Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#67464

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Na ostatnim roku studiów podjęłam pracę na recepcji. Wiadomo, że nie było to wymarzone stanowisko dla osoby z technicznym wykształceniem, więc gdy tylko zdobyłam dyplom, zaczęłam intensywne poszukiwania nowej pracy. Biorąc pod uwagę fakt, że praca recepcjonistki naprawdę bardzo mocno mnie frustrowała (w żaden sposób nie potrafiłam się odnaleźć na tym stanowisku), podobnie jak samo przychodzenie do firmy, miałam dość, więc aplikowałam na wiele stanowisk.

Któregoś razu zadzwoniła do mnie pani z firmy head hunterskiej i przeprowadziła ze mną krótką rozmowę. Poprosiła o wypełnienie ich formularza i uzupełnienie informacji, które ich interesują. Miła pani wysłała link drogą mailową. Formularz zawierał podstawowe pytania odnośnie wykształcenia i umiejętności. Wylistowane były programy, języki programowania i prośba o zaznaczenie stopnia znajomości w skali od 1 do 3. Uzupełniłam i odesłałam. Po kilku dniach zadzwoniła do mnie ta sama pani z radosną nowiną, że pracodawca chciałby poznać mnie osobiście i przeprowadzić ze mną rozmowę, natomiast pani z firmy head hunterskiej chciałaby spotkać się ze mną dzień przed tą rozmową, żeby opowiedzieć o tym, jak to będzie wyglądało i w jaki sposób mam się przygotować na spotkanie z pracodawcą, żeby wypaść jak najlepiej.

Spotkanie z panią rekruterką oczywiście odbyło się w jej godzinach pracy, które kolidowało z moimi, ale że bardzo zależało mi na znalezieniu nowej pracy, bez wahania zgodziłam się na proponowaną godzinę i pojechałam do siedziby firmy. Pani rektuterka wyjaśniła, że w trakcie rozmowy będę musiała pokazać jakąś wykonaną przez siebie stronę internetową i opisać krok po kroku jak ją stworzyłam. Otrzymałam również informację, że w trakcie rozmowy będę mieć do dyspozycji komputer, na którym rzecz jasna mam pokazać stronę, kod, itp. Pani rekruterka poinformowała co to za firma. Okazało się, że to dość spora korporacja specjalizująca się w projektowaniu zintegrowanych systemów, bardzo mnie to ucieszyło.

Przyznać muszę, że dawno nie robiłam stron internetowych na zlecenie, więc te, które widniały w sieci już dawno nie istnieją albo zostały zaprojektowane od początku przez kogoś innego. Na szczęście miałam na swoim komputerze kilka projektów, które przegrałam na dysk zewnętrzny. Na drugi dzień ruszyłam na rozmowę...

Przywitała mnie pani na recepcji, powiedziałam kim jestem, że przyszłam do pana Chabra (nazwisko zmienione) na rozmowę kwalifikacyjną. Pani gaduła jak mało kto, kazała usiąść.
- Bo wie pani – zaczęła recepcjonistka – ja też dziś na rozmowę idę i spódnicę nawet ubrałam, a pani? – Odjechała krzesłem od blatu, żeby spojrzeć jak jestem ubrana. – Ooo... Nie ma pani spódnicy, a ja słyszałam, że Chaber lubi spódniczki. – W mojej głowie zapaliła się czerwona lampka, ale zrobiłam dobrą minę do złej gry i w odpowiedzi odesłałam kobiecie wymuszony uśmiech. Siedziałam na kanapie i czekałam aż szanowny pan Chaber w końcu po mnie wyjdzie. W międzyczasie pojawił się pan kanapka, który usiadł tuż obok mnie z wielkim koszem kanapek z tuńczykiem i sałatek z majonezem. Ludzie z korpy zbiegali na dół po śniadanie. Nie mówiąc już o tym, że za każdym razem myślałam, że to może pan Chaber i parę razy prawie wstałam gotowa na powitanie. No nic, cierpliwości, mówię sobie. W końcu bach, idzie, podszedł, wyciąga rękę, mamrocze swoje imię i nazwisko, wciska mi w rękę kartę dostępu z napisem „Gość” i prowadzi mnie przez bramkę, do windy i przez gąszcz korytarzy.

Stajemy przed salką, a oprócz pana Chabra stają jeszcze trzy inne osoby – dwóch facetów w kraciastych koszulach – jak mniemam – informatycy i jedna pani w paskudnie wymiętolonym swetrze z H&M – nie wiem, może też informatyk. Oprócz pana Chabra nikt mi się nie przedstawił. Wpuścili mnie do sali, która okazała się nie mieć żadnych okien ani... komputera. No nic, może później ktoś przyniesie laptopa – pomyślałam. Wskazali miejsce, usiadłam. Widok czterech twarzy wpatrzonych we mnie dość mocno mnie zestresował, próbowałam jednak zachować pozory i odpowiadałam na podstawowe pytania. Było ok. Czekałam na właściwą część rozmowy i nadeszła...

Pani w paskudnym swetrze wyjęła plik kartek formatu A4 i zaczęła mi zadawać czysto techniczne pytania odnośnie programowania. Pytała o szczegółowe fragmenty kodu i kazała pisać je na kartce bądź na tablicy, jak w szkole, z pamięci. Po pierwsze – to jest totalnie głupie bo kto tak naprawdę zna cały język programowania na pamięć (a zadawane pytania wcale nie były ogólne)? Po drugie – przecież nie tak miała wyglądać ta rozmowa... Na tego typu rozmowę nie byłam przygotowana. Im więcej było pytań, na które nie potrafiłam udzielić natychmiastowej odpowiedzi, tym bardziej się stresowałam i tym bardziej byłam zdeprymowana, a cała komisja miała ze mnie większy ubaw. Czułam się strasznie.

Pan Chaber widać nie znał się na temacie w ogóle, bo wpatrzony był w swojego smartfona i nawet nie słuchał tego, co mówię. W pewnym momencie spojrzał na mnie pokazując ekran telefonu i zapytał kpiąco – To pani – chrząknął i zaśmiał się – dzieło? – Inni spojrzeli na telefon i parsknęli śmiechem. Wyjaśniłam, że niestety właściciel strony zmienił jej wygląd i nie ja jestem autorem. Pan Chaber zaśmiał się z niedowierzaniem i z powrotem wbił wzrok w telefon. Pani w wymiętolonym swetrze dalej zadawała mi pytania, pozostali panowie wciąż milczeli i śmiali się z moich nieudolnych odpowiedzi raz po raz dorzucając uszczypliwy komentarz lub zadając bardzo szczegółowe pytanie.

Naprawdę miałam dość tej farsy i powiedziałam jaką dostałam informację od pani rekruterki, w jaki sposób miała przebiegać ta rozmowa, że mam przygotowane pliki, że mogę pokazać stronę. Z trudem powstrzymali śmiech i powiedzieli, że przecież tutaj nie ma komputera i dalej brnęli z pytaniami... Naprawdę żałuję, że sama nie poprosiłam o przerwanie rozmowy bo już na tym etapie wiedziałam, że nie jestem zainteresowaną współpracą z tą firmą. Gdy pomysły im się skończyły z letargu przebudził się pan Chaber i z kpiącym uśmieszkiem zapytał...

- W formularzu zaznaczyła pani, że zna pani dobrze program MS Project, czy może pani wyjaśnić jak – i tu padło polecenie, którego nie pamiętam dokładnie, ale wiem, że jego wykonanie na pewno było nieco bardziej zawiłe, więc tym samym trudno byłoby wyjaśnić bez komputera, bez interfejsu przed oczami. Moje nieudolne próby wyjaśnienia, że z menu u góry klikamy niebieski guzik zostały skwitowane jakimś złośliwym komentarzem, że skoro znam dobrze, to dlaczego nie jestem w stanie tego wyjaśnić. Dodam jeszcze, że na tym stanowisku wyżej wymieniony program nie był wymagany, więc pytanie typowo po to, żeby mieć jeszcze większą zabawę.

W końcu nadeszła cudowna chwila i rozmowa dobiegła końca. Zdenerwowana, lecz z klasą opuściłam budynek i od razu zadzwoniłam do pani rekruterki, i opowiedziałam jej kulturalnie co myślę na temat tej rozmowy i jej przebiegu.

Gdzie tu piekelność? A w tym, że zmarnowałam tak naprawdę dwa dni, zupełnie bez sensu. Po co firmy head hunterskie chcą wychodzić naprzeciw pracownikom, skoro składają obietnice bez pokrycia i obiecują gruszki na wierzbie? Firma i pan Chaber mieli być bardzo profesjonalni, bo oni już mają doświadczenie z nimi, bo ludzie sobie chwalą i co? I klops. Do profesjonalizmu było im daleko.

I gdyby ktoś pytał – żal już dawno odszedł w siną dal. Było to jakieś dwa lata temu. Aktualnie mam świetną pracę, do której rekrutacja przebiegła bardzo profesjonalnie i również sprawdzali moje techniczne umiejętności, wypadłam bardzo dobrze. Da się? Da się.

rekrutacja

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 351 (467)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…