Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#66756

(PW) ·
| Do ulubionych
Na fali historii o rowerzystach i kolejkach u lekarzy ja opowiem swoją... z zupełnie innej beczki.

Jakiś czas temu, w związku ze zmianą pracy, przeprowadziłam się z 'prowincji' do Londynu. Jak już się zadomowiłam i ogarnęłam sytuację, zaprosiłam do siebie koleżankę na kawę i plotki. A że koleżanka jest wielką fanką polskich przysmaków, po drodze do domu wpadłyśmy do pobliskiego polskiego sklepu.

W sklepie trwała dość intensywna dyskusja pomiędzy Panią Ekspedientką a Panią Turystką (PT) z nastoletnią córką, które starała się uzyskać jakieś informacje na temat podróżowania po Londynie. Pani Ekspedientka powtarzała dosyć często że 'ona nie z tej dzielnicy, ona się nie zna' i sugerowała tzw. Oysterkę (kartę miejską na doładowania), ale Pani Turystka uparcie twierdziła, że ona nie chce Oysterki i woli 'normalne' bilety. Widząc sfrustrowaną minę Pani Ekspedientki, zasugerowałam PT i jej córce, aby przeszły całe 30 metrów do stacji metra, które jest tuż obok i tam zapytały kogoś z obsługi. PT błyskawicznie odpowiedziała 'to pani mi pokaże gdzie to' i z klientki sklepu stałam się przewodnikiem.

Zaprowadziłam więc PT do pobliskiej stacji i pokazałam gdzie jest kasa/punkt informacyjny. Już chciałam się żegnać i życzyć miłego pobytu, gdy PT nagle zaczęła usilnie prosić żebym jeszcze nie szła, bo córka mówi po angielsku ale się wstydzi (!) i czy mogłabym tak na chwilkę potłumaczyć? Skoro tylko 'na chwilkę', to w sumie mogę pomóc. No i się zaczęło.

PT zaczęła wyrzucać z siebie pytania z prędkością karabinu maszynowego, tak że momentami ledwo nadążałam tłumaczyć w obie strony – do pani w okienku na angielski i potem do PT na polski. Ile kosztuje bilet na jeden dzień? A na trzy? (nie ma takiego) To tygodniowy? A jak nie wykorzysta całego tygodnia, to może zwrócić? A na ile stref? (Londyn podzielony jest na strefy komunikacyjne, od których zależą ceny biletów). To który będzie lepiej? A gdzie jest więcej atrakcji do zobaczenia? A ile czasu zajmie dojazd? A o której jest ostatni pociąg? A jaką ulgę dostanie córka, która jeszcze nie ma szesnastu lat? Twarz pani w okienku pozostawała obojętna, za to ja z każdym pytaniem traciłam cierpliwość, bo miało być tylko 'na chwilkę', a stałyśmy przy tym okienku już dobre pół godziny. Widziałam, że koleżanka też już przestępowała z nogi na nogę i było mi głupio z powodu takiego opóźnienia, więc chyba po setnym pytaniu powiedziałam 'dosyć'. Pani z okienka podała całe naręcze mapek, broszurek informacyjnych i tym podobnych świstków – córka PT może i się wstydziła mówić, ale z czytaniem chyba sobie poradzi, więc resztę mogły sobie same doczytać.

Z wyraźną niechęcią PT powstrzymała dalszy nawał pytań, podziękowała mi (a jednak) i... poprosiła mnie o numer telefonu – na wypadek gdyby się z córką zgubiły bo one nikogo w Londynie nie znają, no wie pani... Żeby uniknąć dalszych dyskusji i błagań, numer podałam i w końcu się pożegnałyśmy. Przez następne trzy dni żadnych zdesperowanych telefonów nie było, a ja mogłam odetchnąć z ulgą.

Ale spotkanie PT i jej córki nie jest piekielnością którą chciałam opisać. Bo każdy może przecież się znaleźć w sytuacji gdzie będzie potrzebna pomoc życzliwego rodaka. To, że moja cierpliwość została poddana na próbę to pikuś. Ja pewnie też nierzadko działam ludziom na nerwy. Nie, piekielnością było to co stało się kilka miesięcy później.

Zadzwonił mój telefon – numer którego nie rozpoznałam, ale kierunkowy +48, czyli z Polski. Pomyślałam, że to może ktoś rodziny dzwoni z nowego numeru i odebrałam. Dzwoniła oczywiście PT, która sobie przypomniała nasze spotkanie w Londynie, że ja taka pomocna byłam, więc ona ma taką małą sprawę...

Trochę pokrętnie wyjaśniła, że podczas pobytu w Londynie razem z córką kupiły zestaw biletów na różne atrakcje, ale nie zdążyły wszystkich wykorzystać. Zostały im bilety wstępu do akwarium i tak szkoda żeby się zmarnowały... Wciąż nie rozumiejąc o co PT chodzi zapytałam wprost, czy ona chce mi te bilety dać w podzięce za pomoc? Ależ nie! PT szybko wyjaśniła: bilety przekazała panu kierowcy autokaru którego poznały podczas podróży do Anglii. Ale ten pan przyjeżdża do Londynu i zaraz będzie wracał (?!) więc nie będzie miał czasu ich sprzedać, więc czy ja mogłabym pojechać na stację Victoria (oddalonej jakiejś 45 minut od mojego biura) jeszcze dzisiaj przed 18 (ja kończę pracę o 17), odebrać od niego te bilety i od razu je sprzedać, bo ich ważność upływa jutro. No a potem to już tylko wysłać 'piniążki' do Polski, najlepiej jakimś transferem, bo pocztą to będzie długo szło i może zginąć...

Wciąż nie do końca rozumiejąc o co jej chodzi zapytałam, czy ona już kupców ma i ja mam tylko te bilety przekazać, usłyszałam że nie, no ale to akwarium to takie fajne i znane (bzdura, całość można w 45 minut przelecieć) i na pewno nie będę miała problemów żeby te bilety sprzedać. Jak się pokręcę po Victorii, to na pewno ktoś z przyjezdnych Polaków się skusi...

W tym momencie przerwałam tyradę PT, oznajmiłam że ja już nie mogę rozmawiać bo jestem w pracy i szef daje mi znać, że muszę kończyć. Grzecznym, acz stanowczym tonem oznajmiłam, że absolutnie nie mam czasu aby ganiać po dworcach i próbować opchnąć jakieś lipne bilety, których ważność upływa prawie że natychmiast, po czym pożegnałam się i po rozłączeniu rozmowy zablokowałam numer.

I tak oto moja chęć niesienia pomocy rodakom za granicą znalazła swoją własną granicę. Jeśli to mnie zostanie przypięta łatka 'piekielnego Polaka', jakoś to przeżyję.

Londyn

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 441 (519)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…