Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
A'propos historii o dziwacznych wymogów do magisterki: http://m.piekielni.pl/73298

Przypomniała mi się taka historia sprzed lat paru. Studiowałem za granicą. Tu są zupełnie inne relacje, z wykładowcami się do pubu chodzi, dostępni są mejlowo praktycznie o dowolnej porze (nasz potrafił odpisywać na mejle w środku nocy w sobotę) za to wykładów i zajęć jest bardzo mało. 10 godzin w semestrze głównego przedmiotu to nic dziwnego - po prostu tu student jest od tego, żeby studiować, a nie od tego, żeby został nauczony. Zajęcia są po to, żeby go naprowadzić, a nie po to, żeby mu wszystko wyłożyć.

Pewnego dnia jednak trafiła się doktorantka z Polski. I to było takie miłe przypomnienie dlaczego fajniej jest studiować za granicą niż w kraju (w kraju też studiowałem, więc mam porównanie).

Otóż jak sie okazało na pierwszych zajęciach pani doktorantka nie ma bladego pojęcia o temacie, w którym będzie prowadzić zajęcia. Co zrobiłby szanujący się człowiek, gdyby się już tak dziwnie zdarzyło (jakoś nigdy się tak podczas moich studiów nie zdarzyło, bo prowadzący zwykle byli ekspertami w swoich dziedzinach). Siadłby i się douczył, nie?

Otóż nie. Pani doktorantka z Polski wymyśliła, że ma ludzi od tego. I ogłosiła, że od następnych zajęć kolejne pary będą przedstawiać krótkie, 15 minutowe referaty na zadany przez nią temat.

Na początku kolejnych zajęć zapałała oburzeniem, bo dziewczyna która miała jako pierwsza referat przyszła na zajęcia ubrana normalnie, czyli w bojówkach i koszulce na ramiączkach, stanęła z jedną ręką w kieszeni i zaczęła mówić o tym, co pokazywało się na prezentacji.

Pani doktorantka przerwała jej i przez ponad pół godziny (przypominam, 10 godzin zajęć w semestrze, czyli pięć procent czasu!) mówiła o tym, że ona sroce z pod ogona nie wypadła, ona się domaga szacunku, że na taką prezentację to się trzeba przyzwoicie ubrać, faceci koszula i krawat, kobiety garsonka i spódnica za kolano (przypominam: to jest kraj, w którym nawet na egzaminy się chodzi ubranymi jak kto chce, bo tu się ocenia za wiedzę a nie za strój). Ludzie się na nią patrzyli jak na jakieś UFO i generalnie nie bardzo wiedzieli jak się zachować. Ja nie wytrzymałem jak zaczęła demonstrować w jaki to sposób taka kobieta w garsonce powinna stać, ustawiać się nieco bokiem, jedna noga lekko ugięta, nogi razem... Ręce mi opadły, szlag mnie trafił i postanowiłem być piekielnym i zapytałem, co mi zrobi jak przyjdę na swoją prezentację tak, jak jestem ubrany dzisiaj (a miałem akurat jaskrawą koszulkę z wielkim trollface). Pani doktorantka się zapowietrzyła i powiedziała, że nie dostanę zaliczenia. Zapytałem ją wtedy, czy jest świadoma, że to nie od niej zależy, bo egzaminy tu są pisemne, nadzorowane zewnętrznie a prowadzący zajęcia nawret nie mają być prawa obecni na sali w czasie egzaminu...

Panią doktorantkę zatkało zupełnie. To było nie dość, że bezczelne, to jeszcze nie wiedziała co ma odpowiedzieć. W końcu wydukała, że ona tu zna kogo trzeba i jeszcze zobaczę. Cała klasa w szoku, patrzą sie na siebie, nie wiedzą czy dobrze usłyszeli (takie groźby że ktoś kogoś uwali dzięki znajomościom to są tu rzeczy niesłychane). Ja zapytałem, kogo dokładnie zna, bo ja jestem na czwartym roku i chyba już z każdym profesorem na wydziale piłem, a ona dopiero co przyjechała i jakoś udało się rozładować atmosferę obracając sprawę w żart. Pani doktorantka jednak musiała postawić na swoim, więc powiedziała, że "ona mi się przyjrzy dokładnie jak będę miał prezentację żeby sprawdzić, czy traktuję ją z odpowiednim szacunkiem, bo jej się jako wykładowcy należy". Na szczęscie kumpel z którym robiłem prezentację był trollem niezgorszym ode mnie, więc ponieważ tematem były Ukraina i Białoruś przygotowaliśmy bardzo dobrą prezentację z mnóstwem slajdów, było ich bodaj 40. Z czego na jakichś dziesięciu były jakieś idiotycznie błazeńskie zdjęcia Łukaszenki kopiącego kartofle a kolejnych piętnaście to były cycki aktywistek z Femenu. Cała klasa miała ubaw, pani się nic nie odzywała przez całą prezentację.

Z egzaminu oczywiście dostałem A, bo pani doktorantka nie miała nic do powiedzenia, afery nie chciało mi się robić, ale ktoś widać zrobił, bo z tego co wiem, pani doktorantka w przyszłym semestrze już żadnych zajęć nie prowadziła...

A magisterkę? Magisterkę wydrukowałem sobie w domu na swojej własnej drukarce na najtańszym papierze i zaniosłem do zbindowania. Wymogi były mniej więcej takie:
- nie można oddawać luźnych kartek, musi być zszyta, zbindowana lub trwale spięta
- ma być strona tytułowa wedle wzorca
- ma być "czytelna" czcionka nie większa niż X i nie mniejsza niż Y.
- ma być półtora albo podwójny odstęp między wierszami
- praca ma być wydrukowana jednostronnie.

I tyle. Pani w "dziekanacie" nie mierzyła, bo się pracę wrzucało po prostu do wystawionej skrzynki. Brawa też nikt nie bił. :)

studia zagranica

Skomentuj (64) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 280 (354)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…