Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#81878

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z mojej pierwszej poważnej pracy. Rok 2000, duże zagraniczne korpo intensywnie rozbudowujące swoje biuro. Wśród szczęśliwców przyjętych na stanowisko księgowego byłem i ja. Po dwóch latach pracy na uczelni i dwóch latach księgowania w PKP myślałem, że jestem w raju.

Firmą zarządzał przysłany z zagranicy Prezes, urodzony tam Polak. Jeździł po kraju i załatwiał różne rzeczy, tak że bieżącymi sprawami zajmował się Wice-prezes. Wice, kierując się wytycznymi z centrali, zatrudnił dyrektora ds. bezpieczeństwa - Pana Ryszarda, swojego dobrego znajomego. I to o nim będzie ta historia.

Pan Ryszard był emerytowanym majorem. Uparcie twierdził, że kontrwywiadu - okazało się, że służył w WSW, ówczesnej żandarmerii. Wszystkim oprócz Prezesa i Wice kazał zwracać się do siebie per panie majorze.

Spora część biura pracowała poza nim lub w elastycznym wymiarze godzin. Trzeba jednak wiedzieć, kto akurat znajduje się w pomieszczeniach firmy, prawda? Był do tego wliczony w koszt wynajmu pomieszczeń system kart magnetycznych. Pan Major mu nie ufał. Każdy musiał wpisywać się do grubego brulionu na recepcji. Nawet jak wychodził tylko do sklepu.

Parę pomieszczeń miało mieć zainstalowany własny monitoring. Taki wymóg z centrali, żeby komputery z ważnymi danymi były nagrane w razie „wycieku”. Rysio wymyślił, że pracownicy firmy będą pełnić przy monitoringu dyżur. W nocy też. Za podwójną stawkę. Po przedstawieniu pomysłu dyrowi finansowemu, nie odzywał się do niego miesiąc.

Co wieczór zastępca Szanownego Majora pieczętował wszystkie pomieszczenia w firmie. Łącznie z ubikacją. Praktyka, o której nie słyszałem nigdy wcześniej i później, centrala oczywiście jej nie wymagała. Major i drugi jego pomocnik codziennie rano obchodzili biuro i komisyjnie zrywali pieczęcie. Zawsze byli w pracy na 6 rano, więc nikomu to nie przeszkadzało. Ale kiedy raz Majorowi zachorowała w nocy żona i nie stawił się rano w pracy, nie mogliśmy wejść do środka do 10.

Z tymi wszystkimi wyskokami Majora Wice nic nie robił, a do Prezesa nikt na bezpośrednią skargę nie poszedł. Przy tym wszystkim kwestie haseł, dyskietek i maili Major całkowicie ignorował, komputerem posługiwał się kiepsko. I właśnie to doprowadziło do jego upadku.

Jakoś pół roku po moim rozpoczęciu pracy mieliśmy dostać służbowe laptopy. Młodsi nie skojarzą, jaki był to wtedy luksus i szpan. Dość powiedzieć, że według wyliczeń kolegi za cenę 5 takich laptopów można było kupić Daewoo Lanosa. Jednak razem z komputerami dostaliśmy małe notesy w twardych okładkach. Major kazał zapisywać w nich adres każdej odwiedzanej strony internetowej, robić notatkę na temat każdego wysłanego maila i uzasadniać cel używania jakiegokolwiek programu. Notesy miały być wyrywkowo kontrolowane. Poszliśmy z tym do Wice, ale on uznał, że skoro Major kazał, to tak ma być. Cóż było robić, zabraliśmy się do notowania.

Szczęśliwie po tygodniu biuro odwiedził Prezes. I spytał się głównego księgowego, co to za notesy. Otrzymał odpowiedź, lekko zdębiał. Wiele razy ktoś napomknął mu o Majorze, ale, jak mówiłem, nic oficjalnie. Teraz Prezes pomyślał, pomyślał i wymyślił. Po znajomości załatwił na dzień następny mały audyt bezpieczeństwa. Po trzech dniach miał raport. W następnym tygodniu Major został wylany, a Wice przeniesiony na szefa oddziału regionalnego.

Ludzi w stylu Majora spotkałem w swojej karierze więcej, praktycznie zawsze stanowiska decyzyjne w biznesie zawdzięczali doświadczeniu w sektorze publicznym i okazywali się być kompletnie niekompetentni w tym, za co się im płaciło. Daje do myślenia.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 188 (206)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…