Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#23672

(PW) ·
| Do ulubionych
Długi czas tylko czytałam historię innych, dziś postanowiłam sama coś opowiedzieć. Otóż, specjalizuję się w piekielnych sąsiadkach.

Ten serwis często opisuje absurdalne sytuacje ze starszymi ludźmi, zwykle jednak mamy do czynienia z szalonymi MoherCommando, którzy z daleka wydają się nienormalni i niebezpieczni.. Moja historia jest inna. Tutaj piekielną jest spokojna, starsza pani, prywatnie moja sąsiadka. Powie dzień dobry i grzecznie się odkłoni, chodzi powolutku o lasce i wygląda jak babcia z reklamy Statoil. Jest też bardzo fotogeniczna. Swoje krzywdy opisała już w dwóch gazetach, mieszając z błotem moją rodzinę, przede wszystkim nieżyjącego już ojca.
Generalnie sprawa przypomina ten film Sami swoi. Czyli od trzech lat sądzimy się z sąsiadką o pół metra ziemi, a w tle majaczy kradzież kota.

Zaczęło się w 2009 roku. Kiedy zmarł mój ojciec, sprzedałyśmy z mamą jego samochód. Pieniądze postanowiłyśmy przeznaczyć na budowę ogrodzenia wokół naszej sporej działki (wcześniej zwykłego pola), bo jakoś nikt tam nie mieszkał, a śmieci przybywało. Najęłyśmy firmę, geodetę, spisałyśmy umowę i wio. Granica z sąsiadką wynosiła jakieś 120 metrów. Kiedy już stanęły słupki, sąsiadka stwierdziła, że źle stoją. Ok, drugi geodeta i ten sam wynik – nic nie ukradłyśmy, za to sąsiadka stoi trochę w naszej działce ze swoim domem, ale to drobiazg. Na odcinku około 10 metrów stało jej rozlatujące się ogrodzenie zmontowane prowizorycznie na zasadzie wkopania w ziemie słupków i przywiązania sznurkiem starej siatki. W trakcie ustalania prac z fachowcami kategorycznie ZABRONIŁYŚMY im ruszać ten płot. Choćby nam miało ubyć te kilka centymetrów, nasze ogrodzenie ma stać obok tego starego. Panowie przyjęli sprawę do wiadomości.

Prace zaczęły się latem. Gdzieś po tygodniu, o godzinie 6 rano dostaję telefon od sąsiadki z pytaniem, dlaczego jej płot został naruszony? No krew mnie zalała, dzwonię do kierownika budowy. Jego też szarpnęło, dzwoni do chłopaków. Po chwili oddzwania i chłopaki twierdzą, że sąsiadka sama do nich podeszła i poprosiła o rozebranie swojego płotu, skoro obok ma stanąć nowy. Kierownik przeprosił i zobowiązał się, że płot postawi z powrotem. Nie było to trudne, w końcu mówimy o wkopaniu słupków w ziemię i przywiązaniu ich sznurkiem. Płot sąsiadki stanął z powrotem, a prace były kontynuowane z drobnymi przerwami, kiedy w międzyczasie na miejscu pojawiała się policja, żeby spisać całą ekipę fachowców pod zarzutem wtargnięcia i niszczenia mienia.
Miesiąc po tym jak płot wreszcie stanął, siatka została pocięta w kilku miejscach. Fachowcy okazali się prawdziwymi fachowcami i przyjechali, żeby to naprawić bez dodatkowych opłat.

Nadszedł wrzesień i wracając z pracy spotkałam na ulicy brudnego zabiedzonego kociaka. Przygarnęłam ją do domu razem z pchłami, robakami, świerzbem i katarem. Gościnna jestem, a co. Wybicie współlokatorów zajęło jakieś dwa tygodnie i kilka stów, ale zyskałam cudowną przyjaciółkę.

W okolicach października dostałyśmy pozew do sądu w sprawie zagarnięcia ziemi biednej staruszce. Pozew był przykry i pełen patetycznych zwrotów typu „jak ci bogaci ludzie się hańbią!” Wspomniano też, że w swoim zezwierzęceniu ukradłam kota sąsiadce. Tak, tego kota. Tego ze świerzbem i pchłami. A ona go tak kochała. Nie mogłam sobie darować i przy okazji merytorycznej odpowiedzi na pozew (dwóch geodetów, mapy, plany..) napisałam, że kota znalazłam błąkającego się na ulicy i jeśli szanowna pani traktuje tak wszystkie swoje zwierzęta, pozostaje mieć nadzieję, że też od niej uciekną.
Na pierwszej rozprawie sąsiadka się nie pojawiła, a my jako pozwani zostaliśmy zobowiązani do zrobienia kolejnych pomiarów. Tyle jeśli chodzi o domniemanie niewinności.
Kolejny geodeta, tym razem ze Starostwa Powiatowego kosztował kolejne 500 złotych. Na drugiej rozprawie pokazałyśmy dokumenty, sąsiadka pokazała jedynie swoje głębokie przekonanie o własnej krzywdzie i pozew został oddalony.
Po kolejnych kilku tygodniach zadzwoniła do mnie dziennikarka z lokalnej gazety w sprawie pokrzywdzonej sąsiadki. Spotkałam się, pokazałam mapy geodezyjne, zabroniłam podawania swojego nazwiska. Mija miesiąc przychodzi pismo, że sąsiadka wniosła odwołanie. Sąd zdecydował, że trzeba dokonać rozgraniczenia. W innej lokalnej gazecie pokazuje się kolejny artykuł, tym razem bez mojego udziału, cholernie jednostronny i krzywdzący. Przy okazji, gdyby kogoś dziwiło, skąd u starszej pani tyle funduszy na kolejne odwołania, to już na początku poprosiła o zwrot kosztów sądowych i adwokata z urzędu, bo ona biedna emerytka. Mnie oczywiście nikt nic nie zwracał.

Rozgraniczenie to był cyrk na kółkach, razem z czwartym geodetą biegaliśmy po polu i wytyczaliśmy szlaki, a sąsiadka stała za płotem i lamentowała o swojej krzywdzie. Wyszło to co zwykle. Sąsiadka podpisała protokół z którego wynika, że nic jej nie ukradłam, a ona się z tym zgadza. Minęło pół roku... Tak, zgadliście.. Odwołanie.

Od jakiegoś czasu dochodzę do wniosku, że starszym ludziom w sądzie wolno absolutnie wszystko. Wolno im składać pozwy do woli. Przegrywać i znowu pozywać o to samo, znowu przegrywać, odczekać i znowu pozywać. Emerytka, składając pozew, zazwyczaj prosi o zwolnienie z kosztów sądowych, ewentualnie przerzucenie ich na pozwanego i dostaje od sądu prezent w postaci adwokata z urzędu i zwolnienia z opłat. Ja, jako pozwana nie mam takich udogodnień, nawet jeśli pozywa się mnie po raz czwarty o to samo i znowu muszę udowadniać, że nikomu nic nie ukradłam. Do tego dochodzą dni urwane z mojego urlopu na każdą rozprawę. Osoba starsza może bezkarnie nie stawiać się na swoich własnych rozprawach, bo przecież może coś stało i gorzej się poczuła. Obawiam się, że ten dramat będzie miał jeszcze kilka aktów. A to tylko jedna z sąsiadek. :-)

Skomentuj (53) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1176 (1208)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…