niego dojechać trzeba przejechać obok wyjazdu z w/w uliczki.

Pewne uroczego dnia wracałem do domu, zmierzałem właśnie w kierunku tego parkingu, aż mi nagle z prawej wyjeżdża na półpełnym gazie Meganka i skręca prosto na mnie. Oprócz pomyślenia sobie "no ładnie..." nie zdążyłem zareagować inaczej niż spróbować skręcić na lewo (po lewej jest taka polanka jakby). W efekcie walnąłem prawym reflektorem w maskę RM (a właściwie to RM walnęła w mój samochód) i przejechaliśmy tak kilka metrów (w ten sposób, że ja cofałem), podczas których mój wóz nieco "zagłębił" się w nowej koleżance. Po zatrzymaniu się i kilku sekundach szoku spojrzałem czy z kierowcą sąsiedniego auta w porządku. Widząc jak żywiołowo macha rękoma i porusza ustami zacząłem przygotowywać się na awanturę - co z tego, że miałem pierwszeństwo, jechałem zgodnie z przepisami, a on mi wyskoczył na prawy pas? Wina, według Bartusia, była oczywiście moja.

Następnym moim ruchem było lekkie wycofanie się z drugiego pojazdu, później wysiadłem i zacząłem odruchowo oglądać swój samochód, okazało się, że oprócz zbitego reflektora i trzech rys nic się kompletnie nie stało. Później obejrzałem się na auto sąsiada... Które (bez obrazy dla posiadaczy Renówek) zgniotło się jak puszka. Otworzyłem szeroko oczy i usta ze zdziwienie, przecież siła uderzenia nie mogła być aż tak duża żeby skrzywiło się wszystko łącznie z dachem, a Bartuś żeby wysiąść z samochodu musiał użyć tylnych drzwi...

Bartek oczywiście urządził hałas na całą okolicę, że ja zniszczyłem mu jego, cytat: "cacko", jaki to jestem zarozumiały, głupi, bezczelny i gorsze, ale nie będę lepiej przytaczał.
Policjanci, którzy dojechali na miejsce, skwitowali krótko do Bartusia:
- Czego się pan rzucasz na większego? (chodziło o większy wóz, nie mnie ;)).

Tego dnia nasunęły mi się dwie myśli: BMW są jak czołgi. I na wszelki wypadek nigdy nie kupię dla rodziny Reno.

Becia została odprowadzona do "doktorka", który z całą stanowczością potwierdził to, co zobaczyłem na miejscu zbrodni, czyli do wymiany przednie światło i wizyta u blacharza, żeby pozbyć się trzech, niezbyt głębokich, rys na boku.
Bartek na szczęście już nie mieszka w pobliżu.

Sąsiedzi

Skomentuj (52) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 640 (760)

#14222

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z przed jakiegoś czasu już.
Moja dziewczyna była kiedyś dość otyłą osobą, w połączeniu z jej bardzo niskim wzrostem (154 cm, waga 98 kg) wyglądało to tak, jakby była szersza niż wyższa (tak, już wtedy chodziliśmy ze sobą).

Pewnego dnia postanowiła wziąć się w garść, miała dość docinków, że jest grubasem. Po dwóch i latach żmudnej pracy osiągnęła wagę 49 kilogramów. Pracowała naprawdę ciężko nad swoim wyglądem i była niesamowicie zadowolona z efektu. Z niesamowitą satysfakcją wyrzucała stare, sporo za duże, ubrania z szafy.
Druga sprawa, że jestem 10 lat starszy od niej i chcąc nie chcąc widać tę różnicę.
To tyle na wstępie.

Przez ten cały czas zbierała sobie gotówkę na odnowienie garderoby, a i ja obiecałem, że dorzucę się do nowej zawartości szafy. Nastał ten dzień, kiedy rozpromieniona stanęła przede mną i zakomunikowała mi, że to DZIŚ i chce iść na zakupy bo wywaliła już wszystkie za duże ubrania i nie ma co nosić.

Zaszliśmy do jakiejś galerii i wpadła w szał zakupowy. Ja tylko chodziłem za nią i podawałem kartę i mówiłem: tak, ślicznie wyglądasz. ;) Na każdym ubraniu z dumą pokazywała mi metkę z rozmiarem S, to było coś wspaniałego widzieć ją tak zachwyconą efektami naprawdę trudnej pracy nad sobą.

W jednym ze sklepów na M., kojarzącym się ze słynnymi telezakupami, moja dorwała jakieś, podobno, przecudne spodnie. Oczywiście podleciała do mnie podekscytowana, że trzyma w ręku spodnie rozmiaru S i zmieści się w nie. Zaciągnęła mnie pod przymierzalnię i wyskoczyła cała w skowronkach w nowych spodniach żartując: Widzisz! Ha! Zmieściłam się!
Później dobrała i przymierzała kilka innych rzeczy.

Kiedy ja wyciągałem portfel, moja z radością podskakując zbliżała się do kasy. Podała sprzedawczyni rzeczy, a ja zażartowałem:
- No, a ja muszę za to płacić! Hehehe.
Bo oczywiście większość pieniędzy sama sobie odkładała. Na to odezwała się jakaś kobieta, słusznej postury, która stała niedaleko kas:
- No tak, takie gówniary mają 10 cm w pasie to sobie mogą przygruchać bogacza(!?) i ciągnąć mu lachę za ciuchy. A ja to muszę ciężko pracować na to, co sobie kupię i nie na wszystko mnie stać! Co z tym światem się dzieje... - Pufnęła i wróciła do oglądania jakiś bluzek.
Wywiązała się kłótnia (przecież nie dam wyzywać swojej kobiety), w której i mnie się oberwało od najgorszych.

I tak wyczekiwany od ponad dwóch lat dzień zrobił się smutny.
Jak to łatwo skrzywdzić człowieka, kiedy niczego się o nim nie wie...

M. z ciuchami :)

Skomentuj (64) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1048 (1168)

#14129

(PW) ·
| Do ulubionych
Niedawno miałem urodziny. Moja dziewczyna chcąc zrobić mi niespodziankę postanowiła kupić mi nowe spodnie ratownika do pracy (ponieważ nie używam stroju pracodawcy, tylko mam własny mundur, a spodnie mi się zniszczyły). Koszt takich spodni sięga nawet 160-170 zł (nie używam "klasycznego" wzoru, więc spodnie kupowała "pod" mój mundur, poza tym wygodniej mieć jakieś kieszenie, zaczepki i inne bajerki, w dodatku lepiej, gdy są podbicia na kolanach jak trzeba trzeba klękać w deszczu czy śniegu).

Z początku myślała o Allegro, ale miała kiedyś nieprzyjemność korzystać z tego serwisu, więc znalazła sklep "dla ratowników i strażaków" i tam zamówiła takie bajeranckie spodnie. Nic mi nie mówiła, zna moje rozmiary (pewno lepiej niż ja sam). Oczywiście spodnie były zamówione na jej adres wrocławski, ponieważ wtedy była jeszcze tam.

Po czterech dniach od wpłacenia pieniędzy spodnie przywiózł jej -uwaga- pracownik tego sklepu. Choć podczas kupowania dopłacała za kuriera (i było nawet logo kuriera i zapewnienie, że wysyłają za ich pośrednictwem). Ale nic nie mówiła, wpuściła pana do środka i grzecznie poprosiła czy może sprawdzić towar. Pan z początku kręcił nosem, ale w końcu się zgodził.

W paczce okazały się być spodnie rozmiaru S, a w dodatku kompletnie nie takie, jakie powinny być. Za całość ogólnie zapłaciła 185 zł, a w środku znajdowały się szmatki, które nie dość, że za małe, to warte najwyżej 50. Zdenerwowana zwróciła uwagę dostarczycielowi, że towar jest niezgodny z zamówieniem. Ten jednak upierał się, że to "na bank" te co trzeba i że na moją dziewczynę będą pasować. Na nic były tłumaczenia, że spodnie nie są dla niej bo pan kierował się żelazną logiką: "jak pani odbiera to znaczy, że dla pani"...

Przy nim zadzwoniła do firmy (najpierw musiała wyszarpać od niego numer) i przedstawiła sytuację. Ci kazali jej odesłać dostarczyciela i obiecali następnego dnia dosłać prawidłowy towar. Zgodziła się.

Przez następne kilka dni cisza. Dzwoniła tam kilkakrotnie, jednak zbywali ją mówiąc, że "już docierają". W końcu po pięciu dniach przyjechał kolejny pracownik - tak samo rozgarnięty jak poprzedni. Przywieźli prawidłowy model, ale... Znów S! Na nowo tłumaczenie, że na pewno S nie zamawiała - na co pan uparcie odpowiadał, że "na więcej niż S pani nie wygląda!", powtarzanie w kółko, że spodnie nie dla niej niewiele dawało. Ponownie zadzwoniła do tego sklepu i ponownie kazano jej odesłać pracownika znów zapewniając, że "jutro kogoś doślą".

Nie mając wyjścia zgodziła się. Mijają cztery dni, cisza. Moje urodziny się zbliżają, niedługo będzie jechać do naszego miasta i pod tym wrocławskim adresem na pewno nikt przesyłki nie odbierze. Dzwoni znów. Jedyna propozycja jaka padła od firmy była taka, że może zmienić ten wrocławski adres na ten, pod który się udaje, ale skoro to inne miasto to będzie MUSIAŁA dopłacić za dostawę (sic!). Luba moja nie zgodziła się na ten układ i zażądała dostawy spodni najpóźniej jutro lub zwrotu pieniędzy. W odpowiedzi usłyszała, że postarają się jutro bo "zwrot wpłaconej kwoty jest kompletnie niemożliwy"...

Następnego dnia stawiła się pracownica, nieco bardziej przytomna niż jej poprzednicy, spodnie się zgadzały, moja dziewczyna podziękowała... A pani dostarczycielka informuje ją, że musi zapłacić za towar! W moją ukochaną na miejscu szlag trafił, zadzwoniła do tego sklepu już z ogromna awanturą. Wściekła jak rzadko.
Tamci najpierw upierają się, że żadnych pieniędzy nie dostali, a następnie stwierdzają, że faktycznie, w magiczny sposób jej przelew odnalazł się, a nawet został odebrany dwa tygodnie wcześniej...

Gdy miała nadzieję, że to koniec poinformowano ją, że teraz muszą paczkę zabrać z powrotem do firmy i dowiozą ją jutro! Moja kobieta znając już ich "jutro" z całą stanowczością odmówiła wmieszania się w ten zabieg i zagroziła, że jeżeli teraz zabiorą te spodnie to chce pieniądze i ma ich spodnie już gdzieś.

Oczywiście w jednej sekundzie okazało się, że właściwie nie wiedzą po co mieliby brać te spodnie i dowozić jutro...

Teraz jestem szczęśliwym posiadaczem ciężko upolowanej zdobyczy. :)

Jeden z tysiąca sklepów dla ratowników.

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 992 (1056)