Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#55047

(PW) ·
| Do ulubionych
Ku przestrodze Panien Młodych :)

Po ślubie, jak to po ślubie, sukienkę wypadałoby wyprać i sprzedać, coby wróciło trochę wydanego grosza. Szukam więc pralni, która sobie z tym poradzi, nie zniszczy, nie zedrze kosmicznej kwoty i zrobi to w miarę szybko - wszak sezon już się kończy. Dzwonię do salonu w którym kupiłam suknię, miła pani poleca mi pralnię w Gdyni koło CH Batory, niedaleko "piaskowego" parkingu.

No więc pakuję suknię w samochód i jadę z Gdańska 25 km do rzeczonego przybytku, bo przecież najlepszy i doświadczenie wielkie mają. Sukienka oddana, 3.09 zapłacone z góry (240 zł za pranie ślubnej i poprawinowej). Na pytanie, dlaczego trzeba płacić z góry, właścicielka odpowiada, że to jej zabezpieczenie, bo kiedyś klientka nie odebrała futra wartego 500 zł. Nie węsząc podstępu zapłaciłam (mój wielki błąd) i umówiłam się na odbiór na następny wtorek (10.09).

Jako że praca i w tygodniu te 25km w jedną stronę nie po drodze, dałam pralni więcej czasu i pojechałam po sukienkę w sobotę. Wcześniej dzwoniłam cały tydzień na numer podany na rachunku, ale nikt nie raczył odebrać. A ja chciałam tylko dopytać, czy na pewno opłaca się jechać.

Otóż nie opłacało się. Sukienka niedoprasowana, pani pyta czy chcę sobie zabrać taką niedokończoną. Nie, nie chcę i daję pani czas na poprawki do dnia następnego. A że dzwoniła? Ano, ale ja nie mam pani numeru w telefonie ani nieodebranych. Aaaa, ups, jednak mam. Odchodzę z poczuciem narastającej irytacji.

W sobotę właścicielka dzwoni i stwierdza, że nie wyprasowała, nie da rady, przyjechać we wtorek. A ja widzę, że jednak telefon działa jak ona chce. No to jadę tego 17.09, odbieram sukienkę i wychodzę na zewnątrz, aby obejrzeć przy świetle dziennym.
(Dodam, że w zakładzie tym jest dosyć ciemno, więc plam ani przybrudzeń nie widać. Aha no i zapomniałam, że pani właścicielka hoduje sobie dzikiego gołębia, który lata między ciuchami. Wcześniej, kiedy oddawałam suknię, nie zauważyłam gościa.)

No a jak, przy świetle dziennym okazuje się, że sukienka ma dodatkowe ubrudzenie, którego nie było jak ja oddawałam. Wywiązuje się dialog:
[J]-Ja, [W]- Właścicielka pralni

[J]- Chciałabym złożyć reklamację i zapytać o zniżkę. Nie dotrzymujecie państwo terminów i nie wykonaliście zlecenia, więc proszę o oddanie części pieniędzy.

Wtedy już wiedziałam, że sprawa przegrana, ale warto próbować.

[P]- Ja jestem tylko pośrednikiem, ja za to nie odpowiadam.

No spoko, sukienkę zostawiam do poprawki.
W międzyczasie pani ma firmę zamkniętą przez tydzień i nie ma szansy nic odebrać. Ostatecznie mogę odebrać kieckę 4.10.

Jadę, standardowa procedura, idę oglądać do światła. No a jak, poprzednie przybrudzenia zniknęły ale pojawiły się nowe.

[J]- Proszę mi powiedzieć, może pani po prostu pożycza komuś te sukienki? - pytam wkurzona, bo co zrobić, jak zostawię na jeszcze jedno pranie, to z sukienki za 3 tysiące nie będzie co zbierać.

[P] - Proszę mnie nie obrażać, ja mam firmę od 24 lat ... - itd, wielki krzyk i lament.
W trakcie dowiedziałam się że nie dostanę nawet zniżki, mogę zabierać albo zostawić na jeszcze jedno pranie.
Po moim stwierdzeniu, żeby zastanowiła się nad przyszłością swojej firmy i komentarzami w internecie, pani zmieniła taktykę.

Zaczęła wykrzykiwać, że to ja ubrudziłam (dotykałam sukienkę tylko przez przezroczysty worek, ona ją rozpakowała i dotykała rękoma). A ponadto, to ja na pewno chcę ją naciągnąć, bo tam nie było żadnych zabrudzeń. Na koniec i moje stwierdzenie że zgłoszę sprawę na policję w końcu wyłudziła pieniądze i nie wykonała zlecenia) praktycznie wypchnęła mnie z zakładu i zamknęła drzwi na klucz.

Tak więc przestrzegam przed pralnią na Władysława IV w Gdyni, bo sukienki pewnie już nie sprzedam nawet za połowę wartości.

Pralnia Gdynia

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 526 (580)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…