Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#21262

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Oddaję krew od wielu lat. Kilka razy w roku umawiamy się z przyjaciółmi i oddajemy krew "zespołowo". Osobiście nigdy nie biorę zwolnienia z pracy z tego powodu, dobieram sobie dni tak, abym miał ten dzień wolny. Rzadko też zostają mi jakieś słodkości, ponieważ są po drodze konfiskowane przez koleżanki, ja jedynie wypijam soczek.

Jednego dnia właśnie oddawaliśmy krew. Zrobiliśmy to z samego rana. Wiadomo, rano ludzie jacyś zaspani... Kolejek brak, oprócz nas tylko jeden gość. Po wstępnych badaniach maszerujemy na piętro do "pokoju krwiodawców". Tam czekamy aż z głośnika ktoś wywoła nasze nazwiska (z moim, nie wiadomo dlaczego, często mają problem :)). Cisza... Czekamy już 10 minut, nikogo nie ma... W końcu kolega interweniował, przecież nie mamy całego dnia.

Dwie ziewające pielęgniarki, które przerzucały krew (taką już w woreczkach oczywiście) z paczki do paczki kazały poczekać jeszcze dwie minutki, które oczywiście zamieniły się w kolejne 10 minut.

W końcu jest! Wchodzę. Po trzykrotnym zapytaniu mnie "z której ręki brano mi krew w laboratorium" nareszcie dostałem właściwe siedzisko. Po przygotowaniu mnie do odkrwienia, pielęgniarka oklepuje mi zgięcie, jednak coś jej nie pasuje i zaczyna uderzać coraz to mocniej. Spoglądam sobie na rękę, żyły wielkie jak banie, ręka czerwona od połowy ramienia po samą dłoń, a pani dalej klepie... Tak sobie pomyślałem, że za chwile wyskoczy mi wielka, fioletowa pamiątka i postanowiłem odblokować ją wykrztuszając drobne "auć...". Obudziła się. Wzięła igłę w rękę i... Nie trafiła. Oklepane, pulsujące z bólu zgięcie zalśniło kroplami krwi. Próba druga, zakończyła się ponowną porażką. Kolejne pięćdziesiąt prób także. Podirytowany, zabrałem jej igłę i sam się podłączyłem. Ziewając rzuciła "ooo, poradzi sobie pan" i poszła zupełnie nie zwracając uwagi na to, że z zadanych przez nią "ran kłutych" sączy się krew na wszystko wokół. No nic, sięgnąłem sobie bezczelnie po rękawiczki z szafki, trochę opatrunków i sam się sobą zająłem (Bogu dzięki, że potrafię ;)).

Po oddaniu 450ml nadszedł czas, aby mnie odłączono. Podchodzi ta sama pielęgniarka:

-Ależ z pana brudasek!
-Przepraszam!?
-No nabrudził pan, wszystko od krwi jest, jak żeś pan to zrobił?
-Pani mnie zakłuwała w ten sposób.
-Niemożliwe, niech pan zobaczy jak ślicznie zakułam! - krzyknęła pokazując wkłucie, które sam sobie zrobiłem.
-...
-Powinien pan to teraz sprzątnąć. - Dodała oglądając zniszczenia jakich dokonałem wokół stanowiska. - Ależ tu jatka! Jakby kogoś zamordowano!
-Bez przesady, sączyło się tylko trochę krwi.
-I wykorzystał pan mój przydział na rękawiczki.

Odwróciła się i poszła naskarżyć koleżance jaki jej się niewychowany typ trafił. Oczywiście mnie nie odłączyła. Rzuciłem tylko, że jak zaraz ktoś mnie nie odłączy, to sam to zrobię i przybiegła jakaś inna kobitka.

Na moje nieszczęście dowody zbrodni (tzn. oddania krwi) również rozdawała "moja" pielęgniarka i po tym jak wszyscy znajomi już dostali swoje kwitki, ja jeszcze czekałem (gdyby było to potrzebne do samych czekolad odpuściłbym, ale potrzebowałem tego do wpisu do książeczki).

RCKiK

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 795 (889)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…