Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#81132

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję na stanowisku asystentki zarządu. Odkąd szef dowiedział się, że spodziewam się dziecka, postanowił znaleźć kogoś na moje miejsce. "No to teraz zaczną się jazdy" - uprzedził mnie starszy kolega - "zanim zatrudnili ciebie, szukał kogoś z pół roku".

Mimo upływu kilku lat doskonale pamiętałam, jak wyglądała rekrutacja, kiedy to mnie przyjmowano do pracy, więc z tym większym zainteresowaniem przyglądałam się poszukiwaniom nowej, "prawej ręki prezesa".

Dział HR otrzymał polecenie rozpoczęcia naboru. Wystawił uzgodnione w treści ogłoszenia najpierw na bezpłatnych portalach ogłoszeniowych, następnie - wskutek nikłego zainteresowania ofertą - już na tych płatnych, dodatkowo wyróżniając informację o rekrutacji. Mimo wszystko odzew nadal był znikomy. Jeśli już z dostarczonych przez HR dokumentów aplikacyjnych zarząd wybrał kilka najlepszych kandydatek, to po kilku minutach rozmowy z nimi okazywało się, że ich CV to dzieła, które na półce stałyby gdzieś pomiędzy Pratchettem a Pilipiukiem. Jednym słowem fantastyka, do tego wywołująca na twarzy czytającego szczery, szeroki słowiański uśmiech.

Cóż było robić? Jeszcze raz zweryfikowano treść ogłoszenia, nieznacznie obniżono kryteria, co kilka tygodni powielano informację o naborze, a komunikat pojawił się też w lokalnych mediach, jednak z takim samym, marnym skutkiem. Termin mojego porodu się zbliżał, a zirytowany sytuacją szef zaczął podpytywać, czy któraś z moich koleżanek nie szuka przypadkiem pracy...

Cała sprawa z nieudaną rekrutacją zaczęła mi śmierdzieć. Ja sama kilka lat wcześniej dwukrotnie wysyłałam swoje CV, za każdym razem upewniając się telefonicznie, że dokumenty na pewno dotarły. Mimo tego nie zostałam zaproszona na żadną rozmowę rekrutacyjną, a ogłoszenia o pracę nadal wisiały gdzieś w internecie. Pomogło dopiero wysłanie maila aplikacyjnego bezpośrednio na adres zarządu, który nie był podany w żadnym z ogłoszeń.

Za zgodą szefa postanowiłam zaaplikować również i tym razem, wspólnie spreparowaliśmy idealne CV "Anny Kowalskiej". Co się okazało? Utknęło już na początkowym etapie gdzieś w HR, bo jedna z pracownic działu usilnie próbowała załatwić pracę asystentki swojej koleżance, pomijając zgłoszenia naprawdę kompetentnych, sensownych kandydatek i przekazując nam tylko te, na tle których jej znajoma mogła zabłysnąć. Tym samym zmarnowała nie tylko kilka tygodni, które przeznaczylibyśmy na wdrożenie nowego pracownika, ale i kilka tysięcy złotych wydane na kolejne ogłoszenia. Na taki sabotaż pozostało tylko jedno - zwolnienie dyscyplinarne.

Los bywa przewrotny, ostatecznie pracę otrzymała świetna stażystka, ale firma nadal szuka nowego pracownika. Tym razem działu HR.

biurowy sabotaż praca szuka człowieka jak z hukiem wylecieć roboty

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 173 (183)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…