Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Część dalsza historii o mojej toksycznej rodzince.

Do tej pory było tylko o ojcu. Niestety toksyczną mam też matkę. Tyle że jej toksyczność nie przejawiała się nigdy jakimś chamstwem czy buractwem - polega na nadopiekuńczości.

Moja matka uwielbiała o mnie wiedzieć wszystko, jednak ja nie lubię się dzielić swoim życiem prywatnym zbyt dokładnie. Poniekąd sama do tego doprowadziła, swą nachalnością.

Inaczej: wie, że idę do kina z koleżankami na film akcji i może przyjechać po mnie o 20, bo wtedy się on kończy.

Matka zadzwoniła do kina i dowiedziała się wszystkiego. Co to za film, o czym, kiedy się kończy, ile osób na sali itd. Ja wtedy lat 17.

1.

Domóweczka u mojej koleżanki. Kameralnie, spotkałyśmy się we trzy, bo koleżanka nie chciała żadnej imprezy, chciała mieć tylko nas koło siebie, obejrzeć jakiś film i wszamać tort.

Matka dowiedziała się w poniedziałek, że w piątek idę na urodziny: powiedziałam do kogo, po co i kto tam będzie. Oraz że odjazd zapewniają jej rodzice.

W czwartek poprosiłam mamę, żeby jak będzie w sklepie kupiła mi jakieś czapeczki urodzinowe, a ona zdziwiona:

- Na co ci?
- No w piątek idę na urodziny.
- Jakie urodziny, gdzie?
- Mówiłam ci przecież w poniedziałek
- Nic nie mówiłaś!

Cały wieczór do mnie wypisywała, że mam być przed 22, bo to co robię to jest jakiś żart. Wstyd mi było jak cholera, ale wróciłam na czas.

Moja matka ZAWSZE była głucha na to, co jej mówię o swoich planach. Nie jestem wredna, wiem, że domownicy powinni wiedzieć, gdzie jadę i zawsze przed czasem informuję.

Koncert? Nocowanie u koleżanki? Wycieczka?

Moja matka zawsze była głucha na "zapowiedzi" i w momencie wyjazdu robiła dzikie awantury, że nic nie mówiłam i mam sobie odpuścić jakieś wyjazdy po nocy, czy po obcych miastach.

2.

Prawko zdane, jeździłam z kilkoma osobami z rodziny i wszyscy byli w szoku, że tak dobrze sobie radzę za kierownicą (oczywiście po cichu mi to mówili, bo jak matka to słyszała, to jej klasyczna mina nr 90 i tekst: nie próbuj jej tak mówić).

Dobra, wiem, to po to, bym nie była zbyt pewna siebie, ale ja taka nie jestem i moja matka o tym wie, bo zawsze jestem posłuszną owieczką.

Przez pół roku nie wolno mi było prowadzić. Tak, zdałam prawko i poza tym, że pierwsze dwa tygodnie jeździłam trochę z rodziną (każdy był ciekawy), to dalej nic.

Dlaczego tylko przez pół roku nie wolno mi było prowadzić auta? Bo później kupiłam sobie swoje. Ciężko było wytrzymać z nadopiekuńczą matką, która wydzwaniała do mnie co chwila i nie pozwalała nawet przejechać się do miasta.

3.

Podsłuchiwanie. Notorycznie.

Dodatkowo nie mogę się wyżalić ani jej, ani rodzeństwu, bo wszystko później krąży między nimi.

4.

Hipokryzja pełną parą.

Moja matka nigdy nigdzie nie podróżowała, pomimo że o tym marzy. Opowiada wszystkim, jak to trzeba było jeździć i zwiedzać, kiedy człowiek miał siłę, zdrowie i jakieś pieniądze. Że trzeba spełniać marzenia.

Super, to czemu nie mogłam zwiedzić miasta, którym jestem zafascynowana od dzieciństwa? "Chyba oszalałaś, że chcesz jechać tam na weekend, wybij to sobie z głowy”.

5.

Zaczynałam studia, 100 km od domu, w grupie miałam parę osób ze szkoły, które matka znała. Gdy rozmawiałam z bratową, usłyszałam że matka prosiła ich, żeby pojechali na rozpoczęcie razem ze mną(!!!). Brat powiedział jej wtedy, że to wstyd jechać z 20-letnią dziewczyną, że dam sobie radę i powinnam się usamodzielnić.

Powiem Wam, że poczułam straszne zażenowanie.

6.

Coś, co przelało czarę goryczy.

Miałam i mam nadal takie nietypowe zainteresowanie (nie napiszę jakie, bo jednak zbyt łatwo można by mnie rozpoznać). Myślałam, że nie ma żadnej grupy, która się tym zajmuje, a jednak. 35 km od mojej miejscowości działał taki klub i postanowiłam się do niego zapisać. Spełnienie moich marzeń i jednego z postanowień noworocznych. ;)

Przed pierwszym treningiem matka oczywiście twierdziła, że nic jej nie mówiłam. I wszystko było w porządku, dopóki zabierałam się z wujem (pracuje w tym mieście i akurat jeździł na nocki, idealnie to się zgrywało z treningami o 17).

Ale przyszedł nowy tydzień, wuj chodził do pracy na rano, więc postanowiłam, że będę sama jeździć. To tylko 35 km drogą, na której spędziłam większość godzin za kółkiem (chodzi mi o fakt, że nie jechałam w nieznane, żeby się zgubić czy coś) i się zaczęło.

„Oszalałaś. Po moim trupie. Po nocy się szwendać, kto to widział. Wymyśliłaś sobie jakieś bzdury. Wybij to sobie z głowy i siedź w domu.”

I tak jest ze wszystkim. Mogę pojechać nawet na drugi koniec Polski, o ile jadę z kimś z rodzeństwa albo z rodziny. Ze znajomymi czy sama nie mogę.

Żeby nie było, porozmawiałam z nią o mojej "wolności". Nie dotarło, nic się nie zmieniło, przecież ona się tylko o mnie martwi i wcale mnie nie ogranicza. Wszystkich słów i zakazów się wypiera, wszystkie sytuacje nagle zostały wymyślone przeze mnie, bo nic takiego nie miało miejsca.

Dlatego jak tylko skończyłam się stażować, to wyniosłam się do miasta, w którym studiowałam. Płaczu i hałasu było co nie miara, masa osób do mnie wydzwaniała, że matka się żali i jest załamana.

Próbowała wysyłać do mnie rodzinę, żeby mnie kontrolowała. Wydzwaniała co chwilę, bez poszanowania, że teraz jestem na uczelni/w pracy. No bo "ja się teraz mało co odzywam".

toksyczna rodzinka

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 80 (144)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…