Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#73311

(PW) ·
| Do ulubionych
Znajoma ma mieszkanie w Dużym Mieście, które nie dość, że jest geograficznie daleko od naszej Prowincji, to jeszcze się oddala. Jak kupowała mieszkanie 10 lat temu, to Duże Miasto było 3-4 godziny pociągiem od naszego, a teraz jest się 6. Jako mieszkaniec Prowincji, Koleżanka odczuwa zwierzęcy i obezwładniający strach przed jeżdżeniem samochodem po Dużym Mieście, bo ma wrażenie, że każdy na nią trąbi i chce ją rozjechać.
W związku z powyższym, w przypadku problemów z mieszkaniem czas reakcji mojej Koleżanki jest dość wydłużony.
Koleżanka mieszkanie wynajmuje. Odpowiedzialnym, pracującym trzem kobietom. Przynajmniej tak się przedstawiły.

Od momentu wynajęcia mieszkania wszystko było źle. Mieszkanie nieposprzątane (koleżanka po poprzednich lokatorach posprzątała sama, ale ugodowo stwierdziła, że widać mają wyższe standardy), materace w łóżkach wyleżane, a drzwiczki w szafkach skrzypią. Raz na miesiąc ojciec koleżanki - jako emeryt na chodzie - jeździł drzwiczki dokręcać i przetykać odpływy. Bo lokatorki nie potrafią i te rury są jakieś dziwne, że się zapychają. Z tych rur, drzwiczek i materacy to się jeszcze koleżanka śmiała.
Mniej się śmiała, jak do niej zadzwoniły o 19, że gaz się ulatnia z junkersa. Kazała im zakręcić zawór i udało jej się dopiero rano ściągnąć jakiegoś fachowca... który niczego nie stwierdził.
Za to lokatorki stwierdziły, że ze względu na standard mieszkania należny im się obniżka czynszu. Koleżanka nie obniżyła.

Nie śmiała się już w ogóle, gdy tydzień później dostała SMS, że w łazience ulatniał się czad, one wszystkie wylądowały na pogotowiu, a na mieszkaniu interweniowała straż pożarna. O godzinie gdzieś 16.30. W piątek.

Z duszą na ramieniu Koleżanka zadzwoniła do administratora, ale było już zamknięte. W panice zadzwoniła do straży pożarnej, gdzie miła pani poinformowała ją, że owszem - była interwencja na mieszaniu pod tym adresem, ale nie stwierdzono ulatniania się czadu, a zainstalowany przez koleżankę czujnik też nic nie zarejestrował. Tzn. lokatorki twierdziły, że pikał jak głupi, ale gdy straż przyjechała, czujnik nie pikał i czadu nie było.
Koleżanka zadzwoniła więc do jednej z lokatorek, która odebrała słabym głosem, bo leżała w szpitalu na obserwacji. Na pytanie w którym, nie potrafiła odpowiedzieć, bo ją pogotowie zabrało, a ona ledwo żywa nie zarejestrowała nazwy szpitala. A potem wysłała SMS, że teraz to już trzeba im obniżyć czynsz, po takich przeżyciach.

Koleżanka wiedziona przeczuciem dowiedziała się, które dwa szpitale miały w piątek ostry dyżur i zadzwoniła do obu. Wyłuszczyła sytuację, podała dane lokatorek i spytała się, czy tu je przywieźli, bo podobno struły się czadem, a ona się martwi. Dowiedziała się, że nikogo takiego nie przywieziono, ale dostała też jakiś numer na centralę, na którym rejestruje się wszystkie interwencje ze wszystkich szpitali - gdyby zawieziono je gdzieś, gdzie akurat nie było ostrego dyżuru.
Nie bardzo chcieli jej nic powiedzieć na centrali, ale jak podała dane osobowe lokatorek i wytłumaczyła o co chodzi, to pani na rejestracji sprawdziła, że nikt taki nie został przewieziony do żadnego szpitala i takiej interwencji nie było.

To był ten moment, kiedy razem z ojcem emerytem wsiedli w pociąg o trzeciej, by być na mieszkaniu o dziesiątej i zastać lokatorki w piżamach. Na pytanie, co robią w mieszkaniu, skoro były na obserwacji w szpitalu usłyszała, że je wypuszczono. W sobotę rano. Kiedy niby przyjęto je w piątek wczesnym popołudniem.
Na proste stwierdzenie, że to niemożliwe, lokatorki wyjaśniły jej, że się przesłyszała i one były w szpitalu z czwartku na piątek, a nie z piątku na sobotę.

Po tej odpowiedzi, Koleżanka tak się zatroskała losem lokatorek i ich zdrowiem, że wypowiedziała im mieszkanie.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 496 (512)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…