Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#56729

(PW) ·
| Do ulubionych
Wzruszyła mnie historia o stwierdzaniu zgonu i policji (http://piekielni.pl/56636), a dokładniej komentarze do niej.

No bo jak to tak, pogotowie nie chce jeździć do stwierdzania zgonu! A przecież "lekarzowi stwierdzenie zgonu i wypisanie zaświadczenia zajmuje do 5 min" , "Wypisanie karteczki zajmuje ok. 10minut", "Wypisanie karteczki, tak naprawdę, to kwestia 2 minut łącznie z przybiciem pieczątki. Ja napisałem 10minut, bo miałem na myśli również dojazd. Może równie dobrze być to łącznie 20 minut".

(Za to policji "dojazd do jakiejś przychodni, którą najpierw trzeba ustalić, potem znalezienie tego właściwego lekarza, może również zająć więcej niż wspomniane 45minut")

Otóż, panowie i panie: Stwierdzenie zgonu, to NIE JEST wypisanie karteczki. Wypisanie karteczki (nawet dwuminutowe) to jest POTWIERDZENIE stwierdzenia zgonu. Ja podbijając karteczkę biorę odpowiedzialność za to, co napisałam. I muszę być pewna, jeśli piszę, że wykluczam udział osób trzecich, albo "zgon z powodu choroby X". Muszę obejrzeć ciało, opisać je. Rozebrać, bo kto wie, może między łopatkami jest złamany nóż. To zajmuje dużo czasu. A panowie policja nie kwapią się do pomocy, bo oni tylko zabezpieczają teren. Że nie wspomnę o tym, że do miejsca zgonu trzeba dojechać. Nikt nie pędzi na sygnałach, bo nie wolno i nie ma to uzasadnienia. Przejazd przez nawet małe miasto w szczycie to pół godziny minimum. Badanie, przeczytanie dostępnej dokumentacji, rozmowa z rodziną to kolejne minimum pół godziny, czasem więcej. Powiem więcej. Ja też muszę czekać na policję, bo nie mogę niepewnego ciała zostawić samego. A policja się nie spieszy, z podobnych jak nasze powodów.

Taki wyjazd to około godziny, w niektórych przypadkach dwie wyłączenia karetki z działania. Najdłuższy wyjazd do zgonu trwał u nas ponad 3 godziny (z czego półtorej to bezczynne czekanie na policję)! To mało? Dla człowieka z zawałem to być albo nie być!

A tak czysto prawniczo patrząc. Zespoły ratownictwa są powołane do RATOWANIA. Jest na ten temat ustawa. I nie ma tam ani jednego punktu o stwierdzaniu zgonu. Dyspozytorce nie wolno wysłać zespołu do czegokolwiek, co nie jest zagrożeniem życia, a zgon nim nie jest!

Mam prawo stwierdzić zgon tylko w jednej sytuacji: gdy wcześniej ratowałam tego człowieka, a mimo to zmarł. I koniec. Nigdy więcej. I nie ma się co oburzać, że taki system to wina pogotowia. Nie, to wina polityków, bo jak ktoś słusznie zauważył "w Polsce przepisy dotyczące orzekania zgonu sięgają roku 1959, a ich część nawet z okresu II Rzeczpospolitej. Aktualnie sytuacja prawna w Polsce jest taka, że faktycznie nikt nie wie kto powinien orzekać o zgonie."

PS: "byłem na wypadku, ponieważ służę w drogówce, musiałem dojechać na sam koniec powiatu, 30 km, i byłem tam szybciej, niż załoga pogotowia, która miała do przejechania 6 km, a wiem, że w tym czasie byli na bazie, tylko musieli dokończyć kawkę, ciasteczko"
A ja byłam na interwencji na której pijany facet rzucał się z nożem na rodzinę. Policja przyjechała godzinę po nas, jak pan już grzecznie leżał w pasach. Pewnie pili kawkę, bo jadąc na miejsce widzieliśmy ich radiowóz pod dyżurką...

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 895 (1039)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…