Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#71745

(PW) ·
| Do ulubionych
Hancia swoją historią (http://piekielni.pl/71739) przypomniała mi historię sprzed kilku lat.

A było to tak: w domu pojawił nam się nam niespodziewanie pies (dlaczego niespodziewanie to też dość piekielna historia, ale pozwolicie, że opowiem ją później, coby nie zaburzać biegu opowieści zbędnymi dygresjami).

Ponieważ nie byliśmy przygotowani na przybycie nowego współlokatora - postanowiłem udać się na wycieczkę do najbliższego sklepu zoologicznego w celu nabycia niezbędnych utensyliów (miski, jakaś zabawka, smycz, jakieś jedzonko na początek i tym podobne). Jako że zwierzak też zdradzał chęć wyjścia - to stwierdziłem, że zabiorę go ze sobą - pójdziemy sobie błoniami nad Wisłą, niech sobie pohasa i zwiedza okolicę.

Jak postanowiłem, tak też i zrobiłem. Wędrujemy sobie spacerkiem (to znaczy ja spacerkiem, a pies od drzewka do krzaczka, czytając co ciekawszą korespondencję od pobratymców), gdy wtem zza roku wyłania się para strażników miejskich (dość często polowali na młodzież, dla której tarnobrzeskie błonia są jedną z ulubionych lokalizacji wagarowo-imprezowych).
Podchodzą bliżej i wtem pani strażniczka z triumfalnym błyskiem w oku rzuca się w moją stronę:
- O, widzę, że pies bez smyczy i kagańca, będzie mandacik 250 złotych! Dokumenty poproszę!

Ja nieco zbaraniałem. W okolicy oprócz państwa strażników ni żywej duszy (dzień powszedni, godziny wczesnopopołudniowe), pies w najmniejszym stopniu nieagresywny, o co chodzi? Ale dobra, nie będę się wykłócać, po prostu nie przyjmę mandatu i pogadamy w sądzie. Sięgam do plecaka po dokumenty...
Zaraz zaraz, do jakiego plecaka? Z przejęcia nowym zwierzakiem wyleciałem tak jak stałem, jakieś pieniądze w kieszeni mam, ale nie będzie tam raczej 250 złotych...
- Niestety, nie mam dokumentów...
- To wzywamy policję!
- OK, poczekam.

Po kilku minutach widzę, jak na skarpie parkuje radiowóz (swoją drogą jest tam zakaz, ale rozumiem, że w trakcie interwencji) i dwóch panów policjantów (jeden dość brzuchaty) zmierza w naszym kierunku. Niewtajemniczonych informuję, że najpierw trzeba zejść ze skarpy po schodkach (tak z wysokości jakichś dwudziestu paru metrów), a potem do ścieżki przy nadwiślańskich wałach jest jeszcze jakieś pół kilometra przez trawiaste błonia.

W końcu policjanci docierają do nas (jeden nieco zdyszany, drugi dość poważnie) i pytają o co chodzi. Strażniczka wyjaśnia sprawę (co ciekawe, jej kolega przez cały czas nie odezwał się ani słowem). Policjanci patrzą na mnie, na psa, na strażniczkę, na psa, jeden z nich zaczyna chichotać, a drugi nie wyrabia i wybucha śmiechem.
- A idźcież wy wszyscy w cholerę!
A do strażników miejskich:
- A wy się cieszcie, że nie chce nam się papierów wypełniać!

A teraz rozjaśniam nieco sytuację - otóż sprawcą całego zamieszania, który niebezpiecznie ganiał bez smyczy, był ośmiotygodniowy biszkoptowy labrador, który w oczekiwaniu na przyjazd policji zwinął się w kulkę i zapadł w sen pochrapując słodko przez nos...

PS A piekielność związana z pojawieniem się psiaka - otóż pan "hodowca" stwierdził, że jak szczeniak skończył 8 tygodni, to on już go nie będzie żywił, bo to koszty, i bez uprzedzenia pojawił się w środku dnia pod naszymi drzwiami ze zwierzakiem (dobrze, że ktoś był w domu, bo nie wiem, czy do klamki by malucha nie przywiązał)...

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 206 (230)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…