Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

zaszczurzony

Zamieszcza historie od: 1 czerwca 2011 - 18:23
Ostatnio: 3 maja 2018 - 22:59
Gadu-gadu: 11909198
O sobie:

Chcesz poznać szczura bliżej?Bez obaw!Tu bywam:
GG:11909198
www.facebook.com/zaszczurzony - tu FP Zaszczurzonego. ;) Zapraszam. ;)
Mój blog: http://ratgod.blogspot.com/
---
FAQ:
-Czy pójdę na piwo/zaproszę do swojej stacji?
Nie.
-Czy kobieta powinna iść na RM?
Przejdź się po wszystkich miejscach gdzie zatrudnia się RM,sprawdź w ilu zatrudniają kobiety.
-Coś mi się zrobiło-co to?
Nie wezmę odpowiedzialności za twoje zdrowie.
-Dlaczego dziennikarze szukali cię na piekielnych?
Przez jedną z historii.
-Nie przyjechaliście!Czemu!?
RM nie odpowiada za odmowę wysłania karetki.
-Za nieudzielenie pierwszej pomocy coś grozi?
Pierwszej pomocy - nie, pomocy ogólnie Art.162.KK i 93.KW.
-Czemu nie wystawiliście mandatu za bezpodstawne wezwanie?
Ratownik medyczny NIE MOŻE wystawić żadnego mandatu.

  • Historii na głównej: 151 z 163
  • Punktów za historie: 164593
  • Komentarzy: 1826
  • Punktów za komentarze: 15087
 

#32193

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio będąc na wezwaniu znalazłem pieska. Mam lekko zaleczoną kynofobię, ale widząc zmarnowanego, wychudzonego, brudnego maluszka zdecydowałem się go zabrać. Najpierw wpakowaliśmy go do pudełka i do karetki, a później zostawiliśmy w stacji dając mu jakieś "ludzkie" jedzenie i wodę.

Rano wziąłem go do domu. Zebrałem od mojej piękniejszej połowy informacje i powoli douczając się w zoologicznym wyprałem później psa w psim szamponie i nakarmiłem czym psa się powinno. Położyłem ręcznik tuż przy dwóch pudełkach po margarynie (które chwilowo robiły za miski), usadziłem pieska i uciekłem z kuchni (mimo, że to szczeniak serce waliło mi jak oszalałe). Popołudniu załadowałem go do kociego transportera i zawiozłem do weterynarza - ten widząc MNIE z psem prawie spadł z krzesła. Cóż, znajoma, która opiekuje się moimi zwierzętami akurat złośliwie mi wyjechała. Wróciliśmy do domu. Zauważyłem, że tego Gnojka strasznie bawi jak uciekam przed jego ostrymi jak szpilki kłami. I goni mnie tak po całym mieszkaniu, koty widząc okazje do zabawy dołączają się, a wredofrety chcąc nie chcąc również muszą. ;)

Każde zetknięcie się ze szczeniakiem przyprawiało mnie o przyspieszoną akcję serca. Logika podpowiadała mi, że jestem szalony, a podświadomość swoje. Boję się szczeniaka. Takiego co może upierniczyć mnie najwyżej w kostkę. Uciekam przed nim, to musi wyglądać tragikomicznie (czyli gdyby ktoś to oglądał płakałby ze śmiechu). Sam się z siebie w duchu śmiałem.

W każdym razie. Wróciłem na miejsce zbrodni i z zamiarem szybkiego pozbycia się pieska (miał obrożę) rozwiesiłem zdjęcia i prewencyjnie rozejrzałem się po okolicy za jakimiś ogłoszeniami, że Gnojek zaginął. Wróciłem do domu, a właściwie słysząc za drzwiami szczekanie cofnąłem się i poleciałem do pubu chlapnąć sobie na odwagę. ;) Po drugim piwie telefon. Pani jest właścicielką pieska i ona go koniecznie chce TERAZ. Podałem adres, pani przyjechała.

Wskoczyła do mieszkania i dopadła do psiaka. Ogląda go dokładnie, zagląda mu w uszy, sprawdza podwozie - musi się przekonać czy to jej myślę sobie...

- Eee, to nie rasowe!
- Słucham? Co rasowe?
- Ten pies, nie jest rasowy! Kłamał pan!
- Ja nic takiego nie mówiłem, pani mówiła, że to pani pies. Ja na psach się nie znam, nie wiem czy to to rasowe jest.
- Ogłaszał się pan, że ma rasowego psa na wydanie.
- Eee... Nie? Ogłaszałem, że psa znalazłem!
- Pfff...! - Syknęła i... Rzuciła Gnojkiem na ziemię. Pies zaskowyczał, przeturlał się i wylądował pod moimi nogami, zanim schyliłem się ten dziabnął mnie w gołą stopę. Zęby zacisnąłem, przez głowę przeleciały mi wspomnienia z pierwszego pogryzienia (oczywiście poważniejszego) przez psa, a serce mało nie wyskoczyło mi z obrębu klatki piersiowej.

- Agresywny w dodatku! I pan takie coś chce wydać!
- Wyjdź kobieto po prostu.

Pani się stawiała, ŻĄDAŁA ode mnie rasowego psa - TERAZ!!! Doszło do lekkich przepychanek i panią wyrzuciłem.

Nikt więcej nie zadzwonił.
Teraz mieszkam sobie od tygodnia z psem. I nie wiem co z nim zrobić szkoda mi go do schroniska. Na dzień idzie do sąsiada-księdza. Mam nadzieję, że on go weźmie w końcu. :) Tam przynajmniej nikt nie będzie nim rzucał, a ja sobie będę mógł z bezpiecznej odległości oglądać jak rośnie. Wet twierdzi, ze urośnie duży, więc u mnie tym bardziej zostać nie może.

Skomentuj (60) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1111 (1153)
Jestem z moją dziewczyną już kilka ładnych lat. Toteż od jakiegoś czasu kombinowałem jakby tu zacząć powoli pieczętowanie naszego związku. :) Tak się składa, że wśród moich znajomych tylko mnie się do ożenku nie spieszyło nigdy, więc połaziłem od kumpla do kumpla za jakimiś podpowiedziami. Wybrałem w końcu sposób i miejsce oświadczyn. Ale jakby to mogło być, gdyby nie skończyło się śmiesznie (troszkę piekielnie ;)).

Padło na kolację w ładnej restauracji, którą polecił mi kolega. Moja dziewczyna uwielbia takie rzeczy, klasyczna muzyka, panowie we frakach, wino we dwoje - powiedzmy, że jest dość tradycyjna. Poleciałem na następny dzień dowiedzieć się jak to zorganizować. Powiedziano mi, że mam zarezerwować dogodne miejsce w dogodnym dniu i o dogodnej godzinie, a dzień wcześniej przynieść pierścionek i oni podadzą to w deserze (nazwy nie pamiętam, ale podawany jest w pudełku, miało to wyglądać tak, że jak ona otworzy pudełko z deserem na wierzchu, będzie leżał pierścionek, takie tam).

Nadchodzi "ten" dzień. Ładnie ubrani idziemy. Stoimy już przy kontuarze, moja dziewczyna za mną, pojawia się kelner, który dzień wcześniej odbierał ode mnie pierścionek. Wywiązuje się rozmowa.

- Witamy w restauracji XYZ. Mogę prosić nazwisko, na które jest rezerwacja?
- Moje nazwisko...
- Aaa! Pan od pierścionka zaręczynowego!

Zza moich pleców wyłoniła się moja uśmiechnięta druga połowa. :) Wybąkałem tylko "wyjdziesz za mnie?" i tak doszło do chyba pierwszych na świecie oświadczyn przy kontuarze. :)

Uznałem jednak, że pan przyniósł mi szczęście, a moja, że to chyba jedyny rodzaj oświadczyn, który nie przyszedł jej do głowy i pan kelner dostał nawet napiwek. ;)

Restauracja

Skomentuj (63) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1521 (1571)

#29507

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolega Mariusz, fachowiec wysokiej klasy (jest takim profesjonalistą jakim ja bym chciał kiedyś być), opowiedział nam swoją przygodę z zaczątków kariery.

Zacznę może od opisu kolegi, bo to tutaj ważne. Mariusz jest wysokim, mocno zbudowanym mężczyzną. Ja z moim marnym 160 centymetrów plus sięgam mu ledwie do klaty. W dodatku w wieku nastoletnim przeżył wypadek, po którym ma problemy z nerwami twarzy, dlatego też wszelakie grymasy są u niego ledwie widoczne. Normalnie człowiek, który nie przyjrzy się w pełnym świetle nie zauważy raczej czy Mariusz się uśmiecha czy wścieka. Jego minę można porównać trochę do patrzącego psychopaty - wiecie, taka mina jaką znamy z amerykańskich filmów.

Kolega jest głównie kierowcą karetki, ale oprócz tego licencjonowanym ratownikiem medycznym. Jednak to, co go "jara", to prowadzenie karetki na sygnale. Czasem strach z nim jeździć bo z prędkościami potrafi przegiąć. :)

Dostali wezwanie do kobiety w "amoku" (brzmi jak wezwanie z Emergency :)). Pani nie wiedziała co się dzieje, była w tak silnym stresie, że demolowała restaurację i atakowała kelnerów. Chłopcy dojechali na miejsce, polecieli do środka, Mariusz został w samochodzie. Trochę powalczyli, ale kobietę obezwładnili. Kiedy chcieli wlepić jej uspokajacza, ta w miarę kontaktowo odmówiła, w takim wypadku nie mieli prawa nic takiego jej podać.

Mariuszowi wydało się, że trochę długo jak na walkę dwóch facetów z kobietą i wygramolił się z karetki. Ciężkim krokiem wszedł do środka. W tym właśnie momencie kobieta zerwała się z miejsca i zaatakowała ratownika, który składał sprzęt do plecaka. Maniek podleciał i stanął nad malutką, chudziutką babeczką, która ledwie dorastała mu do brzucha. Nie odezwał się nawet. Tylko stał. Jej wzrok wolno obleciał całe jego ciało, od stóp po sam czubek głowy, w łepku chyba zapaliła się lampka bo w oczach zaświecił błysk przerażenia.

- Boże!!! To morderca!!! - Krzyknęła.
I straciła przytomność.
Koniec końców musieli panią odwieźć do szpitala.

Od tamtej pory Maniek ma w pracy wdzięczną ksywę "Killer". Czasem robi się śmiesznie kiedy na wyjeździe któryś się zapomni i krzyknie: killer, gdzie położyłeś stetoskop!? :)
Na szczęście pacjenci mają poczucie humoru. Zazwyczaj.

Pogotowie ;)

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1106 (1154)

#29330

(PW) ·
| Do ulubionych
Dużo osób prosiło mnie, abym opisał "masakrę" mojego wrednego egzaminu dla słuchaczy. :) To proszę bardzo.

Nakreślę może mniej więcej o co chodzi, żeby osoby, które nie czytały tamtej historii wiedziały jaka sytuacja zaistniała.

Otóż w szkole policealnej, w której uczę anatomii, fizjologii i patofizjologii zmienił się regulamin zaliczeń semestru. Mianowicie dodano egzaminy praktyczne dla słuchaczy, bez nich nie można zaliczyć przedmiotu. Uczę w klasie techników farmacji, więc uznałem, żeby lepiej skupili się na TPLu, farmakologii i analizie i postanowiłem załatwić im zwolnienie z praktycznych z mojego przedmiotu. Stwierdziłem, że w aptece bebechów i tak oglądać nie będą, to wystarczy im, że będą wiedzieli gdzie jest, mniej więcej jak wygląda, no i najważniejsze - jak działa i czego użyć.

Podzieliłem się radosną nowiną z moimi dwoma grupami. Jest to duże ułatwienie dla nich, ponieważ taki jeden egzamin trwa cały dzień, każda osoba musi rozbebłaszyć manekina na części pierwsze (zależnie od układu) i rozpłaszczać się na temat tego jaki organ co robi, gdzie leży, co działa, co nie działa, co się wtedy dzieje, itp. Innymi słowy maglówa, długa i nieprzyjemna.

Jedna grupa zachowała się w porządku, podziękowali i obiecali przyłożyć się do teorii bez ściąg w zamian. :-) Inna moja grupa przez przypadek wpadła kiedy na forum, na którym daję im materiały do nauki, pojawił się wątek o wdzięcznej nazwie "Piotruś idiota - czyli anatomia dla leniwych", w którym było opisane jaki jestem głupi, naiwny i tak dalej, że dałem się nabrać na ich nawał nauki i odwołałem te egzaminy.

No dobra, tak się bawić nie będziemy.

Wiedząc, że temat z pewnością szybko zniknie, a ja dziwnie tak trafiłem w ostatniej chwili, skopiowałem sobie jego zawartość na dysk. Po nickach i avatarach z łatwością doszedłem do wypowiadających się w tym wątku (niestety, było to 3/4 grupy, przykre) ponieważ zasadą forum było zarejestrować się tak, aby każdy wiedział kto jest kto (albo nazwisko w nicku albo nick kojarzący się z nazwiskiem albo zdjęcie w avatarze). Nie wiem jakim trzeba być czu..., ekhem, niemyślącym człowiekiem, aby obrażać wykładowcę na forum pod własnym nazwiskiem, ale to kwestia poboczna.

Na najbliższych zajęciach, lekko zdenerwowany, poinformowałem grupę, która mi podpadła, że egzamin się odbędzie w najbliższą sobotę (czyli tak jak miałem termin nałożony przez dyrekcję), z miejsca zrozumieli dlaczego... Druga grupa była zawiedziona i nie wiedziała skąd nagła zmiana decyzji (do czego później doszli, ale o tym na końcu :)).

Poświęciłem sobie kilka dni na przygotowanie zadań, inspiracją były dla mnie wyjazdy w pogotowiu gdzie w międzyczasie miałem służbę. ;) Postarałem się też, aby osoby, które nie brały w tym udziału (czyli kilka osób z grupy pierwszej i cała druga) nie były specjalne pokrzywdzone jeśli będą posiadały jakąś wiedzę. Objawiło się to tym, że poziom trudności ich pytań nie był tak wysoki jaki miał być na tych egzaminach, nie musieli czekać tam cały dzień, tylko dostawali ocenę do podpisu z miejsca (po ostatniej egzaminowanej osobie ogłaszam wyniki i każdy musi podpisać swoją ocenę - niepodpisanie jej jest równoważne z nieprzyjściem na egzamin chyba, że ktoś musiał iść do pracy lub nie mógł być na podpisaniu z innej ważnej przyczyny) i przyjąłem ich w pierwszej kolejności (jeśli chodzi o grupę pierwszą).

Egzaminowanie grupy drugiej było całkiem przyjemne. Panowała wesoła atmosfera, nawet niektórym pomagałem trochę jak widziałem, że wiedzą tylko się zaplątali, nie było osoby z grupy, która dostałaby mniej niż 4,5 (muszę przyznać, że przyłożyli się, kilka osób nawet poprosiło o trudniejsze pytania żeby się sprawdzić :)).

Przy grupie pierwszej miałem wrażenie, że egzamin ciągnie się w nieskończoność. Większość osób z "czarnej listy" nawet nie spróbowała się nauczyć zakładając, że i tak ich obleję (nie mógłbym gdyby się nauczyły...). Mój "faworyt" nie potrafił nawet wskazać gdzie jest wątroba nie mówiąc o jej funkcjach... Po kilku osobach byłem tak wyprany psychicznie, że kilku ostatnich prawie błagałem żeby odpowiedziały mi chociaż na jedno pytanie, cobym nie musiał ich egzaminować na poprawce... Nie da rady. Rozmowa jak ze ścianą. W pewnym momencie nawet manekin prosił o litość...

Egzamin trwał od 7:30 do 18:15... Od godziny 14 miałem ochotę mordować.
Godzina 18 - wezwałem grupę na podpis wyników (których jeszcze nie znali). Kilka osób z listy nie zjawiło się wcale, bo "i tak nie zdali na pewno" (tylko że jest różnica między niezdaniem, a niepojawieniem się na podpisach, bo to tak jakby wcale nie przyszli czyli muszą składać o poprawę semestru zamiast poprawić egzamin...). Usiadło przede mną 14 niezadowolonych słuchaczy. Wyraźnie złych na mnie za całą sytuację, nieszczędzących sobie komentarzy (bardzo niewybrednych, a nawet wulgarnych) związanych z całym dniem. Nie działało to na mnie, twardo podsuwałem kolejne niezaliczenie do podpisu. I powiedzcie mi...

Jak to jest, że na 14 obecnych osób na podpisach nie zdało 10? Nie mówiąc o tych kilku, co nie raczyły się zjawić... Do dziś są wściekli na mnie, za to "co im zrobiłem". Bardzo miło się uczy w grupie, która założyła pismo o zmianę wykładowcy (w uzasadnieniu napisali, że chcą zmiany bo zrobiłem egzamin - dyrektorka miała taki ubaw, że to pismo mi przyniosła i kazała powiesić w mojej gablotce). :) Wredny byłem, że zrobiłem im egzamin tak bez powodu!

No jak mogłem...

Jeszcze po wyjściu z podpisów dopadła ich grupa druga... Która już doskonale wiedziała kto im załatwił egzaminy praktyczne i w jaki sposób. Chętnie odprowadzili ich po wynikach do domów... :)

PS. Pozdrawiam moich słuchaczy, którzy donieśli mi, że czytają moje historie tutaj. :)

Praca praca ;)

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1182 (1232)

#29857

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak gdzieś w komentarzach było wspomniane o różnych "odpadkach", które można zbierać, przekazywać innym firmom i dzięki temu zbierane są środki na wózki czy inne niezbędne rzeczy dla niepełnosprawnych.

U nas w straży (już tłumaczę: moje pogotowie jest przy straży, ja sam nie jestem strażakiem) wisiał taki skrzynek zabawny i tam się wrzucało zakrętki plastikowe. Co dwa-trzy dni (w ustalone dni oczywiście, nie tak raz w poniedziałek raz środę) przyjeżdżała firma i opróżniała to. Ludzie nawet chętnie biorą udział w tego typu akcjach. Codziennie przychodzili i dorzucali. Taka zakrętka generalnie i tak nikomu nie jest przydatna, a można symbolicznie dorzucić się do czegoś "większego" i to w sumie za darmo. Dodam jeszcze, że my siedząc w środku (ani nawet bezpośrednio przed strażą) nie widzieliśmy tej skrzynki ponieważ znajdowała się ona z drugiej strony, przy głównym wejściu.

Jakiś czas temu siedzimy ze strażakami i wchodzi pan Korkowy, który jeździ autem do takich różnych punktów i zbiera te nakrętki (w sensie, gość z tej firmy, która to prowadzi - koleś robi to za darmo, a jego żona przekazuje nakrętki do przerobienia czyli wysyła do tej firmy).

Korkowy - Cześć chłopaki, była może tu moja żona po nakrętki?
Strażak - Eee... W każdym razie nie widzieliśmy.
K - A wiecie, bo skrzynka jest pusta. A wydawało mi się, że miałem ja dziś pojeździć, a to już któraś pusta skrzynka. Żona telefonu nie odbiera.

Sorry, nic nie widzieliśmy.
Za trzy dni ta sama sytuacja. Do tego gość mówi, że żona wcale nie zbierała ostatnio. Tak pomyśleliśmy, że może akcja się ludziom znudziła? I nikomu się nie chce latać z tymi korkami do skrzynki. No, ale tak nagle w kilku punktach...?

I tak przyjeżdżał co kilka dni i korków albo nie było wcale albo było kilkadziesiąt tylko (co przy skrzynce mieszczącej kilkaset lekko to trochę mało). Sprawa tak nas wciągnęła, że zaczęliśmy czatować i pilnować tej skrzynki. Ale ludzie nadal przychodzili i wrzucali. I to sporo. Przesiedzieliśmy tak trzy dni. Jak popaprani. Wszystkie zmiany latały co chwilę i patrzały czy w skrzynce coś jest. Super, była prawie pełna. Ludzie znów biorą udział w akcji, świetnie! I teraz dzień opróżnienia. Mnie osobiście nie było w pracy, ale znam relację.

Podjeżdża srebrne, całkiem zadbane kombi. Samochód z tych nowszych (marka mi umknęła, ale jest nieistotna). Wysiada z niej jakaś babeczka, i podlatuje do skrzynki. Chłopaki wylecieli i obserwują (myśleli, że chce coś dorzucić). Ale nie... Babka podkłada wór i otwiera skrzyneczkę od dołu i sypie korki. Chłopaki patrzą po sobie, kobiety nie znają, żona Korkowego to nie jest, sam Korkowy nic nie mówił, że kto inny przyjedzie (a jak miało tak być, zawsze nas informowali żeby pokierować do skrzynki jak ktoś nowy przyjedzie). W końcu jeden z kolegów podszedł do pani.

Strażak - Przepraszam? Pani została wysłana przez firmę?
Pani - Nie. - Pada zupełnie beznamiętnie. Nawet nie odrywa wzroku od czynności, tylko ją kontynuuje jakby nigdy nic.
S - Pani wybaczy, ale te korki należą do firmy IX. I tu przyjeżdża już taki pan i je zbiera...
P - No i?
S - No i musi pani to zostawić.

Tu się pani chyba zdenerwowała. Bo rzuciła wór i ruszyła w stronę strażaka.

P - Panie! Ja na wszystko w życiu ciężko pracowałam! A dlaczego na nich ktoś coś zbiera!? A na mnie NIE!

Strażak, nie powiem, trochę zdębiał.

S - Co pani robi z tymi zakrętkami?
P - Jak co? Wyrzucam!

Aha... Czyli pani kilka razy w tygodniu traciła paliwo, czas i pieniądze, aby pojeździć po mieście i pozabierać nakrętki, których przetworzenie daje pieniądze na sprzęt rehabilitacyjny dla dzieci, tylko dlatego, że na panią nigdy nikt nic nie zbierał...? Logiczne. Prawda?

Na koniec dodam, że po "uprzejmym" donosie, że na państwowym budynku, prawdopodobnie bez umowy, wisi skrzynka, za której wiszenie nikt nie płaci, kilku przemiłych panów przyjechało i kazało ją zdemontować (nie była to skrzynka wyznaczona przez fundację od nakrętek, tylko ci państwo w kilku punktach, u nas za zgodą "góry", powiesiło swoje skrzynki i nagłośniła w okolicy akcje).

Ale strażacy i tak się nie poddali, zbierają nakrętki po cichutku i trzymają w środku, a pan po cichutku przyjeżdża i je zabiera.
Po cichutku, żeby jakiś rozżalony obywatel nie przyczaił się i nie zdradził podziemia nakrętkowego.

Nakrętki :)

Skomentuj (57) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1528 (1574)

#28355

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie lubię korzystać z komunikacji miejskiej. Zwyczajnie nie mam szczęścia do niej. Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się odjechać autobusem "na czas", zawsze spotykam jakiś dziwnych ludzi lub dziwne sytuacje. Ostatnio byłem zmuszony korzystać z autobusów ponieważ moje auto zostało pożyczone. W ciągu zaledwie kilku dni przytrafiły mi się dwie dziwne sytuacje.

Na godzinę siódmą rano byłem umówiony, wiadomo o tej godzinie ludzie jeżdżą do pracy, a linia, którą byłem zmuszony się udać jest dość uczęszczana bo długa, bo dojeżdża do połowy miejsc w mieście, to też od samego rana autobus jest pełen.
Wsiadałem na początkowym przystanku, więc mogłem sobie usiąść i rozłożyć się z książką (czekało mnie ze 30-40 minut podróży bo udawałem się na zupełnie drugi koniec miasta przez samo centrum).

Na którymś z kolei przystanku nagle z niewiadomych przyczyn książka ląduje na ziemi. Spojrzałem przed siebie, pani stoi. Pani z pewnością nieco starsza ode mnie. Miała w ręku coś w rodzaju laski, ale nie takiej ortopedycznej tylko "ozdobnej" (wiecie, niektórzy noszą takie ozdobne laski, ale spotykam się z tym częściej u mężczyzn w garniturach). Z prędkością ślimaka wydedukowałem, że pani siadając obok mnie strąciła mi książkę na ziemię tą swoją maczugą. Spoglądam na nią oczekująco ze smutną, samotną nadzieją na jakieś przeprosiny. Dane mi jednak było usłyszeć tylko:
- Co się gapisz?
"No dobrze" - myślę sobie. Podniosłem swoje wielkie, filozoficzne dzieło i wróciłem do czytania. Nagle łup. Zęby zaciskają się z bólu, a moja rzepka klnie w głos. Namierzam źródło i widzę rączkę od babskiej lachy na moim kolanie. Z zaciśniętymi zębami i mordem w oczach patrzę na współpasażerkę. Ta jednak nic...

-Przepraszam!? - Wydukuję w końcu.
-Nie ma za co. - Pada z jej ust i jakby nigdy nic siedzi jak siedziała.
-To moje kolano... - Wybąkałem trochę zmieszany jej brakiem reakcji. Przewracając oczami (Boże, jak ja to uwielbiam, kiedy dorosła osoba przewraca oczami!) ściągnęła lachę z mojej nogi. Po kilku minutach rzuciła "tu się nie da siedzieć!" i ruszyła gdzieś w głąb autobusu.
Ktoś wie o co mogło jej chodzić?

Inna sytuacja.
Wracałem z chyba największej dzielnicy mojego miasta. Godzina gdzieś po dwudziestej. Ta sama linia autobusowa, tylko trochę ciemniej. Siedzę sobie tuż za fotelem kierowcy, a na drugim (dosłownie) końcu autobusu urzęduje grupka hałaśliwych, nieco napakowanych przyjemniaczków z puszkami w rękach. Ludzie pouciekali do przodu (panowie wsiedli kilka przystanków po mnie, więc miałem przyjemność obserwować tę masową przeprowadzkę pasażerów). Na tyłach zostało kilka osób, w tym dziewczyna tak ze 25 lat. Chudziutka, drobna, zaczytana (trzymała jakąś gazetę). Panowie machali łapskami i rozlewali piwsko na wszystko wokół. Nie byli wulgarni ani agresywni, po prostu śmiali i żartowali się w głos, trochę zaczepiali ludzi, najwyraźniej bawiło ich to, że ludzie przed nimi, drżąc ze strachu, przenieśli się na przody. Jeden z towarzyszy żartów machnął łapskiem raz, drugi, trzeci... Bach. Spora ilość piwa poleciała na włosy i gazetę wyżej wymienionej dziewczyny. Byliśmy blisko przystanku, więc kiedy zaczęła wstawać panowie byli pewni, że ona opuści pojazd. Ta jednak zwróciła im uwagę i zaczęła wypowiadać się otwarcie na temat ich "kultury". Kierowany jakimś przeczuciem wstałem i zacząłem podążać w jej stronę. Na szczęście skończyło się tylko na tym, że panowie popchnęli ją i wysiedli.

Muszę powiedzieć, że jestem zażenowany postawą pozostałych mężczyzn w autobusie, zdecydowanie lepiej usytuowanych ode mnie (jestem niziutki, mam ledwie 166cm wzrostu i zbudowany specjalnie też nie jestem). Nie zareagował zupełnie nikt oprócz mnie. Co swoją drogą jest dość smutne...

Autobus

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 622 (752)

#27832

(PW) ·
| Do ulubionych
W czasach kiedy bawiłem się troszkę w OSP, spotkałem pewnego bardzo specyficznego miejscowego. Chłopak uwielbiał robić interesy, czasem dziwne i na granicy prawa jak się okazało.

Kiedyś siedzę sobie, zażywam wypoczynku na leżaczku przed OSP i podchodzi do mnie ten gość.

-Mam propozycję...
-Słucham?
-Widzę, że się nudzisz... Może podpalę kilka drzewek, może jakąś szopę, a ty mi dasz trzy stówy?

Był zdziwiony, że taka promocyjna cena, a ja nie chcę skorzystać. Interes życia można powiedzieć...

OSP

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 737 (793)

#27831

(PW) ·
| Do ulubionych
Uczę w szkole policealnej (w klasach techników farmacji). Ostatnio zaostrzyły się reguły zaliczania przedmiotów ponieważ słuchacze średnio się przykładali, a jak wiadomo, kiedy sznur jest za luźny trzeba pokazać czasami, że zawsze mógłby bardziej się wżynać.
Generalnie jestem miły i w porządku. Raczej nie ma ze mną kłopotów, pod warunkiem, że słuchacze są ok wobec mnie. Niestety moje starania nie zostały docenione...

Zostałem jedynym nauczycielem/wykładowcą, który nie zaostrzył reguł zaliczania przedmiotu. Uznałem, że analiza, farmakologia czy TPL bardziej im się przydadzą. Miałem nadzieję, że słuchacze docenią moje postępowanie. W końcu szedłem im na rękę nieco narażając się dyrekcji. Oni na tym moim postanowieniu BARDZO zyskali, a ja nawet troszkę straciłem, ale trudno.

Mianowicie rozchodzi się o egzaminy praktyczne, co w przypadku anatomii, której uczę, miało polegać na tym, że zależnie od układu słuchacze będą pokazywać mi różne rzeczy na modelach anatomicznych (np. układ kostny na "kościstym wisielcu" (takie imię dostał :)), układ pokarmowy na wyrwanych wnętrznościach z innego modelu - wszystko naturalnej wielkości oczywiście). Dodatkowo przy chorobach trzeba by pokazać jaki organ cierpi, co powoduje i wszystko również na modelach. Innymi słowy "klient" dostaje JAKIŚ organ i musi dojść do tego CO TO JEST, gdzie jest, jakie najpopularniejsze choroby, leczenie itp. Takie egzaminy są o tyle trudne i żmudne, że zajmują cały dzień, każdy wchodzi po kolei, losuje pytania, wyniki mogę podać dopiero po ostatnim egzaminowanym i tak dalej...

Moi słuchacze nie korzystają z poczty, tylko mają zrobione forum - na którym jestem również zarejestrowany, ale mam ograniczone pole widzenia (niektóre tematy, takie typowo uczniowskie, są dla mnie zablokowane - co mi wcale nie przeszkadza). Jednak jeden temat komuś się "ślizgnął" i dorwałem go, a jego temat brzmiał: "Piotruś idiota - czyli anatomia dla leniwych".
Temat był pełen określeń jaki jestem głupi, że jako jedyny nie zrobiłem praktycznych, że się narażam dla nich i ogólnie ubaw po pachy, że dałem się nabrać na ich zapracowanie, ciężkie życie i walkę z TPLem o byt w szkole, że odwołałem te egzaminy.

Pierwszy egzamin praktyczny w najbliższą sobotę. :)

Policealna :)

Skomentuj (65) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1342 (1388)

#27830

(PW) ·
| Do ulubionych
Kobiety za kierownicą to niekończący się temat nudnych żartów. W mojej pracy przekonałem się jednak, że wiele z tych żartów ma gdzieś korzenie w realnym życiu.

Dla przykładu opiszę pewną panią, która kilka lat temu spowodowała wypadek.

Żeby ją wytargać z zakleszczonego samochodu, trzeba było wezwać straż pożarną. Oczywiście panna miała szczęścia więcej niż rozumu, bo nic specjalnego się jej nie stało. Tak po prostu, zdarzyło jej się wjechać w drzewo wielkie jak wieżowiec. Pani wylądowała w pozie dość nienaturalnej, bo jakoś powyginała się w taki sposób, że jedną nogę miała na siedzeniu pasażera, jej fotel z niewiadomych względów zgiął się w przód, jedna ręka wlazła między fotel a drzwi, natomiast poduszka nawet nie kaszlnęła (na szczęście dla niej, bo z twarzą przy kierownicy mogłaby to ciężko znieść...).
Jak uda Wam się to wyobrazić, to chyba rozumiecie skąd określenie nienaturalnej pozycji.

Strażacy nieźle się natrudzili żeby pani przypadkiem czegoś nie uciąć. Wokół zebrały się sępy, toteż nieźle się uśmialiśmy, ponieważ ogólnie panowała atmosfera żartu i wygłupu. Patrząc na tę kobietę powyginaną we wszystkie strony, uśmiech sam wskakiwał na usta - nie tylko nasze zresztą, bo pani sama z siebie nie mogła i "nie miała pojęcia jak to się stało, że wylądowała w takiej pozycji".

Udało się! Pani wyciągnięta, ułożona na noszach (wiadomo co sam Bóg robi ze strzeżonymi :)). Targamy ją do karetki, kiedy ta nagle zeskakuje z noszy i biegnie do strażaków. Zdziwieni patrzymy po sobie i lecimy za nią. Doczłapała się do strażaka, złapała go za ramię i głosem pełnym histerii krzyknęła:

- Moja szminka!!! Spadła mi, niech mi pan ją da, TYLE TU LUDZI!

Koniec końców okazało się, że dziwna poza pani wynikała z tego, że pod siedzenie pasażera wpadła jej jakaś super-extra-mega szminka. Pani pomyślała, że nic takiego się nie stanie jeśli na sekundkę wskoczy na fotel pasażera i ją podniesie. Stąd jedna noga na siedzeniu pasażera, a ręka trzymająca się drzwi... Nic w tym dziwnego właściwie gdyby nie to, że nie zatrzymała się i nie zrobiła tego podczas postoju tylko puściła kierownicę, a nogę, którą nie wywijała w stronę drugiego siedzenia, przytrzymała na gazie. :)
Była lekko zdziwiona, że samochód tak jej wziął i skręcił. Złośliwy...

Pogotowie ;)

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1111 (1147)

#24994

(PW) ·
| Do ulubionych
Uczę w szkole policealnej, w klasie techników farmacji (podkreślam to, bo ostatnio dostałem bury, że napisałem "farmaceutów" - z dedykacją dla osób, które nie domyśliły się, że ze szkoły policealnej nie wychodzi się z magistrem).

Jako, że to klasa farmacji, a nie ratowników, anatomia (+pato i fizjologia), której uczę, nie jest specjalnie skomplikowana i rozbudowana. Uczę ich podstaw, niektóre rzeczy to powtórka z liceum. Testy są naprawdę banalne, a w dodatku dostają ode mnie dokładne wytyczne na temat tego co mają umieć, na co będę kładł nacisk, a co mają tylko powtórzyć.

Tak czy inaczej, słuchacze przychodzą na moje testy uzbrojeni w ściągi jak na wojnę. Na ich nieszczęście nie przymykam na to oka i wyłapuję jak tylko coś podejrzę. Bo wybaczcie, gdybym zadał pół podręcznika... Ale zazwyczaj w zeszycie mieści im się to na 3-4 stronach A5 - to chyba nie jest niemożliwe do nauczenia się?

W każdym razie nadszedł test z układu oddechowego. Na dzień dobry wyłowiłem trzy piękne ściągi z ostatnich rzędów i kilka zeszytów spod ławek. Przy rozdawaniu kartek kilku słuchaczy pogubiło kolejne ściągi. Generalnie w połowie testu miałem jakieś 15 ściąg (na 25 słuchaczy...).

Wyniku testu mimo to były całkiem dobre (dzieci róbcie ściągi, jak widzę po testach, można się podczas tworzenia tych mini dzieł nauczyć ;)). Kilka osób nie zaliczyło.
Kiedy zostałem sam w sali przyszła jedna ze słuchaczek - ta, która nie zaliczyła, od której wcześniej zabrałem ściągę.

- Dlaczego nie zaliczyłam?
- Wie pani, miała pani tylko kilka punktów, zdecydowanie za mało na zaliczenie.
- Dlaczego mam się tego uczyć?
- Chce być pani farmaceutką, wypadałoby mieć chociaż ogólne pojęcie na temat tego, jak działa pani organizm.
- Ja pier...! Płacę wam tyle kasy I JESZCZE MUSZĘ SIĘ UCZYĆ!?

Nieśmiało potaknąłem, co zdecydowanie nie było odpowiedzią, którą chciała usłyszeć. :)

Szkoła Policealna :)

Skomentuj (58) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1170 (1204)