Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#81038

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Jako że zostałem, słowami które można uznać za karalne, poproszony o dodanie tej historii, niniejszym spełniam prośbę mojej dobrej koleżanki. ;o)

Rzecz tyczy się osoby, z którą oboje mieliśmy wątpliwą przyjemność pracować przez kilka ładnych lat, zanim los i ZUS, litościwie wysłały ją na emeryturę. Aby oddać klimat, a nie zdradzić prawdziwiej tożsamości owego indywiduum, umówmy się, że nosiła imię Marzanna, w skrócie Marzenka, co mniej więcej odda charakter, gdyż imię miała rzeczywiście nietypowe i bardzo charakterystyczne.

Niestety teatrem opisanych zdarzeń, była placówka rehabilitacji dla osób z zaburzeniami zdrowia psychicznego, ale może właśnie to było kanwą dla dowcipu, że personel psychiatryczny różni się od pacjentów tylko tym, że na noc wraca do domu.

Otóż Marzenka, nie byłą złym człowiekiem, skrzywdziłbym ją takimi słowami, ale była osóbką łącząca niezwykle kreatywny poziom tępoty umysłowej z niesamowitym i rozbuchanym poczuciem własnej wartości. Począwszy od aparycji podstarzałej Karyny, która nie zauważyła, ze best before minął jej jakieś 30 lat wcześniej, po maniery rodem z PGRu, Marzenka była jednostką uważająca siebie z ósmy cud świata i świecie przekonana, że reszta ludzkości też tak myśli! Generalnie nie było dnia, żeby nie zaliczyła jakiejś wpadki i można byłoby traktować to z uśmiechem politowania, gdyby nie, no właśnie...! A teraz krótki przegląd kwiatków z ogródka Marzenki:

Primo: Marzanna była brudasem. Ale jakim...! Żałoba za pazurami, wiecznie ochlastane ubrania i subtelny aromat menela, to jeszcze jej sprawa, ale Marzenka uwielbiała robić syf innym. Dotyczyło to głównie kubków, talerzy i rzeczy osobistych, których z lubością używała za plecami właścicieli i bezczelnie zostawiała umazane jakby tym kopała w ogrodzie. Przy czym była tak sprytna, że trudno ją było złapać za rękę. Każde miejsce, w którym siedziała choćby minutę, zmieniało się w pobojowisko, tak jakby jej alter ego był jakiś bóg chaosu. Dość powiedzieć, że jeśli Marzenka gotowała cokolwiek, to nikt ze współpracowników nie miał odwagi tego wziąć do ust, pomimo że: "ogień dezynfekuje, a piasek zawsze opada na dno".

Kiedyś wpadła na pomysł, żeby zrobić pacjentom pogadankę na temat higieny, co dało taki efekt, jakby ważąc 140 kg, z torebką chipsów w ręku zrobiła wykład o zdrowym odżywianiu. Pacjenci kulali się ze śmiechu.

Secundo: Lenistwo to ponoć jeden z grzechów głównych, ale Marzanna uczyniła z niego formę sztuki. Co się dało, to zrzucała na kogoś innego, czasami będąc na tyle sprytną, że coś co miała sama zrobić, dawała do roboty któremuś z podopiecznych, z informacją, że jeśli będzie potrzebował pomocy, to ma się zwrócić do tego, czy innego pracownika.

Stosowała również zasadę arabskiego bazaru, czyli jeśli patrzysz na coś dłużej niż 5 sekund, to już jest twoje, więc wystarczyło się niebacznie zainteresować, co robi z pacjentami, żeby po chwili odkryć, ze jest się już z nimi samemu i odwala jej robotę. A pod koniec dnia dowiadywało się, że "Marzenka zrobiła". Jeśli już jednak nie mogła się z czegoś wymigać, to robiła to z tak umęczoną miną, w akompaniamencie jęków, stęków i narzekania na stawy/serce/kolano/upał/zimno* (*niepotrzebne skreślić), i w takim tempie, że wszyscy mieli już całkiem dosyć. Nie przeszkadzało jej to ciągle narzekać, jak to inni się obijają.

Tertio: Traktowanie innych jak dzieci. To chyba było najbardziej rażące, gdyż Marzanna sama może lekko dosięgała normy intelektualnej, a wszystkich podopiecznych, nawet tych z bardzo wysokim poziomem, traktowała jak upośledzonych. Nikt nie był jej w stanie tego wytłumaczyć, bo dla niej nawet po kilkunastu latach pracy w tej placówce, choroba psychiczna równała się tępocie i nie przeszkadzało jej zwracać się do inżyniera z depresją jak do 5-latka. Dawało to czasem zabawne efekty, bo któryś z nowych podopiecznych dopiero po kilku dniach zorientował się, że ona jest członkiem personelu.
Żeby nie być gołosłownym, wspomnę jedynie, że kiedy została zmuszona do zrobienia porządków w archiwum, (dosłownie 2 przeciętne szafy ubraniowe imiennie opisanych teczek), potrzebowała na to tygodnia i kartki z wypisanym alfabetem, bo inaczej nie potrafiła posegregować akt.

I kto tu był piekielny? My (czyli reszta współpracowników, którzy poddali się, widząc, ze nawet zrobienie jej awantury nie daje najmniejszego efektu), dyrekcja, która trzymała latami pasożyta, nie bacząc, że robi placówce czarny PR i rozwala zespół?

A może byłoby inaczej, gdyby Marzanna nie była święcie przekonana, że została do owej placówki przyjęta "w nagrodę"? Bo dobrzy ludzie, a konkretnie jej dawna pracodawczyni, załatwiła jej po cichu robotę, żeby nie wystawiać jej na ulicę.
Może wszyscy, może nikt, a może sama Marzenka. Dość powiedzieć, że kiedy odeszła, to wszyscy odetchnęli z ulgą, a w biurze zrobiło się jakoś czyściej i spokojniej. Oceńcie sami.

praca

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 72 (124)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…