Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#81537

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Jestem osobą młodą, nieletnią, więc moje problemy i podejście do nich może być dziecinne i głupie – jednak zachowanie mojego „ukochanego” piekielnego ojczyma rusza mnie i boli od wielu lat.

Zanim zacznę, chciałabym powiedzieć, że jestem dzieckiem nieślubnym i całkowicie nieplanowanym. Mój ojciec na początku w ogóle mnie nie chciał i podobno trochę minęło zanim zaakceptował to, że będzie miał córkę. Niestety, ale istnienie takiego malutkiego problemu (czyt. mnie) koniec końców doprowadziło do rozstania się moich rodziców, czego ja – ze względu na bardzo młody wiek – nie pamiętam. Po rozpadzie zostałam z mamą, a z tatą spotykałam się w miarę regularnie. Było to dla mnie normalne i chociaż nigdy nie chciałam zamieszkać z ojcem, to go kochałam.

Moja mama po rozpadzie jej pierwszego związku zaczęła spotykać się z różnymi mężczyznami, ale idealnymi kandydatami dla kobiety nie byli – jeden mamisynek, drugi miał na boku kilka innych dziewczyn (plus nie mógł pogodzić się z moim istnieniem, a moja mama nie oddałaby córki na kaprys jakiegoś faceta). No i jakoś tak żyłyśmy, aż pewnego razu dowiedziałam się, że moja rodzicielka znalazła sobie nowego faceta. Nauczona poprzednimi razami stwierdziłam, że długo ten związek nie potrwa, ale widząc to jaka jest szczęśliwa, chciałam na swój, dziecięcy sposób pomóc im, żeby tym razem wszystko to trwało trochę dłużej, ale nie o tym.

Pan X od początku nie przypadł mi do gustu, ale nie mogłam określić czemu. Był miły, przyjazny, zwracał się (w porównaniu do poprzedniego chłopaka mamy) dobrze do mamy i do mnie. Cud, miód i orzeszki, no nie? No właśnie nie. Pan X bardzo nalegał, żeby wziąć jak najszybciej ślub, żebyśmy zamieszkały u niego. Mama się zgodziła, więc w dzień zakończenia przeze mnie pierwszej klasy SP (ja poznałam pana X w lutym, mama jakiś rok wcześniej) przeprowadziłyśmy się.

Na początku było w porządku, nie dogadywałam się z nim tak źle i tak dalej, ale szybko się okazało, że taka sielanka nie może trwać wiecznie. Nie pamiętam ile to zajęło, ale prawdopodobnie niedługo po ślubie z moją mamą (połowa drugiej klasy) mój ojczym zaczął mi wypominać dosłownie wszystko. Najbardziej irytowało go, że nie chciałam zwracać się do niego i jego rodziny jak do swojej (tzn. tato, babciu, ciociu, wujku). Co z tego, że byłam małą dziewczynką z silnym przywiązaniem do rodziny (od strony mamy i taty) i zwracanie się takimi tytułami do obcych ludzi było dla mnie głupie i nie fair względem reszty rodziny? Ma tak być i koniec. Jako dziecko uparte i trzymające się swoich zasad moralnych nie uległam... I tutaj się zaczęło.

Nagle okazało się, że ojczymowi nie pasuje we mnie wszystko. Byłam czystym wcieleniem szatana, niegrzeczna, niedobra i głupia. Pamiętam, że słuchając tego było mi przykro i starałam się w domu i szkole. Osiągałam bardzo dobre wyniki w szkole, słuchałam się starszych, chyba, że coś gryzło się z moimi zasadami (ale one nie były moim zdaniem głupie) i w ogóle wszystko. No, ale i tak nigdy nie dorównywałam swojej przybranej kuzynce, chrześniaczce pana X, bo ona jest zdolna i grzeczna i gdyby chciała to mogłaby mnie przegonić we wszystkim (ciul z tym, że już w wieku 8-9 lat przeklinała i wyzywała dziadków, rodziców – była aniołkiem).

Jakiś czas później zaczęło się robić coraz gorzej. Kiedy panu X coś nie wychodziło np. w pracy, a mamy nie było w pobliżu, pan X wyżywał się na mnie. Obrażał mnie i moją rodzinę (zwłaszcza ojca), mówił, że mama mnie nie kocha i woli jego, a jeśli coś zrobię źle, to oddadzą mnie do domu dziecka. Bałam się wtedy, wierzyłam mu, no bo w końcu hej, pan X był dorosły, musiał mówić prawdę. (Mam do was pytanie: mówilibyście mniej więcej dziewięciolatce takie rzeczy? Dla mnie to trochę nienormalne...)

Przez pierwsze lata słuchałam tego wszystkiego w milczeniu. Pozwalałam na to wszystko i starałam się jeszcze bardziej. Kiedy to sprawiało jedynie, że pan X stawał się jeszcze śmielszy, zaczęłam odpyskowywać. Wtedy rozpoczęła się między nami prawdziwa wojna. Miałam dość tego wszystkiego – byłam gnębiona w domu i szkole (ponieważ przyjaźniłam się z klasowym wyrzutkiem). Pyskowałam i wyzywałam, ale zawsze w obronie. Nigdy nie zaczynałam pierwsza, zawsze odpowiadałam na zaczepki.

Żyję z tym człowiekiem w jednym mieszkaniu siedem lat i jestem czasem wykończona psychicznie. Przez lata dowiedziałam się, że jestem glizdą ludzką, burakiem, śmierdzącą paskudą, mam krzywy ryj i nie zasługuję nawet na miano podczłowieka. Moja babcia (teściowa pana X) jest głupia i nienormalna. Mój ojciec i wszyscy z jego rodziny to dupki, oszołomy i podludzie. Natomiast rodzina pana X (w rzeczywistości patola) to prawdziwe anioły, ludzie idealni, najlepsi, cudowni, mili i dobrzy.

Lata treningów sprawiają, że słuchając tego wszystkiego odpyskowuje z zimną krwią, jednak po każdej kłótni trzęsą mi się nogi (zwłaszcza jak pan X grozi mi, że mnie pobije lub zabije – facet pod dużą masą ma dużo siły, więc mam stracha kiedy mnie popycha, przytrzymuje lub dotyka (tym bardziej, że nie robi tego delikatnie, ale nie też mocno)) i mam ochotę coś zrobić sobie i/lub jemu. Jestem na granicy psychicznej i wielokrotnie zastanawiam się nad pójściem w średniej do internatu w innym mieście, pomimo tego, że mam jakieś 15 minut pieszo do liceum we własnym mieście, ale do tego jeszcze półtora roku...

Pan X moim zdaniem zasługuje na miano piekielnego ze względu na to, że od lat zamienia moje życie w piekło. Staram się tolerować każdego człowieka, niezależnie jak bardzo go nie lubię. Gdyby pan X chciał się pogodzić, to zrobiłabym to. Może go nienawidzę, ale – w przeciwieństwie do niego – rozumiem, że powinniśmy chociaż się tolerować ze względu na mamę i mieszkanie w jednym domu...

(edycja) Zapomniałam napisać: Mama o wszystkim wie, ale kocha zarówno mnie jak i ojczyma. Dopóki ten nie skrzywdzi mnie fizycznie (tak mocniej), to się z nim nie rozstanie. Mama ma na swój sposób mały wpływ na swojego męża i przekonuje go nawet do zmiany pracy na taką, żebym nie zostawała z nim sama w domu - przy niej on nawet się do mnie nie odezwie.

W komentarzach dostałam rady (za które bardzo dziękuję), żeby zamieszkać u bliskich lub nagrywać kłótnie z ojczymem. Nagrywanie jest niemożliwe ze względu na brak czasu na włączenie nagrywania. Musiałabym zrobić to niepostrzeżenie, a to jest niemożliwe. Mieszkać u kogoś innego nie chciałabym. Jestem człowiekiem, co przywiązuje się do miejsca i ludzi. Nie chciałabym zmieniać szkoły, w której znalazłam wspaniałych przyjaciół i tą pierwszą, młodzieńczą miłość. Z ojcem mam dobry kontakt, ale nie chciałabym mieszkać u niego z kilku powodów. Jest on lekkoduchem, trochę dziecinnym człowiekiem, nienauczonym do mieszkania z dzieckiem. Nienawidzę jego domu (ze względu na wspomnienia o jego zmarłej przed laty mamie, a mojej babci - uznajmy, że nie darzyłyśmy się miłością). Już wolałabym zamieszkać u cioci, która po usłyszeniu wszystkiego mi to proponowała, ale ze względu na przywiązanie do domu i ludzi, plus lata praktyki mieszkania z panem X - również podziękuję. Wolę poczekać do tego nieszczęsnego liceum.

Zgłaszać tego nigdzie nie chcę zgłaszać. Nie lubię robić szumu. Nawet nie wiem czemu tutaj napisałam, po prostu miałam ochotę wyżalić się, sprawić, że ten człowiek zawiśnie razem z innymi na liście ludzi piekielnych...

rodzina

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 151 (203)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…