Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#63007

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak się złożyło, że akurat w piątek postanowiłam pójść na aerobic. Ja wiem, że świat w piątek wieczorem imprezuje, ale po całym tygodniu ciężkiej pracy przy kompie marzyłam, żeby trochę się poruszać. Każdy, kto siedzi przez monitorem ciurkiem 12 godzin razy 5 to zrozumie.

Jako, że pod drugiej stronie ulicy mam szkołę ze salą gimnastyczną, a w tej sali zajęcia, to ubrana stosownie złapałam butelkę wody, karimatę, 10 złotych na wstęp i idę. Komórki nie brałam, bo po co, a poza tym w moich wypasionych legginsach kupionych specjalnie na tą okazję, nie ma kieszeni. W swetrze też nie ma kieszeni. Wszystko co miałam na sobie było obcisłe, oddychające i nie miało kieszeni, z wyjątkiem jednej, małej na klucze. A poza tym po diabła mi komórka na treningu?

Więc wsiadam do windy, żeby zjechać ze swojego 10. piętra w tych obcisłych legginsach, z karimata, woda i bez komórki o 19.30 w piątek....
...i światła gasną. Ciemno, cicho i lekko strasznie. Czubka nosa nie widać.
Namacałam panel z przyciskami, a na panelu ten guzik z dzwonkiem, o którym pamiętałam, że jest opisany jako alarm.
Wciskam. Spodziewałam się jakiegoś ryku syreny, czerwonego światła alarmowego, bohaterskiego ratownika z błyskiem w oku zjeżdżającego na linie przez właz w dachu windy...
A tu nic.
Dla pewności wcisnęłam jeszcze 666 razy. Dalej nic.
Tu dodam, że winda jest prawie moją rówieśniczką, ma za sobą historie podpalenia i zatrzymała się miedzy ósmym, a dziewiątym piętrem. Szybko w myślach policzyłam wysokość szybu pode mną i ta świadomość zmobilizowała mnie do działania!

-HAAAALOOOO!!! POMOCY!!! UTKNĘŁAM!!! WISZĘ W WINDZIE!!!- zacząłem wrzeszczeć jak co najmniej dama w opałach - RATUNKU!!!- dla zwiększenia efektu zaczęłam bębnić dłonią o metalowe drzwi windy.
Bębnię i bębnię.
-Pani nie bębni, światła nie ma - powiedział ktoś na korytarzu.
-Wiem - odrzekłam bystrze, pamiętając, że jak ostatnio nie było, to przez 3.5 h - Proszę mnie wypuścić!- dodałam, jakby to od tego biednego człowieka zależało.
-Niech Pani poczeka - i poszedł. Ale wrócił z pięcioma kolegami i zaczęli się naradzać. W końcu któryś zbliżył się do drzwi i mówi:
-Tam jest guzik, alarm, proszę go przycisnąć! - noszkurfa.
-On nie działa!!!
-Ale proszę sprawdzić! - po ponownym sprawdzeniu przycisk dalej nie działał- Tam powinien być numer na pogotowie windowe! Proszę go nam podać!
-Ale tu jest ciemno i nie mam komórki! - tu muszę dodać, że było to dla mnie osobiści wybitnie irytujące, bo mam tam numer do brata szwagra kolegi zięcia kumpla mojej przyjaciółki, który jest administratorem u nas na osiedlu, ma klucze do wind i by mnie wypuścił.

Wracając jednak do windy: w metalowych drzwiach jest pionowe okienko ze szkłem zbrojonym. Przez to okienko panowie zaczęli mi świecić swoimi komórkami i w ich nikłym świetle odkryłam, że numeru telefonu też nie ma.
-NIE MA!!!
-ALE PROSZĘ POSZUKAĆ! - panowie najwyraźniej uznali, że nie współpracuje.
-No nie ma!!! - w tej sytuacji zaczęli się naradzać. Wyszło im, że koło drzwi jest panel z przyciskiem wołającym windę i jak ten panel się odkręci to jest tam jakiś dzinks, który po przestawieniu odblokuje drzwi i oni mnie wtedy spomiędzy tych pieter wyciągną.

Więc zaczęli grzebać, a mi zaczęło robić się zimno. Po około godzinie było mi już porządnie zimno, siedziałam na karimacie na podłodze myśląc o życiu, panowie dalej nie mogli odkręcić panelu ("piekielne śrubki się zapiekły") a jeden z nich wpadł na to, żeby zadzwonić na 112.
-Ale czy jest zagrożenie życia? - spytała się pani dyspozytorka.
-Nie, no nie ma - popełnił facet strategiczny błąd.
-To nie przyjmujemy zgłoszenia, światło w końcu wróci.
-Ale ta kobieta tam godzinę siedzi.
-To proszę zadzwonić na pogotowie windowe.
-Ale nie mamy numeru telefonu - więc kobieta uprzejmościowo podała, choć nie musiała, bo nie ma zagrożenia życia.

Na pogotowiu windowym powiedzieli, że oni obsługują tylko miasto wojewódzkie, a nie nas, a w ogóle to na naszym osiedlu jest pogotowie techniczne PGMu i tam trzeba dzwonić. Jak facet zadzwonił do PGMu odezwała się automatyczna sekretarka, informując że administracja pracuje od siódmej do piętnastej w dni robocze.
Więc gość zadzwonił ponownie na 112, tłumacząc, że dalej jest problem. Pani dyspozytorka nie wykazała się ani zrozumieniem, ani współczuciem ani empatią.
W tym momencie facet dojrzał do dzwonienia bezpośrednio na straż pożarną, ale po 1.5 h światło wróciło, a ja wróciłam schodami na dziesiąte piętro, dziękując po drodze panom za pełne poświecenia dotrzymywanie mi towarzystwa.

Epilog: kilka dni później spotkałam "konserwatora dźwigu windowego", który sprawdzał, czy wszystko ok po tym "jak mu próbowali coś w dźwigu rozkręcać". Pan konserwator uświadomił mnie, że PGM ma pogotowie techniczne czynne cała dobę, ale numer wisi na PARTERZE na tablicy ogłoszeń. I to nie jest ten normalny numer, na który się dzwoni jak rura pęknie, bo to wtedy jest dział remontów i konserwacji, a nie dział techniczny. A przycisk ALARM nie działa, bo dzieciaki wciskały dla zabawy. Od siebie dodam, że włazu w suficie nie ma. Amerykańskie filmy kłamią.

Dama w opałach.

Skomentuj (53) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 701 (789)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…