Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
zarchiwizowany

#46342

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia sprzed ok 6 miesięcy.

Siedzę sobie w pracy, uzupełniam dane dowodowe. Obok w pomieszczeniu moja kierowniczka. Normalnie pracują w biurze 4 osoby, ale 2 wzięły wolne, więc byłyśmy tylko my.

Przychodzi sobie pani, z papierkiem że się wymeldowała z poprzedniego miejsca pobytu stałego i u nas się chce zameldować. Pani od meldowania na urlopie, ja nie mogę jej zameldować, ale może kierowniczka. Spokojnie sobie wypełniają świstki i tabelki więc wyłączyłam się i oddałam ponownemu wklepywaniu danych w system.
Z mojego własnego świata literek i cyferek wyrwał mnie wrzask petentki (pisownia oryginalna, mieszkam na śląsku):

"Co ty mie tu godosz!? To jest mój mąż i ja se go moga sama meldować kaj chca! Ty nas mosz zameldować, bo ty od tego tu żeś jes!"

Kierowniczka spokojnie tłumaczy że nie może, że pan musi sam wyrazić wolę zameldowania i w tym celu powinien osobiście stawić się do urzędu, aby podpisać papierek.

"To jo go podpisza, pokoż kaj!"

Kierowniczka tlumaczy, że on musi sam, ona nie może.

"Ale to jes mój mąż!!" (drze się coraz głośniej)

Znów tłumaczenie, spokojne, dlaczego taka procedura. Grochem o ścianę.

"Jo wszysko żech dziś za niego podpisała, w Zusie, w Skarbówce i wymeldowałach też go sama!! Ino wy KU*** problemy robicie! On jest w robocie, to co on ma robota ciepnąć żeby ci jedyn świstek podpisać!? Jo se wolne żech wzieła, on nie może! Tyś tu jest żeby ludziom pomogać a nie utrudniać życie!!!!"

W kółko to samo tłuamczenie. Ze my nie pozwolimy się jej samej za męża podpisać bo nie wiemy czy on chce i tłumaczenie i zapewnianie, że "łon chcy" nas nie przekona.

Koniec końców czerwona i wściekła petentka rzuciła wypełnionymi papierkami w kierowniczkę, oświadczyła że "łona tu już nie przidzie i nic już łod nas nie chce" i wyszła.

Stoimy tak sobie i widzimy, że zostawiła papiery dot. wymeldowania, które musi ze sobą mieć. Kierowniczka poprosiła, żebym za nią pobiegła i jej to dała.
Wybiegłam z urzędu i widzę jak wraca. A raczej nerwowo kroczy wywijając reklamówką.

Wyrywa mi papiery i upycha je nerwowo do tejże reklamówki (pomijam fakt że wygniotła je przy tym strasznie).
Upychając tak te dokumenty, z głowa wsadzoną prawie do środka mówi :

"Pani taka miła, pani by mi to zrobiła, bych sie nie musiała nerwować, Pani jest inna niż ta staro pin*a"

Tłumacze Pani, że nie mam prawa jej zameldować, jak równiez kierowniczka nie ma prawa dla niej naginać przepisów.

I tu punkt kulminacyjny. Papiery przestały być upychane, lecz ręka z nimi nadal w reklamówce. Z reklamówki wynurza się tylko łeb petentki, czerwony, wykrzywiony, wściekły łeb ryczący z sylaby na sylabę głośniej:

"o wwwYYYYY KUR*Y!!!!!!! TO JA DO WAS ŻEM 3 PRZYSTANKAMI JECHAŁA, W WY MI TAKIE PROBLEMY!!!!! O WY KUR*Y JE***E!!!!

Poszłam sobie. Po prostu odwróciłam się i sobie poszłam. Pani jeszcze coś krzyczała, ale zza zamkniętych drzwi już nie słyszałam. Moją głowę zajęła wizja jej, jadącej do nas kawałkiem chodnika, po ulicy, kurczowo trzymającej się rozkładu jazdy. No w końcu przystankiem przyjechała. Ba.. nawet trzema!

urząd

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (272)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…