Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

zaszczurzony

Zamieszcza historie od: 1 czerwca 2011 - 18:23
Ostatnio: 3 maja 2018 - 22:59
Gadu-gadu: 11909198
O sobie:

Chcesz poznać szczura bliżej?Bez obaw!Tu bywam:
GG:11909198
www.facebook.com/zaszczurzony - tu FP Zaszczurzonego. ;) Zapraszam. ;)
Mój blog: http://ratgod.blogspot.com/
---
FAQ:
-Czy pójdę na piwo/zaproszę do swojej stacji?
Nie.
-Czy kobieta powinna iść na RM?
Przejdź się po wszystkich miejscach gdzie zatrudnia się RM,sprawdź w ilu zatrudniają kobiety.
-Coś mi się zrobiło-co to?
Nie wezmę odpowiedzialności za twoje zdrowie.
-Dlaczego dziennikarze szukali cię na piekielnych?
Przez jedną z historii.
-Nie przyjechaliście!Czemu!?
RM nie odpowiada za odmowę wysłania karetki.
-Za nieudzielenie pierwszej pomocy coś grozi?
Pierwszej pomocy - nie, pomocy ogólnie Art.162.KK i 93.KW.
-Czemu nie wystawiliście mandatu za bezpodstawne wezwanie?
Ratownik medyczny NIE MOŻE wystawić żadnego mandatu.

  • Historii na głównej: 151 z 163
  • Punktów za historie: 164593
  • Komentarzy: 1826
  • Punktów za komentarze: 15087
 

#36068

(PW) ·
| Do ulubionych
Duży wypadek. Nieprzyjemny widok. Autobus przygrzał w tramwaj, który raczył się wyrwać z szyn i pocałować budynek. Doktorek poleciał obadać stan rannych (czyli obdarować ich takimi śmiesznymi, kolorowymi karteczkami).

W jego ślady podążali inni dobiegając najpierw do "czerwonych". Wypadek masowy - jak definicja nam mówi - ratujących jest niestety mniej niż poszkodowanych. Rannych (nie licząc nieżyjących) naliczyliśmy dwunastu. Karetki tylko trzy plus dwa strażackie. Policja jedzie. Reszta karetek również "dojedzie".

Kucam nad gościem z żółtą karteczką, gość przytomny i kumaty o dziwo, więc właśnie chcę rozdziawić gębę żeby zapytać co i jak - pffpyk! Oślepłem, dostałem taką dawką flesza po oczach, że nie tyle zobaczyłem gwiazdy, co wielką białą plamę. Po odzyskaniu ostrości zobaczyłem jakąś kobitkę z aparatem. Szykowała się do zrobienia drugiego zdjęcia. Na szczęście jeden ze strażaków przegonił ją - chwilowo strażacy przejęli rolę policji (tzn kilku przeganiało gapiów, kilku zajmowało się pojazdami, kilku pomagało lżej rannym). Ale widzę kątem oka, że podleciała do obalonego autobusu i próbuje ładować się do środka!! Macham więc łapą do strażaka żeby zabrał tę wariatkę zanim zrobi sobie krzywdę (kto normalny ładuje się do autobusu pełnego martwych ludzi!?).

Ale ta nie poddała się. Okrążyła miejsce i atakuje z innej strony. Później jakiś kolega żalił mi się, że jedna idiotka latała za nim z aparatem. Okazało się, że pani reprezentowała lokalną prasę i złowiła świetny temat na awans.

Szkoda, że nie podleciała z kamerą i mikrofonem w celu przeprowadzenia wywiadu z jakimś nieboszczykiem... Choć coraz mniej jakoś mnie to dziwi.
Po trupach do celu, ta?

Praca praca

Skomentuj (54) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1201 (1291)

#34718

(PW) ·
| Do ulubionych
Pewnego lata razem z przyjacielem Krystianem z pogotowia, nie mając pomysłu na urlop, postanowiliśmy połączyć przyjemne z pożytecznym. Zapisaliśmy się jako letni ratownicy nad jeziorem - poza Polską - jako wolontariusze w zamian za zakwaterowanie, wyżywienie itp.

Podstawą dostania się było zdanie testu z języka angielskiego i pierwszej pomocy. Poszło gładko i z racji naszego stażu byliśmy na liście pierwsi i ustanowili Krystiana "szefem" grupy. Do grupy dostało się dziesięć osób, w tym dwie panienki - ponoć ratowniczki.
Na miejscu przemieszano nas z kilkoma tubylcami, którzy jak my zgłosili się jako letnia pomoc (osoby były różne, od tylko przeszkolonych z pierwszej pomocy po jednego chirurga, który chciał odpocząć od rodzinki :)).

Na trzeci dzień pobytu dosiadły się do nas wyżej wspomniane "ratowniczki". Łosia i Osia były szczupłymi, uroczymi brunetkami.
My między sobą dużo rozmawialiśmy o pracy - cóż, nie da się ukryć, że na takie niepłatne wyjazdy rzucają się głównie zawodowi napaleńcy. ;) One z kolei zawsze gdzieś tam starały się wciskać jakieś luźniejsze tematy, różne głupotki typu ładna pogoda, pyszne jedzenie, itp. Na początku myśleliśmy sobie, że może tu praca, tam praca, a to jednak wakacje i nie chcą non stop rozmawiać o robocie. Łapaliśmy się na ich zagadywanki bo przecież my też zwariować nie chcemy. Może napaleńcy, ale w końcu nie szaleńcy!

No i po tygodniu dotarli wszyscy, dostaliśmy karty ze swoimi "rewirami" i godzinami służb - jezioro duże, 20 ratowników ledwo starczyło żeby upchać wszędzie ze zmiennikami, a na jednym stanowisku 2-3 ratowników. Dziewczyny aktywnie pomagały póki stawialiśmy budki i urządzaliśmy w środku tak, aby jak najbardziej przypominało to gabinet "zabiegowy" (przyznać muszę, że warunki były dość... partyzanckie, ale to w końcu miała być tylko pierwsza pomoc).

Udało się, wszystkie plaże zostały otwarte, wieść gruchnęła i zaczęli ludzie walić bramami, a ci którym się czekać nie chciało, płotami (lub ew. dziurami w nich, które specjalnie na tę okazję powstały - same oczywiście). Ja i Krystian dostaliśmy dużą plażę, ale za to we dwóch (duże plaże były obsadzone 3 ratownikami, ale "my doświadczeni sobie poradzimy"). Dziewczęta dostały malutką plażę niedaleko naszej (były one przerywane pasami zieleni różnorakiej).

Dwa tygodnie upłynęły nam lajtowo. Ludzie jak to ludzie - wpadali na kretyńskie pomysły podtapiając się dla zabawy lub zakopując po szyję w piachu i skacząc po tym (zakopią takiego po szyję, a później skaczą po nim - a na wykrzykiwanie zakopanego "nie mogę oddychać" radośnie pochichują do momentu, kiedy ten nie traci przytomności). Dzieci się gubiły, bo dorośli mieli własne ścieżki, mimo codziennego przeczesywania plaży i tak każdego dnia trafił się ktoś ze szkłem lub innym przedmiotem wbitym w ciało i takie tam.

Ale nastał taki dzień, że wieczorem, po zamknięciu plaż pracownicy dwóch sąsiednich nie zjawili się nam w ośrodku. Dzwonimy do budki (każda budka miała telefon i co godzinę informowała ośrodek czy na danej plaży wszystko jest ok), ale nikt nie odbiera. Wtedy spojrzano w rejestr i okazało się, że pracownicy tych dwóch plaż nie zgłaszają się już od godziny 16 (dlaczego nikt tego nie zauważył - nie wiadomo)! W kilka minut została wysłana delegacja w składzie nasz polski koordynator, szef ośrodka i dwóch ichniejszych ratowników.

I wieczorem okazało się... Otóż na plaży dziewcząt, Ośki i Łośki, zaczęła topić się ciężarna. Brzuszek miała już wysoki, można spokojnie rzecz przedporodowy. Dziewczęta wytargały panią z pomocą przypadkowego turysty i nieudolnie zabrały się do pierwszej pomocy.

Spanikowane ratujące bez sprawdzenia oddechu zabrały się za uciskanie klatki piersiowej kobiety. Wiadome jest, że u ciężarnych ciśnienie i przepływy wszelakie rozkładają się inaczej niż u ludzi w stanie, w każdym razie, nie odmiennym. Szybciutko okazało się, że pani po prostu straciła przytomność i dopiero silne uciski na klatkę piersiową zaburzyły rytm jej oddychania (spróbujcie uciskać sobie klatkę piersiową niezgodnie z rytmem swojego serca to zrozumiecie - oczywiście żartuję, niech nikt tego nie próbuje!).

Pani zaczęła się krztusić, charczeć, dusić, a dziewczęta zadowolone z rezultatów swojej pracy (no przecież odzyskała oddech! Co z tego, że wcale go nie utraciła?) odsunęły się kawałek.
Turyści pomogli pani wstać, a dziewczęta zadowolone wyprostowaniem kryzysowej sytuacji zaczęły się oddalać.

Chlust.

W wyniku, prawdopodobnie, stresu pani zaczęła rodzić. I tu niespodzianka, teraz pani naprawdę przestała oddychać i padła jak martwa na piasek. Ośka niezrażona z pędem rzuca się na kolana tuż przy pacjentce, Łośka za to... Nogi za pas! Osia dostrzegła, że pani nie oddycha, rozczapierzyła jej jamę ustną i widzi - jest powód, pani zalepiła sobie gardło gumą do żucia czy jakimś innym karmelkiem. Co by zrobił każdy myślący człowiek w takiej sytuacji? Oczywiście wyciągnąłby torujący tlen przedmiot z gardła w prosty i nieinwazyjny sposób. Ale nie Osia...
Ta miała ochotę na coś ekstremalnego!

Wyciągnęła więc z kieszeni długopis, pozbawiła go wkładu i zamknięcia, biorąc zamach zaczęła celować w szyję chcąc zrobić dziurę na tlen (czyli tracheotomię bo tak się owa czynność nazywa). Legenda i seriale medyczne głoszą, że aby wykonać taki zabieg wystarczająca jest w rzeczywistości obudowa długopisowa, która bez przeszkód zgodzi się wtargnąć w tchawicę poszkodowanego i doprowadzić mu tlen do płuc ratując mu życie - bo przecież jak wiadomo, długopisy zostały specjalnie do tego celu stworzone! Ej, w serialach się udaje! A na poważnie, te wszystkie nasadki to wiecie, gdzie można sobie wsadzić. Czymś takim możemy co najwyżej przebić się do przełyku i dobić konającego.

W tym momencie przybiegła Łosia ciągnąc za sobą poczciwego doktorka, który obejmował straż na plaży po lewej (my znajdowaliśmy się po prawej). Lekarz rozgonił towarzycho, przywrócił martwą z zaświatów i zabrali ją do szpitala.

Dziewczęta nie wróciły tej nocy do ośrodka, wyszło na jaw, że żadna z nich nie ma najprostszego przeszkolenia medycznego, zgłosiły się bo chciały darmowych wakacji, a wujaszek jednej załatwił im potrzebne pozwolenia (no a co, dziewczyny młode, niech z życia korzystają).

Jestem pewien, że tego porodu pani nigdy nie zapomni, a jej dziecko po latach kiedy usłyszy tę historię powie: no co ty mamo, nie kituj!
Przecież nie każdy wychodzi cało spod ręki polskiej terrorystki z długopisem w ręku...

Niech mi ktoś powie, że seriale okołohausowe nikomu nie szkodzą.

Letnia praca

Skomentuj (73) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1542 (1586)

#35461

(PW) ·
| Do ulubionych
Wiecie czego nie lubię? Jak ktoś wypowiada się na tematy, na które nie ma pojęcia. Żadnego. A udaje najmądrzejszego na świecie. Dla niekojarzących mnie dodam, że jestem ratownikiem i wykładowcą patofizjo i anatomii.

Zapisałem się na kurs - żeby nie było, w ogóle nie związany z medycyną, tylko z moim innym zainteresowaniem. W każdym razie, w grupie było nas 17 osób, a wykładowcą była pani "madżister" (nie żeby coś, ale dosłownie w ten sposób się przedstawiła). Kurs był z dziedziny takiej technicznej, można rzec. Siedziałem sobie na tyłach, nie chciałem przeszkadzać ludziom, którzy wiązali z tym kursem jakieś zawodowe plany (a z tego co wyłapałem z rozmów, większość tak miała, że albo z pracy byli kierowani albo żeby dostać pracę), ja jedynie chciałem poszerzyć swoją wiedzę z tego zakresu dla własnego widzimisia.

Pani zaczyna od tego, że aby zacząć zajęcia jakiekolwiek, musimy poznać podstawowe zasady pierwszej pomocy, żebyśmy w każdej chwili mogli sobie poradzić (głównie miało to się tyczyć poparzeń, głębokich skaleczeń i nieśmiertelnego wentylowania). To też całe pierwsze spotkanie miało skupić się właśnie na tym (90 minut). No to wtopiłem - myślę sobie i kombinuję jak tu się ulotnić, aby nie umrzeć z nudów. Właśnie zaczynam pakować swoje manatki, kiedy słyszę z podium:

M - Jak widzicie po całej sali jest porozstawianych mnóstwo fiolek z gorącymi cieczami, rozgrzanych palników i innych gorących przedmiotów. - Stoję już przy drzwiach i właśnie mam zamiar się ewakuować. - Pamiętajcie, jeśli coś na siebie wylejecie lub poparzycie się ogniem, należy natychmiast ściągnąć materiał z miejsca poparzenia.

Aha! Zostaję. Zbyt ciekawie się tu dzieje. Cichaczem wracam na swoje miejsce na uboczu.

M - Hehe, pan się widzę jednak zainteresował ratowaniem swojej skóry! Hehehehe.

Raczej tym, żeby chociaż jedna osoba po tym kursie jakąś skórę posiadała... - Przebiega mi przez myśl.
Poza kwiatkiem ze zrywaniem ubrań, to według tej pani:

- należy skaleczenie owinąć szmatą, którą akurat mamy pod ręką (czyli uwaloną jakimś smarem, bo oni kluczyk do apteczki mają na portierni - sic!),
- jeśli ktoś straci przytomność a oddycha, wystarczy go odsunąć na bok żeby nikt w niego nie wpadł (no tak, jeszcze by się kto potknął),
- przy wypadku z imadłem -zmiażdżenie- należy zacisnąć je jeszcze mocniej (oczywiście aby zatamować krwawienie...),
- jeśli udałoby się komu uszkodzić tętnicę, np. śrubokrętem powinien natychmiast wyciągnąć go z miejsca uszkodzenia bo dojdzie do zakażenia (widać to bardziej niebezpieczne niż szmata pełna jakichś smarów),
- przy wypadku ze szlifierką można ją wyłączyć dopiero kiedy wypadkowi ulegnie osoba udzielająca pomocy poszkodowanemu (DLACZEGO!?),
- kiedy ktoś wbije sobie drzazgę, należy polać to miejsce gorącym woskiem (na tę okazję w kącie stał karton pełen świeczek - nadpalonych więc rozumiem, że wprowadzili to w życie).

Ogólnie całe przyuczanie w takim tonie. Po cichutku się zgarnąłem i podskoczyłem do sekretariatu, prawie błagając o rozmowę z szefem. Po moim pełnym, bujnym opisie jak to pani chce polewać słuchaczy gorącym woskiem i zrywać materiał z ich popalonej skóry, szefo nie potrafił sobie odmówić posłuchania wykładu swojej pracownicy. Choć teraz przyznam się trochę, że mój opis w sekretariacie brzmiał jak przebieg średniowiecznych tortur niż zwykłe przytoczenie słów pani madżister.

Nie wiem co ta kobieta sobie wyobrażała, tłukąc do głów ludziom takie bzdury, w miejscu gdzie o takie wypadki nietrudno, zwłaszcza jak kumuluje się tam taka grupa laików.

W każdym razie trochę mi głupio, bo na następnych zajęciach już madżi nie było, przyszedł jakiś facet.
Madżi jeśli to czytasz, to ja Piotrek z końca sali, sorry. Ale polewać ludzi gorącym woskiem, serio!?

Kurs

Skomentuj (82) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1581 (1633)

#34055

(PW) ·
| Do ulubionych
Wezwania w pogotwiu są różne. Od małego kuku po bardzo poważne sprawy, czasami jest zabawnie, a czasami niestety niebezpiecznie.

Dostaliśmy wezwanie na osiedle domków jednorodzinnych. Bardzo przyjemna okolica, tylko szczekanie bardzo licznych psów skutecznie zagłusza rozmowy. Naszym celem okazał się mały, przerobiony z szopy, "domek" (w rzeczywistości stare, spróchniałe dechy zbite w coś na kształt kwadratu) schowany za zniszczoną, zardzewiałą bramą między dwoma dużymi, luksusowymi domami. Cóż... Okoliczni pewnie nie są zadowoleni z takiego widoku z okna, ale co się okazuje, jeszcze bardziej przeszkadzają im sąsiedzi, którzy zamieszkują ową szopę.

Na tym podwórku mieliśmy znaleźć nieprzytomnego mężczyznę, w wieku 43 lat, z rozbitą głową. Żona zadzwoniła, że poszedł do sąsiada i dostał czymś w czachę. Słysząc jakie to wezwanie, zawiadomiliśmy przy okazji policję. Na miejscu oczywiście przedstawiciele władzy na nas nie czekali, co tam, nawet nie raczyli przyjechać. Jako, że nie znaliśmy stanu poszkodowanego, ryzykujemy.

Klikam dzwonek - jak można było przypuszczać ten nie działa. Wołam więc, a może ktoś się zlituje i nas wpuści. Przy szopie stoi coś, co chyba miało być budą dla psa, a do środka prowadzi gruby, ciężki łańcuch. Nie widać drugiego końca, ale założyliśmy, że przyczepiona do tego jest jakaś bestyja. W drzwiach szopy pojawia się facet, czerwona, zapijaczona morda, brudne ciuchy, posklejane od potu i brudu włosy i zarost przynajmniej miesięczny - znacie ten typ. Ściska mi gardło, cudem przełykam ślinę, ale trzeba spróbować...

-Przepraszam, dostaliśmy wezwanie do nieprzytomnego mężczyzny... Możemy wejść?
-Jo. - Pada krótka, lekko zabełkocona, odpowiedź.

Rzucamy kierowcy ostre, wymowne spojrzenie i wchodzimy na teren "posesji".

-Gdzie ten pan? Gdzie jest pacjent?
-A, myślałem, że nie żyje, więc rzuciłem go tu koło domu. - Wskazał krzaki jakieś 8 metrów od psiej budy.

Kolejna ciężko przełknięta ślina, nerwowo obracam się w stronę wyjścia z podwórka i w myślach obliczam swoje szanse w ucieczce przed schowanym w swojej jaskini potworem. Groźnie oddalam się od bezpiecznej ziemi tuż za bramą, staram się dostrzec co siedzi w środku ledwo trzymającej się kupy budy i jak długi ma łańcuch. Facet w tym czasie zniknął z pola widzenia.

Poszkodowany żyje, dostał jakimś dużym, płaskim przedmiotem w tył głowy. Kolega przytargał nosze i stanął za mną. Ja na klęczkach zajmuję się pacjentem. Nagle słyszę głuchy dźwięk, jakby ktoś uderzył w coś twardą blachą i po chwili widzę kątem oka upadającego na ziemię kolegę. Odruchowo uchylam głowę i padam płasko na ziemię - szszszszuuum... Nad moją głową gwałtownie przeleciał jakiś przedmiot. Zrywam się na równe nogi i doskakuję do właściciela podwórka. No tak, teraz już wiem czym poszkodowany oberwał... Facet ściska mocno w rękach łopatę i szykuje się do ponownego zamachu. W tym czasie koledze udało się wstać, lekko chwiejnym krokiem dotrzeć do nas i przewrócić faceta na ziemię. Łopatę odrzuciłem, upewniłem się, że koledze nic nie jest i wróciłem do poszkodowanego.
W tym momencie w drzwiach szopy pojawił się młody chłopak, niewiele mniej pijany od ojca.

-Co jest łojciec?
-SPUŚĆ PSA! SPUŚĆ PSA!!

Obróciłem głowę w stronę chłopaka, a ten potraktował z buta psią chatę, co rozjuszyło potwora z mordą jak telewizor. Widzę, że młody sięga do zaczepu łańcucha (ten na szczęście nie był długi, bo inaczej już bym został zjedzony) - nie ma czasu. Niewiele myśląc chwyciłem poszkodowanego, przerzuciłem przez ramię i w nogi! Boże... Jak dobrze, że gość był drobny i nie ważył pewnie więcej niż 55kg... Udało nam się wskoczyć do karetki i zasunąć drzwi.

Na koniec, kiedy wreszcie pojawiła się policja, usłyszeliśmy, że nie spieszyli się, bo znają ten adres i przyjeżdżają tu średnio 4 razy w tygodniu, ale nie mogą w sumie za wiele zrobić...

Aha.

Praca praca

Skomentuj (49) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1203 (1269)

#33317

(PW) ·
| Do ulubionych
Zdarza się nam niestety, krótko mówiąc, paść ze śmiechu na akcji. Napisałem ′niestety′, ponieważ to wysoce nieprofesjonalne, a my lubimy stwarzać pozory. ;)

Wezwała nas żona do swojego ukochanego. "Coś z plecami" hukło, pierdykło i bam. Facet leży i nie może się ruszyć z bólu. Diagnozę sobie w myślach zaraz stawiamy, ale nieszczęśnika trzeba zgarnąć. Dojeżdżamy na miejsce, a przejęta żona prowadząc nas na "miejsce zdarzenia" opowiada:

- Huknął takiego piarda, tak walnął bączura, że aż coś mu pizgło w plecach! No mówię panom, jak się zesrał, myślałam, że wystrzeli z tyłka kręgosłup! Sprawdzałam trzy razy czy nie rozsadził niczego pod dupą!

Sposób opowiadania wprawił nas w dobry humor i na naszych twarzach pojawiły się szerokie uśmiechy. Szybko się okazało, że to tylko wstęp. Żonka zaprowadziła nas... Do toalety. Okazało się, że pan doprowadził do wypadku defekując. Żona kontynuowała:

- Zobaczcie, nowiutki klopik. A ten spuścił mu taki kloc, że aż mu dupa pękła razem z kręgosłupem!

Biedny pan, na tle opowieści żony, z bokserkami przy kostkach śmiał się przez łzy.

Praca praca

Skomentuj (63) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1544 (1682)

#33156

(PW) ·
| Do ulubionych
Uwielbiam mieć kobiety na praktykach. Przepraszam, ale naprawdę są bardziej wrażliwe na niektóre widoki, np. na wymiociny lub inne nieprzyjemne wydzieliny.

Tak też było przy jednej praktykantce. Świetne wezwanie na taki chrzest bojowy w tej kategorii - pan dławi się własną treścią pokarmową, bo po prostu się uchlał.
Dojeżdżamy, ruchem ręki zapraszam pannę praktykantkę do pacjenta i czekam. Nie czekałem długo, zdążyła tylko klęknąć i od razu pochwaliła się nam swoją zawartością żołądka. Prosto na kolana pacjenta.

A stara zasada mówi - jak już musisz rzygnąć, to się chociaż odwróć (nieoficjalna część tego powiedzenia mówi - a najlepiej celuj w niechcianych gapiów ;)). Panna zapamięta tę zasadę chyba do końca życia.
Na szczęście poszkodowanemu było wszystko jedno czy to jego czy nie jego. ;)

Praca praca

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1003 (1105)

#33155

(PW) ·
| Do ulubionych
Wezwanie do pobitego mężczyzny. Dojeżdżamy, a pan ma - delikatnie mówiąc - zmiażdżoną twarz i jest nieprzytomny. Tamujemy, ładujemy, zamykamy drzwi. Po drodze pan się budzi.

Ja - Panie, co z panem? Jak ma pan na imię?
P - Aaah, Wojtek. Co się stało?
Ja - Właśnie, co się stało?
P - K*rwa, to ta s*ka! Powiedziałem, że ma ładny tyłeczek, a ona, że ma czarny pas w jakimś gównie, a ja na to, że chyba nie z takimi cyckami!

No cóż, jak to się u nas mówi, większość pobitych sobie na to zwyczajnie zasłużyło. :)

praca

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1169 (1257)

#32977

(PW) ·
| Do ulubionych
Siostra moja mieszka poza granicami naszego pięknego kraju. Za każdym razem jak przylatuje do Polski to razem z braćmi ciągniemy słomki - najkrótsza słomka jedzie ją odebrać. ;)
Jakiś czas temu padło na mnie i argument, że musiałbym jechać prosto z pracy niestety został zbyty śmiechami - kochane rodzeństwo.

Nastał ten dzień. Zmęczony kompletnie po całej nocy jeżdżenia (trzy wypadki w ulewie...), przemoczony, zmarznięty, jadę na lotnisko. Nie mogłem wyglądać korzystnie, ale nie mogłem też wystawić siostry.
Siostra zabrana, ale po drodze przypomniało mi się, że lodówka pusta. Ona widząc okazję do zakupów zaświeciła oczętami, no i jak tu odmówić...

Poszliśmy do sklepu. Ona - umalowana, wypoczęta, dobrze ubrana, uśmiechnięta i obok ja - w spodniach ratownika, rozciągniętym, czarnym t-shircie, bez nawet porannego prysznica, z rękoma w kieszeni ciągnę się za nią.
Nie dało się... No po prostu nie dało się z nią przejść obok sklepu z ciuchami i nie wejść. Chodziłem za nią, poziewując z lekka, od wieszaka do wieszaka. Stanęliśmy w końcu przy spódniczkach. Siostrzyczka cała zachwycona - bo tak tanio, bo tak ładnie, bo tak modnie! Obok ja z miną niespecjalnie zachwyconą i myślą by ją tak może udusić i zostawić tam... ;)
Obok oglądała coś dziewczyna na oko 25 lat. Sisi skakała od spódniczki do spódniczki, przerzucając mi przez ramię co ładniejsze sztuki "bo ciężkie, bo ona nie będzie tego dźwigać, a ja mężczyzna...".
W pewnym momencie powiedziała:
- Piotruś, to idź zapłać ładnie, a ja jeszcze coś obejrzę (chodziło o to, że jeszcze nie zmieniła pieniędzy, później za zakupione ciuchy miała mi oddać).

Na to odezwała się dziewczyna stojąca obok:
- Ty, jesteś pewna, że tego starucha na to stać? Bo chyba prędzej weźmie cię na denaturat ze swojego zasiłku.

Jak musiałem tragicznie wyglądać, jak bardzo musiało postarzyć mnie zmęczenie, irytacja i chęć mordu siostry, że zostałem wzięty za starucha sponsorującego młodą dziewczynę będąc na zakupach... z siostrą bliźniaczką...

zakupy

Skomentuj (108) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1638 (1718)

#32976

(PW) ·
| Do ulubionych
Ulewa. Leje tak, że się nie chce nawet myśleć. Na ulicach morze, wszystkie stacje radiowe i telewizyjne bombardują informacjami, żeby najlepiej nie wychodzić z domu, a jak trzeba to ostrożnie, wolno, nie spieszyć się bo ślisko, bo ograniczona widoczność, bo może być źle.

Z nie najlepszym przeczuciem siedzieliśmy z kolegami w stacji pogotowia. Byliśmy tak pewni swego, że zaczęliśmy obstawiać scenariusze wypadku.

Bach. Wezwanie.
Wypadek. droga dojezdna do miasta, gość "troszkę" przyspieszył, żeby szybko znaleźć się w bezpiecznym domku i jakimś cudem wypadł z drogi, dziwne... Żona się wykaraskała i zadzwoniła po pomoc, ale z gościem ponoć kiepsko. Z duszą na ramieniu wsiadamy do karetki. Odpalamy gwizdki i wyjeżdżamy z garażu na spotkanie z naturą. Co druga ulica ciemna bo prądu brak, na liczniku u nas ledwie 60 km/h - nie idzie jechać szybciej, ciemno, leje, nic nie widać, błyskawice szaleją, huki, stuki, krzyki. Horror. Przez radio informują, że niedaleko naszej stacji też wypadek, że wysyłają z innego końca miasta, że brak karetek.

Dojeżdżamy na miejsce, droga zajęła nam jakieś 17-18 minut. Długo, bardzo długo, ale mieliśmy zerowe szanse na dotarcie prędzej. Kolega wyciąga daszek, ja wyskakuję z plecakiem. Straży ani policji jeszcze nie ma, więc my próbujemy go wytargać ze środka błagając żeby nie trzeba było używać nożyc. Udało się. Kolega ustawił daszek żeby na nas nie padało, układamy klienta na noszach. Robimy swoje. Tylko...

Gdzie kobieta, która wezwała pogotowie??? Rozglądamy się - brak. Dzwonimy, dowiadujemy się, może to nie była żona tylko przejezdna kobieta, zatrzymała się, wezwała pomoc i odjechała (serio, bywa). Nie - pada odpowiedź - to na pewno żona, mówiła, że jest żoną i mąż jest nieprzytomny. No to... Gdzie jest???

Kolega załadował gościa do budy, ja jeszcze łażę i się rozglądam, próbuję użyć latarki, niestety jej światło niewiele daje w tym deszczu. Prosimy aby powiadomiono straż, że jeszcze gdzieś tu powinna być kobieta, ale musimy jak najszybciej dotransportować jej męża do szpitala, bo tu nie mamy szans nic z nim zrobić. Facet po drodze się krztusił, dusił, padał i wstawał, ale dał radę dojechać.

Kilka godzin później wezwanie do jakiejś pierdoły. No, ale trzeba odwieźć do szpitala. Tam znajoma pielęgniarka wyjaśniła nam już znaną im sprawę z zaginioną żoną.

Otóż żona poszkodowanego wcale nie zaginęła. Wezwała pogotowie, a kiedy chwilę później drogą jechał samochód, niewiele myśląc, złapała stopa mówiąc, że auto jej się "popsuło" i zostawiła umierającego męża bez pierwszej pomocy w tym deszczu, z nieoznakowanym samochodem i pojechała do domu.
Czego tu wymagać od kobiety... Żeby mokła???

Zakładu żaden z nas nie wygrał. Nikt nie przewidział takiego scenariusza. :)

Praca praca

Skomentuj (47) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1535 (1569)

#32688

(PW) ·
| Do ulubionych
Teściowa moja na wieść o naszych zaręczynach przełamała się w końcu i zapragnęła poznać moich rodziców. Nagle. Teraz. NATYCHMIAST. Moi rodzice mniej pragnęli poznać tą panią, ale to wina naszych pełnych grozy opowieści o niej.

6:30 rano(!) wszystkie koty i wredofrety zostały obudzone atakiem na nasz dzwonek. Ze wszystkich najmniejszych dziur, kryjówek i krypt wybiegły zwierzaki i popędziły pod drzwi. Rozpoczął się spektakl drapania, miałczenia i skakania na korytarzu. A mnie nie ma w domu... Poza zwierzakami nikogo. Nieświadomy niczego siedzę sobie w pracy odliczając do 8, żeby zakończyć służbę. 6:43 dzwoni mój telefon. To sąsiad-ksiądz wychodząc na 7 do pracy spotkał na klatce walącą w moje drzwi i drącą się kobietę.

-Cześć Piotruś. Jakaś kobieta dobija się do twoich drzwi...
-O nie... Jak wygląda?
-Szersza nieco, rude włosy z odrostami siwymi...
-O nie......
-Wezwać policję?
-Nie trzeba, to moja teściowa. Mocno hałasuje? Postaram się wrócić jak najszybciej.
-No przyznam, że trochę zamieszania robi, ale póki co nie zbiegli się gapie.

Teściowa uznała, że sobota po szóstej rano, to idealny moment na poznanie przyszłych teściów jej córki. A ja wredny, niedobry, nieodpowiedzialny, nie otwieram jej drzwi, bo boję się wprowadzić jej dumną osobę do mojej menelskiej rodziny. Robię to złośliwie żeby się nie naigrywała. Postanowiła więc walić mocniej, szybciej i póki jej nie otworzę.

Ubłagałem kolegę (który zna sytuację), aby do pracy przyszedł jak najszybciej. Dzięki temu już o 7:20 jechałem do domu. Na miejscu teściowa nieco zbita faktem, że zamiast otworzyć jej drzwi od wewnątrz ja stoję za nią z kluczem w ręku przestała w końcu walić w drzwi. Choć sam nie wiem co było głośniejsze - dobijanie się teściowej, miałczenie kotów czy krzyki sąsiadów.

-Mamo byłem w pracy, skoro nie otwieram, to po co się dobijasz?
-A bo ty nie chcesz mi otworzyć!
-Walisz w drzwi od godziny, prędzej rękę sobie złamiesz niż ktoś ci otworzy...
-Poza tym nie mogłeś być w pracy bo ty kończysz o ósmej!
-Zadzwoniłem do ko...
-Jezus, Maria, Piotrek! Prędzej sam Bóg się pomyli niż ja!!

Następnie wyjaśniła mi swoją wersję wydarzeń - mianowicie ubrałem się w mundur, wyszedłem przez balkon po godzinie, bo chciałem jej udowodnić, że nie było mnie w domu i zrobić z niej idiotkę. Ale oczywiście ona mi się nie da!
Weszliśmy do domu, ogarnąłem koci koncert i czekaliśmy tak na 12 na moich rodziców...

Przez cały ten czas słuchałem, że powinienem podłożyć gazety na kanapy, aby rodzice nie pobrudzili mi mebli, czy mam specjalne szklanki, czy "oni" piją ze wszystkich moich szklanek - bo jeśli tak ona nie chce, jak dużo miesięcznie wysyłam im na alkohol, itp. Zbywałem to gadanie milczeniem, bo w sumie nie warto było się kłócić.
W końcu dzwonek do drzwi. Teściowa z miną zwycięzcy czeka na ten moment, w którym będzie mogła z wyższością spojrzeć na tych "menelskich" rodziców. I kolejne zaskoczenie... Do pokoju weszła para elegancko ubranych ludzi. Ojciec w garniturze, matka w garsonce w fryzurze prosto z salonu. A kiedy mój ojciec przedstawił się od "doktor", niemalże słyszałem pękające od siły zacisku zęby teściowej...

Wzięła torebkę i wyszła. Następnie zadzwoniła do mojej ukochanej i naskarżyła jej, że wynająłem obcych ludzi, zapłaciłem im na pewno kupę kasy, bo nie chciałem pokazać jej moich prawdziwych rodziców. Po czym nastąpił po raz milionowy rozkaz zerwania ze mną - czyli kłamcem i krętaczem. :)
Moim rodzicom ulżyło, że musieli spędzić w towarzystwie tej kobiety jedynie 10 minut.

Teściowa :)

Skomentuj (109) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1818 (1882)