Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#81624

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję jako opiekunka osób starszych w domu opieki.

Dzisiaj historia rodzinna o relacjach matka - syn.

Wśród innych pensjonariuszy jest u nas pani Melania. Malutka, okrąglutka, cieplutka, no, taka nasza kochana Melusia. Nie wiem, jak się Melusi życie udało, ale synowie to nie bardzo... Czterech ich podobno miała, jeden już nie żyje, dwóch jest cholera wie gdzie, no a jeden - Wacek niech mu będzie - nawet mamusię odwiedza. Nie za często, a dokładnie to raz w miesiącu - zaraz po tym, jak Melusia emeryturę dostanie.

Tu krótkie wyjaśnienie, bo nie każdy to musi wiedzieć - na poczet należności za pobyt w naszym domu opieki pensjonariusze oddają 70% swojej renty/emerytury (resztę kwoty dopłaca MOPS/GOPS/gmina), czyli 30% im zostaje. To ich pieniądze i nam nic do tego, w jaki sposób je wydają.

Wacek też wiedział, że 30% skromniutkiej emeryturki Melusi jest do jej dyspozycji. A pieniędzy potrzebował, oj potrzebował, bo co prawda "wino marki wino" jest tanie, ale żeby osiągnąć pożądany "stan nieważkości", to sporo ich trzeba wypić. Więc Wacek przychodził po pieniądze, a Melusia dawała. Bo to syn, bo odwiedza, bo jakiegoś bananka albo sok przyniesie, bo... bo go kochała po prostu. Z tych wizyt dwie pamiętam, o jednej sobie poczytałam w raporcie.

Wizyta 1:
Roznosimy obiad (osoby, które nie są w stanie zejść na jadalnię, jedzą w swoich pokojach, my [opiekunki] im ten obiad zanosimy). Po stwierdzeniu, że u Melusi siedzi Wacek, Dorota (najstarsza stażem) mówi z pewnym wahaniem: "Wiecie co, dziewczyny, poprośmy Wacka, żeby wyszedł na 10 minut, ja mam obawy, że on jej ten obiad zje." Wracamy się do pokoju, prosimy o opuszczenie pomieszczenia na czas obiadu, Wacek zaczyna się awanturować, że jak to tak, od mamusi go wyrzucają, z każdym wypowiedzianym przez niego słowem widać coraz wyraźniej, że jest napruty jak messerschmitt - jak udało mu się wejść w takim stanie, pozostaje do dziś jedną z nierozwiązanych zagadek ludzkości. No cóż, zamiast wyjść z pokoju na 10 minut, musiał opuścić w ogóle budynek, panienki lekkich obyczajów sypały się gęsto, ale poszedł.

Wizyta 2:
Przychodzi lekko żulowaty gość i mówi, że on z pilną sprawą do pani Melanii. Zaprowadzamy go, ale nie zostawiamy samego w pokoju z Melusią, bo coś nam mocno nie pasuje. Żulik widząc, że nie ma szans na rozmowę w cztery oczy, decyduje się jednak na wyjawienie misji, z którą przyszedł. Z jego mocno rozbudowanej opowieści wynika, że jest serdecznym przyjacielem, bratem krwi niemalże, Wacka i w/w przysłał go po pieniądze. Bo Wacek biedny, chory, na lekarstwa potrzebuje, leży w domu i ruszyć się nie może, leki potrzebuje wykupić, mama przecież pomoże? Nie wiem, czy by pomogła, czy nie, czy nabrała się na tę bajeczkę, bo w tym momencie ciśnienie nam mocno skoczyło i bezczelnie wcięłyśmy się w rozmowę, informując "przyjaciela", że pani Melania pieniądze posiada, ale w depozycie, w biurze, biuro czynne do godz. 15.00 (było po 16-tej), więc zapraszamy jutro do południa, najlepiej z receptami na te leki, których potrzebuje Wacek. Żulik się zmył w tempie ekspresowym, ale jeszcze tego samego dnia nastąpił ciąg dalszy, mianowicie "ciężko chory" Wacek próbował dostać się do nas tylnym wejściem od strony ogrodu. Hmm, jeśli stan upojenia alkoholowego jest chorobą, to faktycznie był bardzo chory, ledwie się na nogach trzymał.

Wizyta 3:
Tu akurat nie byłam bezpośrednim świadkiem zdarzenia, więc napiszę to, co sama wyczytałam w raporcie: "U pani Melanii był syn Wacek. Awanturował się, żądał pieniędzy, szukał ich po szafkach i po całym pokoju. Pani Melania bardzo płakała. Został wyproszony przez opiekunki, nie chciał wyjść, odgrażał się."

W sobotę zadzwonił ktoś z dalszej rodziny pani Melanii, prosząc o przekazanie jej, że Wacek nie żyje. Pijany zasnął gdzieś na mrozie i zamarzł. Nie wiem jak wy, ale ja mam mieszane uczucia... Z jednej strony dobrze - pozbyła się pasożyta, który nic jej nie dał oprócz problemów i łez. Z drugiej strony - to był jej syn, którego kochała, jedyny, który ją odwiedzał, z którym na pewno była mocno związana emocjonalnie. Bardzo mi żal. Nie Wacka, ale Melusi - płakała długo, zamówiła wieniec, na pogrzeb niestety nie pojedzie, zdrowie nie pozwala. I co tu jest piekielne? Życie? Śmierć? Czy każda z łez Melusi, których nie powinno być?

dom opieki

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 216 (230)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…