Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#76935

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka miesięcy temu dodałam historię o poszukiwaniu pracy.
Pracę chciałam zmienić głównie z jednego powodu - byłam zatrudniona na umowę zlecenie, a jako już dorosła osoba, która zakończyła uniwersytecką edukację, nie było mi to na rękę z logicznych powodów. Zresztą fajnie by było pójść na urlop, który nie skutkuje jednocześnie o połowę mniejszą wypłatą, bo nie wyrobiłam godzin.

Istotny tu jest fakt, że w umowy podpisywaliśmy na miesiąc, od pierwszego do ostatniego dnia miesiąca. Przykładowo w okolicach 1-go bądź 2-go lutego podpisałabym umowę na luty właśnie. Co za tym idzie, mieliśmy układany grafik także na miesiąc.

Przyszedł w końcu ten szczęśliwy w moim życiu moment, że pracę znalazłam. Było to 20-go, umowę oraz grafik miałam do końca miesiąca, jak zawsze. Chciałam być w porządku i nie odchodzić od razu, nowy pracodawca zgodził się też na to, żebym zaczęła 1-go. Tak więc od razu jak otrzymałam list intencyjny, wte pędy mail do kierownika, że z ostatnim dniem tego miesiąca kończę współpracę z w/w względów.

Gównoburza jaka się rozpętała, była po prostu żałosna.
Na początku było zdziwienie, bo "jak to odchodzisz? Przecież Ci nie pozwoliłem!". Potem zaczęło się granie na emocjach, coś w stylu, że przecież w 10 dni nie znajdą pracownika, więc może mogłabym zostać jeszcze kolejny miesiąc? Yhy, na pewno.
Praca nie była wymagająca, więc gdyby szefowie się spięli, to pracownika znaleźliby w 2-3 dni, tym bardziej, że ciągle napływały do nas nowe CV. Wymaganiami były: status studenta i znajomość angielskiego na poziomie komunikatywnym, co w dzisiejszych czasach chyba nikogo nie powinno dziwić.

Potem zaczęło się "straszenie", bo przecież na umowie zlecenie jest miesięczny okres wypowiedzenia, więc mogę odejść 20-go, ale kolejnego miesiąca. Gratuluję w takim razie myślenia i znajomości przepisów. Umowę miałam podpisaną do końca miesiąca, ale szefostwo upierało się, że mimo, iż umowy na kolejny okres nie mam, to i tak muszę zostać. Nie docierało do nich to, że coś takiego nie obowiązuje. Skoro podpisałam umowę przykładowo do 31-go, to moim świętym prawem jest odjeść 31-go. Lamentów i płaczu, że toż to bezprawie, że pracodawcy tak NIE WOLNO zostawiać były na porządku dziennym.

Pewnego dnia w kuchni, szef wyskoczył do mnie z tekstem, że jestem nie fair, by tak z DNIA NA DZIEŃ odchodzić, no kto to widział! Oni się tego po mnie nie spodziewali, no wstyd! Jestem niepoważna i jeżeli ktoś zapyta ich o referencje, to oni wszystko powiedzą, o tym jak ich potraktowałam! Powiedziałam mu wtedy, że jakby zatrudniali jak porządny pracodawca na umowę o pracę, to takich problemów by nie było, bo zawsze byłby w zapasie okres wypowiedzenia. Wzrok jakim zostałam wtedy potraktowana, mógłby spokojnie zabić, uratowało mnie chyba tylko szybkie opuszczenie kuchni.

Do końca mojej pracy, codziennie towarzyszyły mi kąśliwe uwagi na mój temat, bo przecież lepsza praca nie istnieje, na pewno wrócę do nich z płaczem, okaże się, że umowy nie ma, no i ogólnie będę tego żałować do końca życia.

Dla smaczku dodam fakt, jak wyglądało to z drugiej strony. Gdy jakiś pracownik im podpadł, wzywali go do biura i stawiali przed faktem dokonanym: "Jutro nie przychodź do pracy, bo właśnie ją straciłeś". I tacy ludzie wmawiali mi, że to ja jestem jestem niepoważna.

Dobrze, że stamtąd odeszłam.

praca

Skomentuj (47) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 457 (461)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…